Witam, to mój pierwszy wpis. Trochę tu nie pasuję, bo jestem mężczyzną, ale myślę, że bardzo potrzebuję kobiecego spojrzenia na pewną krótką historię. :)
Myślałem o tym bardzo dużo, ale jednak wciąż męczy mnie trochę pytań po zerwaniu i czuję, że nie mogę przez to pójść dalej.
Ta historia jest tak naprawdę krótka, ale zależy mi na dokładnym opisie tego, jak to dla mnie wyglądało.
Wiem, że będzie ona dla Was wyglądała na dość dziecinną, nieistotną, może nawet głupią. Zdaję sobie z tego sprawę, ale jednak dla mnie ten dylemat
to chyba podstawa do tego by pójść dalej. Jest to dla mnie zbyt ważne. Z góry dziękuję tym osobom, które ten długi wpis przeczytają. A więc od początku...
Mam 21 lat, studiuję. Jestem bardzo wrażliwy, uczuciowy, a przy tym dość nieśmiały. Żadnego mniej lub bardziej poważnego doświadczenia z dziewczynami
do niedawna nie posiadałem. W styczniu zbliżyłem się trochę do pewnej koleżanki z uczelni. Niby znaliśmy się od 1,5 roku, ale wcześniej nie mieliśmy okazji
poznać się trochę bliżej. Ładna, sympatyczna, trochę nieśmiała Ukrainka, mieliśmy wspólne zainteresowania. A przede
wszystkim dużo się razem (w większym gronie) uczyliśmy, bo zbliżała się sesja. Pomagałem jej w dwóch przedmiotach, starałem się jak mogłem. Zaczęliśmy coraz więcej pisać i rozmawiać na różne tematy. Czuło się, że cieszymy się własną obecnością. I tak się to rozwijało przez kilka tygodni. Zaczynał się flirt, głównie w wiadomościach na fb. Potem zaczęło się obejmowanie i trzymanie za rękę przy jakichś krótkich spacerach typu "chętnie Cię odprowadzę". Byłem cierpliwy, nie narzucałem się, starałem się zawsze by była przy mnie szczęśliwa. Na dłuższe spotkanie w innym celu niż nauka nie było niestety wtedy czasu. Ale zaczęło mi zależeć coraz bardziej. Myślę, że oboje czuliśmy do czego to wszystko zmierza, to była kwestia czasu.
Sesja się skończyła. Koleżanka dzięki mnie zaliczyła znienawidzony przedmiot i była mi bardzo, bardzo wdzięczna za pomoc. Tuż po sesji ona wyjechała do domu na 2 tygodnie, a ja obiecałem, że nie będę do niej w tym czasie pisał. Skoro jest w domu tak rzadko, to niech cieszy się tą obecnością, a my jeszcze będziemy mieli czas na rozwijanie znajomości. Cierpliwie czekałem na jej powrót z lekkim niepokojem, czy dobrze odczytuję to, co nas łączy. Głęboko w sercu bałem się, że po pomocy w nauce nie będę jej już potrzebny i zapomni o mnie. Przez 2 tygodnie nie pisaliśmy, a ja i tak sprawdzałem jej messenger dosłownie co godzinę
(bez żadnej przesady) i dużo o niej myślałem. To było dla mnie zupełnie nowe uczucie. Zrozumiałem, że zakochuję się w niej, o ile już tego nie zrobiłem.
Gdy napisała do mnie po powrocie do Polski, byłem najszczęśliwszy na świecie. Początek nowego semestru, więcej czasu, od razu umówiliśmy się na spotkanie następnego dnia. Przed zajęciami przez 2 godziny spacerowaliśmy po parku, było świetnie, cieszyliśmy się oboje swoją obecnością. Taką chemię się zwyczajnie czuje, prawda? Po zajęciach kolejne 3 godziny spaceru po parku. Była ostra zima, mrozy, a jednak było nam wystarczająco ciepło by nie przerywać. Co jakiś czas zawsze zatrzymywałem ją by patrzeć prosto na nią, w jej oczy, przytulić ją, raz odważyłem się pocałować w policzek. Nie chciałem nic spieprzyć. Pod koniec spotkania stało się - zaczęliśmy się całować i stojąc tak spędziliśmy ponad 30 minut. Przerwaliśmy tylko dlatego, że ona musiała już wracać do domu, a i tak została dłużej niż powinna. Powiedziałem, co czuję. Powiedziałem, że chciałbym z nią być, że mi na niej zależy. Ona to odwzajemniła, wszystko wydawało się świetnie. Powiedzmy, że "oficjalnie" byliśmy razem.
Pod sam koniec spotkania ja jednak wypaliłem z takim zdaniem, że nie chciałbym tego ukrywać na uczelni. Co miałem na myśli? Tylko to, że spotykając ją tam, chciałbym przytulić ją na powitanie. Nie chciałbym ukrywać się przed znajomymi z tym, że jest dla mnie kimś ważnym. Ona od razu się spłoszyła. Powiedziała, że to dopiero początek i niech to będzie tylko nasze, osobiste. Powiedziała, że nie chce by to wyglądało tak, jak w przypadku naszych znajomych, typu kolega trzymający rękę pod spódnicą koleżanki przy wszystkich innych. Wyjaśniłem dokładnie, co mam na myśli, że zupełnie nie chodzi mi o tego typy dziwne akcje. Ale oczywiście zgodziłem się, póki co nie ogłaszamy tego. Ona powiedziała takie zdanie: "Dopóki nikt mnie nie zapyta, to ona nic nikomu nie powiem". Czy uznałem to za jakąś wielką tajemnicę ponad życie, której nie mogę zdradzić? Nie. Nie planowałem nikomu mówić, uszanowałem jej zdanie, ok, niech tak będzie. Ale nie postrzegałem tego jako coś, co mogłoby nas rozdzielić. Nie widzieliśmy się przez następne 3 dni.
Zawsze mówiliśmy sobie, że jesteśmy szczerzy ze sobą. Ja zawsze zabiegałem o jej szczerość, tzn prosiłem by mówiła mi wszystko, co może jej się nie spodobać, że ona jest dla mnie najważniejsza. Jestem godnym zaufania człowiekiem, nie lubię i nie umiem kłamać. Chciałem
szczerości i ona mówiła, że chce dokładnie tego samego. Wielokrotnie podkreślała w rozmowach, że jest bardzo nieufna wobec ludzi. Zawiodła się w swoim życiu na wielu osobach i nie tak łatwo jest jej zaufać komuś nowemu. Nie martwiłem się o to, bo jestem pewien tego, że ja jestem godny zaufania. Drugiego dnia po pocałunku mieliśmy nocną, szczerą rozmowę na fb o tym. Ona stwierdziła, że się pośpieszyliśmy. Ja byłem w szoku, zagotowałem się, myślałem, że wszystko jak zwykle spieprzyłem, ale też nie wiedziałem jak to możliwe. Ona pierwsza zamknęła oczy, już wcześniej często patrzyła na moje usta, ale ja uciekałem, bałem się podjąć ten krok. A gdy już to zrobiliśmy, ona mówi, że za szybko. Lekki mindfuck w głowie. Powiedziałem, że w takim razie muszę to przemyśleć, wystraszyłem się bardzo. Wtedy ona zaczęła wyjaśniać: chciała tego, było super i ona chce się ze mną całować, ale to było za szybko i ona teraz dziwnie się czuje. Uszanowałem to. Stwierdziłem, że możemy zwolnić. Naprawdę zakochałem się w niej, czułem to, byłem w stanie zrobić dla niej wszystko, przystopować. Po tej rozmowie poczułem się lepiej. Powiedziałem, że staram się budować relację. Ona powiedziała, że robi to samo, ale nie wie, czy się to uda. Na takich właśnie rozmowach chciałem nasz związek budować, powiedziałem jej to. Wszystko wydawało się ok.
Zaczęliśmy planować następne spotkanie. Zaproponowałem kino, a potem lodowisko. Strzał w dziesiątkę, bardzo jej się ten pomysł spodobał. Dzień wcześniej zapytałem kolegę o jakieś fajne lodowisko. Ponadto zauważył na wykładach, że dużo piszę z tamtą dziewczyną, więc zapytał wprost, czy jesteśmy razem, co nas łączy. Z początku wyśmiewałem go, mówię "no co Ty, przestań", ale on jednak dopytywał. To nie byle kto, tylko mój najlepszy przyjaciel z uczelni, więc nie chciałem go okłamywać. Powiedziałem, że zaczynamy, że spotykamy się, zobaczymy co z tego będzie. Obiecał, że nikomu nie zdradzi i ja w to w pełni wierzę. Nigdy mnie nie zawiódł, a ja nie zawiodłem jego.
Kolejne spotkanie: było super, bawiliśmy się dobrze. Zachowywaliśmy się jak normalna para, wszystko fajnie. Pod koniec spotkania zauważyłem, że "mój skarb" (tak ją często nazywałem) jest trochę inna niż wcześniej. Wydawała się smutna czy rozczarowana. No ale rozstaliśmy się w taki sposób. To był piątek,
ona od razu powiedziała, że w weekend ma wiele planów (nic więcej nie wiedziałem, nie dopytywałem) i nie ma szansy na spotkanie. To ciekawe, nie znaleźć nawet 40 min na spotkanie z chłopakiem? Przez cały weekend? No niech będzie. Teraz to wygląda dziwnie, ale dla zakochanego głąba było to normalne...
Miałem nutkę niepokoju, ale jednak naprawdę jej zaufałem i zachowałem spokój. Dzień później nasza wspólna koleżanka (a dla niej bardzo bliska) zaproponowała na czacie grupowym wspólne wyjście do klubu. Wyraziłem chęć, czemu nie. Okazało się, że moja koleżanka-dziewczyna (jak to w ogóle nazwać... :/ ) również wstępnie wyraziła chęć i nawet sama zaproponowała ten klub. No proszę, a tyle ponoć miała planów. Koniec końców oczywiście nie zjawiła się. Napisała, że myślała, iż inne plany odwołane, a tu jednak okazało się, że nie do końca i jednak do klubu nie idzie. Czy to chodzi o mnie? Wstydziła się mnie czy coś? Nie jestem przystojnym facetem. Mam nadwagę i spore kompleksy, więc zacząłem się obawiać, że właśnie o to chodzi, choć ona sama mówiła, że się jej podobam.
Przed wyjściem do klubu postanowiłem zapytać ją, czy nasza wspólna koleżanka coś o nas wie. W końcu była wręcz jej przyjaciółką i wydawało mi się normalne, że
mogła jej to powiedzieć. Nie uważałem tego, za aż taką tajemnice, więc dla pewności zapytałem. Nie chciałem by doszło do jakichś nieporozumień czy coś.
"Nie, nikt nic nie wie". Ok, zrozumiałem. Ponadto zapytałem o jej dziwne zachowanie dzień wcześniej. Czy wszystko było ok? "Tak, absolutnie, wszystko jest dobrze" :) Powiedziałem jej też wtedy o tym, że jakby co to mój najlepszy przyjaciel wie. "Zapytał wprost, nie chciałem go okłamywać, mam nadzieję, że nie masz z tym problemu". Stwierdziła, że to zrozumiałe i nie ma problemu.
Ależ ja się wtedy ucieszyłem. Naprawdę wyjątkowe uczucie. To był moment, w którym uwierzyłem w to wszystko najmocniej. Dzień później postanowiłem nic do niej nie pisać, choć to bolało (haha). W końcu miała podobno jakieś plany, a ostatnio bardzo dużo pisaliśmy, więc dałem jej odetchnąć ode mnie. A jednak to ten dzień był przełomowy. Byłem na absolutnym szczycie swoich uczuć do niej. Cieszyłem się, że znalazłem miłość, uwierzyłem w to, w nią, w nas. Leżałem na swoim łózku i płakałem ze szczęścia. Choć to może brzmieć śmiesznie, ale tak właśnie było. To był ten szczyt.
Dzień później czekałem aż pierwsza się odezwie. No i tak się stało. Zapytałem jak tam minął weekend. "A spoko nawet". No i się zaczęło. Nasze pseudonimy z konwersacji usunięte, nasza emotka z serduszkiem usunięta i nagle kilku-zdaniowa wiadomość z dość typowymi tekstami. "Wiesz, nie ma sensu tego dalej ciągnąć. Nie widzę tego i nie czuję tego. Było dobrze, dzięki Ci wielkie, mam nadzieję, że będziemy mogli się kolegować. Naprawdę mi przykro, że nic z tego nie wyszło". Tak, znam to na pamięć xD
Dla mnie to był oczywiście szok. Jak już wspomniałem, jestem niezwykle uczuciowy i wrażliwy. A ponadto zrzuciła mnie z wysokiego konia, gdy byłem na szczycie tego uczucia. Zacząłem się trząść, powstrzymywałem płacz tylko dlatego, że byłem na uczelni. Natychmiast chciałem spotkania, niech powie mi to w twarz a nie na facebooku! Była niechętna, zaproponowała spotkanie po zajęciach pod uczelnią. To był luty, na dworze nie można wytrzymać 3 minut, a ona chce w takich warunkach o tym rozmawiać. Byłem w szoku, poczułem się potraktowany jak najgorszy śmieć, totalnie zmieszany z błotem i zignorowany, po tym wszystkim co próbowałem robić dla niej przez kilka tygodni. Minął dokładnie tydzień od naszego pocałunku i wyznania uczuć, a ona traktuje mnie w taki sposób. Koniec końców umówiliśmy się w kawiarni po zajęciach. Wcześniej zdążyłem się już wypłakać przed przyjacielem (który o "nas" wiedział). Potrzebowałem wsparcia.
Spotkałem się z nią, usiedliśmy no i patrzymy na siebie. Czekam, ona czeka i zdziwiona pyta o co chodzi. "Chyba raczej Ty masz mi coś do powiedzenia". "NIE, NIC".
Serio, tak powiedziała, to tak bolało... Niby nic, a zabolało strasznie. Zapytałem więc po prostu "Dlaczego?". No i się zaczęły powody...
1. Po pierwsze podobno nie byłem z nią szczery, bo powiedziałem jej, że jest pierwsza a nie była. Zdębiałem, o co chodzi xD Mówiłem jej jeszcze na początku znajomości, że w liceum zauroczyłem się w pewnej koleżance, a ona dawała mi nadzieję, po czym źle mnie potraktowała i trochę mnie to zraziło do dziewczyn. Znała tę krótką historię ponad miesiąc a teraz wyskakuje z czymś takim. No więc jak głupiej musiałem wyjaśnić jeszcze raz. Jak już zostałą wyjaśniona to wyjeżdża z powodem nr 2.
2. "STRACIŁAM DO CIEBIE ZAUFANIE. Powiedziałeś koledze, choć miałeś nikomu nie mówić". Poczułem się winny (męczy mnie to do dziś), lecz wyjaśniłem wszystko jak tylko mogłem. Nie dotarło.
3. No i bum, odpaliła ciężką artylerię: "Wczoraj dostałam 12 wiadomości od znajomych, którzy gratulowali mi szczęśliwego związku. WYGADAŁEŚ".
I tutaj zostałem zaorany konkretnie. Tłumaczyłem jak tylko mogłem, że wierzę przyjacielowi, on nikomu nie powiedział. Ja też niokomu więcej
nie powiedziałem. Ponoć pisały do niej osoby nawet z innych wydziałów, a przecież ja tam tak naprawdę nikogo nie znam. No nieźle. Wyjaśniam dalej: może ktoś nas zobaczył? W kinie, w tramwaju, na lodowisku, w parku, na ulicy? Skąd oskarżenie, że jeszcze komuś zdradziłem ten cały "sekret". Oczywiście nic nie docierało.
To koniec. Ona mi nie wierzy, ja nie wiem, co mogło się stać. Po rozmowie zadzwoniłem do kolegi i oskarżyłem go o zdradzenie tajemnicy. Oczywiście nic nie przyznał i ja mu wierzę - nie miał powodu. Napisał nawet długą wiadomość do tej dziewczyny i chciał mi pomóc, ale bez skutku. Zaproponował, że weźmie "winę" na siebie,
ale ja nie chciałem tego naprawiać kłamstwem - to niedopuszczalne. Najlepszy przyjaciel, jemu wierzę. No i cóż - dla mnie zaczął się koszmar. Noc przepłakana, jak już zasnąłem to budziłem się z krzykiem. Straciłem sens istnienia, itd... Całe moje największe załamanie trwało ponad 2 miesiące, a więc znacznie, znacznie dłużej niż sama ta historia trwała. Łzy co wieczór, stopniowo coraz mniej. Czas ponoć leczy rany? To prawda, ale pytania wciąż pozostały bez odpowiedzi.
Czy popełniłem błąd? Jaki? A może po prostu ona była głupia/niedojrzała? A może chciała tylko pomocy w nauce i tylko udawała?
W każdy scenariusz trudno mi uwierzyć, bo wciąż darzyłem ją wielkim uczuciem. Naprawdę jej zaufałem. Wierzyłem długo w to, że jacyś znajomi do niej pisali, choć z perspektywy czasu wygląda to na oczywiste kłamstwo. (!) Warto tu nadmienić, że minęło pół roku, a nikt z naszych wspólnych znajomych o "nas" nie wie, zauważyłbym. Dość dziwne, prawda? Skoro podobno pół świata do niej pisało w tej sprawie. Mieliśmy być szczerzy, obiecaliśmy to sobie patrząc prosto w oczy.
Widziałem ją jako zupełnie inną osobę, a tu z dnia na dzień, bez ostrzeżenia, potraktowała mnie jak najgorszą świnię.
Wiele tygodni starań na marne, szczere uczucia okazały się nieistotne. Zrobiłem dla niej co mogłem, a to nie wystarczyło - wniosek był dla mnie prosty. Miłość nie ma sensu, nie warto się w to bawić, wolę być sam do końca życia niż znów przechodzić przez podobny ból.
Kochałem, ufałem, starałem się, a na koniec zostałem rzucony w taki sposób, żebym to ja czuł się winny. I udało jej się, trzeba pogratulować. Za kilka dni minie dokładnie pół roku, a ja wciąż czuję, że to się za mną ciągnie. Nie mogę pójść dalej. W głębi duszy obwiniam się, że zmarnowałem swoją wielką szansę. Boję się, że już nigdy nie będę mógł komuś tak zaufać. Boję się, że już nigdy nie zakocham się tak jak wtedy. Bo mimo najszczerszych chęci zostałem potraktowany
naprawdę źle. Więc chyba nawet nie warto próbować ponownie?
Wiem, jak to wygląda. Jakiś dzieciak przeżył swoje pierwsze rozczarowanie miłosne i robi z igły widły, jakby nie było większych problemów. A jednak dla mnie to wciąż problem. Zależy mi na tym, by ostatecznie zamknąć tamtą historię i wyciągnąć wnioski. Dla kogoś tak szczerego i uczciwego jak ja, usłyszenie prosto w oczy "Nie wierzę, nie ufam Ci" było niesamowitym ciosem. Myślę, że do ostatecznego zrozumienia tego wszystkiego potrzebuję "spojrzenia z boku". Nie rodziców, nie przyjaciół. Chciałbym wiedzieć, jak taka historia może być postrzegana przez inne kobiety. Jakie są odpowiedzi na powyższe pytania? Sam próbuję o tym nie myśleć od pół roku,
ale wiadomo jak jest - okres wakacji, wkoło mnóstwo szczęśliwych par, tylko taki frajer jak ja jest samotny, a to wszystko siłą rzeczy pcha mnie do wracania do tamtej historii. Krótkiej, ale intensywnej, dla mnie wyjątkowej. Wspaniałej i niesamowicie bolesnej.
Jeśli ktokolwiek dotrwał do tego momentu: DZIĘKUJĘ :)
Liczę, że ktoś pozwoli mi spojrzeć na to z trochę innej strony i ostatecznie wyciągnąć wnioski.