Witam,
chciałam się dowiedzieć czy Wy miałyście takie doświadczenia...
tz. wychowywałyście się bez matek? jak sobie radziłyście wtedy i jak jest w dorosłym życiu?
czy nie odbija się to na Was w relacjach z innymi ludźmi?...
1 2010-06-15 10:52:49 Ostatnio edytowany przez majena23 (2010-06-15 22:24:31)
Podobne tematy
Moja koleżanka wychowywała się całe życie bez mamy, chociaż tego nie mówiła to widać było, że czasami nie dawała sobie rady z normalnym życiem, nie miała z kim porozmawiać o chłopakach i dojrzewaniu, wszystkiego się dowiadywała od koleżankę, a bardzo często to jest krępujący temat. Teraz nie wiem gdzie się podziewa i co robi, więc nie wiem jak sobie teraz radzi. Jak Ja sobie nie wyobrażam żyć bez mamy.
Mnie wychowywała toksyczna mama. Od dziecka cierpię na nerwicę,bo niestety - nie wyrosłam na ideał.
Jestem dzieckiem z tzw."wpadki" i zostałam obarczona winą za to,że zepsułam jej karierę i beztrosko płynące dotąd życie.
Zawsze byłam za gruba,za brzydka,za głupia i kiedy ktoś mnie komplementował przy niej,ona to wyśmiewała,wytykając i te istniejące i te wymyślone wady.
Kiedy dostałam pierwszy okres - ona zrobiła mi awanturę,że pobrudziłam siedzenie w samochodzie.
Kiedy miałam pierwszego chłopaka - po jego wyjściu zrobiła mi awanturę,że pewnie się puszczam i "zniosę do domu bachora".
Nie zawsze wychowywanie się z mamą jest arkadią. Trzeba doceniać to,co nam przynosi życie i nie gdybać,bo nie wiadomo,jak mogłoby się pogorszyć nasze życie.
4 2010-08-05 18:44:19 Ostatnio edytowany przez jakWiatr (2010-08-05 19:46:23)
Ja tez wychowałam sie z toksyczną matką i toksycznym ojcem
Ja tez zawsze bylam za gruba,za brzydka,nieudacznik,do ludzi i rodziny narzekała na mnie co chwile,twierdzila,ze nie nadaje sie do niczego i nikt mnie nie kocha,potrafila stanac za tym,kto robil mi krzywde zawsze twierdzac,ze to moja wina,ze ze mnie niedobre dziecko
Gdy miałąm pierwszy okres-krzyczała na mnie,przyszła kolezanka-ona dalej na mnie krzyczała,gdybym miała dziecko bili by mnie i wyrzucili z domu bo wstyd miec taką corkę-uraz pozostal do dzisiaj,dlatego ciazy boje sie jak ognia nawet z partnerem wieloletnim
Gdy miałam pierwszego chłopaka(zwiazek 4lata)rodzice zniszczyli mi zwiazek,dzwonili do matki jego,zeby ze mną sie nie zadawał
Gdy miałam w LO przyjaciólke,rodzice moi dzwonili do jej matki,zeby ze mna sie nie zadzwała bo ja jestem najgorszym dzieckiem na swiecie
Reasumując-moj etap nastoletni to bylo piekło,dzis mam psychiczna blokade aby załozyc rodzine,chłopak moze byc,slubu sie boje,wzór miałam w domu-ciagle kłótnie,wyzwiska rodzicow miedzy sobą i upokorzenia wzgledem mnie,10lat to trwało ale wydaje sie normalna,zwykla,wyksztalcona dziewczyna choc z zepsuta przeszłoscia przez rodzicow
U mnie podobnie jak u banoffee i jakWiatr, wychowała mnie , a raczej uchowała toksyczna matka . Myślę , że gdy czegoś nie mamy tak jak inni np. matki , to już do końca życia będzie nam tego brakowało . Przyznam szczerze , że mi też brakuje matki , takiej prawdziwej , która umie kochać i tulić dziecko do swej piersi , nawet jeśli ma ono 20, 30 , 40 lat . Od swoje matki nie dowiedziałam się niczego o życiu , (tj. o wstydliwych tematach) ,tak że czasem lepiej matki nie mieć niż doświadczać przez całe życie upokarzania.
Dzieciom wychowanym bez matki z pewnością brakuje uczucia matczynego . A wychowane przez matki toksyczne? No cóż , życie takich dzieci nawet jest ok , tylko przez całe to życie same siebie nie mogą odnaleźć .
Roxana
jakWiatr
banoffee
bardzo mi przykro że miałyście takie doświadczenia, ja z kolei wychowywałam się bez matki. Wyjechała jak miałam 5 lat, raz się z nią widziałam i później kilka lat temu - miałam 23 lata. Przez ten cały czas nie miałyśmy ze sobą kontaktu. Moi rodzice się bardzo pokłócili, do końca nie wiem jak to było... ale mam numer tel do mojej matki, zadzwoniłam do niej ostatnio, chciałam wznowić kontakt. Miała zadzwonić... nie odezwała się:( a ja tak bardzo jej potrzebuję... nasze spotkanie póki co nie jest możliwe bo ona mieszka w Madrycie, ma nową rodzinę, a ja czuje się trochę jak odrzutek. Niby mam fajnego faceta, nie mam jakiś większych problemów ale to uczucie jest straszne. Możej jak zostanie babcią to będzie chciaała mieć z nami kontakt...
A jak teraz wyglądają wasze relacje z matkami??
hej,
mam 28l., wygladam ok, mysle ze jestem normalna...
w wieku 6l. straciłam matke, zachorowała, po ponad roku w domu znalazła sie macocha. najpierw bylo z nia ok, po około 2-3 latach zaczęło sie ... ! ciagle krzyczala, poniżala, wyzywała, czasem biła z tyłu w głowę
jako nastolatka wszystko mialam w dupie i lekcewazacy luz do wszystkiego, takie cool to było, pozniej studia jeszcze bardziej `cool` - alko, narkotyki...i tak sie toczyło
teraz w normalnym funkcjonowaniu miedzy ludzmi mam problemy....
radzicie sobie jakos z tym ???
pzdr
Droga Martanej,
Ja straciłam mamę w wieku 11 lat. Poza tym nawet nie dam rady więcej napisać. Był alkohol i narko w wieku dorastania. Mnóstwo głupot w moim życiu. Myślę, że żałoba po śmierci matki nie znika. Dzisiaj kupiłam książkę pt." Córki, które zostały bez matki". Zaczęłam czytać i myślę, że warto. Jest w nas mnóstwo uczuć, których nikt nie zrozumie poza osobami, które same to przeżyły ![]()
ja straciłam matkę w wieku 18 lat,mała już nie byłam,ale miałam siostrę która miała dopiero niespełna 12 lat,na niej śmierć mamy sie najbardziej odbiła,chociaz minęło już kilkanaście lat,siostra jest zamknięta w sobie,unika ludzi,nawet mnie siostry,a wcześniej jako dziecko było jej wszędzie pełno
justynakaja masz racje nikt nie zrozumie co siedzi w człowieku po śmierci rodzica,dopóki sam tego nie doświadczy,zwłaszcza w młodym wieku
Moja mama odeszła 21 lat temu (odeszła, bo do dziś trudno użyć mi słowa zmarła), wtedy miałam pięć lat...uwierzycie, że nic nie pamiętam...nawet jej...nawet sekundy z Nią...właśnie dziś sobie to uświadomiłam, wszystko co o Niej wiem to opowiadania innych ludzi i własna wyobraźnia.
Jak to możliwe że Jej nie pamiętam, że nie pamiętam dzieciństwa?? Może ktoś wie czy i jakim sposobem mogę wrócić do tamtych czasów...?
Dziwne że nie pamiętam, nie znam to kocham całym sercem, tak strasznie tęsknie każdego dnia, zastanawiam się czy jest dumna ze mnie choć troszkę.
Do dziś nie ułozyłam sobie życia, partnerzy są potem znikają...marzę o cieple, o rodzinie której nie potrafię zbudować.
Najbardziej boję się kiedy będę mieć 38 lat(tyle ona miała kiedy odeszła) boję się tego wieku, tego że historia lubi się powtarzać.
Teraz jestem na etapie poznawania Jej przyjaciółki, sama nie wiem po co mi to, ale jest to silniejsze ode mnie, kiedy witam czy żegnam się z Jej przyjaciółką czuję się jakbym to Jej wpadała w ramiona, kiedy rozmawiamy czuję że właśnie to powiedziała by mama...czy ja zwariowałam z tej pustki???
------------------------------------------------------------------
kocham całym sercem nieznaną MATKĘ!
W pamiętaniu i kochaniu nieobecnej matki nie widzę niczego złego. Do momentu gdy nie staje się to fiksacją, a jej brak nie jest tłumaczeniem wszelkich WŁASNYCH, niefortunnych wyborów czy porażek życiowych.
Jakie to proste - miałam złą matkę/nie miałam wcale, dlatego sięgałam po alkohol, narkotyki czy zachowywałam tak jak zachowywałam (spójrz na wyższe wpisy). Jakby się nie było autonomiczną jednostką - to nie matka sięgała, to własna ręka... ale trzeba to uzasadnić przecież - skoro się wiedziało, że źle się robi. Taki mechanizm ![]()
Może warto Sylwia poradzić się psychologa? niejako "przerobić" dzieciństwo jeszcze raz? A może hipnoza dałaby ci spokój i ukojenie? Dla uspokojenia powiem ci, że dużo osób nie pamięta dzieciństwa sprzed 5 roku życia - wtedy świadomość człowieka dopiero się budzi. U jednych wcześniej u innych później, ale około tego wieku. Ja pamiętam od 6 roku życia ![]()
Cześć dziewczyny.
Ja miałam ojca alkoholika i toksyczną matkę, która po rozwodzie przestała się mną zajmować.
Wychowali mnie dziadkowie.
Myślę, że miało to ogromny wpływ na moją osobowość, charakter, podejście do życia i siebie.
Samo przekonanie się o tym, że jestem coś warta zajęło mi paręnaście lat.
Ale radzę sobie.
Serdecznie Was pozdrawiam.
Anhedonia
Nie staram się za troszkę rozwalone życie obwiniać mamy-było by to co najmniej niesprawiedliwe! Mam swój rozum, znam swoje wartości, wiem gdzie dobro ma granicę ze złem. Wydaje mi się, że swój świat ułożyłam poprawie-najlepiej jak potrafiłam
Tylko ta przeklęta świadomość, że nic nie pamiętam, że nie wiem co naprawdę mogę pamiętać a co sama stworzyłam...
Myślałam o hipnozie ale się boję...
Psycholog spędził ze mną ok dwóch lat (ok. 16 a 18 roku życia), na tamten czas pomogło zapomnieć, wyciszyć...ale wróciło jak bumerang!
Jednego jestem pewna na 100% JESTEM CÓRKĄ WSPANIAŁEJ KOBIETY i za to dziękuje Bogu.
Cześć dziewczyny.
Ja miałam ojca alkoholika i toksyczną matkę, która po rozwodzie przestała się mną zajmować.
Wychowali mnie dziadkowie.Myślę, że miało to ogromny wpływ na moją osobowość, charakter, podejście do życia i siebie.
Samo przekonanie się o tym, że jestem coś warta zajęło mi paręnaście lat.Ale radzę sobie.
Serdecznie Was pozdrawiam.
Pewnie miało, ma i będzie miało ale to Twoje życie i rządź w nim Ty:)
Pozdrawiam:)
15 2012-11-20 19:21:55 Ostatnio edytowany przez Anhedonia (2012-11-20 19:24:57)
Anhedonia
Nie staram się za troszkę rozwalone życie obwiniać mamy-było by to co najmniej niesprawiedliwe!
...
Jednego jestem pewna na 100% JESTEM CÓRKĄ WSPANIAŁEJ KOBIETY i za to dziękuje Bogu.
I tak trzymaj kochana.
Nie ciebie miałam na myśli
napisałam: spójrz wpisy powyżej... Są dziewczyny, które z upodobaniem stosują mechanizm: trudne dzieciństwo (matka zawiodła) - upoważnia mnie do wielu rzeczy, które innym odmawiam (wulgarność, arogancja, okrucieństwo chociażby)... bo przecież ONI tego nieszczęścia nie doświadczyli! I tak przez kolejne dziesiątki lat... zwalając na matki winę za własne porażki, uzasadniając "ciemną stronę" SAMEJ SIEBIE. Bez sensu...
Bywają złe matki, ale dorosłe osoby PO PROSTU z nimi nie utrzymują kontaktów (jak z wrogami) a nie bawią się w hipokryzję.
Ty nie jesteż hipokrytką - czujesz niedosyt i to odbiera ci spokój. Może warto zrobić to doświadczenie?
Anhedonia
Dzięki, czyli chyba mogę się czuć w miarę normalna:) chyba muszę pomyśleć poważniej o tej hipnozie. Tylko nie wiem jak do tego się zabrać...
...chyba mogę się czuć w miarę normalna:) chyba muszę pomyśleć poważniej o tej hipnozie. Tylko nie wiem jak do tego się zabrać...
Na luzie kochana, na luzie
wtedy większe szanse powodzenia. Chyba trzeba znaleźć psychologa, który się para tą metodą... Powodzenia
...moja koleżanka pamięta moją mamę bardzo dobrze...jak to możliwe...mamy tyle samo lat...a ona pamięta jej głos i kilka sytuacji...ja nic mimo że to moja MAMA...:(
Ja jestem w w związku malzenskim gdzie maz jest samotnym ojcem ,i wychowuje córke od wielu lat.Nie chce aby to brzydko zabrzmialo, ale wsumie dobrze ze nawet córka nie ma zadnego kontaktu z rodzicielką,a krova szybko dala nogi,i dobrze, bo ona by te dziecko zniszczyla do upadlego i nawet jak sam mąz mowi,nie che sobie wyobrazic co by sie z tym dziekciem zrobilo jakby przebywała cale dziecinstwo z tak koszmarną babą..wystarczy,że pierwsze lata na jego corce sie odbily,a dziecko w ogole nie chce i nie mowi nic na temat swojej rodzicielki(ma odebrane prawa rodzicielskiej, a szma...ie jeszcze na reke to bylo)
I to chyba byla najlepsza decyzja dla kazdego,ze eksia wyjechala nie wiadomo gdzie i nie wpiernicza sie w zycie dziecka jak i ojca
Witajcie,
pominę swoje dane personalne, bo chciałabym jednak pozostać anonimowa. Moja matka uciekła z jakimś (żonatym)typem zostawiając mnie z babcią (mój ojciec pełnił służbę w wojsku), nigdy nie probowała nawet się ze mną skontaktować, a nawet jej rodzina. Nawet alimentów nie płaciła, a przyznam że kwota alimentów jest po prostu śmieszna - 20 zł.
Gdy miałam 18 lat, mój ojciec złożył wniosek aby pozbawić ją całkowicie władzy nade mną, coby to w przyszłości sobie nie przypomniała że ma córeczkę i nie chciała żebym się nią opiekowała. Wracając do tego wniosku, nie bylo mnie na nim ale z tego co wiem cieszyła się że mnie nie ma, zrzekła się całkowicie praw a jej obecny mężuś nawet nie wiedział że miała córkę. Pani Sędzina podobno była w szoku, że ani trochę się mną nie interesowała - chciała żebym poznała przynajmniej brata , ale ja już nie wyraziłam zgody.
Dzisiaj mam 26 lat i mam problemy emocjonalne związane z brakiem matki.
Kochana,jak się czujesz?wiesz ja też wychowalam się bez mamy.Umarła kiedy mialam 5lat.Przez większość życia zmagalam sie z problemami.Teraz wiem,ze mozna zaspokoic pustkę i tęsknotę.Napisz do mnie jesli masz ochotę.
moja matka nie lubiła mnie odkąd się urodziłam, za to oczkiem w głowie był jej syn, o cztery lata młodszy ode mnie, zawsze mną pomiatała, aż pewnego dnia oddała mnie, babcia wzięła mnie na wychowanie, miałam wtedy 9 lat. Jestem normalną kobietą- nie piję, nie palę, nie stoczyłam się, niestety w jakiejś części jestem pozbawiona uczuć.
A moja corka ma matke w mojej postaci i odrzuca mnie kompletnie, bo jej macocha zryla jej mozg.
Nigdy nie zrobilam zadnej krzywdy mojemu dziecku, zawsze dbalam o jej potrzeby, jak moglam, wszystko kupowalam, spelnialam zyczenia, a teraz nie chce mi od roku mowic mamo, bo ja macocha nastawila przeciwko mnie.
Swoja cala historie opisalam wczesniej na tym forum. Powiem tyle- od momentu klotni rok temu z macocha, ktora jest przy moim dziecku (ja mieszkam za granica), dziecko przestalo mi mowic mamo. Chciwa suka w postaci macochy poobrazala mnie rok temu i gdy nie zdolala mnie wydoic z pieniedzy w zeszlym roku, zaczela nastawiac dziecko przeciwko mnie. Jakie to typowe i zalosne.
Dziecko sie nadal ze mna spotyka, gdy jestem w Polsce, ale kontakt sie z nia rozluznia, mimo moich wysilkow. Musze poczekac, az moja nastolatka zmadrzeje i dorosnie, gdy sie od nich wyprowadzi,. Jedyna moja nadzieja.
24 2017-08-12 00:17:50 Ostatnio edytowany przez strzała (2017-08-12 00:18:29)
wszystko kupowalam, spelnialam zyczenia, a teraz nie chce mi od roku mowic mamo
A może w tym akurat tkwi problem?
Moim zdaniem największe dobro, jakie możne nas spotkać od rodziców, to ich uczucia w stosunku do nas.
Ale nie takie, że np. masz tu kolejną nową zabawkę.
Chciwa suka w postaci macochy poobrazala mnie rok temu .
Chyba to widać vice-versa.
A wracając do tematu to nie wiem co jest lepsze.
Czy lepsze jest wychować się bez matki?
Czy jednak lepiej, żeby była, ale traktowała swoje dziecko jak śmiecia.
Mama Emigrantka napisał/a:wszystko kupowalam, spelnialam zyczenia, a teraz nie chce mi od roku mowic mamo
A może w tym akurat tkwi problem?
Moim zdaniem największe dobro, jakie możne nas spotkać od rodziców, to ich uczucia w stosunku do nas.
Ale nie takie, że np. masz tu kolejną nową zabawkę.Mama Emigrantka napisał/a:Chciwa suka w postaci macochy poobrazala mnie rok temu .
Chyba to widać vice-versa.
A wracając do tematu to nie wiem co jest lepsze.
Czy lepsze jest wychować się bez matki?
Czy jednak lepiej, żeby była, ale traktowała swoje dziecko jak śmiecia.
Strzała, czytałam kiedyś Twój wątek. Mądra kobieta z Ciebie ![]()
Strzaly to ktos tu ma naprawde tepe . Wspolczuje. I zrywam boki ze smiechu.
W zyciu nie jest nic czarno-biale i Ci, ktoryz wylewaja na mnie pomyje bez wglebienia sie w tlo calej sprawy, sa ponizej poziomu podlogi.
Bylam 3 lata mezatka. Mieszkalismy z moja mama i siostra, co nie sprzyjalo naszemu malzenstwu. Do tego dochodzily rozniece w wychowaniu miedzy mna a mezem. Po trzech i pol roku malzenstwa mialam dosc. Wmawial mi kochany maz, z esie do niczego nie nadaje, bo nie prasuje kaftanikow niemowlaka, ktore i tak sie za 5 minut brudzily i trafialy do pralki. Ze jestem do dupy kucharka, bo nie siedze jak jego mama w kuchni w niedziele 3 godziny i nie gotuje mu ulubionych golabkow.... Ja wolalam poswiecic godzine na obiad i dwie godziny na spacer z dzieckiem. W domu bylo czysto, dbalam o dziecko, corka byla zdrowa, zadbana, maz mial obiad na stole, gdy przychodzil z pracy, ale nic mu po slubie nie pasowalo. Po trzech latach zniszczenia mojego poczucia pewnosci jako matki i zony, bo nie dalam sie wpisac w obraz tradycyjnej Matki Polki prasujacej ubranka o piatej rano jak sasiadka tesciowej, kopnelam meza w trabe i zazadalam rozwodu. Wyszlam z tego malzenstwa przeswiadczona, ze sie do niczego nie nadaje.
Oczywiscie urazony facet zmusil mnie podstepnym i podlym szantazem do oddania mu opieki nad dzieckiem. Przed rozwodem zdazylam go jeszcze zdradzic, bo nawet mu nie pasowalam jako kobieta. Romans krotki skonczylam i zazadalam rozwodu. Dusilam sie w tym malzenstwie. W ogole to chyba sie tylko dlatego ze mna ozenil, bo wpadlismy. A randkowalam z nim 4 lata przed slubem i bylismy normalnie zareczeni po pierwszych dwoch latach zwiazku. Stwierdzil, ze zrobi ze mnie wariatke przed sadem, opowie, jak sie kloce z siostra (normalne klotnie rodzenstwa) i potarga mnie na strzepy. On mial w dodatku stala prace, a ja prace akurat stracilam. Dziecko zostalo wiec przy ojcu majacym stabilne warunki finansowe.
Po poltora roku szarpania sie w Polsce z alimentami i rachunkami, probujac zwiazac koniec z koncem i dorabiajac na czarno wylecialam z kraju, gdzie doszly do glosu kaczkiw rzadzie. Nie chcialam zyc w kraju, gdzie rzadza kaczki. Chcialam, zeby mnie bylo stac nie tylko na alimenty, ale i na godne zycie, w ktorym moge zapewnic przyszlosc mojemu dziecku i jakies alternatywy, gdy corka dorosnie.
Nie odcielam sie od corki- latalam do Polski co dwa miesiace, potem co kwartal, gdy byla troche starsza i gdy stracilam tu prace na dwa lata, gdy sie przeprowadzilam na wies, gdzie mieszkam do dzis. Alimenty nie tylko placilam ojcu dziecka regularnie, ale tez kupowalam, co moglam, i zabieralam dziecko na wyjazdy w czasie ferii czy wakacji. I caly czas dzwonilam, pisalam i tak jest do tej pory- nie ustaje w kontaktowaniu sie z nia. To, ze ona mi obecnie ledwo odpowiada, to krecia robota macochy.
Corka mnie odwiedzala w Irlandii, zna moich znajomych i mojego drugiego meza, ktorego notabene bardzo lubi i szanuje. Bylam na jej komunii, moja corka byla na honorowym miejscu na moim drugim slubie. Zawsze integrowalam dziecko z moim nowym zyciem. Nie bylo tak, ze wyjechalam i sie od niej odcielam. Tego nie bylo. Naprawde jestem potworem.......bu ha ha.
A teraz staram sie dziecku spokojnie wytlumaczyc, ze nie powinna protestowac przeciwko temu, zebym miala kontakt z jej szkola. Jestem normalna matka, ktora ma prawa rodzicielskie, interesuje sie dzieckiem, jej zainteresowaniami, ocenami, itp. Ktora z Was, tych jeczacych "corek bez matek" by nie chciala, by matka interesowala sie normalnie Wami, Waszymi postepami w nauce, jak sie Wasze zainteresowania zmieniaja? .... Ja mowie o normalnym zainteresowaniu zyciem szkolnym, a nie ingerowaniu w kontakty z rowiesnikami czy mowienu dziecku, z kim ma sie spotykac, a z kim nie i potepianiu za kazda jedynke. To nie ja.
Oczywiscie obrazona macocha, ktorej sie nie dalam wyssac w zeszlym roku z kazdego euro, jakie zarabiam, po probie krzyczenia, obrazania mnie i szantazowania mnie, ile wlezie, szepce zmijowatym glosem do ucha mezusia, zeby mi blokowal kontakt ze szkola. Chca mnie odciac od informacji o dziecku, bo nie rozmawiam teraz z macocha od roku i tylko z ojcem przez prawnika, bo to on jest dla mnie strona i ojcem dziecka, a nie ona. I jad saczy rowniez w moja corke, by sie nie zgadzala na moje kontakty ze szkola. Jakie to dojrzale.....
Na szczescie istnieja prawnicy. I moj prawnik uswiadomil bylemu, ze blokowanie mi kontaktu ze szkola moze sie skonczyc w sadzie grzywna. No to tatusiek troche zmiekl i oswiadczyl, ze sie zgodzi, jesli corka sie zgodzi. Tylko zapomnial dodac, piszac do mojego prawnika, ze bedzie jad saczyc w corke, by sie nie zgadzala.
No ale ja nie z tych, co sie latwo poddaja. Corce cierpliwie tlumacze, ze obciachu jej nie zrobie (to byl glowny powod jej protestu), ze moj kontakt ze szkola nie wplynie w ogole na jej zycie szkolne i bedzie raczej polegal na okresowym telefonie lub mailu do szkoly niz na ingerowaniu w jej zycie szkolne. I wytlumaczylam jej rowniez na spokojnie, ze nie ma sie czego wstydzic, jesli chodzi o mnie. Powiedzialam corce, ze sie spotkam z pania dyrektor i wychowawczynia raz, by sie przedstawic i nawiazac kontakt. Nie jestem patologiczna alkoholiczka, ktora krzywdzila swoje dziecko, wiec takie ukrywanie mnie przed swiatem jest niedojrzale i okropnie denerwujace. I powiedzialam rowniez corce, ze jesli bedzie rozmawiac wiecej ze mna przez telefon i wiecej mi mowic o sobie, to nie bede musiala dzwonic do szkoly za czesto. Proste i logiczne. I dziecko teraz intensywnie mysli.
Zal mi mojego dziecka, bo jej macocha postawila to dziecko miedzy mlotem a kowadlem. Moja corka jest potwornie zagubiona i chcac zachowac resztki zdrowego umyslu broni tego, co ma przy sobie, czyli ich. A jednoczesnie moja corka odziedziczyla moja inteligencje i mnostwo zdolnosci po mnie, w tym jezykowych, wiec probuje ja na spokojnie zmusic do samodzielnego myslenia i posiadania wlasnego zdania. Najlatwiej jej bylo na poczatku rozkazywac mi jak tatus i macocha, ale powiedzialam jej, ze ta droga do niczego nie dojdzie ze mna. Powiedzialam jej, ze wyslucham jej zdania, jesli bedzie potrafila je uzasadnic, a nie powtarzala kalki z tatusia. No i dziecko intensywnie mysli :-).
Na razie nie chce ze mna gadac na zasadzie- pogodze sie z nimi, klekne przed nimi i worce do Auschwitz macochy potulnie, to bedzie coreczka milsza. A i na to nie ma gwarancji, bo prawem wieku nastoletniego moze cos innego wymyslec, wiec klekanie przed ludzmi, ktorzy mna pomiatali 11 lat, szantazowali mnie wiecznie, docinali mi z byle powodu, sensu wiekszego nie ma. Ja licze na to, ze moje dziecko kiedys oceni niezaleznie sama sytuacje, gdy pojdzie gdzies na studia i sie od nich do akademika wyprowadzi. Na razie cierpliwie czekam, wszystko tlumacze spokojnie, gdy trzeba i odzywam sie do niej na messengerze.
Nie lubie sie pchac nigdzie tam, gdzie mnie nie chca, wiec przestalam dzwonic. Moja corka spedzila ze mna 5 dni, z czego przez 4 byla zmierzla, stroila focha (bo niby byla przed okresem), nie chciala ze mna nigdzie isc procz mozliwosic zrobienia jej zakupow (bo przeciez idzie do nowej szkoly, to musi sie ubrac) i chciala tylko wisiec na telefonie albo internecie. Znosilam to wszystko ze spokojem, ale przez to , ze stroila focha, nie porozmawialam na temat mojego kontaktu z jej szkola, bo nie chcialam dolewac oliwy do ognia. I pare dni po moim wyjezdzie dowiedziala sie od tatusia, ze mam taki, a nie inny zamiar i wybuchla. A ja jej na to: stroilas fochy, nie dalas sie nigdzie wyciagnac, ja Cie chcialam zabrac na jakies lody/ pizze i spokojnie pogadac w milej kafejce w otoczeniu parkowym, to teraz miej pretensje do siebie. I poinformowalam ja, ze nie chce czasem, by moja mama i moja siostra byly swiadkami kazdej mojej rozmowy z nia. Corka widuje mnie w mojej mamy mieszkaniu, gdy ja przylatuje do Polski. No i troche przeprosila za focha, za co ja pochwalilam.
Efekt sprezyny dziala bowiem tak, ze im bardziej sie naciska, tym bardziej sprezyna odskakuje. Wole sie troche odsunac, przestac dzwonic, zapewniajac ja jednoczesnie, ze jesli tylko bedzie chciala pogadac, to jestem do dyspozycji. Wole poczekac, az sama powie, ze chce ze mna rozmawiac. I zostawiam jej wiadomosci na Messengerze. Zle robie?
Zal mi mojej corki, ale z drugiej strony moje dziecko majace wszytko materialnie, kochajacych je rodzicow po obu stronach, kochajace babcie po obu stronach, probuje zgrywac porzucona biedna eurosierote, ktora nie jest. Ma stabilny dom u ojca i macochy i rodzona matke, ktorej zalezy na dziecku. I tak troche mnie jej poza denerwuje, no ale na cos w nastoletnim wieku pozowac trzeba. Totez na razie probuje robic dobra mine do zlej gry. I czekam, az pojdzie do szkoly we wrzesniu, pozna zupelnie nowe srodowisko i moze jej sie swiatopoglad troche zmieni. Kocham moje dziecko, wiec pozostaje mi tylko czekac. Czy zostaje mi cos jeszcze?
I zanim ktos znowu probuje mnie dzgnac czymkolwiek na tym forum, niech sobie to solidnie naostrzy, bo ja mam pancerna zbroje na sobie.
Strzaly to ktos tu ma naprawde tepe . Wspolczuje. I zrywam boki ze smiechu.
W zyciu nie jest nic czarno-biale i Ci, ktoryz wylewaja na mnie pomyje bez wglebienia sie w tlo calej sprawy, sa ponizej poziomu podlogi.
Bylam 3 lata mezatka. Mieszkalismy z moja mama i siostra, co nie sprzyjalo naszemu malzenstwu. Do tego dochodzily rozniece w wychowaniu miedzy mna a mezem. Po trzech i pol roku malzenstwa mialam dosc. Wmawial mi kochany maz, z esie do niczego nie nadaje, bo nie prasuje kaftanikow niemowlaka, ktore i tak sie za 5 minut brudzily i trafialy do pralki. Ze jestem do dupy kucharka, bo nie siedze jak jego mama w kuchni w niedziele 3 godziny i nie gotuje mu ulubionych golabkow.... Ja wolalam poswiecic godzine na obiad i dwie godziny na spacer z dzieckiem. W domu bylo czysto, dbalam o dziecko, corka byla zdrowa, zadbana, maz mial obiad na stole, gdy przychodzil z pracy, ale nic mu po slubie nie pasowalo. Po trzech latach zniszczenia mojego poczucia pewnosci jako matki i zony, bo nie dalam sie wpisac w obraz tradycyjnej Matki Polki prasujacej ubranka o piatej rano jak sasiadka tesciowej, kopnelam meza w trabe i zazadalam rozwodu. Wyszlam z tego malzenstwa przeswiadczona, ze sie do niczego nie nadaje.Oczywiscie urazony facet zmusil mnie podstepnym i podlym szantazem do oddania mu opieki nad dzieckiem. Przed rozwodem zdazylam go jeszcze zdradzic, bo nawet mu nie pasowalam jako kobieta. Romans krotki skonczylam i zazadalam rozwodu. Dusilam sie w tym malzenstwie. W ogole to chyba sie tylko dlatego ze mna ozenil, bo wpadlismy. A randkowalam z nim 4 lata przed slubem i bylismy normalnie zareczeni po pierwszych dwoch latach zwiazku. Stwierdzil, ze zrobi ze mnie wariatke przed sadem, opowie, jak sie kloce z siostra (normalne klotnie rodzenstwa) i potarga mnie na strzepy. On mial w dodatku stala prace, a ja prace akurat stracilam. Dziecko zostalo wiec przy ojcu majacym stabilne warunki finansowe.
Po poltora roku szarpania sie w Polsce z alimentami i rachunkami, probujac zwiazac koniec z koncem i dorabiajac na czarno wylecialam z kraju, gdzie doszly do glosu kaczkiw rzadzie. Nie chcialam zyc w kraju, gdzie rzadza kaczki. Chcialam, zeby mnie bylo stac nie tylko na alimenty, ale i na godne zycie, w ktorym moge zapewnic przyszlosc mojemu dziecku i jakies alternatywy, gdy corka dorosnie.
Nie odcielam sie od corki- latalam do Polski co dwa miesiace, potem co kwartal, gdy byla troche starsza i gdy stracilam tu prace na dwa lata, gdy sie przeprowadzilam na wies, gdzie mieszkam do dzis. Alimenty nie tylko placilam ojcu dziecka regularnie, ale tez kupowalam, co moglam, i zabieralam dziecko na wyjazdy w czasie ferii czy wakacji. I caly czas dzwonilam, pisalam i tak jest do tej pory- nie ustaje w kontaktowaniu sie z nia. To, ze ona mi obecnie ledwo odpowiada, to krecia robota macochy.
Corka mnie odwiedzala w Irlandii, zna moich znajomych i mojego drugiego meza, ktorego notabene bardzo lubi i szanuje. Bylam na jej komunii, moja corka byla na honorowym miejscu na moim drugim slubie. Zawsze integrowalam dziecko z moim nowym zyciem. Nie bylo tak, ze wyjechalam i sie od niej odcielam. Tego nie bylo. Naprawde jestem potworem.......bu ha ha.
A teraz staram sie dziecku spokojnie wytlumaczyc, ze nie powinna protestowac przeciwko temu, zebym miala kontakt z jej szkola. Jestem normalna matka, ktora ma prawa rodzicielskie, interesuje sie dzieckiem, jej zainteresowaniami, ocenami, itp. Ktora z Was, tych jeczacych "corek bez matek" by nie chciala, by matka interesowala sie normalnie Wami, Waszymi postepami w nauce, jak sie Wasze zainteresowania zmieniaja? .... Ja mowie o normalnym zainteresowaniu zyciem szkolnym, a nie ingerowaniu w kontakty z rowiesnikami czy mowienu dziecku, z kim ma sie spotykac, a z kim nie i potepianiu za kazda jedynke. To nie ja.
Oczywiscie obrazona macocha, ktorej sie nie dalam wyssac w zeszlym roku z kazdego euro, jakie zarabiam, po probie krzyczenia, obrazania mnie i szantazowania mnie, ile wlezie, szepce zmijowatym glosem do ucha mezusia, zeby mi blokowal kontakt ze szkola. Chca mnie odciac od informacji o dziecku, bo nie rozmawiam teraz z macocha od roku i tylko z ojcem przez prawnika, bo to on jest dla mnie strona i ojcem dziecka, a nie ona. I jad saczy rowniez w moja corke, by sie nie zgadzala na moje kontakty ze szkola. Jakie to dojrzale.....
Na szczescie istnieja prawnicy. I moj prawnik uswiadomil bylemu, ze blokowanie mi kontaktu ze szkola moze sie skonczyc w sadzie grzywna. No to tatusiek troche zmiekl i oswiadczyl, ze sie zgodzi, jesli corka sie zgodzi. Tylko zapomnial dodac, piszac do mojego prawnika, ze bedzie jad saczyc w corke, by sie nie zgadzala.
No ale ja nie z tych, co sie latwo poddaja. Corce cierpliwie tlumacze, ze obciachu jej nie zrobie (to byl glowny powod jej protestu), ze moj kontakt ze szkola nie wplynie w ogole na jej zycie szkolne i bedzie raczej polegal na okresowym telefonie lub mailu do szkoly niz na ingerowaniu w jej zycie szkolne. I wytlumaczylam jej rowniez na spokojnie, ze nie ma sie czego wstydzic, jesli chodzi o mnie. Powiedzialam corce, ze sie spotkam z pania dyrektor i wychowawczynia raz, by sie przedstawic i nawiazac kontakt. Nie jestem patologiczna alkoholiczka, ktora krzywdzila swoje dziecko, wiec takie ukrywanie mnie przed swiatem jest niedojrzale i okropnie denerwujace. I powiedzialam rowniez corce, ze jesli bedzie rozmawiac wiecej ze mna przez telefon i wiecej mi mowic o sobie, to nie bede musiala dzwonic do szkoly za czesto. Proste i logiczne. I dziecko teraz intensywnie mysli.
Zal mi mojego dziecka, bo jej macocha postawila to dziecko miedzy mlotem a kowadlem. Moja corka jest potwornie zagubiona i chcac zachowac resztki zdrowego umyslu broni tego, co ma przy sobie, czyli ich. A jednoczesnie moja corka odziedziczyla moja inteligencje i mnostwo zdolnosci po mnie, w tym jezykowych, wiec probuje ja na spokojnie zmusic do samodzielnego myslenia i posiadania wlasnego zdania. Najlatwiej jej bylo na poczatku rozkazywac mi jak tatus i macocha, ale powiedzialam jej, ze ta droga do niczego nie dojdzie ze mna. Powiedzialam jej, ze wyslucham jej zdania, jesli bedzie potrafila je uzasadnic, a nie powtarzala kalki z tatusia. No i dziecko intensywnie mysli :-).
Na razie nie chce ze mna gadac na zasadzie- pogodze sie z nimi, klekne przed nimi i worce do Auschwitz macochy potulnie, to bedzie coreczka milsza. A i na to nie ma gwarancji, bo prawem wieku nastoletniego moze cos innego wymyslec, wiec klekanie przed ludzmi, ktorzy mna pomiatali 11 lat, szantazowali mnie wiecznie, docinali mi z byle powodu, sensu wiekszego nie ma. Ja licze na to, ze moje dziecko kiedys oceni niezaleznie sama sytuacje, gdy pojdzie gdzies na studia i sie od nich do akademika wyprowadzi. Na razie cierpliwie czekam, wszystko tlumacze spokojnie, gdy trzeba i odzywam sie do niej na messengerze.
Nie lubie sie pchac nigdzie tam, gdzie mnie nie chca, wiec przestalam dzwonic. Moja corka spedzila ze mna 5 dni, z czego przez 4 byla zmierzla, stroila focha (bo niby byla przed okresem), nie chciala ze mna nigdzie isc procz mozliwosic zrobienia jej zakupow (bo przeciez idzie do nowej szkoly, to musi sie ubrac) i chciala tylko wisiec na telefonie albo internecie. Znosilam to wszystko ze spokojem, ale przez to , ze stroila focha, nie porozmawialam na temat mojego kontaktu z jej szkola, bo nie chcialam dolewac oliwy do ognia. I pare dni po moim wyjezdzie dowiedziala sie od tatusia, ze mam taki, a nie inny zamiar i wybuchla. A ja jej na to: stroilas fochy, nie dalas sie nigdzie wyciagnac, ja Cie chcialam zabrac na jakies lody/ pizze i spokojnie pogadac w milej kafejce w otoczeniu parkowym, to teraz miej pretensje do siebie. I poinformowalam ja, ze nie chce czasem, by moja mama i moja siostra byly swiadkami kazdej mojej rozmowy z nia. Corka widuje mnie w mojej mamy mieszkaniu, gdy ja przylatuje do Polski. No i troche przeprosila za focha, za co ja pochwalilam.
Efekt sprezyny dziala bowiem tak, ze im bardziej sie naciska, tym bardziej sprezyna odskakuje. Wole sie troche odsunac, przestac dzwonic, zapewniajac ja jednoczesnie, ze jesli tylko bedzie chciala pogadac, to jestem do dyspozycji. Wole poczekac, az sama powie, ze chce ze mna rozmawiac. I zostawiam jej wiadomosci na Messengerze. Zle robie?
Zal mi mojej corki, ale z drugiej strony moje dziecko majace wszytko materialnie, kochajacych je rodzicow po obu stronach, kochajace babcie po obu stronach, probuje zgrywac porzucona biedna eurosierote, ktora nie jest. Ma stabilny dom u ojca i macochy i rodzona matke, ktorej zalezy na dziecku. I tak troche mnie jej poza denerwuje, no ale na cos w nastoletnim wieku pozowac trzeba. Totez na razie probuje robic dobra mine do zlej gry. I czekam, az pojdzie do szkoly we wrzesniu, pozna zupelnie nowe srodowisko i moze jej sie swiatopoglad troche zmieni. Kocham moje dziecko, wiec pozostaje mi tylko czekac. Czy zostaje mi cos jeszcze?
I zanim ktos znowu probuje mnie dzgnac czymkolwiek na tym forum, niech sobie to solidnie naostrzy, bo ja mam pancerna zbroje na sobie.
Doczytałam jedynie, że zdradzałaś męża, bo Ci krzywdę robił, mówiąc, że trzeba kaftaniki prasować dziecku. Biedactwo. I mama, i siostra nie sprzyjały małżeństwu, o jaaa. Ja też nie prasowałam kaftaników, bo mi się nie chciało, ale mi do głowy nie przyszło zdradzać męża z tego powodu.
Czytałam kiedyś Twój wątek. I kontakt z dzieckiem opierasz na finansach. To nie becz teraz.
Guzik zrozumialas z mojego watku, santapietruszka. A pietruszki od Ciebie bym nie ruszyla- jakas taka zatruta.
A poza tym, santapietruszka, boli Cie, ze sie nie mecze razem z Toba jak pokorna matka Polka pod rzadami PIslamu pomiatajacego prawami kobiet? Ze nie bede na lasce polskiego ZUSu?
A co, moze mialam dac sie kompletnie zniszczyc bylemu? Gdy urodzilam corke, to akurat jego mamusia sie przewrocila i doznala strzasu mozgu i wyladowala w szpitalu. Wtedy miala meza i dwoch braci bylego do dyspozycji w domu. ja akurat urodzilam i potrzebowalam meza w domu, a on do mamusi popitalal co drugi dzien, zostawiajac mnie sama z dzieckiem w domu. Wystarczyloby, gdyby dzwonil i odwiedzil mamusie raz na tydzien, skoro do dyspozycji miala jeszcze 3 facetow w domu. Ale nie, musial mnie zostawiac z dzieckiem dla mamusi. No to wtedy zrobilam koszmarna awanture i moja mama nawet go objechala. To byl jedyny raz, kiedy moja mama sie wtracila.
Moj byly osmieszal mnie przy znajomych, gdy szlismy na imprezy ze wspolnymi znajomymi, robil sobie ze mnie posmiewisko i wszyscy sie dobrze bawili, tylko nie ja. Pierwszy kryzys malzenski byl juz po pol roku, bo wolal sie ze mnie nasmiewac 3 miesiace po porodzie, ze jestem gruba, a potem siedzial przed kompem do polnocy zamiast isc ze mna do lozka. I myslal, ze mnie to zmotywuje, by schudnac. Prawil mi kazania wiecznie, co mam robic, a czego nie robic, porownywal mnie wiecznie do mamusi i sasiadki mamusi. Urzadzal mi wiecznie awantury o byle co. To co, mialam zostac i pokornie sie meczyc? I jeszcze zeby dziecko caly czas to pieklo widzialo?
No coz, zrobilam dokladnie na odwrot. I teraz jestem szczesliwa mezatka i nie oddalabym drugiego meza za nic w swiecie. A moj pierwszy maz,jeszcze nie swietej pamieci niestety, dostal w postaci drugiej zony swoje Nemezis. Chcial mna rzadzic, to teraz druga zona trzyma go pod pantoflem, rzadzi nim i jest potworna krzykaczka, podobnie jak kiedys jego matka. Jego matka sie teraz juz uspokoila i mam z nia swietny kontakt ( bylego szlag tu trafia pod tym wzgledem), bo w koncu to babcia mojego dziecka. Za to obecna zona, a macocha mojego dziecka to raczej juz nie dorosnie i pozostanie wrzeszczaca trzylatka, ktora warczy na wszystkich, gdy nie dostaje tego, czego chce, czyli np. ode mnie wiecej pieniedzy. Ja jestem szczesliwa , a byly udaje, ze jest.
30 2017-08-13 22:27:15 Ostatnio edytowany przez santapietruszka (2017-08-13 22:33:17)
A poza tym, santapietruszka, boli Cie, ze sie nie mecze razem z Toba jak pokorna matka Polka pod rzadami PIslamu pomiatajacego prawami kobiet? Ze nie bede na lasce polskiego ZUSu?
A co, moze mialam dac sie kompletnie zniszczyc bylemu? Gdy urodzilam corke, to akurat jego mamusia sie przewrocila i doznala strzasu mozgu i wyladowala w szpitalu. Wtedy miala meza i dwoch braci bylego do dyspozycji w domu. ja akurat urodzilam i potrzebowalam meza w domu, a on do mamusi popitalal co drugi dzien, zostawiajac mnie sama z dzieckiem w domu. Wystarczyloby, gdyby dzwonil i odwiedzil mamusie raz na tydzien, skoro do dyspozycji miala jeszcze 3 facetow w domu. Ale nie, musial mnie zostawiac z dzieckiem dla mamusi. No to wtedy zrobilam koszmarna awanture i moja mama nawet go objechala. To byl jedyny raz, kiedy moja mama sie wtracila.
Moj byly osmieszal mnie przy znajomych, gdy szlismy na imprezy ze wspolnymi znajomymi, robil sobie ze mnie posmiewisko i wszyscy sie dobrze bawili, tylko nie ja. Pierwszy kryzys malzenski byl juz po pol roku, bo wolal sie ze mnie nasmiewac 3 miesiace po porodzie, ze jestem gruba, a potem siedzial przed kompem do polnocy zamiast isc ze mna do lozka. I myslal, ze mnie to zmotywuje, by schudnac. Prawil mi kazania wiecznie, co mam robic, a czego nie robic, porownywal mnie wiecznie do mamusi i sasiadki mamusi. Urzadzal mi wiecznie awantury o byle co. To co, mialam zostac i pokornie sie meczyc? I jeszcze zeby dziecko caly czas to pieklo widzialo?
No coz, zrobilam dokladnie na odwrot. I teraz jestem szczesliwa mezatka i nie oddalabym drugiego meza za nic w swiecie. A moj pierwszy maz,jeszcze nie swietej pamieci niestety, dostal w postaci drugiej zony swoje Nemezis. Chcial mna rzadzic, to teraz druga zona trzyma go pod pantoflem, rzadzi nim i jest potworna krzykaczka, podobnie jak kiedys jego matka. Jego matka sie teraz juz uspokoila i mam z nia swietny kontakt ( bylego szlag tu trafia pod tym wzgledem), bo w koncu to babcia mojego dziecka. Za to obecna zona, a macocha mojego dziecka to raczej juz nie dorosnie i pozostanie wrzeszczaca trzylatka, ktora warczy na wszystkich, gdy nie dostaje tego, czego chce, czyli np. ode mnie wiecej pieniedzy. Ja jestem szczesliwa , a byly udaje, ze jest.
Kochana, a gdzie ja napisałam, że ja się męczę jakoś tam pod rządami kogoś tam? ![]()
Na miejscu Twojej córki też bym wolała nie utrzymywać z Tobą kontaktu. Dżinsy bym wzięła, bo zawsze to dżinsy. Wybacz. Dopóki nie ogarniesz sama siebie, nie wymagaj od dziecka. Koniec, kropka. Opanuj, kobieto, agresję, i znajdź w sobie odrobinę empatii - może i córka doceni. Na razie Jej macocha daje Jej to, co w życiu ważniejsze. I nie są to pieniądze.
I wyobraź sobie, że wiem, o czym piszesz, też mam byłego męża i dobre kontakty z jego rodziną. Ale jaja. Totalnie nie ma to związku z kontaktami z dzieckiem. Jak wspomniałam, czytałam Twój wątek i nadal mam tylko jedno zdanie - nie przeliczysz miłości do dziecka na dżinsy, za cholerę. A nowa partnerka/żona Twojego byłego nie ma obowiązku Cię lubić. Rozwiodłaś się, bo Ci nie pasowało? I ok. To nie interesuj się. Jak i ja się nie interesuję.
Ja jestem ogarnieta, empatii dla dziecka mam w sobie sporo. Guzik rozumiesz, pietruszko, a santa to na pewno nie jestes.
Ja jestem ogarnieta, empatii dla dziecka mam w sobie sporo. Guzik rozumiesz, pietruszko, a santa to na pewno nie jestes.
A pewnie, że nie. Do zakonu to ja się nigdy nie nadawałam
Piszę tylko dlatego, żeby skopiować Twój post. Na wypadek, gdybyś go edytowała i usiłowała w innych wątkach zrobić z siebie ideał.
Nie zauważyłam w Twoich postach żadnej empatii. Tylko - kupiłam, kupiłam, kupiłam... O tym, że burzyłaś się o zasiłek na dziecko, który przekazywałaś z bodajże Irlandii, to już nie wspomnę. Tam się nie wypowiadałam, ale skoro prosisz... Nie, to że mieszkasz za granicą, to nie jest Twoja zasługa, tylko Unii Europejskiej. To, że jakiś tam zasiłek dostawałaś na dziecko i był wyższy niż u nas, to też nie jest Twoja zasługa, tylko tamtejszego prawa. To, że przekazywałaś zasiłek ojcu dziecka na potrzeby dziecka, jest ok. To, że się burzyłaś, że on oprócz tego chciałby alimenty, nie jest ok.
No mowie- niczego wiecej nie zauwazylas poza tym, co chcialas zauwazyc. Wybierasz z moich postow to, co Ci pasuje, by na mnie pomyje wylewac i nic poza tym. Zalosne.
Ja mam piec tysiecy swiadkow, z moja matka na czele, moim obecnym mezem i moimi znajomymi, na to, ze zawsze mi na dziecku zalezalo, ze ja ogromnie kocham i ze robilam zawsze dla niej wszystko, co w danym momencie zrobic moglam. I dalej robie tyle, ile moge. I nawet byla tesciowa sie do mnie przekonala z powrotem po tym rozwodzie.
Takze Twoje gadanie nadaje sie do spuszczenia do rynsztoka z tej racji, ze tam wlasnie jest miejsce pomyj. Nie ma w Twojej wypowiedzi niczego konstruktywnego. Do rynsztoka z tym.
34 2017-08-14 00:32:15 Ostatnio edytowany przez strzała (2017-08-14 00:34:31)
Strzaly to ktos tu ma naprawde tepe . Wspolczuje. I zrywam boki ze smiechu.
W zyciu nie jest nic czarno-biale i Ci, ktoryz wylewaja na mnie pomyje bez wglebienia sie w tlo calej sprawy, sa ponizej poziomu podlogi.
Mamo Emigrantko, napisałaś o sobie, że jesteś osobą inteligentną.
To myślałam, że zrozumiesz sens mojej wypowiedzi, w której nie ma ani grama pomyj wylanych na Ciebie.
Za to w Twoich wypowiedziach można wyczytać sporo takich nieprzyjemnych zdań w stosunku do innych.
Nie mi Cię oceniać.
Ale gdybym miała cofnąć czas i wrócić do dzieciństwa to chciałabym, aby moja mama:
-była przy mnie, szanowała mnie, przytulała, mówiła o uczuciach, dawała poczucie bezpieczeństwa, była ciepła,
broniła mnie przed całym światem, była dla mnie wzorem, była dobra dla innych ludzi.
Można dużo o tym napisać.
Chyba nie piszę o kimś idealnym, ja wiem, że takie mamy istnieją.
Staram się właśnie taka być dla swoich dzieci.
Jeśli taka jesteś to gratuluję i powiedziałabym, że współczuję Ci, że życie zle Cię potraktowało w postaci takiej córki.
Wiesz, ja uważam, że dobra matka to taka, która nie tylko jest dobrą matką dla własnego dziecka.
Dobra matka to taka, która jest też dobra dla innych ludzi.
Moim zdaniem główny błąd leży tutaj w Was wszystkich najbliższych Twojej córce.
To Wy jako ludzie dorośli nie potraficie się dogadać, aby córka żyła w innym świecie.
Wciąż wzajemnie się oskarżacie, syczycie jadem do siebie.
Myślicie, że dziewczyna tego nie widzi, nic nie czuje?
Piszesz, że macocha obrażała Cię rok temu.
Ale Ty nie piszesz o niej macocha, tylko ''wredna suka"
Od czegoś na pewno się zaczęło. Nie mówię, że to wszystko Twoja wina, bo ona pewnie leży po środku.
Ale czy w obecności córki też używasz takich słów na temat jej macochy?
Bo jeśli przy córce nie szanujesz innych, to za kilka lat dostaniesz to samo.
Ja nic na Ciebie nie wylewam, nie myśl tak.
Chwała Ci za to jeśli naprawdę bardzo zależy Ci na córce.
Bądz dla niej najlepszą matką.
I spróbujcie wzajemnie wszyscy się dogadać.
Bez nerwów, bez złości, bez poniżania.
Tym dojedziecie donikąd.
“Ale gdybym miała cofnąć czas i wrócić do dzieciństwa to chciałabym, aby moja mama:
-była przy mnie, szanowała mnie, przytulała, mówiła o uczuciach, dawała poczucie bezpieczeństwa, była ciepła,
broniła mnie przed całym światem, była dla mnie wzorem, była dobra dla innych ludzi.
Można dużo o tym napisać.
Wiesz, ja uważam, że dobra matka to taka, która nie tylko jest dobrą matką dla własnego dziecka.
Dobra matka to taka, która jest też dobra dla innych ludzi.”
Widzisz, pietruszka, ja sie staralam na tym polu, jak moglam, mimo tego, ze wyjechalam. Chcialam, by sie dziecko przy mnie dobrze czulo. Po pierwszym roku emigracji dziecko mi powiedzialo, ze ona wie, ze mama zawsze przyleci. Czyli jednak miala jakies poczucie bezpieczenstwa zwiazane ze mna, a potem, gdy podrosla, zaczelam ja do Irlandii zabierac, po tym, gdy cala rodzina ( macocha, jej syn, byly I corka) przylecieli do Irlandii na wizytacje.
I jeszcze wtedy udalo mi sie narzeczonego przekonac, by spali pod naszym dachem, bo przeciez rdzina nie bedzie placic za hotel. Moj kochany obecny irlandzki maz zgodzil sie I mieszkali pare dni pod jego dachem. A oni doslownie na wizytacje przylecieli, jak krolowie, by zostac podjeci, nawet zadnej flaszki ze soba nie przywiezli, bo to przeciez macocha wielka pani, przylatuje, to poddanym, ktorych trzyma pod butem, sie prezentow sie robi, tylko patrzy, jak mozna wiecej wyssac z bylej siedzacej za granica. Jakie to polskie.....
I 10 lat zaciskalam zeby dla dobra dziecka I znosilam fochy macochy. Czekalam na jej blad, ostrzac wszystkie noze po cichu. I sie doczekalam- zrobila go w zeszlym roku.
Ja zawsze bylam dobra dla ludzi. Pomoglam w Irlandii wielu ludziom w niejednej sprawie, bo znam swietnie jezyk. Moje dziecko widzialo zawsze, ze ja sie dobrze odnosze do ludzi I ze jestem lubiana. I zawsze jej mowie, by dobrem odplacala za dobro. Ale kto z kim przestaje, takim sie staje, wiec moje dziecko zamienia sie w druga macoche, bo jej tak wygodnie. Jesli ktos jest dobry, to trrzeba wykorzystac, wyssac I zostawic albo jeszcze dowalic. I dziecko takim podejsciem do swiata nasiaka.
A ja zawsze z tym walczylam.
I nawet byla tesciowa zauwazyla zmiane u swojego syna, ze sie zmienil I wlasnie zacytowala: kto z kim przestaje, takim sie staje I ciezko westchnela.... Skoro ona, badac na miejscu zauwazyla to u wlasnego syna, to chyba o czyms swiadczy, prawda?
A ostatnio rozmawialam z byla tesciowa, gdy moja irlandzka tesciowa umarla miesiac temu. I najpierw, gdy zadzwonilam, to mi kazala zadzwonic za godzine, bo byla moja corka u niej I syn macochy- zajmowala sie dziecmi, gdy rodzice byli w pracy. Kazala mi zadzwonic za godzine, by swobodnie pogadac.
No to skoro byla tesciowa lubi sobie ze mna pogadac bez swiadkow, by moja corka niczego nie slyszala (moglaby przekazac macosze), to chyba tez to na cos wskazuje? A zapewniam Cie, pietruszka, ze byla tesciowa poznala sie na kolejnej synowej szybko, bo macocha lubi rzadzic wszystkimi, jest krzykaczem I opowiadala mi, jak na poczatku darly koty z tesciowa......
Ja bylam spokojna synowa, ktora zostala zahukana przez tesciowa I meza. I na pewno nieraz byla tesciowa wzdycha za mna, skoro z checia ze mna rozmawia za plecami macochy...... A to jeszcze potwierdza, ze macocha mysli, ze ma wszystkich pod butem, a tymczasem wcale tak nie jest.
Dziecko chwilowo nie odpowiada na moje wiadomosci, ale ze znajomych z Facebooka mnie nie usunela. Moze macocha kazala moj profil szpiegowac.... A ze obserwuja, co pisze, to wiem od bylego, ktorego jeden moj wpis na fb zdenerwowal I kazal mi przestac wypowiadac sie o swojej zonie. Tos ie wycwanilam I teraz pisze o niej Pewna Pani.... I tak wszyscy znajomi wlacznie z dzieckiem wiedza, o kogo chodzi, ale nikt nie moze mnie pociagnac do odpowiedzialnosci karnej :-). Ja sie posmieje, wszyscy sie posmieja, a macocha jest bezsilna, jesli czyta :-). I tak suke zostawilam w kwietniu, gdy mi nadepnela na odcisk- macocha wyje z bezsilnej zlosci od tamtego czasu, bo prawnie nie jest zadna strona, z ktora rozmawiam.
Czasem corka odpisze jedno zdanie na 10 moich. Ja mowilam corce wiele razy osobiscie, ze zycze jej jako mojemu dziecku jak najlepiej. Tylko musi zmienic podejscie do swiata troche, bo na razie widze, ze nasiaka wsaczanym w nia jadem. A ja nieraz corce mowilam, ze jesli nei bedzie ludzi szanowac, to nie bedzie miec dobrych relacji w liceum z rowiesnikami. A bardzo bym chciala, zeby moja corka miala fajnych przyjaciol w liceum.
A jak docenia czasem moje dziecko moje wszelkie wysilki? No coz, podam pare przykladow. Po pobycie corki w lipcu zeszlego roku przed swietami Bozego Narodzenia poslalam dziecku paczke. Bylysmy umowione na styczen na ferie zimowe I chcialam troche ocieplic atmosfere, a poza tym ona ma urodziny na poczatku grudnia. Wyslalam mala paczke, jako symboliczny prezent, bo I tak mialam jej zrobic zakupy na miejscu w Polsce. W paczce byly dwie plyty ulubionego zespolu corki, cieple rajstopy I skarpety- po trzypaku, kalendarz na biurko zrobiony z corki zdjeciami z najfajniejszych naszych momentow wspolnych (zamowilam w tutejszym empiku do zrobienia) I czekoladki plus kartka z zyczeniami. I bardzo ladna bluza dresowa, ciemnoszara z New Looka. Dziecko wprawdzie prosilo o czarna, ale czarne byly brzydkie, a ciemnoszara tez do wszystkiego pasuje. Plus maly prezent dla bylej tesciowej, bo paczke wysylalam na adres babci, a nie do gniazda szerszeni, co wywolalo kolejny atak wscieklosci bylego.
Oczywiscie bylego szybko usadzilam, ze jesli babcia sobei nie zyczy kontaktu ze mna, to musze to uslyszec od niej, a nie od osob trzecich. I sie zamknal.
Rekacja dziecka? Wscieklosc, ze wysylam na adres babci I po co ja z jej babcia utrzymuje kontakt. W dodatku powiedziala mi dwa dni pozniej, ze paczka doszla, gdy zaczelam sie martwic, ze nie doszla. Wybych, ze bluza jest szara, a nie czarna. I pytanie: A po co mi kalendarz moimi zdjeciami? Mialam na koncu jezyka cos w stylu, ze po to, by sobie dupsko nim wytarla, gdy jej papieru braknie, ale ugryzlam sie w jezyk. Podziekowala mi jedynie za plyty.
A w styczniu dziecko nie chcialo dziecko rozmawiac o tym, co ja boli, a na telefonie pisala do tatusia na whatsappie, ze zadaje jej pytania, kim jestem dla niej, a ona przeciez nie powie mi mamo.... Zacisnelam zeby, poplakalam po cichu, by jej nie budzic, I udawalam radosna, gdy pluskalysmy sie w basenach termalnych na wyjezdzie w ferie.
Oczywiscie od stycznia do lipca utrzymywalam z nia kontakt I dzwonilam normalnie. W maju byla u mojej mamy na obiedzie I moja mama jej powiedziala, ze na pewno Alicja ( nazwijmy tak moja corke) nie ma sie o co martwic, bo ja ja zabezpiecze na przyszlosc I przepisze jej irlandzki dom ( na razie nie mam innych dzieci). I jeszcze moja mama dorzucila, ze Alicja dostanie mieszkanie po niej, gdy moja mama I siostra zejda z tego swiata. I dodala, ze przeciez mieszkanie po tacie Alicji na pewno dostanie syn macochy,m bo oni musza tez jego zabezpieczyc I tu moja mama zludzen nie ma. Efekt gdaki mojej mamy? Dziecko mi wyslalo dwa slowa na Dzien Matki: “wszystkiego najlepszego :-)”. hmm, gdy sie dowiedziala, ze cos moze zyskac, to postanowila byc mila? Oczywiscie jej ladnie podziekowalam za pamiec.
Przyszedl kolejny lipiec (bylam miesiac temu w Polsce) I jak sie dziecko zachowuje? Przyjechala w niedziele, przywitala sie, ale ogolnie sie zrobila nietykalska.W niedziele posiedzialysmy na spokojnei w gronie rodzinnym, potem przez trzy dni lazilysmy jedynie na zakupy. A poza tym corka siedziala w domu I byla zmierzla. Troche poogladalysmy jakies filmy wieczorami na internecie, troche w cos pogralysmy ( jakies karty, gry planszowe) z babcia I ciocia, ale generalnie miala focha. Chcialam ja wyciagnac do aquaparku, to mi powiedziala ze nie chce, bo pewnie na basenie dostanie okres.
Wybuchla kompletnie, gdy oznajmilam, ze bedzie musiala babci podpisywac kwitki, gdy wezmie pieniadze na podreczniki z mojego konta. Wyglada to tak: roznica miedzy wyzszymi alimentami, ktore byly przed awantura z macocha, a obecnymi ( 150 zlotych) laduje na moim koncie w Polsce. Dziecko w styczniu nie chcialo zalozyc sobie konta, wiec ja sobie zalozylam. I przelwam pieniadze regularnie. Dalam mojej siostrze karte do tego konta I zrobilam siostre pelnomocnikiem do konta. Powiedzialam mamie I siostrze, ze za kazdym razem, gdy Alicja bedzie potrzebowac pieniadze, to maja jej pieniadze dac, ale dziecko ma podpisac kwitek, ze wziela I na co. No coz, tak sie poparzylam, ze wole miec cos w reku, gdyby mnie byly zaciagnal do sadu. Ja dziecku niczego nie zaluje I ona o tym wie. Ale kwitek wole dla sadu miec w razie W. I Alicji wytlumaczylam ze lzami w oczach, ze moze te kwitki nie beda mi nigdy potrzebne, ale ona tez musi troche zrozumienia wykazac w moja strone.
A moja mama dodala, ze gdy Alicja pojdzie do liceum, to jej sie wlasne pieniadze przydadza, chcby na impezy z kolezankami.... Konto stale zasilam I gdy Alicja bedzie chciala z niego skorzystac, ma srodki do dyspozycji.
Jedyny powod, dla ktorego nie dalam dziecku karty do reki, to to, ze walcze z bylym o napisanie umowy regulujacej miedzy innymi takie sprawy, jak to, ze macocha ani nikt inny nie ma prawa zabrac dziecku karty do mojego konta. Byly chce tylko umowy, w ktorej jest kewstia alimentow, a ja chce wszystko w tej umowie miec uregulowane- kwestie kontaktow miedzy mna a dzieckiem, miedzy mna a nimi, latanie Alicji do mnie, kontakty ze szkola, dostep dziecka domojego konta, itp. No I umowa wyrzuca macoche jako strone- byly musi sie komunikowac ze mna bezposrednio, macocha nie ma dostepu do dodatkowych srodkow. Dziecko dostep do srodkow finansowych na swoje potrzeby ma, ale w posob pozostawiajacy macoche poza zasiegiem do tych srodkow, chyab ze jej dziecko da, ale watpie.
Oczywiscie im sie to nie podoba, podobnie jak moja mozliwosc kontaktu ze szkola Alicji. Jak wiadac, ja odziecko staram sie dbac, jak moge I wszystko jej umozliwiam. Wy tu piszecie o alimentach typu 20 zlotych, a ja w lipcu wydalam na Alicji zakupy 850 PLN, po czym dalam jej do reki pozostale 150 zlotych z budzetu na nia przeznaczonego na tym wyjezdzie, czyli 1000 PLN. I co mnie spotyka w zamian? Ledwo sie dziecko do mnie odzywa. I jeszcze sie wscieka wzorem tatusia, ze ja chce miec kontakt z jej szkola.
Moje dziecko mysli chyba, ze pieniadze sie na drzewach rodza. Ja jej powiedzialam w lipcu wprost, ze ciesze sie, ze wszystko ma, ale z drugiej strony ma syndrom pelnego brzucha, bo nie potrafi niczego docenic, tylko uwaza, ze jej sie po prostu nalezy. Mamusia przyjedzie, mamusia ma zrobic zakupy I pospelniac kazde zyczenie, a przy okazji dokopiemy mamusi I ledwo bedziemy dziekowac. I tak ja ucza w domu. A tatus mi pierdoli na whatsappie, ze ja dobrze wychowuje, bo dziecko nie chce kwitka podpisac. Paranoja.
Kocham moje dziecko, ale tej corki, ktora wyciagala do mnie rece, od zeszlego roku nie ma po awanturze z macocha. Dzeicko w lipcu zeszlego roku spedzilo dwa tygodnie u mnie strzelajac focha- cokolwiek bym nie robila, by jej pobyt umilic, to jej nie pasowalo. Dopiero po zrobieniu jej awantury sie troche ogarnela I bylo normalnie- spedzilysmy milo ostatnie poltora tygodnia.
Obecne wyjazdy do Polski sa koszmarem, Pomijam kwestie polskiej rzeczywistosci, ktora jest potwornie meczaca ( szczegolnie w urzedach), obarczanie mnie problemami przez moja mame. Ostatnio tylko latam do Polski, by zobaczyc Alicje, ktora bedzie mi dokuczac I zamieniac pare dni urlopu w czysty koszmar, I tak ja to odbieram. Wyjazd do Polski nie liczy sie jako urlop. To tylko sprawy do zalatwienia, zrobienie zakupow dziecku I znoszenie fochow dorastajacej nastolatki.
Poweidzialam Alicji, ze gdy skonczy w grudniu 16 lat, to zapraszam ja do siebie albo mozemy sobie poleciec gdziekolwiek indziej. Na zasadzie: kupie Ci bilet I caly transport na lotniska I spotkamy sie gdzies, by milo spedzic czas, tylko nie pros mnie, bym latala do Polski. I wytlumaczylam, ze wole pozwiedzac z nia cos przez pare dni, gdy poleci ze mna gdzies niz siedziec w tej Polsce. Na razie slysze jedno wielkie nie.
I naprawde jestem taka zla I niedobra..... Idzcie sie wszyscy utopic w klozecie z takim podejsciem mojego bylego, ze mam cale zycie cierpiec z powodu rozwodu. Ja swoje lekcje odrobilam I takie podejscie spuszczam w klozecie. I byly juz wie, ze mowie takiemu podejsciu nie I ze ono juz nie dziala. A skoro on juz to wie, to cala reszta swiata tym bardziej sie musi z tym pogodzic, ze nie zyje po to, by cierpiec za rozwod, tylko po to, by sie tym zyciem cieszyc.
A probuje tez pokazac Alicji, ze chce, zeby byla czescia mojego zycia tez, bo chce, by czaela latac w ta strone sama czesciej. Ale to jej wybor, czy bedzie chciala. Ja poczekam.
Emigrantko, najpierw piszesz o sobie tak :
Ja zawsze bylam dobra dla ludzi.
A ja nieraz corce mowilam, ze jesli nei bedzie ludzi szanowac, to nie bedzie miec dobrych relacji w liceum z rowiesnikami.
Moje dziecko widzialo zawsze, ze ja sie dobrze odnosze do ludzi I ze jestem lubiana. I zawsze jej mowie, by dobrem odplacala za dobro. .
Pózniej przedstawiasz jak wygląda to w praktyce:
I teraz pisze o niej Pewna Pani.... I tak wszyscy znajomi wlacznie z dzieckiem wiedza, o kogo chodzi, ale nikt nie moze mnie pociagnac do odpowiedzialnosci karnej :-). Ja sie posmieje, wszyscy sie posmieja, a macocha jest bezsilna, jesli czyta :-). I tak suke zostawilam w kwietniu, gdy mi nadepnela na odcisk- macocha wyje z bezsilnej zlosci od tamtego czasu, bo prawnie nie jest zadna strona, z ktora rozmawiam.
I pytanie: A po co mi kalendarz moimi zdjeciami? Mialam na koncu jezyka cos w stylu, ze po to, by sobie dupsko nim wytarla, gdy jej papieru braknie, ale ugryzlam sie w jezyk. Podziekowala mi jedynie za plyty.
A tatus mi pierdoli na whatsappie, ze ja dobrze wychowuje, bo dziecko nie chce kwitka podpisac. Paranoja.
Na moje oko to Twoje słowa i myśli przesiąknięte są jadem, zarówno do byłego jak i macochy córki.
I tutaj jest pies pogrzebany.
Pisałam o tym poprzednim razem.
Nawet tutaj pisząc na forum nie możesz powstrzymać się, żeby pisać bez chociażby wulgaryzmów.
Druga sprawa.
Kasa, kasa i kasa.
To naprawdę nie jest w życiu najważniejsze.
Sądzę, ze córka ma żal do Ciebie o to, że jakby nie było wyjechałaś.
Ona mogła czuć się już od dziecka porzucona.
Inni byli przy niej, macocha i Twój były.
To nie to samo, słowa, że mama szybko przyleci w razie potrzeby.
Potrzeb na pewno było 1000, a o 10 wiedziałaś.
I ci najbliżsi w oczach dziecka, dla Ciebie są nikim.
W kółko kopiecie dołki pod sobą.
Jeśli się nie dogadacie między dorosłymi to niczego nie osiągniecie.
Z tym, ze macocha i były są na ''lepszej'' pozycji, bo są przy Twojej córce cały czas.
Chciałabyś czuć wdzięczność, za pieniądze, za to, że w przeszłości przepiszesz dom?
Dom to tylko chłodne mury.
Owszem może nawet ucieszyć że jest, ale nie licz na miłość w zamian.
Dzieci nie będą nas kochać za to, że dostaną kasę, laptopa, komputer, telefon, potem auto i dom.
To nie ta droga.
Ci co mają wszystko, będą chcieli mieć jeszcze więcej.
Okazywanie dziecku uczuć to nie znaczy dawanie mu pieniędzy, prezentów.
Ja po prostu normalnie jestem dobra dla ludzi, poki mi ktos za skore nie zalezie, jak ta dwojka. Kazdy, kto mnie zna, to wie, ze nie atakluje nikogo za nic, jesli mi nikt niczego zlego nie robi. Normalnych ludzi traktuje normalnie, milym ludziom odzwajemniam ich bycie milym. Moje dziecko o tym wie.
To co, mam wrocic do plaszczenia sie przed nimi? Mam pozwolic im na wyeliminowanie mnie kompletnie z zycia dziecka? Odciecie mnie od informacji o dziecku, odciecie mnie od kontaktu ze szkola. Mam pozwolic macosze po mnie jezdzic jak chce i wycierac sobie mna buty, dawac sie szantazowac? Mowy nie ma.
Niech corka wie, ze ma matke, ktora nie pozwoli sie bezkarnie ranic. Skoro mam zaplacic za dume cene odsuniecia sie od corki, to ja ta cene zaplace chwilowo. Wedlug mojej corki to ja niby niepotrzebnie zrobilam zamieszanie, bo zburzylam pewien uporzadkowany swiat. Tylko ze dziecko nie wiedzialo, ze ten swiat byl oparty na chorych zasadach- na moim wiecznym ustepowaniu, zaciskaniu zebow i czekaniu na blad macochy. Ale moja corka nie widziala wielu rzeczy, bo byla mala. Nie slyszala wielu szantazy, nie widziala moich lez wylewanych przy mojej matce. Moja matka wie, ile lez wylalam przez francowata macoche.
Gdy jej powiedzialam w lipcu zeszlego roku, ze szantazowali mnie tym, ze nie przyleci do Irlandii, to uwierzyc nie mogla. jej ciezko uwierzyc, ze osoby kolo niej moga byc tak paskudne. Odrzuca to i pozbywa sie mnie. Ale ja wytrzymam. Jestem silna.
Pewnego dnia, gdy moja corka wiecej zycia zobaczy, zrozumie. Poczekam latami na to. Wyrzucilam toksyczna osobe w postaci macochy z mojego zycia i juz jej drugi raz nie wpuszcze do zycia tak latwo. Co sie dziwicie, ze ich nienawidze? Mam kochac ich za to, ze odsuwaja dziecko ode mnie? Powalilo Was? A jeszcze byly klamie, ze wcale jej mozgu nie piora, hipokryta jeden.
Chwilowo sa na lepszej pozycji. Ale tylko chwilowo. Wystarczy jedna normalna kolezanka w liceum, by zaczela dziecku otwierac oczy. Moje dziecko jeszcze sie porzadnie nie zaczelo buntowac. Jeszcze nie widze tego buntu nastolatki, procz ywzywania sie na mnie. Jeszcze mi tesciowa byla nie mowi nic o buncie Pauliny. Poczekam na ten bunt.
Problem polega na tym, ze oni chca mnie dalej trzymac pod butem i nie ustapic w zadnej kwestii i miec umowe zapewniajaca powrot do wyzszych alimentow bez zadnego ustepstwa w moja strone. A ja na to nie pozwole. Po moim trupie. Nie bedzie tak, ze do konca zycia mam ich potulnie sluchac, bo go porzucilam. No wiec wszystko sie ciagnie jak smrod po gaciach. Panuje burdel na kolkach. Ja bylego nie poganiam do porozumienia- niech sie obudzi z reka w nocniku, jesli bedzie chcial mnie w przyszlym roku ciagnac do sadu i blokowac kontakt ze szkola. Niech mu zostanie malo czasu na sprawe sadowa, niech bedzie w pozycji, ze to gra nie warta swieczki i ze lepiej sie ze mna dogadac, bo zanim cos uzyska, to corka bedzie pelnoletnia. Niech zostanie wlasnie w tej przegranej pozycji. Tam jest jego miejsce.
A ja jeszcze jestem taka, ze poczekam, az on sie zdenerwuje i on wystapi do sadu, by mi zablokowac ten kontakt ze szkola. Popatrze, jak przegrywa i zaplaci koszty sadowe. Wystarczy, ze powiem prawde w sadzie, by sie sedzina zagotowala. Jesli bedzie na tyle idiota, by isc do sadu, to popatrze z przyjemnoscia, jak przegrywa. Owszem, sporo we mnie jadu, ale ktos go we mnie wsaczyl i saczyl ten jad swoj latami- jedna osoba: macocha.
Moje dziecko czasem reaguje normalnie i czasami probuje cos od siebie powiedziec, gdy jej spokojnie wszystko tlumacze. Ale to kropla jej samodzielnego myslenia w morzu gowna saczonego przez slogany tatusia. Chwale ja za kazdy przejaw samodzielnego myslenia i probe uzasadniana swoich racji. Ja jej naprawde wspolczuje, bo jej wygodniej powtarzac ich slogany w stylu: "Nie mecz sie, odpusc, poddaj sie, przestan walczyc, nie marnuj pieniedzy i czasu". No to jej odpisalam, ze poki na nia niczego nie zaluje to nie jej sprawa, na co jeszcze wydaje pieniadze. I temat sie zamknal sam.
Widze, ze jej wygodniej myslec tak, jak oni. Aby cos powiedziec od siebie, musi sie otworzyc, a to ja denerwuje. Na zlosc mi nie chce sie otworzyc. Ot tak, w ramach buntu. A jeszcze bardziej ja denerwuje, gdy jej mowie, ze chetnie poslucham jej racji, zamiast patrzec, jak sie zmienia w bezmyslna papuzke. Corka dostaje szalu na dzwiek slow papuzka lub marionetka. Raz ja pochwalilam za to, ze probowala swoje zdanie uzasadnic, a nie jest marionetka, ktora tanczy, jak jej zagraja. Pochwale przyjela, ale na dzwiek slowa "marionetka" sie wscieka. Przestalam tego uzywac, ale dalej podkreslam, ze bede jej sluchac, gdy bedzie myslec samodzielnie. Cierpliwie poczekam, az dorosnie.
Emigrantko, żyjemy w dwóch różnych światach.
Ja mam swoje poglądy, Ty masz swoje.
Nie musisz przyznawać mi racji, bo masz swoje zdanie i koniec.
Jeśli chcesz czekać może i całe wieki na to, że wszystko się zmieni, bo córka dorośnie i zrozumie to masz oczywiście do tego prawo.
Twoje życie, Twój wybór, Twoje myślenie.
Moje zdanie jest takie, że nie da się budować szczęścia nosząc w sobie stale nienawiść, zawiśc, złość.
Chwilowo, oczywiście każdy może mieć chwile zwątpienia, ale na dłuższą metę tą drogą nie da się iść.
Twoja córka sama na pewno już wiele rozumie z tej sytuacji, a Ty czekasz, że koleżanka do niej przemówi.
Owszem, sporo we mnie jadu, ale ktos go we mnie wsaczyl i saczyl ten jad swoj latami- jedna osoba: macocha.
Wiesz, kiedyś też ktoś we mnie wsączył jad, masę jadu.
Też w pewnym momencie czułam, że nienawidzę.
Ale to dawno minęło, bo nie da się tak żyć. To zżerało mnie od środka.
Teraz we mnie jest szczęście, ja się budzę uśmiechnięta mimo, że też miewam problemy.
Jednak w moim sercu gra dusza.
Ja mam dzieci i muszę dawać im przykład jak żyć, dobry przykład.
Bez jadu, bez złorzeczenia, bez zemsty, gniewu.
I nie jest tak, że daje po sobie jechać, ja się po prostu staram dogadywać.
Mnie to tez zzera, bardzo zzera. Sa dni, kiedy staram sie o tym nie myslec, ale gdy widze w Grze o Tron smoki Khaleesi, to mam ochote wypuscic jednego w kierunku macochy, by ja spalil doszczetnie i bylego tez.
Najbardziej mnie dobija reakcja mojego dziecka- poswiecilam dla niej duzo, robilam, co bylam w stanie zrobic, by zapewnic jej poczucie bezpieczenstwa, ze zawsze jakos tam bede przy niej, mimo ze jestem troche dalej, ze jest dla mnie wazna, a ona teraz mnie wyrzuca do kosza. Nasiakniela maniera czarnej niewdziecznosci macochy. Tym stosunkiem do swiata, jaki ma macocha: zabrac od ludzi, nie docenic, i zdeptac i krzykiem i szantazami wyciagac wiecej. Moje dziecko tym nasiaka i bedzie nasiakac, poki jej ktos z zewnatrz (rowiesnicy) oczu nie otworzy.
Zawsze dawalam corce do zrozumienia, nie tylko prezentami, ze jest jedna z najwazniejszych osob w moim zyciu. Pisalam, dzwonilam, pamietalam o kazdych urodzinach, swietach....A ona teraz traktuje mnie jak daleka znajoma. I to mnie najbardziej wkurza. Ale moj gniew jest zwrocony glownie przeciwko tej dwojce przy niej, bo ona z siebie az taka zla nie jest, jak tych dwoje.
Najbardziej sie skupiam teraz na zmianie pracy. Chce bardzo zmienic prace na taka, by sie pozbyc pracowania na zmiany wieczorne i konczyc najpozniej o 1900 i miec zero pracy w weekendy. Wtedy zaczne sie usmiechac, bo nie bede musiala sie nikogo prosic, gdy bede sie chciala na weekend spotkac z corka gdzies, jesli bedzie jej sie chcialo latac. A jesli jej sie nie bedzie chcialo latac, to przynajmniej bede miec weekendy wolne, jak normalny czlowiek. Potrzebuje normalnosci, bo praca zmianowa mnie dobija psychicznie- nie moge isc na zadne kursy wieczorami nie majac stalych godzin pracy. Wtedy zaczne sie usmiechac wiecej.
W dodatku miesiac temu umarla mi ukochana irlandzka tesciowa, aniol dobroci. I najwieksza moja emocja jest gniew, ze Bog mi zabral aniola dobroci, a zostawil przy zyciu ta dwojke ze zrytymi beretami przy dziecku. Moja kochana irlandzka tesciowa zmarla na raka, na ktorego nie zasluzyla. Za to ta dwojka na raka zasluzyla jak najbardziej. Czekam na karme macochy- az ja wlasna wredota zezre.
Za to ta dwojka na raka zasluzyla jak najbardziej. Czekam na karme macochy- az ja wlasna wredota zezre.
Masakra. Obyś swojej karmy nie zaznała wcześniej...
Cóż, wypada, czy nie wypada, życzyć Ci powodzenia...
I jeszcze jedno, nie życz drugiemu, co Tobie nie miłe.
Nawet raka, bo to ciężka choroba i nikt by tego nie chciał.
Masakre to ja mialam 11 lat z macocha. Przez pierwsze 4 lata chciala mnie zmiesc prawie z powierzchni ziemi na wszelkie mozliwe sposoby. Nie dalam sie. To, oc ja jej zycze to zaledwie ulamek tego, czego ona mi zyczy. Nie mam wiec zadnych wyrzutow sumienia, a o swoja karme sie nie boje. Nie jestem z tych, co celowo sa dla ludzi zlosliwi, jak macocha. Ja holduje zasadzie "zyj i daj zyc innym" i nie pale sie do dokuczania nikomu, poki nie zostane solidnie do tego sprowokowana. Trzeba sie solidnie napracowac, zeby mnie doprowadzic do takiego stanu, zebym komus zle zyczyla. No macocha pracowala na to ciezko 11 lat i zapracowala na medal olimpijski w nastepujacych dwoch dyscyplinach: bycie najwredniejsza suka swiata i wkurwianie mnie do zywego w ciagu dwoch sekund od momentu otworzenia ust. Jezeli kiedykolwiek dojdzie do jakiejs rozprawy sadowej, to wydrukuje jej te medale i wrecze na rozprawie przy wszystkich. A na jej pogrzeb przychodze ubrana na rozowo, zgodnie z irlandzka tradycja, ktora nie dba az tak o czern na pogrzebie. Ludzie chodza tu kolorowo ubrani na pogrzeby, jesli nie sa najblizsza rodzina zmarlego. A ja definitywnie nie jestem jej zadna rodzina, na szczescie. I guzik mnie obchodzi Wasze potepienie.
Mamo Emigrantko, o czym Ty piszesz ?
To jest wątek o córkach wychowujących się bez matek - a Ty wpadasz tu, przepraszam, z jakim pogrzebem ?
Jakimi kolorowymi ubraniami ? Jakimi medalami ?
Wybacz, ale nienawiść do kobiety, która od lat wychowuje Twoje dziecko - strasznie w Twoich wypowiedziach fermentuje, pozbawiając owe jakiejkolwiek treści, sensu i logiki.
Nie widzę w Twojej wypowiedzi żadnej merytoryki dotyczącej tematu wątku ....
Problem polega na tym, ze wchodze czasem na jakis watek, by zobaczyc cos z innej perspektywy- np. moje dziecko, ktore jest wychowywane beze mnie, jak ona mysli, dlaczego robi to, co robi. Ale gdy probuje zobaczyc wszystko z innej perspektywy, jedyne, co mnie spotyka, to wylewanie pomyj na mnie bez zadnego zrozumienia sytuacji ipotem musze sie bronic I zbaczac z watku.
Powiem tak- wolalabym, zeby mi ktos pomogl zrozumiec moje dziecko. Jesli nikt nie ma takiego zamiaru mi niczego ultatwic, to ja z tego watku schodze, bo wylewanie na mnie pomyj niczego pozytywnego do mojego zycia nie wnosi I na wielkie g.... sie mi przydaje. A jesli cos sie do nieczego nie przydaje, to odrzucam to jako osoba praktyczna.
Wiesz co, w moim odbiorze nie schodzisz z wątku, tylko zaczynasz pisać wulgaryzmy i deklarować jak bardzo nienawidzisz "macochy" swojej córki.
To mim zdaniem nie tędy droga, bo nie wiedzie donikąd.
Ja nieomal przez całe swoje życie wychowywałam się bez matki i byłam w sytuacji Twojej córki ...
Również i moja mama jako osoba praktyczna zostawiła mnie z ojcem i wyjechała z Polski, bo jej mąż, a mój tatku niczego jej nie oferował, ani nie zapewniał perspektywicznie - w jej mniemaniu. Dodatkowo nasz beznadziejny ojczysty kraj również mojej mamie niczego nie oferował ani nie zapewniał.
Zostawiła mnie więc beztrosko, i pojechała na saksy po bogactwo i warunki.
Mój ojciec po kilku latach poznał kobietę, z którą zdecydował się wejść w związek.
Cóż mogę Ci powiedzieć. Miodu nie miałam, ani od strony macochy, ani od strony mamy.
Kiedy mama ostatecznie po wielu latach zdecydowała, że ma już i kasę i warunki i wróciła do Polski, nasza relacja była już pozamiatana na wieki.
Oczywiście, chciała mnie wtedy wychowywać, tworzyć więzi i co tam jeszcze.
Ale zupełnie nie potrafiłam tego przyjąć, dla mnie nie było już możliwości powrotu do takich emocji.
Do dzisiejszego dnia ta relacja jest kulawa i na pewno nie taka, jakiej mama by chciała - o czym dość często napomina, zawsze z wyrzutami i z fochem.
Jakby zupełnie nie rozumiała, że te wyrzuty i tego focha, powinna zostawić wyłącznie dla siebie.
"Miodu nie miałam, ani od strony macochy, ani od strony mamy.
Kiedy mama ostatecznie po wielu latach zdecydowała, że ma już i kasę i warunki i wróciła do Polski, nasza relacja była już pozamiatana na wieki."
No widzisz, ja wlasnie tego nie rozumiem u mojej corki. Bo ja sie staralam, ze wszystkich sil, zeby nie miec u niej "pozamiatane" i caly czas w jej zyciu byc. A nie wlasnie najpierw sie wypiac, a potem budowac. Budowac wiez probowalam caly czas. I wszystko bylo normalne do zeszlego roku.
Gdybym sie nie starala budowac zadnej wiezi, to bym rozumiala, dlaczego sie na mnie wypina. Ale w obecnej sytuacji ja jej zachowania nie rozumiem. Nawet moja matka powiedziala mi wczoraj przez telefon, ze to smutne, co moje dziecko wyrabia.
Poza tym, mialam oferte pracy w Polsce niedawno. Gdyby moje dziecko uparlo sie wystarczajaco, bym wrocila, to bym juz byla w Polsce od lipca. Oferta pracy byla w Krakowie, a dziecko mam na Slasku. Moglaby mnie widywac w weekendy albo moglabym ja podjezdzac- to nie jest daleko. Pomijajac kwestie finansowe, glownym powodem, dla ktorego nie zdecydowalam sie na powrot do Polski, byla lodowata reakcja mojego dziecka.
Gdy sie spytalam, co sadzi na temat mojego ewentualnego powrotu do Polski, dostalam cztery slowa na Messengerze: "Nic. To Twoja decyzja." Poczulam prawie lodowaty arktyczny wiatr z tej wiadomosci. No coz, motywujaca ta wiadomosc nie byla na tyle, by zachecic mnie do powrotu do bylego kraju.
Potem sie z corka spotkalam w lipcu i powiedziala mi, ze nie wierzy, ze widzialaby mnie czesciej, a w ogole to jej to zwisa. No to jej powiedzialam, ze ogromnie sie co do mnie pomylila, ze na pewno widzialaby mnie czesciej i ze takim podejsciem ogromnie mnie zranila. No ale oczywiscie corka ma na to "wyklepane", czy jej podejscie mnie rani, czy nie. I tego tez nie rozumiem. Nie dawalam jej bowiem zadnego powodu, by sie mogla tak w stosunku do mnie zachowywac.
A nawet jesli ona mysli, ze ze dawalam jej powody do takiego postepowania, to nie chce mi nic na ten temat powiedziec, dlaczego sie gniewa i oczyscic atmosfery. I tego tez nie rozumiem . Ja jestem ekstrowertykiem, ktory wszyzstko z siebie wyrzuca,moja corka introwertykiem, ktora chwilowo gniecie wszystko w sobie zamiast porzozmawiac I mamy problem.
Gdy naciskam- zle, gdy nie naciskam - tez zle, bo dalej nic sie nie posuwa do przodu, tylko jest olew. I nie wiem, czy tylko przeczekac wiek dorastania, czy cos z tym zrobic.
znam parę osób wychowywanych przez dziadków i wydaje mi się że to jednak młodsze osoby powinny się tym zajmować. Babcia czy dziadek ma zupełnie inne podejście do wielu spraw i często takie osoby próbują trzymać pod kloszem.
"Miodu nie miałam, ani od strony macochy, ani od strony mamy.
Kiedy mama ostatecznie po wielu latach zdecydowała, że ma już i kasę i warunki i wróciła do Polski, nasza relacja była już pozamiatana na wieki."No widzisz, ja wlasnie tego nie rozumiem u mojej corki. Bo ja sie staralam, ze wszystkich sil, zeby nie miec u niej "pozamiatane" i caly czas w jej zyciu byc. A nie wlasnie najpierw sie wypiac, a potem budowac. Budowac wiez probowalam caly czas. I wszystko bylo normalne do zeszlego roku.
Gdybym sie nie starala budowac zadnej wiezi, to bym rozumiala, dlaczego sie na mnie wypina. Ale w obecnej sytuacji ja jej zachowania nie rozumiem. Nawet moja matka powiedziala mi wczoraj przez telefon, ze to smutne, co moje dziecko wyrabia.
Ale jak to nie rozumiesz ?
Więź żeby powstać potrzebuje trochę czasu i OBECNOŚCI. To niemożliwe, żeby zbudować z dzieckiem zdrową emocjonalną relację, spotykając się z nim raz na kilka miesięcy przez parę godzin.
Generalnie kiedy rodzic zostawia małe dziecko, to niezależnie od usprawiedliwionych i rozsądnych okoliczności - przekaz, który to dziecko z takiej decyzji odbiera - jest jeden.
Wypięła się na mnie / wypiął się na mnie.
Moja mama wyjechała kiedy miałam 7 lat, a więc byłam już starsza od Twojej córki Mamo Emigrantko i zdaje się, że więcej rozumiałam.
Ale potem przyszło życie, ot zwyczajne codzienne życie.
I w tym życiu dziewczynki, która dojrzewa i dorasta zdarzają się różne rzeczy.
Tak było też u mnie.
Pierwsza miesiączka - mamy nie ma.
Pierwsza randka - mamy nie ma.
Zdany egzamin do średniej szkoły - mamy nie ma.
Pierwszy sukces w mojej pasji - mamy nie ma.
Pierwszy biustonosz - mamy nie ma.
Wielka kłótnia z przyjaciółką na śmierć i życie - mamy nie ma.
Wzruszenia, zachwyty, problemy ... mamy nie ma.
Oczywiście, w międzyczasie ona przemykała przez moje życie jak zachwycająca kometa, bo pojawiała się raz na kilka miesięcy i wtedy podczas swoich krótkich pobytów w Polsce próbowała upchnąć w kilka godzin jakie miałyśmy dla siebie, półroczną nieobecność. I to też było niecodzienne i męczące, bo musisz mieć wtedy kino, zakupy ciuchowe, bo dobra mamusia akurat teraz musi kupić ci dżinsy, buty i co tam jeszcze. Musisz upchnąć jeszcze spacer, pogadanki wychowawcze, połajanki, wypytywanie o szkołę, podczas kiedy wiesz, że z tego powodu będziesz musiała zarwać noc, żeby przygotować wypracowanie na jutro do szkoły i skończyć zadanie z fizyki ... Jakie to jest budowanie więzi ja się pytam ? Bo nie udało mi się tego nawet wyczuć, gdzie ta więź się podziewa.
Poza tym, mialam oferte pracy w Polsce niedawno. Gdyby moje dziecko uparlo sie wystarczajaco, bym wrocila, to bym juz byla w Polsce od lipca. Oferta pracy byla w Krakowie, a dziecko mam na Slasku. Moglaby mnie widywac w weekendy albo moglabym ja podjezdzac- to nie jest daleko. Pomijajac kwestie finansowe, glownym powodem, dla ktorego nie zdecydowalam sie na powrot do Polski, byla lodowata reakcja mojego dziecka.
Gdy sie spytalam, co sadzi na temat mojego ewentualnego powrotu do Polski, dostalam cztery slowa na Messengerze: "Nic. To Twoja decyzja." Poczulam prawie lodowaty arktyczny wiatr z tej wiadomosci. No coz, motywujaca ta wiadomosc nie byla na tyle, by zachecic mnie do powrotu do bylego kraju.
To nie Twoje dziecko ma się upierać na Twój powrót do kraju i absolutnie nie masz żadnych podstaw do tego, żeby obarczać ją odpowiedzialnością za taką decyzję, na litość !
Masz bardzo mądre dziecko, bo nie dało się wmanewrować w podejmowanie decyzji o Twoim życiu i o Twojej przyszłości. Brawo mała.
To Ty masz podjąć decyzję o powrocie do Polski i ta decyzja ma wypływać z Twojego serca Mamo Emigrantko. Masz wrócić dlatego, że chcesz wrócić, a nie dlatego że Twoje dziecko się przy tym wystarczająco uprze, czy na to zasłuży grzecznym zachowaniem.
To muszą być Twoje pobudki, a nie jej. I nie chodzi również o obnoszenie się z tą decyzją - zobacz dziecko, wróciłam dla Ciebie, patrz i doceniaj, składaj mi dzięki za to, bo ja wróciłam to mnie się należy. Nie.
Jeśli chcesz wrócić do Polski dla córki, to po prostu wróć i zacznij starać się o to, żeby zechciała spędzać z Tobą czas, to wszystko. Nic więcej nie możesz zrobić teraz.
Motywacją do powrotu dla Ciebie powinna być Twoja miłość do córki i chęć nawiązania z nią więzi. Czyli czynniki wewnętrzne.
A nie zewnętrzne.
Potem sie z corka spotkalam w lipcu i powiedziala mi, ze nie wierzy, ze widzialaby mnie czesciej, a w ogole to jej to zwisa. No to jej powiedzialam, ze ogromnie sie co do mnie pomylila, ze na pewno widzialaby mnie czesciej i ze takim podejsciem ogromnie mnie zranila. No ale oczywiscie corka ma na to "wyklepane", czy jej podejscie mnie rani, czy nie. I tego tez nie rozumiem. Nie dawalam jej bowiem zadnego powodu, by sie mogla tak w stosunku do mnie zachowywac.
A nawet jesli ona mysli, ze ze dawalam jej powody do takiego postepowania, to nie chce mi nic na ten temat powiedziec, dlaczego sie gniewa i oczyscic atmosfery. I tego tez nie rozumiem . Ja jestem ekstrowertykiem, ktory wszyzstko z siebie wyrzuca,moja corka introwertykiem, ktora chwilowo gniecie wszystko w sobie zamiast porzozmawiac I mamy problem.
Emigrantko ... Ty nie masz mówić córce, że się co do Ciebie pomyliła. Ty masz jej to POKAZAĆ. Swoimi czynami i postępowaniem, a nie zarzutami i gadaniem.
Jeśli córka mówi, że nie wierzy, że widziałaby Cię częściej, to znaczy, że pewnie w przeszłości słyszała już od Ciebie takie obietnice - być może o powrocie do Polski, być może o częstszych odwiedzinach Twoich u niej - i nic z tego nie wynikło.
Ona już tyle razy to słyszała, że teraz nie robi to na niej już wrażenia. Czy mam rację ?
Wiesz, w tym co piszesz widzę trochę takie lustro mojego własnego życia. To bardzo dziwne uczucie ...
Moja mama też jest ekstrawertyczką
ona uważa, że może, że ma prawo powiedzieć absolutnie wszystko co przyjdzie jej na myśl.
Bo wszystko trzeba z siebie wyrzucać. I nieważne, że kogoś zrani, skrzywdzi. Nieważne, że to co powie czasami jest zwyczajnie głupie, niesprawiedliwe, krzywdzące. Ona powie i koniec.
I potrafi być oburzona, że introwertycy - uważają inaczej.
Myślałam kilka razy o tym, żeby jej tak porządnie - za przeproszeniem - "rzygnąć" tymi wszystkimi latami, tymi wszystkimi obietnicami, całym tym syfem. Wszystkim co mnie bolało.
Ale po jakimś czasie przestałam bawić się tą myślą.
Ona by tego nie zrozumiała, byłaby zaskoczona i niemile dotknięta. Odczułaby przymus bronienia się przed tym, co mogłabym powiedzieć.
Zaczęłaby może dyskutować.
A to są rzeczy, o których się nie dyskutuje własnie. Uczucia i emocje dziecka - ono tak dokładnie czuje i myśli, tu nie ma co gadać ...
W pewnym momencie przestało mi się chcieć rozmawiać z nią o takich sprawach.
I tak już zostało.
Gdy naciskam- zle, gdy nie naciskam - tez zle, bo dalej nic sie nie posuwa do przodu, tylko jest olew. I nie wiem, czy tylko przeczekac wiek dorastania, czy cos z tym zrobic.
Nie wiem, nie znam Twojej córki ...
Ale gdybym miał Ci radzić, to absolutnie ani nie naciskać, ani nie oddalać się, ani nie przeczekiwać.
Potem może już nie być możliwości powrotów ...
Po prostu - rób swoje. Pokaż temu dziecku, że Ci na nim zależy, nawet jeśli na początku będziesz brnęła przez ciernie.
Nawet jeśli będziesz miała przysłowiowy "płacz w żywe kamienie".
Nie gadaj, nie obiecuj, nie zmuszaj jej żeby podejmowała decyzje dotyczące Twojego życia.
Nie każ jej zasługiwac na Twoją obecność, nie manipuluj, że jak zasłuży i będzie grzeczną dziewczynką, to mamusia wróci do Polski.
Po prostu - jeśli chcesz i możesz, to wróć i staraj się tą więź nawiązać i zbudować, licząc się z tym, że niekoniecznie może się to udać.
Ale jeśli nie możesz i nie chcesz wrócić, to nie obiecuj, nie mów o tym, bo przez to tylko tracisz w oczach córki.
IsaBella, jestes jedna z niewielu normalnych osob na tym forum, ktore zaczely ze mna normalnie rozmawiac. Doceniam to.
Wiesz, ja zdaje sobie sprawe z tego, o czym piszesz:
"Pierwsza miesiączka - mamy nie ma.
Pierwsza randka - mamy nie ma.
Zdany egzamin do średniej szkoły - mamy nie ma.
Pierwszy sukces w mojej pasji - mamy nie ma.
Pierwszy biustonosz - mamy nie ma.
Wielka kłótnia z przyjaciółką na śmierć i życie - mamy nie ma.
Wzruszenia, zachwyty, problemy ... mamy nie ma."
Nieraz o tym myslalam, nie jestem kims bez serca i uczuc. Nieraz mnie to bolalo i wiem, ze ja pewnie tez. Ale chcialam cos zbudowac, jakies lepsze zycie dla siebie i dla niej, wychodzac z zalozenia, ze dziecinstwo szybko minie, a potem do smierci jest zycie dorosle, w ktorym bedzie musiala sobie poradzic. I to zycie dorosle chce jej ulatwic jakos. A ciezko to zbudowac bez wyrzeczen.
I mozliwe, ze moja corka czula sie tak, jak opisujesz- jestem w jej zyciu meteorytem. I tez tak wszystko probowalam upchac, jak piszesz. Innego wyjscia nie bylo. Tylko Ty piszesz o kilku godzinach spedzanych z matka raz na kilka miesiecy, a ja spedzalam z nia przynajmniej weekend raz na dwa miesiace w ciagu pierwszych paru lat, plus wakacje, ferie i tak bylo od 2006 do przynajmniej 2012-13. Potem zaczely hormony uderzac do glowy, a ja nie bylam w stanie latac czesciej niz co dwa miesiace- musialabym do Polski wrocic. Bylam potem raz na kwartal, a teraz jestem trzy razy w roku, bo zaczelam ja zabierac do siebie do Irlandii na przynajmniej 3 tygodnie w lecie.
Co do manipulacji- moze nawet nie mialam zanmiaru nia manipulowac, tylko poczulam sie zle, ze jej to tak zwisa. Do Polski jednak nie wroce, bo brakuje mi przynajmniej roku skladek merytalnych do emerytury irlandzkiej i powrot do Polski oznaczalby wyrzucenie tych wszystkich spedzonych tutaj lat do kosza. To byloby kompletna glupota, po latach ciezkiej pracy tutaj.
"To muszą być Twoje pobudki, a nie jej. I nie chodzi również o obnoszenie się z tą decyzją - zobacz dziecko, wróciłam dla Ciebie, patrz i doceniaj, składaj mi dzięki za to, bo ja wróciłam to mnie się należy. Nie."
Szczerze: nawet sie nie ludze, ze ona by to jakos docenila. Nasiaknela wartosciami ludzi ja otaczajacych. A to, czym nasiaka, czyli stosunek macochy do swiata, jest czyms w stylu "zawsze znajdziemy cos, zeby sie do Ciebie przyczepic i zawsze nie bedziesz robic wystarczajaco". Chocbym mieszkala w nastepnym bloku przy nich, to zawsze by sie cos znalazlo, by sie mnie kazdy czepil: byly, macocha i corka.
"Ona już tyle razy to słyszała, że teraz nie robi to na niej już wrażenia. Czy mam rację ?"
Masz racje, ale to raczej nie chodzilo o powroty do Polski, tylko chcialam ja zabrac w pare miejsc, po czym stracilam prace i nie moglam sobie na to pozwolic. Dla mojego dziecka liczylo sie to, ze gdzies tam ze mna nie pojechala.
"Myślałam kilka razy o tym, żeby jej tak porządnie - za przeproszeniem - "rzygnąć" tymi wszystkimi latami, tymi wszystkimi obietnicami, całym tym syfem. Wszystkim co mnie bolało.
Ale po jakimś czasie przestałam bawić się tą myślą.
Ona by tego nie zrozumiała, byłaby zaskoczona i niemile dotknięta. Odczułaby przymus bronienia się przed tym, co mogłabym powiedzieć.
Zaczęłaby może dyskutować.
A to są rzeczy, o których się nie dyskutuje własnie. Uczucia i emocje dziecka - ono tak dokładnie czuje i myśli, tu nie ma co gadać ...
W pewnym momencie przestało mi się chcieć rozmawiać z nią o takich sprawach.
I tak już zostało."
I byc moze moje dziecko mysli to samo. bede musiala poczekac, az bedzie pelnoletnia, upic ja i wyciagnac z niej wszystko, gdy alkohol ja otworzy. Innej mozliwosci nie widze chwilowo. Na trzezwo staje okoniem....
"Ale gdybym miała Ci radzić, to absolutnie ani nie naciskać, ani nie oddalać się, ani nie przeczekiwać. Potem może już nie być możliwości powrotów ..."
No owszem, boje sie tego. Ale ona pisze, ze nie chce ze mna rozmawiac. To co mam zrobic- zadzwonic 1 wrzesnia i zyczyc jej wspanialego roku szkolnego w nowej szkole? Najchetniej bym tak zrobila. Zadzwonic mimo tego, ze nie chce rozmawiac? Ciezko mi czasem znalezc zloty srodek i rownowage miedzy daniem jej troche odetchnac, by sobie cos przemyslala, a kreowaniem wrazenia narzucania sie. Ale nie dzwonilam do niej przez ostatnie poltora miesiaca i brakuje mi tego. A gdy sie pyutam, czy moge zadzwonic, to nie dostaje odpowiedzi.
"Po prostu - rób swoje. Pokaż temu dziecku, że Ci na nim zależy, nawet jeśli na początku będziesz brnęła przez ciernie.Nawet jeśli będziesz miała przysłowiowy "płacz w żywe kamienie".
Placz juz mam, a nawet moze nie placz, bo lzy wylalam w styczniu po cichu, gdy ona spala. Ja nie mam sil juz plakac. Wiesz, powiem tak- nie znam Twojej matki, ale z tego, co piszesz, to mam wrazenie, ze troche ja mniej obchodzilas niz moja corka mnie obchodzi. Mam racje?
Ona jakos tam chyba wie, ze mi na niej zalezy, bo ja jej to pokazuje, jak moge, tylko nie robie jednej rzeczy- nie wracam do Polski. I mnie spalila po prostu jako przegrana sprawe. To tez troche boli. Mowilam jej, ze moglaby u mnie w Irlandii studiowac- mamy najlepszy irlandzki uniwersytet w Corku, a ona ma swietny angielski. Ale moja corka nie chce slyszec ani o studiach ani o pracy w IRL. Pogodzilam sie z tym- sprobuje jej ulatwic zycie studenckie w Polsce. Choc tu tez moze stanac okoniem. Ja bym najchetniej wyrwala ja z tego gniazda szerszeni, oplacilabym jej akademik, by studiowala gdzies dalej od domu, dolozyla, by mogla sie utrzymac sama. Co bedzie chciala studiowac i w jakim miescie- jej sprawa. No ale do studiow daleko i jeszcze sporo sie moze zmienic do tego czasu.
A co do powrotow- no coz, wlasnie dlatego staralam sie w jej zyciu jakos byc, bo nie chcialam, by miec zamknieta furtke do niej. A mimo wszystko ona te drzwi ledwo uchyla od zeszlego roku. A do tej awantury z macocha drzwi byly szeroko otwarte..... I dlatego czuje taka wscieklosc na kobiete, ktora mnie od dziecka odsuwa. Dlatego bym bardzo chciala, by corka studiowala z daleka od domu, bo tylko wtedy moze otworzy oczy. No ale i tak zrobi, co zechce. I tak corce ostatnio powiedzialam: Robta, co chceta. Bo coz innwego moge powiedziec, skoro, gdy mowie, ze mi na niej zalezy i jej to pokazuje, to i tak ma to w czterech literach?