rozpłakałam się jak to przeczytałam. Ale to dobrze. Dziękuję.
Przegrałam też rodzinę... i nie potrafię się z tym niestety pogodzić, bo to nie jest rzecz, która jest kwestią wyboru. Powinnam mieć prawo mieć związek, ale mieć też rodziców, nie jestem jeszcze matką, ale nie ogarniam tego, jak to możliwe... Czuję się jak niekochany śmieć, jak zero... Owszem, jojczę i użalam się, bo nie rozumiem tego popranego losu, zawsze miałam pod górkę, najpierw z tym sercem, później z kłócącymi się między sobą rodzicami, później pogodziłam się z faktem, że zawsze będę sama, że nikt mnie nie pokocha. Jak zdarzył się cud i coś w co nikt nie wierzył (rodzice: "my myśleliśmy, że Ty zawsze będziesz starą panną"), to okazało się, że muszę ponieść tego wysoką cenę. Najwyższą. Zawsze byłam za rodzicami, zawsze z nimi, nieba bym im przychyliła, w różny sposób im pomagałam (owszem, oni mnie też), ja rozumiem, że są zawiedzeni moim wyborem, że ich opuściłam, ale to nie koniec świata, przecież żyję, mamy XXI wiek i możliwość stałego kontaktu oraz wielką niewiadomą co dalej, może akurat kiedyś byśmy się przeprowadzili bliżej nich.
Moja mama, choć już 4X-letnia kobieta była, bardzo przeżywała odtrącenie przez swoją matkę. Wiele lat odbijało się to na nas, bo była nerwowa i wyładowywała się na nas. Każdego dnia płakała, wpadła w nerwicę. Owszem, nie napraszała się jej tak jak ja, ale każdego dnia o tym myślała i mówiła. Zna ten ból. Zresztą teraz mi groziła: "ja wiem, jak się ciężko bez matki żyje, będziesz miała to samo, bo wybrałaś chłopaka!". Skoro wiesz, to dlaczego mi to robisz...
dlaczego własnemu dziecku gotujesz ten sam los...
Moje życie już nigdy nie będzie normalne, bo zawsze będę to przeżywać i będzie to na mnie rzutować... Właśnie ze względu na to, że zawsze byłyśmy blisko, że miałyśmy taką silną i dobrą więź. Gdybym była złą, nieposłuszną córką... ale ja zawsze za nią, w ogień bym poszła. Tak, już teraz nie, bo teraz się przeciwstawiłam, ale mam te 30 lat i chyba prawo, by kochać kogoś innego...
Po co ja to wszystko piszę, każdy przecież to wie, tylko nie moja mama. Tak, jestem dużą dziewczynką i mogę radzić sobie sama bez rodziców. Niestety, ja się nie potrafię z tym pogodzić. Naprawdę mam myśli samobójcze
tylko na szczęście brak odwagi, by je zrealizować. Nic, będę kombinować dalej. Skręca mnie by już dziś zadzwonić do taty, ale skoro mi to nie na rękę, by jechać już, to powstrzymam się do jutra... Może się cieszą właśnie, a może jednak coś się stało. Ja się o nich martwię, oni o mnie nie i to jest przerażające. Przecież mogę stąd wyjechać i pojechać w świat, stracą mnie całkowicie, a kompletnie o tym nie myślą. Zastanawiam się, czy się o mnie kłócą, czy żyją w zgodzie, ale gdyby żyli w niezgodzie, to pewnie tata by się odezwał i próbował mnie ściągnąć, a tak widać sielanka kwitnie...
Przepraszam, że tyle piszę, nawet nie czytajcie, po prostu to z siebie wyrzucam. Wiadomo, że będę kombinować dalej, żeby ich złamać... jutro zadzwonię, potem sms... Kolega mi właśnie poradził, żebym walczyła miłością. Żebym dawała im znak, że są ważni, ale robiła swoje. Czyli co kilka dni puściła sms, że kocham, pamiętam, że chciałabym by było dobrze, ale jednocześnie, żebym była u chłopaka i nie ustępowała. No może. Ale znając mnie, albo naprawdę skończę w szpitalu, albo tak ich okłamię, licząc, że pękną...
Kochani, dziękuję, że piszecie, choć do mnie nic nie dociera, mam nadzieję, że może ten wątek komuś innemu, w podobnej sytuacji, posłuży, bo padło tu tyle mądrych zdań, opinii, że lepiej niż w gabinecie psychoterapeuty. Ja niestety jestem marnym materiałem i przepraszam Was szczerze, że tak bezsensownie tracicie na mnie czas, bo to jak grochem o ścianę.
Moje poczucie winy urasta do rangi ekstremalnej... może jednak robią to celowo nie odpowiadając mi...
Przecież muszą widzieć, że mimo że wybrałam chłopaka, to na nich też mi bardzo zależy, że to co piszę, że moje uczucia są szczere... że mi zależy... czy tego u licha nie widać?! ;(