Rok temu niespodziewanie odeszła moja ukochana Mama. Wróciłam z Warszawy do naszego miasta, do taty. Moje rodzeństwo także wróciło. Ja nie mam swojej rodziny, mimo niedawno skończonych 36 lat. Myślałam, że jednak to życie będzie inaczej wyglądać. Kilka lat temu pracowałam w toksycznym biurze w moim mieście. Ok. 3 lata temu przeprowadziłam się do Warszawy za nową pracą – wynajmowałam z siostrą mieszkanie. Wszystko było w normie, finansowo się odbiłam, zdrowotnie a także relacyjnie także. Wszystko szło z dobrą stronę. Aż tu nagle z dnia na dzień odeszła Mama. Później jak grom z jasnego nieba okazało się, że tata ma chorobę onkologiczną, babcia jest chora i trzeba znaleźć jej prywatny dom opieki, a także u mnie zdiagnozowano pewną rzecz. Wszystko się nawarstwiło jak jakieś tsunami w jednym roku. Nie miałam czasu aby przeżyć żałobę za Mamą. Po 2 tygodniach wróciłam do pracy- był to dość intensywny projekt, ale skończył się miesiąc później i miałam już tylko stabilną wolniejszą pracę hybrydową- mogłam pracować też z mojego miasta nie z Warszawy. Musiałam zajmować się tatą i babcią. Zapomniałam o sobie. Żyłam ciągle na adrenalinie i prawdopodobnie wysokim kortyzolu. Tata na szczęście w tym roku jest wyleczony, babcia ma bardzo dobrą opiekę już od ponad pół roku. Ja też już biorę leki i wszystko jest ok. Dopiero teraz, w tym roku zaczynam przeżywać żałobę. Opadłam z sił. Nie mam nawet takiego parcia do wykonywania działań jak w zeszłym roku. Zrezygnowałam z jednej pracy, mam tylko jedno pół etatu. Można powiedzieć, że nic mi się nie chce. Dopiero teraz w tym roku zdałam sobie sprawę, że Mamy nie ma fizycznie z nami. Że tyle się zdarzyło, a to minał rok. Czuję się jakby to miało miejsce 1-2 miesiące temu. Nie umiem się z tym pogodzić. DOpierp teraz zaczynam przeżywać żałobę - wtedy kiedy zwolniłam. Jednak nie umiem sie pozbierać. Nie potrafię wstać na opłacone rano ćwiczenia, nie umiem iść do sklepu, zawalam wiele rzeczy. Kiedy spotykam się z tatą czy jedziemy do babci - przybieram pozę, że wszystko jest ok, jestem silna, wojowniczka. Tak nie jest. Mam wrażenie że jest gorzej niż rok temu. Przytyłam, nie podobam się sobie. Zarabiam mniej pieniędzy niż rok temu- ale świadomie zrezygnowałam z jednej pracy. Niby mam 36 lat, jestem dorosła, powinnam mieć już rodzinę i dzieci. U mnie wszystko zawsze szło wolniej niż u rówieśników. Rok temu po poprzedniej intensywnej pracy chciałam wrócić do mojego miasta, pomóc mamie w porządkach na wiosnę, ogarnąć się i zacząć znowu po wielu latach randkować. Wtedy mi się chciało. Teraz już mi się nie chce. Nie wiem jak się do tego znowu zmusić. Mam może szczęście, ze nie wyglądam na 36 lat, w ogóle nie mam zmarsczek ani obwisłej skóry na twarzy- nie piję i nie palę. Myślałam, ze będzie to inaczej wyglądać. Wszyscy jesteśmy nadal załamani. Ojciec co chwila wspomina Mamę i ogląda zdjęcia - całe życie mu staneło przed oczami i uważa, że się skończyło. BYli ze sobą ponad 40 lat.
Chciałabym jakoś wyrwać się mentalnie z tego dołka a nie potrafię na razie. Potrzebuję jakiegoś bodźca z zewnatrz bo wiem, że na razie on wewnatrz mnie się nie wykluje sam.
Co mi radzicie?