Będzie tak jak mówicie
Zadzwoniłam dziś do taty, jak zapowiadałam. Zupełnie go nie poznaję, jak ona do mnie mówi, jak nieczule, jak twardo, jak matka...
Mówiłam, że chcę przyjechać (bo przecież szczerze chcę), ale musi mnie zapewnić, że mama mnie nie będzie obrażać i bić. "Mama powiedziała, że masz nie przyjeżdżać w ogóle". Pytam, czy w ogóle, czy to znaczy, że straciłam rodzinę, zostałam wykreślona? Tak, zostałaś wykreślona. Szok, nie wierzę... mój kochany tata...
Boże, Boże, Boże. Nie wierzę i nie dociera do mnie.
Mówię mu, zarzucam mu jakimi są rodzicami, że chcą mnie na smyczy trzymać (rozumiem, że miałam nie przekonywać, ale szybko się irytuję i wyrzucam to z siebie), ale on dalej swoje, że powinnam wrócić po 6 dniach, na swoje urodziny i urodziny spędzić z nimi, a skoro nie wróciłam, to mam nie wrócić w ogóle już. No nie wierzę. PARANOJA! Obłęd i brak mi słów. Oni nie mają ani odrobiny poczucia winy, wszystkiemu jestem winna ja i koniec kropka.
Rozmowa się urwała. Po rozmowie wysłałam jeszcze 5 smsów, tak dla jasności, że ja przyjadę w każdej chwili, jeśli tego będą chcieć i zapewnią mnie, że nie będzie piekła. Wytłumaczyłam jeszcze raz, że mam 30 lat i nie muszę z nimi spędzać urodzin. Że są mimo to dla mnie ważni, że tęsknię za nimi i chwilami gdy było dobrze, ze moim pokojem, tym wszystkim. Że wierzę, że można to naprawić (nie wierzę), tylko trzeba chcieć i będę czekać na znak. I obiecuję sobie, że już naprawdę się nie odezwę. Bo na razie to wygląda tak, że 100% kontaktu prowokuję ja. Ja dzwonią, ja piszę, ja proszę bym mogła przyjechać. W efekcie dostaję albo rozłączanie mnie, albo obelgi, albo brak odpowiedzi na sms, albo słowa "nie pokazuj się tu". To może ja jestem bardziej toksyczna od nich, bo u licha, doszłam do wniosku, że to oni zachowują się z klasą. Zero napraszania się i gnębienia z ich strony. Gdybym ja umiała to wszystko odrzucić, to miałabym święty spokój.
Wysłałam też linka do tego kazania. Słucham go już chyba 10x i nie mogłam się oprzeć chęci by też to wysłuchali. Ale po 1 myślę, że nie będzie im się chciało, a mamie to już na pewno, a po drugie jeśli nawet, to nic nie dotrze, tak jak uprzedzała Beyondblackie, a jeszcze obróci się to przeciwko mnie, bo sobie jakoś dziwnie na ich sposób to zinterpretują...
Jest mi bardzo, bardzo, bardzo źle...
Miałam jechać jutro. Był nawet plan, że pojadę nawet gdy mi powiedzą, że nie. Ale chyba jednak tak się nie stanie. Matka w sobotę wyzwała, że mam się nie pojawiać, a tata, po którym się tego nie spodziewałam, dziś zapewnił, że mam też nie przyjeżdżać i że straciłam dom. Nie czaję. Serio nie czaję. Czy oni naprawdę tego nagle chcą, czy też mnie próbują pognębić. I że moja wina, bo to już trzy tygodnie. A ja już w czwartek pisałam sms, że mogę przyjechać. "To trzeba było przyjechać". Ale jak mam jechać, jak mówią, że nie?!?!?! Za tydzień powiedzą, że to już miesiąc i że trzeba było przyjechać... mimo że teraz mówią, że nie...
No cóż, będę w pogotowiu i łudzić się, że może po tym kazaniu coś do nich dotrze... I jak się odezwą, że tak, to pojadę. To głupie, wiem, ale mi zależy by móc to naprawić, do tego też zachęca "teściowa". Ale już naprawdę postaram się nie odzywać. Co 2-3 dni ja prowokuję kontakt i daję znać, że żyję, jestem, chcę przyjechać. Może trzeba tak na serio pomilczeć. żebym chociaż tydzień wytrzymała... niech nie wiedzą, co się u mnie dzieje, co ze mną, może wtedy pękną? Ale pewnie nie...
Przepraszam, musiałam wyrzucić to z siebie.
Dziś terapeutka.
Najgorsze, że przy chłopaku ciągle smutna lub mu płaczę, nie wiem, ile to jeszcze zniesie...
Źle mi, użalam się wiem, ale tak bardzo chciałabym pojechać....