Czytam taką książkę o kulturze w Chinach i generalnie doczytałam się tam tego, że Chińczycy są przekonani o tym, iż nastrój kucharza wpływa w znaczny sposób na smak przygotowywanej potrawy. Jeżeli jesteśmy złe, zdenerwowane - potrawa nie będzie tak dobrze nam i biesiadnikom smakować jak wówczas gdy jesteśmy radośni. Jakie macie doświadczenia ? Czy coś takiego zaobserwowałyście w codziennym gotowaniu ?
Podobne tematy
Chińczycy są przekonani o tym, iż nastrój kucharza wpływa w znaczny sposób na smak przygotowywanej potrawy.
A w Indiach są jeszcze ci ,co wierzą w święte krowy... ![]()
Oczywiście że może mieć wpływ nastrój...Ale to tak jak ze wszystkim ,im więcej serca wkładamy w to co robimy ,tym lepiej to nam wychodzi..
lepszy nastrój=leprze samopoczucie=komfort psychiczny=lepsza wydajność i dokładność...(szkoda że często pracodawcy o tym zapominają
)
A z potrawami, to dodam że z jedzeniem podobnie jak z seksem : im lepiej podane, tym lepiej smakuje ![]()
Pozdrawiam ![]()
Powiem szczerze, że mnie się zdarza coś ugotować w złym nastroju ( bo średnio to lubię ) i rzeczywiście jakoś gorzej smakuje trochę. Ale może to złe emocje odbierają smak potrawy ? Po prostu może jak jesteśmy źli to nam nie smakuje nic obojętnie czy sami gotujemy czy ktoś ?
Po prostu może jak jesteśmy źli to nam nie smakuje nic obojętnie czy sami gotujemy czy ktoś ?
Alusia pewnie masz racje ale..Mówią :
"Polak zły bo głodny" A "Głód najlepszym kucharzem" heh więc (teoretycznie) powinno smakować lepiej ![]()
U mnie to jest tak, że jeśli gotuję w złym humorze, to nie tyle mi nie smakuje, co po prostu nic się nie udaje - wszystko przypalam, za mocno przyprawiam, rozsypuję, upuszczam, rozgotowuję... i tak dalej
Nieraz nawet zdarza się, że coś, co robiłam setki razy, za każdym razem tak samo, wychodzi kompletnie inaczej kiedy robię to w złym nastroju. W sumie trudno o dobry smak, kiedy wszystko jest przypalone albo rozgotowane...
Dlatego kiedy wiem, że wstałam lewą nogą, staram się jak najmniej dotykać do "garów". Przygotowuję sobie coś, co wymaga jak najmniej kuchennej obróbki i wracam do gotowania kiedy wróci mi humor ![]()
To ja przytoczę opowieści na przekór: robiłam naleśniki. Byłam wkurzona na maksa. To było lato i straszny upal i miałam stać nad tym rozgrzanym olejem, więc nie poprawiało mi to humoru. Ciasto robiłam totalnie na odwal się. Dodatkowo mówi się, że podczas miesiączki nie wolno nic piec, więc spodziewałam się, że ciasto będzie mi przywierać do patelni i ogólnie nie wyjdzie. I co? Było idealne.
Moja mama strasznie nie lubi gotowania i pieczenia. Ale musiała upiec ciasto. Cały dzień była wkurzona, wściekała się i klęła, że ciasto się klei do rąk, że to tamto i owamto... Placek wyszedł piękny i pyszny. Zachęcona za jakiś czas postanowiła jeszcze raz go zrobić. Z dobrym nastawieniem i już więcej przyjemności czerpała z tego. I co? Nawet w połowie tak dobry nie wyszedł.
A_normalna podała rewelacyjny przykład z tym ciastem jej mamy. Zauważyłam u siebie to samo. Jeśli coś/ktoś bardzo mnie zdenerwuje, pierwsze co robię to wyciągam z lodówki drożdże i mleko. Nic nie relaksuje mnie tak jak wyrabianie ciasta drożdżowego. Znęcam się nad nim, rozciągam, uderzam w nie pięściami... Pochłania moje złe emocje, potem wyrasta pięknie a wszyscy są zadowoleni, że na stole studzi się dobre ciacho... ![]()
A ja uważam że nic tak nie psuje rozkoszy przygotowywania delicji dla bliskich jak zły nastrój...do tego stres i nici z naszego dzieła. Dobra potrawa wg mnie to kompozycja przypraw połączona z potrawą właściwą. Jak człowiek zdenerwowany to zawsze czegoś zapomni dodać, albo z czymś przesadzi albo po prostu przypali
9 2011-05-06 10:19:24 Ostatnio edytowany przez aniolek27 (2011-05-06 10:21:31)
Zgadzam się z tym, że gotowanie powinno przebiegać w nastroju pozytywnym. Jesteśmy wtedy zrelaksowani i możemy też trochę poeksperymentować nie zapominając przy tym o podstawowych przyprawach, czy czasie gotowania, bo nie jesteśmy pochłonięci przez ponure myśli.
Z drugiej strony, takie pozbycie się złych emocji poprzez "wyżywanie się" na wyrabianym cieście, o którym pisze Kotokoteż ma sens.
Myślę, że jest to dobrą alternatywą, bo pozbywamy się złości i już zrelaksowani na pewno nie zapomnimy o żadnym składniku czy czasie pieczenia.. ![]()
A ja lubię gotować jak jestem wkurzona
Uspokaja mnie to. I jedzenie wcale gorsze nie wychodzi. Nie wychodzi mi wtedy, kiedy nie mam "weny".
Pescecane, ale chyba nie powinniśmy życzyć Ci stanu permanentnego wkurzenia? ![]()
A tak na poważnie, coś w tym jest, że czynności, które lubimy robić, wpływają na nas kojąco. Dobrze, że w ten sposób uchodzą z ciebie złe emocje, a nie poprzez tłuczenie talerzy.
Może udało się wtedy stworzyć jakieś wyjątkowo pyszne danie - podziel się tym z nami. ![]()
Nie
Jak mam wenę to i bez wkurzenia jest ok ![]()
Nie zauważyłam czegoś takiego, chociaż właściwie jak jestem zła i nie mam ochoty gotować, to nie gotuję i tyle. Wpływ na gotowanie może mieć głód - ale też nie na jakość potraw, tylko raczej na moje pomysły. Lubię czasem eksperymentować w kuchni i jak pójdę głodna na zakupy, to zawsze mam wenę twórczą i coś ciekawszego wymyślę. Natomiast na sam smak potrawy - zerowy wpływ.
Jak jestem wkurzona, zmęczona, głowa mnie boli, to nie piekę ani nie gotuję- dzwonię po pizzę albo robię kanapki. Gotowanie w złym nastroju nie jest bowiem przyjemne, a zwykle kończy się także przesoleniem, przypaleniem i innymi tragediami.
15 2014-11-10 15:15:12 Ostatnio edytowany przez MamaMamusia (2014-11-10 15:17:24)
a ja jak jestem wkurzona, zła, mam chandrę i wszystkiego dość to albo prasuję, albo zamykam się w kuchni i robię ciasto. To mnie uspokaja, wycisza, przywraca równowagę. W prasowaniu jestem wówczas mistrzynią świata i robię to w oka mgnieniu, a ciasta zrobione w takim burzowym nastroju zawsze wychodzą mi wspaniale ![]()
Czasem jestem zbyt roztargniona i wtedy staram się nie gotować albo ugotować coś prostego. Zdarzyło mi się posolić podwójnie kawę:)