netkobietyWszystkie działy
Rozstanie, flirt, zdrada, rozwód

Poczucie winy po zerwaniu. Czy popełniłem jakiś błąd?

17 odpowiedzi4 097 wyświetleńzałożony przez La_Pulga, 23.08.2018

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Poczucie winy po zerwaniu. Czy popełniłem jakiś błąd?

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 18 ]

1

Temat: Poczucie winy po zerwaniu. Czy popełniłem jakiś błąd?

Witam, to mój pierwszy wpis. Trochę tu nie pasuję, bo jestem mężczyzną, ale myślę, że bardzo potrzebuję kobiecego spojrzenia na pewną krótką historię. :)

Myślałem o tym bardzo dużo, ale jednak wciąż męczy mnie trochę pytań po zerwaniu i czuję, że nie mogę przez to pójść dalej.
Ta historia jest tak naprawdę krótka, ale zależy mi na dokładnym opisie tego, jak to dla mnie wyglądało.
Wiem, że będzie ona dla Was wyglądała na dość dziecinną, nieistotną, może nawet głupią. Zdaję sobie z tego sprawę, ale jednak dla mnie ten dylemat
to chyba podstawa do tego by pójść dalej. Jest to dla mnie zbyt ważne. Z góry dziękuję tym osobom, które ten długi wpis przeczytają. A więc od początku...

Mam 21 lat, studiuję. Jestem bardzo wrażliwy, uczuciowy, a przy tym dość nieśmiały. Żadnego mniej lub bardziej poważnego doświadczenia z dziewczynami
do niedawna nie posiadałem. W styczniu zbliżyłem się trochę do pewnej koleżanki z uczelni. Niby znaliśmy się od 1,5 roku, ale wcześniej nie mieliśmy okazji
poznać się trochę bliżej. Ładna, sympatyczna, trochę nieśmiała Ukrainka, mieliśmy wspólne zainteresowania. A przede
wszystkim dużo się razem (w większym gronie) uczyliśmy, bo zbliżała się sesja. Pomagałem jej w dwóch przedmiotach, starałem się jak mogłem. Zaczęliśmy coraz więcej pisać i rozmawiać na różne tematy. Czuło się, że cieszymy się własną obecnością. I tak się to rozwijało przez kilka tygodni. Zaczynał się flirt, głównie w wiadomościach na fb. Potem zaczęło się obejmowanie i trzymanie za rękę przy jakichś krótkich spacerach typu "chętnie Cię odprowadzę". Byłem cierpliwy, nie narzucałem się, starałem się zawsze by była przy mnie szczęśliwa. Na dłuższe spotkanie w innym celu niż nauka nie było niestety wtedy czasu. Ale zaczęło mi zależeć coraz bardziej. Myślę, że oboje czuliśmy do czego to wszystko zmierza, to była kwestia czasu.

Sesja się skończyła. Koleżanka dzięki mnie zaliczyła znienawidzony przedmiot i była mi bardzo, bardzo wdzięczna za pomoc. Tuż po sesji ona wyjechała do domu na 2 tygodnie, a ja obiecałem, że nie będę do niej w tym czasie pisał. Skoro jest w domu tak rzadko, to niech cieszy się tą obecnością, a my jeszcze będziemy mieli czas na rozwijanie znajomości. Cierpliwie czekałem na jej powrót z lekkim niepokojem, czy dobrze odczytuję to, co nas łączy. Głęboko w sercu bałem się, że po pomocy w nauce nie będę jej już potrzebny i zapomni o mnie. Przez 2 tygodnie nie pisaliśmy, a ja i tak sprawdzałem jej messenger dosłownie co godzinę
(bez żadnej przesady) i dużo o niej myślałem. To było dla mnie zupełnie nowe uczucie. Zrozumiałem, że zakochuję się w niej, o ile już tego nie zrobiłem.

Gdy napisała do mnie po powrocie do Polski, byłem najszczęśliwszy na świecie. Początek nowego semestru, więcej czasu, od razu umówiliśmy się na spotkanie następnego dnia. Przed zajęciami przez 2 godziny spacerowaliśmy po parku, było świetnie, cieszyliśmy się oboje swoją obecnością. Taką chemię się zwyczajnie czuje, prawda? Po zajęciach kolejne 3 godziny spaceru po parku. Była ostra zima, mrozy, a jednak było nam wystarczająco ciepło by nie przerywać. Co jakiś czas zawsze zatrzymywałem ją by patrzeć prosto na nią, w jej oczy, przytulić ją, raz odważyłem się pocałować w policzek. Nie chciałem nic spieprzyć. Pod koniec spotkania stało się - zaczęliśmy się całować i stojąc tak spędziliśmy ponad 30 minut. Przerwaliśmy tylko dlatego, że ona musiała już wracać do domu, a i tak została dłużej niż powinna. Powiedziałem, co czuję. Powiedziałem, że chciałbym z nią być, że mi na niej zależy. Ona to odwzajemniła, wszystko wydawało się świetnie. Powiedzmy, że "oficjalnie" byliśmy razem.

Pod sam koniec spotkania ja jednak wypaliłem z takim zdaniem, że nie chciałbym tego ukrywać na uczelni. Co miałem na myśli? Tylko to, że spotykając ją tam, chciałbym przytulić ją na powitanie. Nie chciałbym ukrywać się przed znajomymi z tym, że jest dla mnie kimś ważnym. Ona od razu się spłoszyła. Powiedziała, że to dopiero początek i niech to będzie tylko nasze, osobiste. Powiedziała, że nie chce by to wyglądało tak, jak w przypadku naszych znajomych, typu kolega trzymający rękę pod spódnicą koleżanki przy wszystkich innych. Wyjaśniłem dokładnie, co mam na myśli, że zupełnie nie chodzi mi o tego typy dziwne akcje. Ale oczywiście zgodziłem się, póki co nie ogłaszamy tego. Ona powiedziała takie zdanie: "Dopóki nikt mnie nie zapyta, to ona nic nikomu nie powiem". Czy uznałem to za jakąś wielką tajemnicę ponad życie, której nie mogę zdradzić? Nie. Nie planowałem nikomu mówić, uszanowałem jej zdanie, ok, niech tak będzie. Ale nie postrzegałem tego jako coś, co mogłoby nas rozdzielić. Nie widzieliśmy się przez następne 3 dni.

Zawsze mówiliśmy sobie, że jesteśmy szczerzy ze sobą. Ja zawsze zabiegałem o jej szczerość, tzn prosiłem by mówiła mi wszystko, co może jej się nie spodobać, że ona jest dla mnie najważniejsza. Jestem godnym zaufania człowiekiem, nie lubię i nie umiem kłamać. Chciałem
szczerości i ona mówiła, że chce dokładnie tego samego. Wielokrotnie podkreślała w rozmowach, że jest bardzo nieufna wobec ludzi. Zawiodła się w swoim życiu na wielu osobach i nie tak łatwo jest jej zaufać komuś nowemu. Nie martwiłem się o to, bo jestem pewien tego, że ja jestem godny zaufania. Drugiego dnia po pocałunku mieliśmy nocną, szczerą rozmowę na fb o tym. Ona stwierdziła, że się pośpieszyliśmy. Ja byłem w szoku, zagotowałem się, myślałem, że wszystko jak zwykle spieprzyłem, ale też nie wiedziałem jak to możliwe. Ona pierwsza zamknęła oczy, już wcześniej często patrzyła na moje usta, ale ja uciekałem, bałem się podjąć ten krok. A gdy już to zrobiliśmy, ona mówi, że za szybko. Lekki mindfuck w głowie. Powiedziałem, że w takim razie muszę to przemyśleć, wystraszyłem się bardzo. Wtedy ona zaczęła wyjaśniać: chciała tego, było super i ona chce się ze mną całować, ale to było za szybko i ona teraz dziwnie się czuje. Uszanowałem to. Stwierdziłem, że możemy zwolnić. Naprawdę zakochałem się w niej, czułem to, byłem w stanie zrobić dla niej wszystko, przystopować. Po tej rozmowie poczułem się lepiej. Powiedziałem, że staram się budować relację. Ona powiedziała, że robi to samo, ale nie wie, czy się to uda. Na takich właśnie rozmowach chciałem nasz związek budować, powiedziałem jej to. Wszystko wydawało się ok.

Zaczęliśmy planować następne spotkanie. Zaproponowałem kino, a potem lodowisko. Strzał w dziesiątkę, bardzo jej się ten pomysł spodobał. Dzień wcześniej zapytałem kolegę o jakieś fajne lodowisko. Ponadto zauważył na wykładach, że dużo piszę z tamtą dziewczyną, więc zapytał wprost, czy jesteśmy razem, co nas łączy. Z początku wyśmiewałem go, mówię "no co Ty, przestań", ale on jednak dopytywał. To nie byle kto, tylko mój najlepszy przyjaciel z uczelni, więc nie chciałem go okłamywać. Powiedziałem, że zaczynamy, że spotykamy się, zobaczymy co z tego będzie. Obiecał, że nikomu nie zdradzi i ja w to w pełni wierzę. Nigdy mnie nie zawiódł, a ja nie zawiodłem jego.

Kolejne spotkanie: było super, bawiliśmy się dobrze. Zachowywaliśmy się jak normalna para, wszystko fajnie. Pod koniec spotkania zauważyłem, że "mój skarb" (tak ją często nazywałem) jest trochę inna niż wcześniej. Wydawała się smutna czy rozczarowana. No ale rozstaliśmy się w taki sposób. To był piątek,
ona od razu powiedziała, że w weekend ma wiele planów (nic więcej nie wiedziałem, nie dopytywałem) i nie ma szansy na spotkanie. To ciekawe, nie znaleźć nawet 40 min na spotkanie z chłopakiem? Przez cały weekend? No niech będzie. Teraz to wygląda dziwnie, ale dla zakochanego głąba było to normalne...
Miałem nutkę niepokoju, ale jednak naprawdę jej zaufałem i zachowałem spokój. Dzień później nasza wspólna koleżanka (a dla niej bardzo bliska) zaproponowała na czacie grupowym wspólne wyjście do klubu. Wyraziłem chęć, czemu nie. Okazało się, że moja koleżanka-dziewczyna (jak to w ogóle nazwać... :/ ) również wstępnie wyraziła chęć i nawet sama zaproponowała ten klub. No proszę, a tyle ponoć miała planów. Koniec końców oczywiście nie zjawiła się. Napisała, że myślała, iż inne plany odwołane, a tu jednak okazało się, że nie do końca i jednak do klubu nie idzie. Czy to chodzi o mnie? Wstydziła się mnie czy coś? Nie jestem przystojnym facetem. Mam nadwagę i spore kompleksy, więc zacząłem się obawiać, że właśnie o to chodzi, choć ona sama mówiła, że się jej podobam.

Przed wyjściem do klubu postanowiłem zapytać ją, czy nasza wspólna koleżanka coś o nas wie. W końcu była wręcz jej przyjaciółką i wydawało mi się normalne, że
mogła jej to powiedzieć. Nie uważałem tego, za aż taką tajemnice, więc dla pewności zapytałem. Nie chciałem by doszło do jakichś nieporozumień czy coś.
"Nie, nikt nic nie wie". Ok, zrozumiałem. Ponadto zapytałem o jej dziwne zachowanie dzień wcześniej. Czy wszystko było ok? "Tak, absolutnie, wszystko jest dobrze" :) Powiedziałem jej też wtedy o tym, że jakby co to mój najlepszy przyjaciel wie. "Zapytał wprost, nie chciałem go okłamywać, mam nadzieję, że nie masz z tym problemu". Stwierdziła, że to zrozumiałe i nie ma problemu.

Ależ ja się wtedy ucieszyłem. Naprawdę wyjątkowe uczucie. To był moment, w którym uwierzyłem w to wszystko najmocniej. Dzień później postanowiłem nic do niej nie pisać, choć to bolało (haha). W końcu miała podobno jakieś plany, a ostatnio bardzo dużo pisaliśmy, więc dałem jej odetchnąć ode mnie. A jednak to ten dzień był przełomowy. Byłem na absolutnym szczycie swoich uczuć do niej. Cieszyłem się, że znalazłem miłość, uwierzyłem w to, w nią, w nas. Leżałem na swoim łózku i płakałem ze szczęścia. Choć to może brzmieć śmiesznie, ale tak właśnie było. To był ten szczyt.

Dzień później czekałem aż pierwsza się odezwie. No i tak się stało. Zapytałem jak tam minął weekend. "A spoko nawet". No i się zaczęło. Nasze pseudonimy z konwersacji usunięte, nasza emotka z serduszkiem usunięta i nagle kilku-zdaniowa wiadomość z dość typowymi tekstami. "Wiesz, nie ma sensu tego dalej ciągnąć. Nie widzę tego i nie czuję tego. Było dobrze, dzięki Ci wielkie, mam nadzieję, że będziemy mogli się kolegować. Naprawdę mi przykro, że nic z tego nie wyszło". Tak, znam to na pamięć xD
Dla mnie to był oczywiście szok. Jak już wspomniałem, jestem niezwykle uczuciowy i wrażliwy. A ponadto zrzuciła mnie z wysokiego konia, gdy byłem na szczycie tego uczucia. Zacząłem się trząść, powstrzymywałem płacz tylko dlatego, że byłem na uczelni. Natychmiast chciałem spotkania, niech powie mi to w twarz a nie na facebooku! Była niechętna, zaproponowała spotkanie po zajęciach pod uczelnią. To był luty, na dworze nie można wytrzymać 3 minut, a ona chce w takich warunkach o tym rozmawiać. Byłem w szoku, poczułem się potraktowany jak najgorszy śmieć, totalnie zmieszany z błotem i zignorowany, po tym wszystkim co próbowałem robić dla niej przez kilka tygodni. Minął dokładnie tydzień od naszego pocałunku i wyznania uczuć, a ona traktuje mnie w taki sposób. Koniec końców umówiliśmy się w kawiarni po zajęciach. Wcześniej zdążyłem się już wypłakać przed przyjacielem (który o "nas" wiedział). Potrzebowałem wsparcia.

Spotkałem się z nią, usiedliśmy no i patrzymy na siebie. Czekam, ona czeka i zdziwiona pyta o co chodzi. "Chyba raczej Ty masz mi coś do powiedzenia". "NIE, NIC".
Serio, tak powiedziała, to tak bolało... Niby nic, a zabolało strasznie. Zapytałem więc po prostu "Dlaczego?". No i się zaczęły powody...

1. Po pierwsze podobno nie byłem z nią szczery, bo powiedziałem jej, że jest pierwsza a nie była. Zdębiałem, o co chodzi xD Mówiłem jej jeszcze na początku znajomości, że w liceum zauroczyłem się w pewnej koleżance, a ona dawała mi nadzieję, po czym źle mnie potraktowała i trochę mnie to zraziło do dziewczyn. Znała tę krótką historię ponad miesiąc a teraz wyskakuje z czymś takim. No więc jak głupiej musiałem wyjaśnić jeszcze raz. Jak już zostałą wyjaśniona to wyjeżdża z powodem nr 2.

2. "STRACIŁAM DO CIEBIE ZAUFANIE. Powiedziałeś koledze, choć miałeś nikomu nie mówić". Poczułem się winny (męczy mnie to do dziś), lecz wyjaśniłem wszystko jak tylko mogłem. Nie dotarło.

3. No i bum, odpaliła ciężką artylerię: "Wczoraj dostałam 12 wiadomości od znajomych, którzy gratulowali mi szczęśliwego związku. WYGADAŁEŚ".
I tutaj zostałem zaorany konkretnie. Tłumaczyłem jak tylko mogłem, że wierzę przyjacielowi, on nikomu nie powiedział. Ja też niokomu więcej
nie powiedziałem. Ponoć pisały do niej osoby nawet z innych wydziałów, a przecież ja tam tak naprawdę nikogo nie znam. No nieźle. Wyjaśniam dalej: może ktoś nas zobaczył? W kinie, w tramwaju, na lodowisku, w parku, na ulicy? Skąd oskarżenie, że jeszcze komuś zdradziłem ten cały "sekret". Oczywiście nic nie docierało.

To koniec. Ona mi nie wierzy, ja nie wiem, co mogło się stać. Po rozmowie zadzwoniłem do kolegi i oskarżyłem go o zdradzenie tajemnicy. Oczywiście nic nie przyznał i ja mu wierzę - nie miał powodu. Napisał nawet długą wiadomość do tej dziewczyny i chciał mi pomóc, ale bez skutku. Zaproponował, że weźmie "winę" na siebie,
ale ja nie chciałem tego naprawiać kłamstwem - to niedopuszczalne. Najlepszy przyjaciel, jemu wierzę. No i cóż - dla mnie zaczął się koszmar. Noc przepłakana, jak już zasnąłem to budziłem się z krzykiem. Straciłem sens istnienia, itd... Całe moje największe załamanie trwało ponad 2 miesiące, a więc znacznie, znacznie dłużej niż sama ta historia trwała. Łzy co wieczór, stopniowo coraz mniej. Czas ponoć leczy rany? To prawda, ale pytania wciąż pozostały bez odpowiedzi.

Czy popełniłem błąd? Jaki? A może po prostu ona była głupia/niedojrzała? A może chciała tylko pomocy w nauce i tylko udawała?
W każdy scenariusz trudno mi uwierzyć, bo wciąż darzyłem ją wielkim uczuciem. Naprawdę jej zaufałem. Wierzyłem długo w to, że jacyś znajomi do niej pisali, choć z perspektywy czasu wygląda to na oczywiste kłamstwo. (!) Warto tu nadmienić, że minęło pół roku, a nikt z naszych wspólnych znajomych o "nas" nie wie, zauważyłbym. Dość dziwne, prawda? Skoro podobno pół świata do niej pisało w tej sprawie. Mieliśmy być szczerzy, obiecaliśmy to sobie patrząc prosto w oczy.
Widziałem ją jako zupełnie inną osobę, a tu z dnia na dzień, bez ostrzeżenia, potraktowała mnie jak najgorszą świnię.
Wiele tygodni starań na marne, szczere uczucia okazały się nieistotne. Zrobiłem dla niej co mogłem, a to nie wystarczyło - wniosek był dla mnie prosty. Miłość nie ma sensu, nie warto się w to bawić, wolę być sam do końca życia niż znów przechodzić przez podobny ból.

Kochałem, ufałem, starałem się, a na koniec zostałem rzucony w taki sposób, żebym to ja czuł się winny. I udało jej się, trzeba pogratulować. Za kilka dni minie dokładnie pół roku, a ja wciąż czuję, że to się za mną ciągnie. Nie mogę pójść dalej. W głębi duszy obwiniam się, że zmarnowałem swoją wielką szansę. Boję się, że już nigdy nie będę mógł komuś tak zaufać. Boję się, że już nigdy nie zakocham się tak jak wtedy. Bo mimo najszczerszych chęci zostałem potraktowany
naprawdę źle. Więc chyba nawet nie warto próbować ponownie?

Wiem, jak to wygląda. Jakiś dzieciak przeżył swoje pierwsze rozczarowanie miłosne i robi z igły widły, jakby nie było większych problemów. A jednak dla mnie to wciąż problem. Zależy mi na tym, by ostatecznie zamknąć tamtą historię i wyciągnąć wnioski. Dla kogoś tak szczerego i uczciwego jak ja, usłyszenie prosto w oczy "Nie wierzę, nie ufam Ci" było niesamowitym ciosem. Myślę, że do ostatecznego zrozumienia tego wszystkiego potrzebuję "spojrzenia z boku". Nie rodziców, nie przyjaciół. Chciałbym wiedzieć, jak taka historia może być postrzegana przez inne kobiety. Jakie są odpowiedzi na powyższe pytania? Sam próbuję o tym nie myśleć od pół roku,
ale wiadomo jak jest - okres wakacji, wkoło mnóstwo szczęśliwych par, tylko taki frajer jak ja jest samotny, a to wszystko siłą rzeczy pcha mnie do wracania do tamtej historii. Krótkiej, ale intensywnej, dla mnie wyjątkowej. Wspaniałej i niesamowicie bolesnej.

Jeśli ktokolwiek dotrwał do tego momentu: DZIĘKUJĘ :)
Liczę, że ktoś pozwoli mi spojrzeć na to z trochę innej strony i ostatecznie wyciągnąć wnioski.

2 Ostatnio edytowany przez mózg_w_naczyniu (2018-08-23 05:29:32)

Odp: Poczucie winy po zerwaniu. Czy popełniłem jakiś błąd?

Myślę, że musisz zrozumieć dwie rzeczy. Po pierwsze nie ma najmniejszego znaczenia, co ona Ci powiedziała w momencie rozstania. Stwierdzeń wypowiadanych w takich okolicznościach nie powinno się traktować poważnie. Zapamiętaj sobie, że przeważnie w chwili rozstania tracisz dziesięć centymetrów wzrostu, Twój penis kurczy się o kolejnych pięć centymetrów, IQ spada do poziomu ameby, a kwalifikacje moralne spadają do tego stopnia, że Hannibal Lecter wydaje się przy Tobie prawym człowiekiem. Tak już jest. W momencie, gdy kobieta postanawia odejść od mężczyzny (lub go odrzucić), w jej głowie rozpoczyna się cały proces racjonalizacji i zaniżania wartości porzucanego (odrzucanego) partnera. Dokładnie odwrotny proces spotyka zaś porzucanego (odrzucanego) - ten przeważnie idealizuje byłą partnerkę, przynajmniej w początkowej fazie. Druga rzecz, którą powinieneś moim zdaniem zrozumieć, może być dla Ciebie dosyć nieprzyjemna. Większość kobiet chce być w związku z mężczyzną. Większość kobiet chce więc być w związku z kimś, kto przynajmniej w wybranych okolicznościach wykazuje stereotypowo męskie cechy: pewność siebie, dominacja, siła fizyczna i psychiczna, opieka nad stadem, aktywność, odwaga, bycie liderem, nastawienie na życiową misję, przejmowanie inicjatywy, trochę prowadzenie kobiety w relacji (jak w tańcu - z poszanowaniem jej autonomii i uczuć), skłonność do ryzyka. Z Twojego wpisu wyraźnie widać jednak, że masz bardzo kobiecą naturę, co gorsza, jest to natura kobiety niedojrzałej (świadczy o tym m.in. tak ogromny stopień zaangażowania emocjonalnego w znajomość na jej początkowym etapie). To jest poważny problem, z którym będziesz się mierzył w swoim życiu, o ile będziesz chciał znaleźć sobie partnerkę i zbudować z nią satysfakcjonującą dla obu stron relację. Wyjścia masz de facto dwa: albo zmienisz swoją naturę (odnajdziesz swój męski pierwiastek), albo poszukasz sobie kobiety o dosyć nietypowych preferencjach, poszukującej kobiecego partnera. Naturę będzie chyba ciężko zmienić w Twoim przypadku, więc druga opcja wydaje się rozsądniejsza. Musisz się jednak liczyć z tym, że większość kobiet będzie Cię odrzucać wbrew jednoczesnemu wyrażaniu chęci związania się z "miłym, ciepłym, wrażliwym i odpowiedzialnym facetem", czyli właśnie kimś takim, jak Ty. Ale ludzie mocno się między sobą różnią, więc - szukaj swojej niszy!

3

Odp: Poczucie winy po zerwaniu. Czy popełniłem jakiś błąd?

Ja bym powiedziała tylko: zerwała, to zerwała. Przestań o tym myśleć.
Jeżeli tak to ciągle przeżywasz od lutego, to sam sobie robisz krzywdę. Odetnij się od całej sytuacji i zacznij budować życie na nowo.

4 Ostatnio edytowany przez IsaBella77 (2018-08-23 10:16:03)

Odp: Poczucie winy po zerwaniu. Czy popełniłem jakiś błąd?
mózg_w_naczyniu napisał/a:

Myślę, że musisz zrozumieć dwie rzeczy. Po pierwsze nie ma najmniejszego znaczenia, co ona Ci powiedziała w momencie rozstania. Stwierdzeń wypowiadanych w takich okolicznościach nie powinno się traktować poważnie. Zapamiętaj sobie, że przeważnie w chwili rozstania tracisz dziesięć centymetrów wzrostu, Twój penis kurczy się o kolejnych pięć centymetrów, IQ spada do poziomu ameby, a kwalifikacje moralne spadają do tego stopnia, że Hannibal Lecter wydaje się przy Tobie prawym człowiekiem. Tak już jest. W momencie, gdy kobieta postanawia odejść od mężczyzny (lub go odrzucić), w jej głowie rozpoczyna się cały proces racjonalizacji i zaniżania wartości porzucanego (odrzucanego) partnera. Dokładnie odwrotny proces spotyka zaś porzucanego (odrzucanego) - ten przeważnie idealizuje byłą partnerkę, przynajmniej w początkowej fazie. Druga rzecz, którą powinieneś moim zdaniem zrozumieć, może być dla Ciebie dosyć nieprzyjemna. Większość kobiet chce być w związku z mężczyzną. Większość kobiet chce więc być w związku z kimś, kto przynajmniej w wybranych okolicznościach wykazuje stereotypowo męskie cechy: pewność siebie, dominacja, siła fizyczna i psychiczna, opieka nad stadem, aktywność, odwaga, bycie liderem, nastawienie na życiową misję, przejmowanie inicjatywy, trochę prowadzenie kobiety w relacji (jak w tańcu - z poszanowaniem jej autonomii i uczuć), skłonność do ryzyka. Z Twojego wpisu wyraźnie widać jednak, że masz bardzo kobiecą naturę, co gorsza, jest to natura kobiety niedojrzałej (świadczy o tym m.in. tak ogromny stopień zaangażowania emocjonalnego w znajomość na jej początkowym etapie). To jest poważny problem, z którym będziesz się mierzył w swoim życiu, o ile będziesz chciał znaleźć sobie partnerkę i zbudować z nią satysfakcjonującą dla obu stron relację. Wyjścia masz de facto dwa: albo zmienisz swoją naturę (odnajdziesz swój męski pierwiastek), albo poszukasz sobie kobiety o dosyć nietypowych preferencjach, poszukującej kobiecego partnera. Naturę będzie chyba ciężko zmienić w Twoim przypadku, więc druga opcja wydaje się rozsądniejsza. Musisz się jednak liczyć z tym, że większość kobiet będzie Cię odrzucać wbrew jednoczesnemu wyrażaniu chęci związania się z "miłym, ciepłym, wrażliwym i odpowiedzialnym facetem", czyli właśnie kimś takim, jak Ty. Ale ludzie mocno się między sobą różnią, więc - szukaj swojej niszy!

Ok, rozumiem, co masz na myśli. W kontekście tej konkretnej historii z Twojej odpowiedzi rozumiem tyle - ona dość szybko wyczuła we mnie moją zupełnie nieatrakcyjną naturę i zrywając szukała tylko do tego pretekstu. Moje pytanie: czy to nie nastąpiło za szybko? W końcu pewnego dnia sobie pewne uczucia wyznaliśmy - wszystko wydawało się super. Potem mnóstwo pisaliśmy i ona podkreślała jak tęskni itd. Spotkaliśmy się jeszcze raz, spędziliśmy długie popołudnie i ona akurat wtedy zrozumiała, że jestem "wulgaryzm, a nie facet", więc szukała sposobu jak z tego wybrnąć? Mimo wszystko do końca nie potrafię tego zrozumieć. Nie było za bardzo sytuacji, w której szczególnie miałbym wykazać się moim "męskim pierwiastkiem", bo nasza znajomość była na samym początku, na podobnym poziomie, widywaliśmy się sam na sam w typowych sytuacjach. Wydaje mi się, że to skończyło się za szybko, by miała tak dobrze poznać moją naturę.

Poza tym: już w dniu, w którym co nieco sobie wyznaliśmy, wykazała jakieś objawy tego, że się mnie wstydzi, że nie chce nikomu naszej znajomości zdradzić. To wskazuje na to, że jakiś problem był już na samym początku. Ale z drugiej strony gdyby już wtedy widziała we mnie to, co jej się nie podoba - to wszystko nie zaczęłoby się, bo i po co? A nagle po kilku dniach wszystko się odwróciło, to wciąż mi się nie zgadza. Koniec końców nie wydaje mi się byśmy byli na takim etapie znajomości, w którym ona mogłaby tak z dnia na dzień zniechęcić się do mojej natury. Nie było do tego zbyt wielu okazji.

5

Odp: Poczucie winy po zerwaniu. Czy popełniłem jakiś błąd?
La_Pulga napisał/a:

Poza tym: już w dniu, w którym co nieco sobie wyznaliśmy, wykazała jakieś objawy tego, że się mnie wstydzi, że nie chce nikomu naszej znajomości zdradzić. To wskazuje na to, że jakiś problem był już na samym początku. Ale z drugiej strony gdyby już wtedy widziała we mnie to, co jej się nie podoba - to wszystko nie zaczęłoby się, bo i po co? A nagle po kilku dniach wszystko się odwróciło, to wciąż mi się nie zgadza. Koniec końców nie wydaje mi się byśmy byli na takim etapie znajomości, w którym ona mogłaby tak z dnia na dzień zniechęcić się do mojej natury. Nie było do tego zbyt wielu okazji.

Nie wyła Ci wtedy syrena alarmowa w głowie? Jak dziewczyna nie chce o Tobie nikomu mówić to znaczy, że w jej życiu jesteś absolutnie nikim, a ona już przeczuwa rozstanie. Po prostu od początku jej nie grało, ale dała szansę, żeby zobaczyć, czy jej się odmieni.

6

Odp: Poczucie winy po zerwaniu. Czy popełniłem jakiś błąd?
Lady Loka napisał/a:

Ja bym powiedziała tylko: zerwała, to zerwała. Przestań o tym myśleć.
Jeżeli tak to ciągle przeżywasz od lutego, to sam sobie robisz krzywdę. Odetnij się od całej sytuacji i zacznij budować życie na nowo.

Cóż, nieraz to słyszałem, ale gdyby to było dla mnie tak proste, to nie byłoby mnie teraz tutaj big_smile
Po jakichś 3 miesiącach przestałem rzeczywiście o tym myśleć na co dzień, ale ten cały ból zaczął wracać w ostatnich tygodniach. Wiadomo, jak jest - lato, sezon randkowy, wkoło wszyscy szczęśliwy, a na mnie samotność działa właśnie w taki sposób, że wspomnienia wracają. Mam już 21 lat, a moim jedynym wspomnieniem związanym z kobietą jest to, że słyszę ciągle w głowie, iż jestem kłamliwym śmieciem, któremu nie można zaufać, podczas gdy przez całe życie robiłem wszystko by było inaczej. I to cholernie boli. Bardziej od samego zerwania boli chyba to, w jaki sposób to się stało, z jakimi oskarżeniami, wątpliwościami i lękami ona mnie zostawiła. Zburzyła całkowicie moje spojrzenie na świat. Ja po tym bardzo mocno zwątpiłem w jakikolwiek sens szukania związku w swoim życiu i jeszcze bardziej znienawidziłem samego siebie. Nigdy nie byłem i nie będę idealny, ale dotychczas akceptowałem przynajmniej część swojego charakteru, a w tym momencie zwyczajnie gardzę sobą, we wszystkim widząc swoją winę.

7

Odp: Poczucie winy po zerwaniu. Czy popełniłem jakiś błąd?

Autorze moim zdaniem nie masz powodow by sobie cos zarzucac. Nie uczyniles absolutnie nic zlego. Nature masz delikatna to fakt ale to nie jest jakas wada bo sa kobiety ktore wlasnie takich subtelnych mezczyzn wola.
Moim zdaniem ta dziewczyna zwyczajnie od poczatku nie byla zainteresowana. Pomylila uczucie wdziecznosci, sympatii i poczucie porozumienia z objawami rodzacego sie uczucia. Moze po czesci czula ze cos tu nie gra ale sobie to racjonalizowala ze bedzie dobrze, wkoncu Ty taki kochany opiekunczy taktowny, jak Cie nie pokochac, no jak?
Gdyby od poczatku to bylo prawdziwe zauroczenie z jej strony to nawet bedac w domu rodzinnym nie wytrzymalaby bez kontaktu z Toba przez bite dwa tygodnie. Nie padloby rowniez haslo o zbyt wczesnym pocalunku. Ona chyba liczyla ze ten pocalunek cos zmieni, ze ja wkoncu trafi strzala amora i poczuje tak to jest to! A tymczasem pocalunek cudownie nie zadzialal, a wrecz zweryfikowal chyba wlasnie nadzieje na to ze z tej maki bedzie cos wiecej niz serdeczna znajomosc/przyjazn. Potem nastapila kolejna racjonalizacja tym razem powodow zerwania. Latwiej bylo zrzucic wine na jakies z tylka wziete historie z przeszlosci i oskarzyc o zerwanie umowy niz przyznac sorry pomylilam sie i troche Cie przez to wykorzystalam. Przeciez jesli by jej na Tobie zalezalo to fakt ze sie ktos dowiedzial o Was nie bylby az taka tragedia.Wzielaby rowniez pod uwage inne opcje jak to ze ktos Was zobaczyl razem i dalej poszedl lancuszek informacyjny. A tymczasem  wydala szybki zaoczny wyrok bez dowodow. Tak jej pasowalo bo szukala argumentu zeby Cie odsunac. Teraz ona czuje sie "ok" a Ty masz byc tym winnym.
Ja wiem ze Ci na niej zalezy na ten moment ale czy ona jest tego warta? Naprawde pociaga Cie ktos zmienny jak choragiewka, ktos kto mimo ze nigdy nie zaznal od Ciebie nic zlego traktuje Cie jak wroga i zdradzacza? Czy zakochales sie raczej w jej wyobrazeniu, zbudowanym na podstawie paru spotkan z wdzieczna za pomoc kolezanka? Zastanow sie nad tym spokojnie. Bo nie moze byc tak ze Ty teraz w jakas mega traume wpadniesz, budzenie sie z krzykiem to tez gruba przesada. Zycie da Ci jeszcze nie raz w kosc i to duzo mocniej. Musisz troche nabyc grubszej skory inaczej wykonczysz sie psychicznie przed 30stka. Warto byloby chyba tez popracowac nad samoocena bo mam wrazenie ze Twoja rozpacz w duzej mierze wynika tez z poczucia ze jestes nieatrakcyjny jakos czlowiek/facet i skoro trafila sie jedna ktora raczyla spojrzec na Ciebie laskawszym okiem to jej utrata jest tragedia narodowa. Nie jest. Jestes wartosciowym, madrym chlopakiem ktory ma wiele zaoferowania drugiej osobie. To czuc.

8

Odp: Poczucie winy po zerwaniu. Czy popełniłem jakiś błąd?
La_Pulga napisał/a:
Lady Loka napisał/a:

Ja bym powiedziała tylko: zerwała, to zerwała. Przestań o tym myśleć.
Jeżeli tak to ciągle przeżywasz od lutego, to sam sobie robisz krzywdę. Odetnij się od całej sytuacji i zacznij budować życie na nowo.

Cóż, nieraz to słyszałem, ale gdyby to było dla mnie tak proste, to nie byłoby mnie teraz tutaj big_smile
Po jakichś 3 miesiącach przestałem rzeczywiście o tym myśleć na co dzień, ale ten cały ból zaczął wracać w ostatnich tygodniach. Wiadomo, jak jest - lato, sezon randkowy, wkoło wszyscy szczęśliwy, a na mnie samotność działa właśnie w taki sposób, że wspomnienia wracają. Mam już 21 lat, a moim jedynym wspomnieniem związanym z kobietą jest to, że słyszę ciągle w głowie, iż jestem kłamliwym śmieciem, któremu nie można zaufać, podczas gdy przez całe życie robiłem wszystko by było inaczej. I to cholernie boli. Bardziej od samego zerwania boli chyba to, w jaki sposób to się stało, z jakimi oskarżeniami, wątpliwościami i lękami ona mnie zostawiła. Zburzyła całkowicie moje spojrzenie na świat. Ja po tym bardzo mocno zwątpiłem w jakikolwiek sens szukania związku w swoim życiu i jeszcze bardziej znienawidziłem samego siebie. Nigdy nie byłem i nie będę idealny, ale dotychczas akceptowałem przynajmniej część swojego charakteru, a w tym momencie zwyczajnie gardzę sobą, we wszystkim widząc swoją winę.

Masz dopiero 21 lat, a Twój błąd polega na tym, że sam sobie nie pozwalasz zapomnieć. Przestań roztrząsać.
Znajdź sobie temat "chłodne rozstanie podejście drugie" i czytaj codziennie przed snem jedną stronę.
Topisz się w poczuciu krzywdy zamiast stwierdzić "ok, nie chciała mnie to nie, pojawi się inna" i po prostu iść w swoją stronę. Na jednej dziewczynie świat się nie kończy, ale zaczyna.
Dopóki sam sobie nie pozwolisz na szczęście to będziesz to przeżywał i roztrząsał nawet i 10 kolejnych lat. Daj sobie spokój, przestań o tym myśleć, znajdź sobie jakieś zajęcia, idź na rower, na siłownię, biegaj, tańcz, skacz, słuchaj muzyki, czytaj książki i nie pozwól temu myśleniu Cię opętać. Pozwól myślom przelatywać przez siebie bez zatrzymywania ich.

9

Odp: Poczucie winy po zerwaniu. Czy popełniłem jakiś błąd?

każdy ma prawo w każdej chwili się rozmyslić i zerwać. może ona starała się w tobie zakochać ale się nie udało.

10

Odp: Poczucie winy po zerwaniu. Czy popełniłem jakiś błąd?
Lady Loka napisał/a:

Nie wyła Ci wtedy syrena alarmowa w głowie? Jak dziewczyna nie chce o Tobie nikomu mówić to znaczy, że w jej życiu jesteś absolutnie nikim, a ona już przeczuwa rozstanie. Po prostu od początku jej nie grało, ale dała szansę, żeby zobaczyć, czy jej się odmieni.

Jasne, czułem pewne zaniepokojenie, ale wszystko zostało zagłuszone po pierwsze przez moje uczucia, a po drugie przez jej miłe słowa o tym, że za mną tęskni, jak ważny dla niej jestem. Dla mnie to było coś zupełnie nowego. Poczułem się szczęśliwy jak chyba nigdy w swoim życiu i rzeczywiście te wszystkie sygnały mogły być podświadomie ignorowane. Po tych kilku tygodniach czułem, że mogę jej uwierzyć. Z natury nie wierzę w siebie i jestem pesymistą, dlatego często na siłę szukam w swoim życiu jakichś problemów. W tamtym czasie chciałem tego uniknąć. Bałem się, że jeśli we wszystkim będę doszukiwał się problemu, to nie uda się poprowadzić tego tak, jak chciałem. Zaufałem jej, a jednocześnie poczułem optymizm, którego tak bardzo brakowało zawsze w moim życiu.

11

Odp: Poczucie winy po zerwaniu. Czy popełniłem jakiś błąd?
feniks35 napisał/a:

Warto byloby chyba tez popracowac nad samoocena bo mam wrazenie ze Twoja rozpacz w duzej mierze wynika tez z poczucia ze jestes nieatrakcyjny jakos czlowiek/facet i skoro trafila sie jedna ktora raczyla spojrzec na Ciebie laskawszym okiem to jej utrata jest tragedia narodowa. Nie jest. Jestes wartosciowym, madrym chlopakiem ktory ma wiele zaoferowania drugiej osobie. To czuc.

Widzę, że łatwo mnie odczytać big_smile Tak, to prawda. Absolutnie nie czuję się atrakcyjny, bo nie widzę ku temu logicznych przesłanek. Wyglądem nie mam szans nikogo przyciągnąć i to nie jest mój pesymizm, tylko fakt. Dlatego zwykle liczyłem na to, że przynajmniej moim charakterem będę w stanie kogoś do siebie przekonać. A tymczasem ta historia pokazała mi, że nawet to nie wystarcza i w tym momencie w moich oczach utraciłem jakikolwiek argument ku temu, że warto się mną zainteresować.
I tak, to też prawda, że jej utrata była dla mnie bolesna w taki sposób. Ja w ogóle byłem trochę w lekkim szoku, że ktokolwiek zwrócił na mnie uwagę.
Pamiętam, że przed znajomością z nią byłem już niemal pogodzony z tym, że będę sam i nawet nie próbowałem szukać drugiej połówki, bo nie widziałem żadnych szans.
I cała ta historia zadziałała na mnie dodatkowo jako potwierdzenie wszystkich lęków, jakie miałem. A ponadto uświadomiła mi, że to, co dotychczas uznawałem w sobie za dobre, nie jest nawet żadnym moim atutem.

12

Odp: Poczucie winy po zerwaniu. Czy popełniłem jakiś błąd?

Problem w tym, że budując swoje poczucie własnej wartości i samoocenę na partnerce, to tak naprawdę nigdy jej nie zbudujesz. Najpierw popracuj nad sobą, potem buduj związek.
Bo żadna kobieta z Tobą nie wytrzyma.

13

Odp: Poczucie winy po zerwaniu. Czy popełniłem jakiś błąd?
La_Pulga napisał/a:

Ok, rozumiem, co masz na myśli. W kontekście tej konkretnej historii z Twojej odpowiedzi rozumiem tyle - ona dość szybko wyczuła we mnie moją zupełnie nieatrakcyjną naturę i zrywając szukała tylko do tego pretekstu. Moje pytanie: czy to nie nastąpiło za szybko? W końcu pewnego dnia sobie pewne uczucia wyznaliśmy - wszystko wydawało się super.

Tobie się wszystko wydawało się super, ale jej być może nie. Naucz się, by bardziej obserwować realne działania kobiet, a nie ich deklaracje. Tutaj działania były m.in. takie: ignorowanie Cię podczas jej pobytu w domu rodzinnym (wybacz kolega, ale żadna znana mi zakochana kobieta nie zawiesza kontaktu z mężczyzną na dwa tygodnie, mimo że może mieć szereg innych zajęć), chęć ukrywania Waszego związku (?) przed wspólnymi znajomymi.

La_Pulga napisał/a:

Potem mnóstwo pisaliśmy i ona podkreślała jak tęskni itd. Spotkaliśmy się jeszcze raz, spędziliśmy długie popołudnie i ona akurat wtedy zrozumiała, że jestem "wulgaryzm, a nie facet", więc szukała sposobu jak z tego wybrnąć? Mimo wszystko do końca nie potrafię tego zrozumieć.

Prawdopodobnie po prostu pompowałeś jej ego i dostarczałeś atencji. Ona widziała, że masz pewne cechy, których - jak sądziła i pewnie nadal sądzi - poszukuje u mężczyzny (czyli jesteś miły, wrażliwy, oddany, spokojny itp.) - więc może liczyła, że z czasem pojawią się silniejsze uczucia i pożądanie. Przed samym rozstaniem przypuszczalnie pojawił się jakiś mężczyzna. Niekoniecznie musiała się z nim wiązać lub iść do łóżka, ale zobaczyła, że może otrzymać tę atencję także od innego mężczyzny.

La_Pulga napisał/a:

Nie było za bardzo sytuacji, w której szczególnie miałbym wykazać się moim "męskim pierwiastkiem", bo nasza znajomość była na samym początku, na podobnym poziomie, widywaliśmy się sam na sam w typowych sytuacjach. Wydaje mi się, że to skończyło się za szybko, by miała tak dobrze poznać moją naturę.

Jeśli masz silny męski pierwiastek, to nie potrzebujesz żadnych szczególnych okoliczności, by się nim wykazać. Swoje męskie cechy pokazujesz już w pierwszych sekundach interakcji poprzez mowę ciała, głos, sposób mówienia itp.

La_Pulga napisał/a:

Poza tym: już w dniu, w którym co nieco sobie wyznaliśmy, wykazała jakieś objawy tego, że się mnie wstydzi, że nie chce nikomu naszej znajomości zdradzić. To wskazuje na to, że jakiś problem był już na samym początku. Ale z drugiej strony gdyby już wtedy widziała we mnie to, co jej się nie podoba - to wszystko nie zaczęłoby się, bo i po co? A nagle po kilku dniach wszystko się odwróciło, to wciąż mi się nie zgadza. Koniec końców nie wydaje mi się byśmy byli na takim etapie znajomości, w którym ona mogłaby tak z dnia na dzień zniechęcić się do mojej natury. Nie było do tego zbyt wielu okazji.

Niestety miała całą masę okazji, by zniechęcić się do Twojej natury, bo od początkowych etapów znajomości popełniłeś masę kardynalnych błędów i zachowywałeś się w sposób, który określa się mianem wussy behavior. Ty chyba sobie nie zdajesz z tego sprawy, więc dobrze, żeby ktoś zwrócił Ci na to Twoją uwagę, skoro w Twoim otoczeniu nie ma sensownych mężczyn. Zatem po kolei...

La_Pulga napisał/a:

A przede wszystkim dużo się razem (w większym gronie) uczyliśmy, bo zbliżała się sesja. Pomagałem jej w dwóch przedmiotach, starałem się jak mogłem.

Ty je pomagałeś, a ona dawała Ci z siebie coś w zamian? Bo wygląda na to, że od samego początku inwestowałeś w tę znajomość więcej niż ona. Błąd numer jeden.

La_Pulga napisał/a:

Potem zaczęło się obejmowanie i trzymanie za rękę przy jakichś krótkich spacerach typu "chętnie Cię odprowadzę".

Tu punkt dla Ciebie, że zacząłeś wprowadzać kontakt fizyczny, ale jednak robiłeś to za wolno. Powinieneś znacznie szybciej spróbować ją pocałować, a nie tylko trzymać za rękę. Błąd numer dwa.

La_Pulga napisał/a:

Byłem cierpliwy, nie narzucałem się, starałem się zawsze by była przy mnie szczęśliwa. [...] zaczęło mi zależeć coraz bardziej. Myślę, że oboje czuliśmy do czego to wszystko zmierza, to była kwestia czasu.

Błąd numer trzy i to kardynalny. Uszczęśliwiać to możesz swoją partnerkę, z którą łączy Cię silna więź emocjonalna i wiele wspólnych chwil. Nie powinieneś jej szczęścia ustawiać jako głównego celu swojego życia na tak wczesnym etapie znajomości. Co więcej, chociaż wyda Ci się to kontrintuicyjne, nie powinieneś w ogóle za bardzo się starać zrobić dobre wrażenie. Kobiety naprawdę świetnie czują różnicę między tym, że ktoś posiada pewne cechy i one czasami dają o sobie znać, a tym, że ktoś celowo próbuje je manifestować. Na tym etapie nie powinno Ci też tak szczególnie na niej zależeć - zdrowym emocjonalnie ludziom tak silnie zależy na tych, z którymi łączą ich przez dłuższy czas silne więzi emocjonalne i wspólne przeżycia, a nie na tych, którzy są po prostu koleżankami.

La_Pulga napisał/a:

Sesja się skończyła. Koleżanka dzięki mnie zaliczyła znienawidzony przedmiot i była mi bardzo, bardzo wdzięczna za pomoc. Tuż po sesji ona wyjechała do domu na 2 tygodnie, a ja obiecałem, że nie będę do niej w tym czasie pisał.

Dlaczego jej to obiecałeś? Nonsens. Robisz to, na co masz ochotę. Jeśli masz ochotę pisać, to piszesz. Nie pytasz jej o zgodę. Jeśli jej się to nie podoba, to wtedy dopiero się wycofujesz i być może modyfikujesz swoje zachowanie. Błąd numer cztery.

La_Pulga napisał/a:

Cierpliwie czekałem na jej powrót z lekkim niepokojem, czy dobrze odczytuję to, co nas łączy. Głęboko w sercu bałem się, że po pomocy w nauce nie będę jej już potrzebny i zapomni o mnie. Przez 2 tygodnie nie pisaliśmy, a ja i tak sprawdzałem jej messenger dosłownie co godzinę
(bez żadnej przesady) i dużo o niej myślałem. To było dla mnie zupełnie nowe uczucie. Zrozumiałem, że zakochuję się w niej, o ile już tego nie zrobiłem.

Błąd numer pięć i to najbardziej kardynalny z kardynalnych. Na poziomie obiektywnym z tą dziewczyną nic Cię jeszcze nie łączyło (trzymanie za rączki i flirty na Messengerze to są bardzo wstępne etapy znajomości czternastolatków), a Ty już byłeś całkowicie ugotowany. Ta dziewczyna nic dla Ciebie nie zrobiła, nie zamanifestowała Ci swojej wartości, niczego tak naprawdę wspólnego z nią nie przeżyłeś, nawet nie miałeś szans na to, by ją poznać, a Ty już się zakochałeś. To nie jest dojrzałe. Tak postępują nastolatki.

La_Pulga napisał/a:

Gdy napisała do mnie po powrocie do Polski, byłem najszczęśliwszy na świecie.

Zobacz, jak wielką władzę dałeś jej na sobą, skoro może uczynić Cię tak szczęśliwym jedną wiadomością. Teraz się zastanów, kto na tym etapie znajomości miał gigantyczną przewagę? Nie byłeś silnym, niezależnym mężczyzną, który ma swój świat, który jest pewny siebie i swojej wartości. Emanowałeś postawą "jestem bezwartościowy, nie wierzę w to, że mogę w naturalny sposób stać się dla Ciebie atrakcyjny, więc uczynię Cię swoją królową, zrobię dla Ciebie wszystko i może w podziękowaniu Ty mnie pokochasz". Skrajnie nieatrakcyjna postawa. Błąd numer sześć. 

La_Pulga napisał/a:

Początek nowego semestru, więcej czasu, od razu umówiliśmy się na spotkanie następnego dnia. Przed zajęciami przez 2 godziny spacerowaliśmy po parku, było świetnie, cieszyliśmy się oboje swoją obecnością. Taką chemię się zwyczajnie czuje, prawda? Po zajęciach kolejne 3 godziny spaceru po parku. Była ostra zima, mrozy, a jednak było nam wystarczająco ciepło by nie przerywać.

Na tym etapie powinieneś dążyć do tego, żeby znaleźć się z nią sam na sam w intymnych okolicznościach, w których mogłoby dojść do seksu lub przynajmniej czegoś bardziej erotycznego. A Ty z nią chodzisz tylko po parku i trzymasz się za rączki jak nieśmiały piętnastolatek... Błąd numer siedem.

La_Pulga napisał/a:

Co jakiś czas zawsze zatrzymywałem ją by patrzeć prosto na nią, w jej oczy, przytulić ją, raz odważyłem się pocałować w policzek.

Odważyłeś się?! Pocałować?! W policzek?! Brak słów... Błąd numer osiem.

La_Pulga napisał/a:

Nie chciałem nic spieprzyć.

Niestety z postawą "nie chcę nic spieprzyć" trudno będzie Ci wzbudzić autentyczne zainteresowanie kobiety. Czasami po prostu musisz podjąć ryzyko i narazić się na odrzucenie. Błąd numer dziewięć.

La_Pulga napisał/a:

Pod koniec spotkania stało się - zaczęliśmy się całować i stojąc tak spędziliśmy ponad 30 minut. Przerwaliśmy tylko dlatego, że ona musiała już wracać do domu, a i tak została dłużej niż powinna.

Punkt dla Ciebie. Tylko ZA PÓŹNO!

La_Pulga napisał/a:

Powiedziałem, co czuję. Powiedziałem, że chciałbym z nią być, że mi na niej zależy.

ZA WCZEŚNIE! Ukradłeś jej kobiece kwestie w tym dramacie. Ona powinna zastanawiać się, co Ty do niej czujesz i sama rozpocząć temat pt. "co nas łączy?". Błąd numer dziesięć.

La_Pulga napisał/a:

Powiedzmy, że "oficjalnie" byliśmy razem.

Nonsens. Zapamiętaj sobie: Ty się spotykasz, kolegujesz, flirtujesz z dziewczyną, ale w związku jesteś z nią dopiero wtedy, gdy będzie seks i to regularny. Wy naprawdę nie macie piętnastu lat... Błąd numer jedenaście.

La_Pulga napisał/a:

Pod sam koniec spotkania ja jednak wypaliłem z takim zdaniem, że nie chciałbym tego ukrywać na uczelni. Co miałem na myśli? Tylko to, że spotykając ją tam, chciałbym przytulić ją na powitanie. Nie chciałbym ukrywać się przed znajomymi z tym, że jest dla mnie kimś ważnym. Ona od razu się spłoszyła. Powiedziała, że to dopiero początek i niech to będzie tylko nasze, osobiste.

Powinieneś zachowywać się naturalnie i jeśli miałeś ochotę ją przytulić, to powinieneś to po prostu zrobić. Przestań być kobiety o pozwolenie! Jeśli coś im się nie będzie podobało, to Ci o tym powiedzą. Błąd numer dwanaście.

La_Pulga napisał/a:

Zawsze mówiliśmy sobie, że jesteśmy szczerzy ze sobą. Ja zawsze zabiegałem o jej szczerość, tzn prosiłem by mówiła mi wszystko, co może jej się nie spodobać, że ona jest dla mnie najważniejsza.

Za dużo szczerości na wczesnych etapach znajomości zabija tajemniczość i jest nieatrakcyjne. Błąd numer trzynaście. Mówienie, że jest dla Ciebie najważniejsza na tak wczesnym etapie też zabija atrakcyjność. Najważniejszy dla siebie jesteś Ty sam, ona jest na tym etapie co najwyżej kandydatką na osobę numer dwa w Twoim życiu. Błąd numer czternaście.

La_Pulga napisał/a:

Drugiego dnia po pocałunku mieliśmy nocną, szczerą rozmowę na fb o tym. Ona stwierdziła, że się pośpieszyliśmy. Ja byłem w szoku, zagotowałem się, myślałem, że wszystko jak zwykle spieprzyłem, ale też nie wiedziałem jak to możliwe. Ona pierwsza zamknęła oczy, już wcześniej często patrzyła na moje usta, ale ja uciekałem, bałem się podjąć ten krok. A gdy już to zrobiliśmy, ona mówi, że za szybko. Lekki mindfuck w głowie. Powiedziałem, że w takim razie muszę to przemyśleć, wystraszyłem się bardzo.

To wygląda mi na testowanie Twojej siły i pewności siebie. Zamiast mówić, że musisz coś przemyśleć, powinieneś odpowiedzieć mniej więcej tak: "pocałowałem Cię, bo miałem na to wielką ochotę. Nie chcę hamować przy Tobie swojej ekspresji i zachowywać się nienaturalnie, dlatego licz się z tym, że gdy znowu będę miał ochotę Cię pocałować, spróbuję to zrobić. Oczywiście uszanuję Twoją odmowę". Błąd numer piętnaście.

W tym miejscu mogę skończyć. Wszystko to, co opisałeś dalej, wydaje mi się konsekwencją omówionych błędów. Jej słowa "Wiesz, nie ma sensu tego dalej ciągnąć. Nie widzę tego i nie czuję tego. Było dobrze, dzięki Ci wielkie, mam nadzieję, że będziemy mogli się kolegować. Naprawdę mi przykro, że nic z tego nie wyszło" wszystko wyjaśniają i kończą temat. Ona po prostu TEGO nie czuła. Czego? Emocji romantycznych i pożądania seksualnego.

14

Odp: Poczucie winy po zerwaniu. Czy popełniłem jakiś błąd?

Dziękuję bardzo za tak konkretną analizę, czegoś takiego potrzebowałem. Spróbuję się teraz jakoś do tego odnieść.

mózg_w_naczyniu napisał/a:

Tobie się wszystko wydawało się super, ale jej być może nie. Naucz się, by bardziej obserwować realne działania kobiet, a nie ich deklaracje. Tutaj działania były m.in. takie: ignorowanie Cię podczas jej pobytu w domu rodzinnym (wybacz kolega, ale żadna znana mi zakochana kobieta nie zawiesza kontaktu z mężczyzną na dwa tygodnie, mimo że może mieć szereg innych zajęć), chęć ukrywania Waszego związku (?) przed wspólnymi znajomymi.

To prawda, dostrzegłem to, gdy myślałem o tym wszystkim. Myślę, że przede wszystkim wynikało to z braku doświadczenia, ale to też nie może być wymówka. To była pierwsza dziewczyna, która lekko uchylała w ogóle drzwi do czegoś większego niż kolega czy przyjaciel, a na mnie zadziałało to zbyt mocno. Dlaczego? Bo moje dotychczasowe nastawienie do relacji damsko-męskich było takie: nie jestem atrakcyjny, nie ma szans bym spodobał się kobiecie, wobec tego nawet nie będę próbował (trudno, najwyżej będę sam do końca życia). Fakt jest taki, że zanim zacząłem z tą dziewczyną więcej rozmawiać całkowicie wyrzuciłem sobie kobiety z głowy i byłam nastawiony na brak jakichkolwiek większych relacji, ponieważ nie ma co się oszukiwać - nie mam na to szans. To jest błąd numer zero - najważniejszy, który pociągał za sobą wszystkie kolejne.  W momencie, gdy pojawiła się jakaś dziewczyna, która nie wystraszyła się od razu - zadziałało to zbyt mocno na moją wyobraźnie. Mój mózg automatycznie wychodził z założenia "a może jednak" i "teraz albo nigdy". Wychodzi brak doświadczenia i dojrzałości w tym konkretnym aspekcie. W ogólności uważam się za dość rozsądnego i dojrzałego człowieka, swoje już w życiu przeżyłem i osiągnąłem, ale pod względem relacji z kobietami byłem zwyczajnie łysy. Zawsze brakowało tego najważniejszego - akceptacji siebie samego i pewności siebie.

mózg_w_naczyniu napisał/a:

Prawdopodobnie po prostu pompowałeś jej ego i dostarczałeś atencji. Ona widziała, że masz pewne cechy, których - jak sądziła i pewnie nadal sądzi - poszukuje u mężczyzny (czyli jesteś miły, wrażliwy, oddany, spokojny itp.) - więc może liczyła, że z czasem pojawią się silniejsze uczucia i pożądanie. Przed samym rozstaniem przypuszczalnie pojawił się jakiś mężczyzna. Niekoniecznie musiała się z nim wiązać lub iść do łóżka, ale zobaczyła, że może otrzymać tę atencję także od innego mężczyzny.

Wątpię w innego mężczyznę, ale to nie ma absolutnie żadnego znaczenia dla moich rozważań. To prawda, najpewniej spodobały się jej we mnie moje niektóre cechy i chciała spróbować to rozwinąć. Tutaj dostrzegam tę różnicę -> ona chciała spróbować to rozwinąć, a ja chciałem to rozwinąć za wszelką cenę. Można powiedzieć, że to objawy desperacji wynikającej z braku samooceny, teraz to widzę.

Co do "pierwiastka męskości" to jednak były sytuacje, w których rzeczywiście się tym wykazałem. Któregoś razu ona wychodziła z uczelni razem ze mną i nagle się wycofała, chciała zostać. Powiedziała, że przy wejściu jest jakiś nieprzyjemny typ. Od razu wycofałem się z nią, usiedliśmy w bibliotece i porozmawialiśmy. Zwierzyła się, że ten chłopak bardzo jej się narzuca. Mimo wyraźnego jej sprzeciwu on przytulał ją i czasem pocałował policzek, na co ona reagowała z obrzydzeniem i bezsilnością. Do tego stopnia, że wtedy nie chciała wracać do domu tylko poczekać godzinę, żeby na pewno jej nie dogonił. Ja oczywiście to wykorzystałem. Wyjaśniłem, że musi okazać bardziej zdecydowany sprzeciw i nie może się bać. Wsparłem ją i osobiście odprowadziłem do domu - to był jeden z początkowych momentów naszej relacji.

Dobrze wskazałaś błedy, które popełniałem, więc spróbuję po krótce wyjaśnić mój punkt widzenia.

mózg_w_naczyniu napisał/a:
La_Pulga napisał/a:

A przede wszystkim dużo się razem (w większym gronie) uczyliśmy, bo zbliżała się sesja. Pomagałem jej w dwóch przedmiotach, starałem się jak mogłem.

Ty je pomagałeś, a ona dawała Ci z siebie coś w zamian? Bo wygląda na to, że od samego początku inwestowałeś w tę znajomość więcej niż ona. Błąd numer jeden.

1. Źle to trochę opisałem. To nie wyglądało tak, że tylko ja o ten kontakt zabiegałem i dawałem coś za nic. Nauka odbywała się w większym gronie, każdy pomagał każdemu gdy tylko potrafił. Mam na myśli to, że wykorzystywałem to do przedstawienia jej tej pozytywnej strony siebie. Ponadto - jak to przy nauce - często przekształcała sie ona w rozmowy na inne tematy. Pewnego popołudnia inne osoby odwołały przybycie i spędziliśmy wspólnie kilka godzin "udając, że się uczymy", a w rzeczywistości flirtując i rozmawiając o wszystkim. Czuło się, że miło nam się wspólnie spędza czas. Jeśli chodzi o kontakt na czacie to oboje rozpoczynaliśmy go w takim samym stopniu. Raz ja pisałem pierwszy, raz ona. Ogólnie starałem się nie inwestować w to wyraźnie więcej niż ona i myślę, że mi się to udawało.

mózg_w_naczyniu napisał/a:
La_Pulga napisał/a:

Potem zaczęło się obejmowanie i trzymanie za rękę przy jakichś krótkich spacerach typu "chętnie Cię odprowadzę".

Tu punkt dla Ciebie, że zacząłeś wprowadzać kontakt fizyczny, ale jednak robiłeś to za wolno. Powinieneś znacznie szybciej spróbować ją pocałować, a nie tylko trzymać za rękę. Błąd numer dwa.

2. Tutaj muszę chyba odnieść się do całkowitego początku. Mianowicie ja mam chyba dość staroświeckie podejście do relacji międzyludzkich i dla mnie pocałunek nie jest czymś na tyle "codziennym i naturalnym" by dość szybko do niego dążyć w nowej znajomości. Ja dość błędnie prawdopodobnie traktuję to jako oznakę/dowód czegoś więcej niż przyjaźni, stąd nie dążyłem do tego zbyt szybko. Bałem się, że ją w ten sposób odstrasznę - nie chciałem się narzucać. Wtedy uważałem, że stopniowo dobrze zbliżam się do niej i mimo wszystko nadal tak sądzę. Wcześniej nie mieliśmy aż tylu dłuższych spotkań sam na sam, a mimo to na każdym kolejnym przełamywałem po kolei następne "granice". Nie wydaje mi się, żebym mógł to przyśpieszyć. Takie mam odczucie.

mózg_w_naczyniu napisał/a:
La_Pulga napisał/a:

Byłem cierpliwy, nie narzucałem się, starałem się zawsze by była przy mnie szczęśliwa. [...] zaczęło mi zależeć coraz bardziej. Myślę, że oboje czuliśmy do czego to wszystko zmierza, to była kwestia czasu.

Błąd numer trzy i to kardynalny. Uszczęśliwiać to możesz swoją partnerkę, z którą łączy Cię silna więź emocjonalna i wiele wspólnych chwil. Nie powinieneś jej szczęścia ustawiać jako głównego celu swojego życia na tak wczesnym etapie znajomości. Co więcej, chociaż wyda Ci się to kontrintuicyjne, nie powinieneś w ogóle za bardzo się starać zrobić dobre wrażenie. Kobiety naprawdę świetnie czują różnicę między tym, że ktoś posiada pewne cechy i one czasami dają o sobie znać, a tym, że ktoś celowo próbuje je manifestować. Na tym etapie nie powinno Ci też tak szczególnie na niej zależeć - zdrowym emocjonalnie ludziom tak silnie zależy na tych, z którymi łączą ich przez dłuższy czas silne więzi emocjonalne i wspólne przeżycia, a nie na tych, którzy są po prostu koleżankami.

3. Chyba źle to opisałem. Owszem, chciałem by była szczęśliwa, ale nie oznaczało to wcale, że manifestuję to wyraźnie. Wręcz przeciwnie - czułem się przy niej wyjątkowo naturalnie, z każdego spotkania czerpałem mnóstwo radości i wydaje mi się, że ona również - ale bez szczególnego narzucania się i starania sie ponad to, co robię zazwyczaj ze znajomymi. Dużo żartuję, umiejętnie posługuję się sarkazmem, z zachowaniem dystansu i dobrego smaku. Bardziej miałem zawsze z tyłu głowy to, żeby nie przesadzić, ale koniec końców zachowywałem się bardzo naturalnie. Nie chciałem nic udawać ani wymuszać i uważam, że mi się to udawało. Nie zależało mi na zrobieniu dobrego wrażenia, ale na pokazaniu mojego prawdziwego JA. Np. sporo rozmawiałem z nią o rodzinie, o mojej miłości do młodszej siostry, którą zawsze się opiekowałem. Wtedy ona opowiadała o swoim rodzeństwu. Zazwyczaj ze znajomymi takich tematów nie poruszamy, a jednak przy niej czułem się z tym naturalnie, ona również. Nie było słodzenia sobie ani jej. Po prostu byłem sobą, niekiedy pokazując trochę się od innej, lecz wciąż normalnej strony.

mózg_w_naczyniu napisał/a:
La_Pulga napisał/a:

Sesja się skończyła. Koleżanka dzięki mnie zaliczyła znienawidzony przedmiot i była mi bardzo, bardzo wdzięczna za pomoc. Tuż po sesji ona wyjechała do domu na 2 tygodnie, a ja obiecałem, że nie będę do niej w tym czasie pisał.

Dlaczego jej to obiecałeś? Nonsens. Robisz to, na co masz ochotę. Jeśli masz ochotę pisać, to piszesz. Nie pytasz jej o zgodę. Jeśli jej się to nie podoba, to wtedy dopiero się wycofujesz i być może modyfikujesz swoje zachowanie. Błąd numer cztery.

4. Znowu muszę odnieść się do podstawy mojego charakteru -> z natury jestem osobą, która w pierwszej kolejności myśli o innych osobach, a nie o sobie. Niezależnie czy jest to członek rodziny, bliski przyjaciel czy daleki znajomy. Być może wynika to po części z "nienawiści" jaką darzę samego siebie, ale jednak koniec końców bardzo zależy mi na innych osobach i często staram się patrzeć na świat z ich punktu widzenia. Tak czy owak powiedziałem jej tak wtedy, ponieważ ma okazję jechać do swojego kraju raz na kilka miesięcy, a także wielokrotnie mówiła o tym, jak tęskni za rodziną - uznałem, że zwyczajnie dam jej się wówczas tym nacieszyć, bo dla mnie będzie miała czas po powrocie. Z perspektywy czasu oczywiście żałuję, nawet ona sama powiedziała mi potem, że powinienem był napisać, jeśli chciałem, bo ona na to czekała i również sprawdzała, czy jestem aktywy. Drugiego dnia po swoim wyjeździe napisała do mnie i chwilę porozmawialiśmy, ale potem nie było już żadnego kontaktu podczas jej nieobecności. Mówiąc krótko - spieprzyłem to. Z perspektywy czasu zrozumiałem to.

mózg_w_naczyniu napisał/a:
La_Pulga napisał/a:

Cierpliwie czekałem na jej powrót z lekkim niepokojem, czy dobrze odczytuję to, co nas łączy. Głęboko w sercu bałem się, że po pomocy w nauce nie będę jej już potrzebny i zapomni o mnie. Przez 2 tygodnie nie pisaliśmy, a ja i tak sprawdzałem jej messenger dosłownie co godzinę
(bez żadnej przesady) i dużo o niej myślałem. To było dla mnie zupełnie nowe uczucie. Zrozumiałem, że zakochuję się w niej, o ile już tego nie zrobiłem.

Błąd numer pięć i to najbardziej kardynalny z kardynalnych. Na poziomie obiektywnym z tą dziewczyną nic Cię jeszcze nie łączyło (trzymanie za rączki i flirty na Messengerze to są bardzo wstępne etapy znajomości czternastolatków), a Ty już byłeś całkowicie ugotowany. Ta dziewczyna nic dla Ciebie nie zrobiła, nie zamanifestowała Ci swojej wartości, niczego tak naprawdę wspólnego z nią nie przeżyłeś, nawet nie miałeś szans na to, by ją poznać, a Ty już się zakochałeś. To nie jest dojrzałe. Tak postępują nastolatki.

5. Najprawdziwsza prawda. Bardzo niska samoocena ---> brak pewności siebie ---> zwątpienie ---> desperacja ---> zbyt szybkie i niedojrzałe uczucie.
Tego jestem pewny - zdecydowanie za szybo się zaangażowałem w to wszystko, co tak naprawdę było niczym. Może i są to normalne rzeczy dla czternastolatków, ale ja jako nastolatek nigdy tego nie doświadczyłem (zwyczajnie fizycznie nie miałem szansy przykuć uwagi kogokolwiek), stąd brak doświadczenia. A co wynikało z braku doświaczenia? Kolejny spadek samooceny. Podczas gdy dla normalnych chlopaków kontakt z dziewczynami już w liceum czy nawet wcześniej jest czymś normalnym, dla mnie było to coś obcego. Zawsze byłem tym najgrubszym, nudnym kujonem i z taką łatką nawet nie chciałem próbować. Błędne koło, które przez lata wprowadza w coraz większy stan zwątpienia. W efekcie tego sytuacja jest następująca: mam 21 lat, nienawidzę swojego charakteru, a jeszcze bardziej nienawidzę swojego wyglądu, wstydzę się wszystkiego co ze mną związane, a najchętniej to zapadłbym się pod ziemię. W dodatku przy presji innych czuję się coraz gorzej, bo co ja mam robić gdy koledzy przy wódce opowiadają o swoich seksualnych przygodach, a ja nawet w życiu nie spodobałem się żadnej dziewczynie. To nie motywuje, lecz dołuje jeszcze bardziej. Prawda jest taka, że mam wiele cech które są przez ludzi szanowane. Mam przyjaciółkę, która wielokrotnie próbuje mi uświadomić jak wyjątkowym człowiekiem jestem, jak wielkie mam serce, ale to do mnie nie trafia. Te wszystkie rozważania prowadzą do jednego przemyślenie: w swoim życiu mogę mieć coraz więcej przyjaciół, ale nigdy nie zaznać miłości. Mogę być szczery, uczciwy, opiekuńczy i troskliwy, ale kogo to obchodzi, gdy w najmniejszym stopniu nie jestem atrakcyjny. Patrząc w lustro nie jestem nawet w stanie w to uwierzyć. Staram się z tym walczyć, ale co z tego.

mózg_w_naczyniu napisał/a:
La_Pulga napisał/a:

Gdy napisała do mnie po powrocie do Polski, byłem najszczęśliwszy na świecie.

Zobacz, jak wielką władzę dałeś jej na sobą, skoro może uczynić Cię tak szczęśliwym jedną wiadomością. Teraz się zastanów, kto na tym etapie znajomości miał gigantyczną przewagę? Nie byłeś silnym, niezależnym mężczyzną, który ma swój świat, który jest pewny siebie i swojej wartości. Emanowałeś postawą "jestem bezwartościowy, nie wierzę w to, że mogę w naturalny sposób stać się dla Ciebie atrakcyjny, więc uczynię Cię swoją królową, zrobię dla Ciebie wszystko i może w podziękowaniu Ty mnie pokochasz". Skrajnie nieatrakcyjna postawa. Błąd numer sześć.

6. To prawda, jednak mimo wszystko myślę, że nie okazywałem tego w naszych rozmowach. Podczas gdy w środku byłem szczęśliwy i rzeczywiście przyjąłem taką postawę, o której mówisz, to w rzeczywistości imo nie było to aż tak odczuwalne. Chociaż prawda jest też taka, że dziś tego nie ocenię. Być może widziałem to źle, tak czy owak - uwaga jak najbardziej trafna.

mózg_w_naczyniu napisał/a:
La_Pulga napisał/a:

Początek nowego semestru, więcej czasu, od razu umówiliśmy się na spotkanie następnego dnia. Przed zajęciami przez 2 godziny spacerowaliśmy po parku, było świetnie, cieszyliśmy się oboje swoją obecnością. Taką chemię się zwyczajnie czuje, prawda? Po zajęciach kolejne 3 godziny spaceru po parku. Była ostra zima, mrozy, a jednak było nam wystarczająco ciepło by nie przerywać.

Na tym etapie powinieneś dążyć do tego, żeby znaleźć się z nią sam na sam w intymnych okolicznościach, w których mogłoby dojść do seksu lub przynajmniej czegoś bardziej erotycznego. A Ty z nią chodzisz tylko po parku i trzymasz się za rączki jak nieśmiały piętnastolatek... Błąd numer siedem.

7. No i tutaj zaczynają się schody, bo to nie jest takie proste. Z niemal niezależnych przyczyn spotkania w innych okolicznościach nie były możliwe. Ona mieszka w akademiku z czterema innymi koleżankami, a ja mieszkam poza miastem i na uczelnię dojeżdżam codziennie pociągiem. Prawda jest taka, że pod względem intymności ta relacja nie miała absolutnie na czym się wtedy oprzeć...
Kolejna kwestia - ona chyba również była dość nieśmiała i z dążeniem do większej bliskości byłem bardzo ostrożny. Prawda jest taka, że pocałunek zainicjowała ona i jej spojrzenia, które odczytałem. Bez tego - na pewno bym nie próbował i jestem pewny. Tak, wiem ---> mój kolejny błąd.
Co do pocałunku muszę też dodać, że powiedziała mi, iż był to jej pierwszy raz. Zdziwiłem się, bo jest atrakcyjną kobietą i z pewnością nie brakowało jej adoratorów. Poza tym umówmy się: 21-letnia dziewica w dzisiejszym świecie to niezbyt liczny gatunek, szczególnie gdy mówimy, o kobiecie tak atrakcyjnej. Powiedziała, że zrobiła to ze mną pierwszy raz, ponieważ nie narzucałem się jej tak, jak inni chlopcy ---> to prowadzi mnie do wniosku, że mimo wszystko odpowiednio pod tym względem podchodziłem do naszej relacji. Nie jest ona dziewczyną hmm... "łatwą" (niezbyt dobre słowo, ale wiadomo o co chodzi), więc według mnie wymagała większej ostrożności z mojej strony.

mózg_w_naczyniu napisał/a:
La_Pulga napisał/a:

Co jakiś czas zawsze zatrzymywałem ją by patrzeć prosto na nią, w jej oczy, przytulić ją, raz odważyłem się pocałować w policzek.

Odważyłeś się?! Pocałować?! W policzek?! Brak słów... Błąd numer osiem.

8. Tak, to brzmi głupio. Ale też z drugiej strony -> gdy ona napisała o pocałunku to opisała to tak: "przed zajęciami pocałowałeś mnie w policzek, a jeszcze tego samego dnia w usta, musiało minąć trochę czasu. Teraz dziwnie się czuję, za szybko". Wniosek z tego taki, że ona naprawdę wymagała większej ostrożności, przynajmniej ja tak to rozumiem. Oczywiście zarazem wychodzi jej niezdecydowanie: chciała, sama zainicjowała, ale jednak to za szybko, ehhh...

mózg_w_naczyniu napisał/a:
La_Pulga napisał/a:

Nie chciałem nic spieprzyć.

Niestety z postawą "nie chcę nic spieprzyć" trudno będzie Ci wzbudzić autentyczne zainteresowanie kobiety. Czasami po prostu musisz podjąć ryzyko i narazić się na odrzucenie. Błąd numer dziewięć.

9. Wracamy do punktu wyjścia, czyli braku pewności siebie i przesadnej ostrożności. Trzeba będzie nad tym popracować.

mózg_w_naczyniu napisał/a:
La_Pulga napisał/a:

Pod koniec spotkania stało się - zaczęliśmy się całować i stojąc tak spędziliśmy ponad 30 minut. Przerwaliśmy tylko dlatego, że ona musiała już wracać do domu, a i tak została dłużej niż powinna.

Punkt dla Ciebie. Tylko ZA PÓŹNO!

Powrót do punktu ósmego: z jednej strony strach i ostrożność, a z drugiej fakt, że ona sama nie wiedziała czy jest na to gotowa. Trudno to rozgryźć, gdy myśli się również o jej perspektywie.

mózg_w_naczyniu napisał/a:
La_Pulga napisał/a:

Powiedziałem, co czuję. Powiedziałem, że chciałbym z nią być, że mi na niej zależy.

ZA WCZEŚNIE! Ukradłeś jej kobiece kwestie w tym dramacie. Ona powinna zastanawiać się, co Ty do niej czujesz i sama rozpocząć temat pt. "co nas łączy?". Błąd numer dziesięć.

10. To jest ta moja kobieca natura big_smile Przejąłem jej kwestię. Z perspektywy czasu oczywiście zgadzam się - za szybko. Pośpieszyłem się i to zdecydowanie.

mózg_w_naczyniu napisał/a:
La_Pulga napisał/a:

Powiedzmy, że "oficjalnie" byliśmy razem.

Nonsens. Zapamiętaj sobie: Ty się spotykasz, kolegujesz, flirtujesz z dziewczyną, ale w związku jesteś z nią dopiero wtedy, gdy będzie seks i to regularny. Wy naprawdę nie macie piętnastu lat... Błąd numer jedenaście.

11. To tylko moje złe sformułowanie. Nie uważałem nas jeszcze raczej za parę, wiedziałem tylko, że się spotykamy. Ale jednak pocałunek interpretowałem jako szerokie otwarcie drzwi do spróbowania stworzenia czegoś większego. Ten bład wyglądał trochę inaczej: nie uważałem tego za związek, ale byłem właściwie przekonany, że do tego dojdzie. Nie dopuszczałem do siebie możliwości, że coś pójdzie nie tak, co wygląda absurdalnie z perspektywy czasu. Najlepiej niech świdczy o tym fakt, że to był ostatni tydzień lutego, a ja już na poważnie rozmyślałem o prezencie na dzień kobiet...

mózg_w_naczyniu napisał/a:
La_Pulga napisał/a:

Pod sam koniec spotkania ja jednak wypaliłem z takim zdaniem, że nie chciałbym tego ukrywać na uczelni. Co miałem na myśli? Tylko to, że spotykając ją tam, chciałbym przytulić ją na powitanie. Nie chciałbym ukrywać się przed znajomymi z tym, że jest dla mnie kimś ważnym. Ona od razu się spłoszyła. Powiedziała, że to dopiero początek i niech to będzie tylko nasze, osobiste.

Powinieneś zachowywać się naturalnie i jeśli miałeś ochotę ją przytulić, to powinieneś to po prostu zrobić. Przestań być kobiety o pozwolenie! Jeśli coś im się nie będzie podobało, to Ci o tym powiedzą. Błąd numer dwanaście.

12. Znowu wychodzi moja natura wiecznie miłego, serdecznego chłopaka, któremu bardziej zależy na innych i ich opinii niż samym sobie.

mózg_w_naczyniu napisał/a:
La_Pulga napisał/a:

Zawsze mówiliśmy sobie, że jesteśmy szczerzy ze sobą. Ja zawsze zabiegałem o jej szczerość, tzn prosiłem by mówiła mi wszystko, co może jej się nie spodobać, że ona jest dla mnie najważniejsza.

Za dużo szczerości na wczesnych etapach znajomości zabija tajemniczość i jest nieatrakcyjne. Błąd numer trzynaście. Mówienie, że jest dla Ciebie najważniejsza na tak wczesnym etapie też zabija atrakcyjność. Najważniejszy dla siebie jesteś Ty sam, ona jest na tym etapie co najwyżej kandydatką na osobę numer dwa w Twoim życiu. Błąd numer czternaście.

13. Najprawdziwsza prawda. Koniec końców wychodzi na to, że bardzo naiwnie zaangażowałem się za szybko i w konsekwencji chciałem wręcz przeskoczyć ten emocjonalny moment znajomości i wskoczyć od razu w coś poważnego.

"O! Na tym świecie istnieje jakaś dziewczyna, która się mną nie brzydzi!" ---> w tym momencie uruchomił się mój wewnętrzny, skryty desperat, a ta znajomość została zakwalifikowana jako "ostatnia szansa". Co za bullshit. Miło tak z perspektywy czasu widzieć wyraźniej swoje błędy.

mózg_w_naczyniu napisał/a:
La_Pulga napisał/a:

Drugiego dnia po pocałunku mieliśmy nocną, szczerą rozmowę na fb o tym. Ona stwierdziła, że się pośpieszyliśmy. Ja byłem w szoku, zagotowałem się, myślałem, że wszystko jak zwykle spieprzyłem, ale też nie wiedziałem jak to możliwe. Ona pierwsza zamknęła oczy, już wcześniej często patrzyła na moje usta, ale ja uciekałem, bałem się podjąć ten krok. A gdy już to zrobiliśmy, ona mówi, że za szybko. Lekki mindfuck w głowie. Powiedziałem, że w takim razie muszę to przemyśleć, wystraszyłem się bardzo.

To wygląda mi na testowanie Twojej siły i pewności siebie. Zamiast mówić, że musisz coś przemyśleć, powinieneś odpowiedzieć mniej więcej tak: "pocałowałem Cię, bo miałem na to wielką ochotę. Nie chcę hamować przy Tobie swojej ekspresji i zachowywać się nienaturalnie, dlatego licz się z tym, że gdy znowu będę miał ochotę Cię pocałować, spróbuję to zrobić. Oczywiście uszanuję Twoją odmowę". Błąd numer piętnaście.

14. Taka prawda, ale taki zakochany frajer myśli wtedy inaczej... Kolejny błąd wynikający ze zbyt szybkiego zaangażowanie. Przez te uczucia ja interpretowałem słowa "za szybko" nie jako element poznawania siebie, a jako ryzyko zakończenia znajomości, stąd nerwowa reakcja.

mózg_w_naczyniu napisał/a:

W tym miejscu mogę skończyć. Wszystko to, co opisałeś dalej, wydaje mi się konsekwencją omówionych błędów. Jej słowa "Wiesz, nie ma sensu tego dalej ciągnąć. Nie widzę tego i nie czuję tego. Było dobrze, dzięki Ci wielkie, mam nadzieję, że będziemy mogli się kolegować. Naprawdę mi przykro, że nic z tego nie wyszło" wszystko wyjaśniają i kończą temat. Ona po prostu TEGO nie czuła. Czego? Emocji romantycznych i pożądania seksualnego.

Tak, to prawda. A ja nawet nie dałem szansy w niej tego wyzwolić, bo chciałem iść w nie wiadomo co - za szybko. Może to też trochę wynika z tego, że tak naprawdę nie potrzeby seksualne są dla mnie najważniejsze w takich relacjach, a raczej szukam czegoś bardziej poważnego. A dlaczego? Błąd zerowy - brak pewności siebie, a w konsekwencji ograniczanie oczekiwań. Coś w stylu "pewnie nie będziesz chciała mnie pocałować, więc przynajmniej trzymaj mnie za rękę". Taka smutna prawda o mojej samoocenie, a raczej jej braku...
Ale też muszę podkreślić jedno - moje błędy w rozwoju relacji nie tłumaczą tego, jak ona mnie potraktowała. Nie zasłużyłem na ten brak szacunku, jaki mi okazała, zrywając na fb. A najgorsze oczywiście były kłamstwa, wymijające odpowiedzi, obrzucanie mnie winą i oskarżanie o nieuczciwość w momencie, gdy to ja trzymałem się tej szczerości, jaką oboje sobie obiecaliśmy. Bez względu na moje błędy - nie miała prawa tak mnie potraktować. Szczególnie, że najpewniej wiedziała co do niej czuję. Z tego względu mogę się tak naprawdę cieszyć, że to wszystko zakończyło się tak szybko. Że już teraz pokazała swoje prawdziwe oblicze, a nie po dłuższym czasie. Nie chciałbym w końcu dziewczyny, która byłaby zdolna tak perfidnie okłamywać mnie prosto w oczy, grać na moich uczuciach i obarczać mnie winą. Uszanowałbym szczerą rozmowę, tzn. najzwyklejsze "nie czuję tego" prosto w oczy, bez szukania argumentów na siłę. Muszę się nauczyć, że niestety nigdy nie będzie tak łatwo.

15

Odp: Poczucie winy po zerwaniu. Czy popełniłem jakiś błąd?
Lady Loka napisał/a:

Problem w tym, że budując swoje poczucie własnej wartości i samoocenę na partnerce, to tak naprawdę nigdy jej nie zbudujesz. Najpierw popracuj nad sobą, potem buduj związek.
Bo żadna kobieta z Tobą nie wytrzyma.

Dziękuję za radę. Z pewnością to prawda i zdaję sobie z tego sprawę. Realizacja tego w praktyce już nie jest niestety tak prosta, bo próbowałem wielokrotnie, ale za każdym razem jestem brutalnie sprowadzany na ziemię.

16

Odp: Poczucie winy po zerwaniu. Czy popełniłem jakiś błąd?
La_Pulga napisał/a:
Lady Loka napisał/a:

Problem w tym, że budując swoje poczucie własnej wartości i samoocenę na partnerce, to tak naprawdę nigdy jej nie zbudujesz. Najpierw popracuj nad sobą, potem buduj związek.
Bo żadna kobieta z Tobą nie wytrzyma.

Dziękuję za radę. Z pewnością to prawda i zdaję sobie z tego sprawę. Realizacja tego w praktyce już nie jest niestety tak prosta, bo próbowałem wielokrotnie, ale za każdym razem jestem brutalnie sprowadzany na ziemię.

Pracuj nad sobą. Bo sam się w takie myślenie wtłaczasz.
Znajdź coś, w czym jesteś dobry i co będzie sprawiać Ci przyjemność.

W związek wejdź dopiero jak będziesz zdrową jednostką, która nie musi wisieć na partnerce.

17

Odp: Poczucie winy po zerwaniu. Czy popełniłem jakiś błąd?

Jedno co powiem... Wariatka!!! Wykończyła by Cię w dwa miesiące!

18

Odp: Poczucie winy po zerwaniu. Czy popełniłem jakiś błąd?
Coombs napisał/a:

Jedno co powiem... Wariatka!!! Wykończyła by Cię w dwa miesiące!

Myślę, że gdybym trochę inaczej to wszystko prowadził to może reagowałby w inny sposób w trakcie znajomości, ale nigdy się już nie dowiem. Tak czy owak nie żałuję tego, jak to się skończyło, bo nie chcę kobiety zdolnej do tego, by wmawiać mi prosto w oczy, jak ważna i kluczowa dla niej jest szczerość, a potem z premedytacją okłamywać i obwiniać mnie tylko dla własnego ego. Szybko pokazała prawdziwe oblicze i dobrze. Popełniałem błędy w kwestii rozwoju tej relacji i chcę wyciągnąć z nich wnioski, ale dla niej samej zawsze byłem fair. Nie obrażałem, nie okłamywałem. Za tą laską nie tęsknię i nie żałuję, ale warto zrozumieć swoje błędy.

Posty [ 18 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Poczucie winy po zerwaniu. Czy popełniłem jakiś błąd?

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026