Elle88 napisał/a:No, dobrze kombinujesz. Czyli innymi słowy - sabotujesz relację, żeby nie wyjść poza swoja strefę komfortu, gdzie musiałbyś na chwilę przestać grac i pokazać, że boisz się kobietę stracić czy prosisz o pomoc zwyczajnie.
Wiesz, to jest dziwne o tyle, że nie spotkałam się nigdy - u siebie ani u innych kobiet (tych, które nie są zimnymi s..
) - żeby odrzuciły kogoś, kto przychodzi i mówi szczerze i wprost: "Słuchaj, mam taki i taki problem.. Myślisz, że moglibyśmy coś na to poradzić, zależy mi na tym, żeby się udało..blebleble." Coś tędy.
Ja bym doceniła, większość normalnych kobiet by doceniło.
Dopóki nie zaczniesz mówić i żadnej nie zaufasz to zerowe szanse, że sama się domyśli. a nawet jeśli jakimś cudem będzie miała ten 6 zmysł to Ty i tak się wyprzesz, bo nie chcesz zdjąć maski.
No, ale panuje zasada, że powinno się zrobić porządek ze sobą, a dopiero potem myśleć o związkach. Nawet tu czytając, widać, że facet powinien być w stanie utrzymać rodzinę, nie mówiąc już o sobie samym, a ja cięgle problem z forsą i ten problem w ostatnim czasie był spowodowany głównie moim lenistwem i niechęcią do roboty. Do tego jest jeszcze taki kwiatek, że ja czasem wpadał w taki wir czarnych myśli, że nad tym nie panuję, ja sobie ledwo daję radę z samym sobą (często nie daję, ale przed sobą nie mam cholera jak uciec, choć da się na chwilę, chociażby przez neta).
Tutaj np. była taka sytuacja, że ja ledwo koniec z końcem wiążę a panna (w okresie bardzo wczesn-poznawczym) mi pisze jak to kasa jest wazna w życiu... No to przełknąłem ślinę i odpisałem o pogodzie, że ładna.
Wiesz, przy niej "wywaliło" mi wszystko co mam do przerobienia i dopóki nie zrobię porządku z paroma tematami, to zawsze będę się czuł jak siedem nieszczęść.
Paradoks polega na tym, że RAZEM łatwiej i nie chodzi mi o kasę, tylko o świadomość, że KTOŚ jest, to daje dużo, baniak odpoczywa, jest miejsce na miłość (akurat o miłości to za dużo nie wiem, ale powiedzmy, że jest), wsparcie, zrozumienie, empatię, no i odpoczynek, bo nie oszukujmy się, związki łatwe nie są, ale są w nich chwile radości, błogości, przyjemności.
Tak więc jestem trochę w takim błędnym kole - nie wchodzę z grubsza z nikim w relację (poza dwoma wyjątkami w ostatnich pięciu latach), bo muszę się wyciągnąć z gówna, a trudniej mi jest się wyciągnąć z gówna, bo nie mam wsparcia, ani nikogo, kto byłby mi bliski. Inna sprawa, że jak już się ktoś pojawia (te dwa przypadki chociażby) to ja już kompletnie nie wiem co mam robić, gubię się jak małe dziecko.
Potrafię się rozwijać, ale i przeżyć tylko gdy jestem zupełnie sam. (do zmiany w podświadomości)