W październiku zeszłego roku poznałam w internecie faceta, który mieszka w Niemczech, niecałe 4h drogi ode mnie. Pisaliśmy ze sobą przez jakoś miesiąc, ponieważ oznajmiłam mu, że jestem świeżo po zerwaniu z facetem i nie w głowie mi związki, zresztą nie chcę być z kimś na odległość, bo dla mnie to żaden związek. Ja potrzebuję osoby blisko siebie, żeby mieć z nią kontakt, spotykać się, poznawać, patrzeć podczas rozmowy, słyszeć ton głosu, mimikę, zachowanie. Po prostu poznać kogoś normalnie. Znajomość rozeszła się po kościach. Dokładnie nie pamiętam jak to było, w każdym razie przestał się chyba odzywać. Później widziałam na jego profilu na fb, że chyba poznał jakąś kobietę. Jakoś 3 miesiące temu ponownie założyłam konto na portalu randkowym. On również tam był i napisał do mnie. Oznajmiłam mu, że możemy mieć kontakt (bo czemu nie?), ale raczej żeby na nic nie liczył, bo nadal utrzymuję swoje stanowisko przy tym, że potrzebuję osoby "na miejscu". Ale tak sobie pisaliśmy i pisaliśmy, aż wreszcie zadeklarował, że przyjedzie. No i przyjechał na 2 dni (w mieście w którym mieszkam ma mamę). Spotkanie odbyło się w miłej atmosferze. Poszliśmy na spacer a później do kawiarni. Po spotkaniu napisał smsa, że dziękuje itd. Po jakiejś godzinie napisał, że przyjedzie ponownie za 2 tygodnie. Na drugi dzień pojechał znowu do Niemiec. Mówił, że jest tam już 7 lat, że chce zostać na stałe i, że stara się o obywatelstwo. No i tak sobie znajomość kwitła przez te 2 tygodnie w oczekiwaniu na ponowne spotkanie. Do ponownego spotkania po tych dwóch tygodniach nie doszło, bo powiedział, że niestety musi pracować. I zadeklarował się, że postara się jak najszybciej przyjechać. I tak za chwilę minie drugi miesiąc jego cotygodniowych deklaracji, że "za tydzień/dwa" przyjedzie. Ciągle tłumaczy się pracą. Pracuje od poniedziałku do piątku (czasem w soboty). Odkąd tylko pamiętam, to te "czasem soboty" zamieniły się na "każde soboty". Miał na "100%" być tydzień temu, ponieważ szef wysłał go do Polski po jakieś auto służbowe. Oczywiście w dzień przyjazdu oznajmił, że szef jednak powiedział, że auto jeszcze nie jest zrobione i w tą sobotę pracował. Deklarował się, że na miliard % przyjedzie na moją obronę (22 września), żeby mnie wspierać, być obok mnie. Dziś się dowiedziałam, że oczywiście nie przyjedzie, bo będzie pracować.
Nie odzywałam się do niego od zeszłej niedzieli, bo po prostu mam już po dziurki w nosie tych jego nic niewartych deklaracji. On codziennie pisał rano smsa, że "dzień dobry, jak się czujesz?" dzień w dzień. Ja mu nie odpisywałam, bo po prostu jestem tym wszystkim już zmęczona. Dziś kolejny raz napisał "dzień dobry..." i po tych paru dniach milczenia odpisałam, że właśnie się uczę i czy przyjedzie na obronę. Wyżej napisałam jaka była odpowiedź.
Proszę mi napisać trzeźwym okiem, czy jest sens kontynuować znajomość? Skoro on praktycznie nigdy nie ma czasu, żeby przyjechać? Jeżeli chodzi o mnie, to na chwilę obecną jestem uziemiona w Polsce i nie mogę pojechać do niego.. zresztą, po co miałabym jechać, skoro on praktycznie nigdy na nic nie ma czasu? A i tak widzieliśmy się tylko raz.
Żony raczej nie ma, dziewczyny pewnie też. Choć tydzień temu (jak jeszcze mu odpisywałam) spytał się mnie, jak na fb w opcjach zablokować możliwość widzenia znajomych..., bo powiedział, że nie wszyscy muszą wiedzieć co się u niego w życiu prywatnym dzieje.
Proszę o radę. Czy dobrze postąpiłam olewając go przez te parę dni? Czy jest sens kontynuować znajomość z kimś, kto wiecznie nie ma czasu? Naprawdę jestem w kropce.