Mam jeszcze jedną rozterkę, która trochę mnie dręczy. Otóż po śmierci mojego taty (4 miesiące temu) mogłam liczyć na wsparcie najbliższych osób, zwłaszcza rodziny. Niektóre relacje dalszych znajomych mnie miło zaskoczyły - potrafił mnie odwiedzić kolega z poprzedniej pracy, każdy na swój sposób starał się jak mógł, oprócz dwóch najbliższych wydawałoby się przyjaciół.
Jedna przyjaciółka, odezwala się raz, zapytała czemu jestem smutna i tyle.
Druga, która prosiłam o spotkanie i odwiedziny, proponowała spotkanie na jej zasadach. Nie chciała mnie odwiedzić, bo nie wiedziałaby jak zachować się wobec mojej mamy. A ja w zaawansowanej ciąży, z żałoba nie miałam siły żeby jechać do miasta. Ale przecież można przyjechać do mnie i isc na spacer. W konsekwencji, nie widziałyśmy się. Nigdy nawet nie zadzwoniła, bo jak twierdzi, nie wiedzialaby jak się zachować, gdy byłaby w słuchawce cisza. Takie dla mnie troche wymowki. Bardzo się na niej zawiodłam i powiedziałam jej o tym. Obecnie ona zaproponowała spotkanie u mnie, tylko... No właśnie, ja już nie chce. Jestem w etapie żałoby, ale jest już inaczej. Nie potrafię i nie chce się z nią spotkać, bo czuję żal, że nie było jej przy mnie w najgorszych momentach, gdy były problemy z zakładem pogrzebowym, lekarzem, gdy co chwila wychodziły różne trudności, na które nie miałam siły a musiałam ją w sobie znaleźć. Nie było jej, gdy na codzien musiałam patrzeć na miejsce pod domem, gdzie zmarł tata... A inni potrafili być, też nie wiedzieli jak się zachować ale byli i starali sie. I mam w związku z tym takie twarde przekonanie, że dla mnie to koniec długoletniej przyjaźni, coś we mnie pękło. Ale czasem myślę, ze nie daje jej szansy czegoś naprawić. Pytanie, czy warto w takiej sytuacji?