uhhh, ciężko mi przytakiwać, gdy w mojej myśli krążą inne myśli, ale wiem, że wszyscy macie rację... W zasadzie padło wszystko, co mówi terapeutka: poczucie winy, ogromne poczucie odpowiedzialności i wpływu na życie rodziców, obawa przed samodzielnością, własnymi decyzjami etc. Ja najbardziej z tego wszystkiego odczuwam poczucie winy. To wcale nie jest tak, że dla mnie atrakcyjnym jest bycie małą dziewczynką i że boję się dorosłości (przynajmniej tak mi się wydaje), bo tutaj jako ta dorosła radzę sobie całkiem dobrze i nie miałabym np. obaw by zostać też żoną. No ale to poczucie winy... mimo że w głowie mam wszystko poukładane dość racjonalnie (co stwierdziła pani psycholog z telefonu zaufania), co chwilę uderzają we mnie myśli z poczuciem winy, jaka to wyrodna córka jestem i jak rodzice przeze mnie cierpią. Mimo że to chore, nie potrafię nad tym zapanować. Np. dziś się zorientowałam, że tata przecież prosił mnie, bym przyjechała po tygodniu, a wówczas nie będzie awantury. Dlatego myślę nie złożyli mi życzeń w urodziny. Wciąż jednak przeraża mnie myśl, że chyba na mnie czekają, skoro nie odesłali mi ciuchów (przypominam, że ja wciąż nie przyznałam, że się przeprowadzam, a jedynie że chcę jeździć i punktem spornym była długość i częstotliwość wyjazdów, jasnym się już stało, że to mój chłopak i tutaj planuję przyszłość. Ze swojej strony, gdybym miała tak uczciwie przyznać, przed Wami i przed samą sobą, - kocham moje miasto rodzinne, moje otoczenie, mój pokój i także te chwile, gdy z rodzicami jest okej, wychodziłam z założenia, że nie jestem jeszcze mężatką ani matką, mój chłopak się do mnie przeprowadzić nie chce, a to ja wszystko stawiam na jedną kartę, zostawiam wszystko i wynoszę się 500 km od niego, dlatego nie tylko dla rodziców, żeby się przyzwyczaili, ale też dla samej siebie chciałam na początku jeździć, być trochę tu, trochę tam, może to niepoważne, dla mnie miało być komfortowe, chłopak chyba nie miał nic przeciwko temu, sam podkreślał, że jego tata też się sprowadził do mamy ponad 400 km i też na początku wyglądało to tak, że jeździł, a nie że wszystko rzucił z dnia na dzień. No, ja to widziałam tak, niestety moja mama stawia sprawę: wszystko albo nic). I idąc tym tropem, nie chcę jechać by poczuć się znów małą dziewczynką, to już nie jest możliwe, większość kart została odsłonięta, mama już wie, że mam 30 lat, że walczę o to jak lwica (wg niej, jej słowa) i że nie odpuszczę. Już ostatni raz jak byłam na święta było inaczej - traktowała mnie, nawet w tych chwilach gdy było dobrze, z dystansem, jak dorosłą, nie jak małą niunię. Po prostu tęsknię, kocham ich. Wczoraj rozmawiałam o tym z chłopakiem, sam przyznał, że nie powinnam się spodziewać fajerwerków, że przyjmą mnie z radością, ale dodał, że może powinnam próbować, że może kiedyś się ułoży... Ja nie chcę być już ich małą dziewczynką, gdyby tak było, nie przyjechałabym tu ani razu bo nie odważyłabym się przeciwstawić rodzicom, mamie szczególnie, pokazać: patrzcie, jestem duża, jadę do chłopaka! a zrobiłam to już tyle razy (wczoraj terapeutka zwróciła na to uwagę, że jednak mam tę siłę, tak samo z zabiegiem serca, wg niej był to lęk do pokonania i powinnam o tym często myśleć, być z tego dumna i brać dla samej siebie przykład). Ja po prostu chcę za wszelką cenę wieść do dorosłe życie, ale mieć też poukładane relacje z rodzicami. Tak, wiem, jak widać, to chyba niemożliwe. Ale ciągle głupio próbuję i dostaję po głowie...
Na chwilę obecną nie wiem, co zrobię. Na pewno napiszę smsa w okolicach czwartku, że gdyby chcieli.. Nie potrafię przewidzieć, czy będzie odpowiedź, czy będą chcieli mnie ukarać i przetrzymać. Na pewno też wiem, że mam w sobotę tu zaplanowane szkolenie
w niedzielę wypad do escape roomu i nawet gdy powiedzą: ok, przyjedź, ja postawię swój warunek: ok, ale za kilka dni, mam plany. No i to będzie kolejny punkt sporny, bo przecież będę tu prawie 3 tygodnie, a mama nie wybacza przedłużenia nawet o 2 dni! Nie będę oszukiwać: boję się potwornie i mam straszne poczucie winy...
Nie wiem po co Was tym powyżej zanudziłam, chciałam wytłumaczyć jak ja to widzę, ale zapewne to dalej wszystko wynika z mojej choroby...
Naprędce, mówcie mi Aga, choć imię zmienione
faktycznie poproszę o zmianę nicka. I dam znać oczywiście, jeśli jednak zrobię tę głupotę i pojadę...