rossanka napisał/a:Tu podobieństwa się kończą, bo zawsze miałam parcie na związek i koniecznie chciałam z kimś być (nie ważne czy miałam 16 lat czy 25). Największy "zjazd " miałam - pamiętam dokładnie - w wieku 21 lat, często płakałam, że nikt mnie nie chce, nikogo sobie nie znajdę, to niemożliwe, żeby tak gruba, głupia i nudna dziewczyna miała chłopaka - tak wtedy myślałam.
Może po prostu miewałaś gorsze momenty, gdzie zdarzały Ci się zjazdy? To raczej normalne, też miewałam takie okresy dużego doła, że dlaczego ja kogoś nie mam lub dlaczego facet porzucił mnie dla mojej najlepszej przyjaciółki. Zawsze najgorzej czułam się w tych świątecznych okresach, gdzie pary robią sobie małe prezenciki, spędzają wspólnie czas (Walentynki, Boże Narodzenie, Dzień Kobiet/Mężczyzn, urodziny), ale później się to normowało. Też popełniałam błędy młodości, typu zbytnie angażowanie się w relację, która niezbyt rokowała, ale zrzucam to głównie na karb młodzieńczej naiwności i różowych okularów. Im byłam starsza, tym szybciej wyłapywałam takie sygnały i ucinałam tego typu relacje, uczyłam się na błędach.
rossanka napisał/a:Ja nie byłam wybredna już w wieku 19 lat. Pierwszy chłopak (niedoszły), podobał mi się nawet fizycznie, nawet zabawny był w towarzystwie, nawet można z nim było pogadać ale jakoś nie umiałam się do niego przekonać, ponadto miał jedną cechę , która mnie od niego odrzucała (zadatki na przemocowca). Trochę się z nim pospotykałam, koleżanki mówił - fajny, podobasz mu się, spróbuj, ale mnie coś od niego odpychało (i słusznie jak się okazało, bo weszłabym w związek z damskim bokserem).
Nie bądź dla siebie zbyt surowa!
Zauważyłaś przecież niepokojące sygnały i spokojnie gościa obserwowałaś (w końcu mogłaś się mylić, nie zawsze ma się pewność, a przeczucia bywają błędne), no i co najważniejsze - w ostateczności w związek z nim nie weszłaś, czyli nie byłaś wcale zdesperowana!
Nawet koleżanki Cię nie przekonały, rozum zwyciężył i brawo Ty!
Osoba zdesperowana przymykałaby oczy w nieskończoność lub liczyła na to, że facet się zmieni. Ty zachowałaś zdrowy rozsądek.
rossanka napisał/a:I tak lata między 20-30 rokiem życia upłynęły mi na leczeniu się z niespełnionych uczuć, albo na spotykaniu się z mężczyznami, którzy od początku nic a nic mi nie pasowali, żle się czułam przy nich, ale miałam nadzieję, ze rozwinie się ta znajomość, a uczucie przyjdzie z czasem, bo nie mam co wybrzydzać(myślałam - żadna ze mnie misska, a mam już te 27 lat i stara baba ze mnie) a facet chce się ze mną spotkać (wtedy uważałam, że to już bardzo dużo), a poza tym jest wolny - kolejny plus i nie pali, nie pije, nie jest kryminalistą, pracuje - mi to wystarczyło do spotkania.
Tutaj trudno mi ocenić sytuację, zwłaszcza po tym jak surowo oceniłaś się powyżej. Jeżeli spotykałaś się z facetami, którzy na starcie Cię jakoś odrzucali, no to błąd. Ale jeśli byli dla Ciebie "neutralni" (bez efektu wow, ale wydawali się w porządku), to według mnie nie ma tu desperacji, bo ludzie są różni i nie każdy zakochuje się od pierwszego wejrzenia, uczucia lubią się pojawić z czasem. No i jakoś tych facetów też trzeba poznawać - właśnie metodą randek i prób i błędów człowiek się przekonuje tak naprawdę jakie cechy w drugim człowieku mu przeszkadzają, a jakie imponują. To cenne lekcje według mnie, więc znów uważam, że możesz oceniać się zbyt surowo.
rossanka napisał/a:Ale los bywa dziwny i w momencie moze się odmienić. Niedługo po przekroczeniu 30ki spotkałam w końcu kogoś i to był mój pierwszy poważny związek mimo zaawansowanego wieku, przekroczonej 30ki). Pami ętam co sobie wtedy myślałam " późno Go spotkałam, ale nie żałuję, warto było czekać te wszystkie lata, bo to jest to". A jeszcze później znów byłam sama i jakiś czas po rozstaniu ntrafiłam tu na to forum.
Ale widzisz, spójrz na to z innej strony - jednak udało Ci się stworzyć dłuższy związek z kimś, kogo kochałaś, no i było to wzajemne. Krótko mówiąc: Ty kochałaś i Ciebie również ktoś kochał. Czyli nie jesteś taka beznadziejna jak np. ja, bo mnie nigdy żaden mężczyzna nie kochał. Także uważam, że dla Ciebie jest jeszcze nadzieja i to spora.
rossanka napisał/a:Pytasz o mężczyznę, którego spotkałaś w niedzielę, o jakie zadziałanie Ci chodzi? O zagadanie do nieznajomego? Moim zdaniem możesz to zrobić. To jeszcze nic nie znaczy, tzn możesz go sama zaczepić.
Czasami tak robię, rzadko bo rzadko, ale jednak. Ogólnie dużo spaceruję, bywam między ludzmi i nie mam problemu z nawiązywaniem kontaktów. Tylko panowie są albo zajęci, albo nie reagują (może im się nie podobam). Albo noszę smieszny kapelusz
Niee, kapelusza nie noszę 
W wakacje wpadł mi w oko pewien policjant z patrolówki, ma taki uroczy błysk w oku i tak słodki uśmiech, że omal się nie roztopiłam kiedyś, gdy mi go posłał
Z wyglądu jest taki zwyczajny, przeciętny i bardzo drobny, ma taki chłopięcy urok, nie jest w typie maczo czy playboy'a. Sama się dziwię, że tak mnie coś wzięło, bo stawiam stówę, że będzie ze 4 lata młodszy ode mnie, jak nie 5 (ja mam 27, ale ludzie dają mi mniej)
W sobotę go widziałam, wymieniliśmy lekkie uśmiechy, zobaczyłam go drugi raz jak wracałam do domu wieczorem i skinęłam mu głową z uśmiechem, on tak samo. I w niedzielę bum - wyszłam z domu niemalże wprost na niego, znowu jechał i z tym samym drugim policjantem. Tyle że tym razem to była spokojna uliczka (akurat zero ludzi wokół i innych aut, oni tak powolutku jechali) i mieli spuszczone całkowicie szyby w aucie, bo było ciepło. Przejechali zaraz obok mnie i on siedział od tej strony co ja szłam, także gdybym wyciągnęła prawą rękę w prawo, to mogłabym wręcz dotknąć jego radiowóz
Znowu spojrzeliśmy na siebie (gdy byłam tuż obok) i powiedział mi z uśmiechem "dzień dobry", ja zaskoczona, ale oczywiście odpowiedziałam posyłając najładniejszy uśmiech na jaki mnie stać i... stres mnie zżarł i spuściłam od razu głowę w dół i poszłam dalej (oni jechali w przeciwnym kierunku). Oczywiście kilka minut później PO FAKCIE przyszło mi na myśl, że mogłam powiedzieć coś w stylu "oj widzę, że nie poszczęściło się panom z grafikiem w tym tygodniu, bo cały weekend na służbie, w dodatku jeszcze na drugiej zmianie"... Ale oczywiście po fakcie, bo gdy byłam blisko niego i wszystko wydało się takie realne, że może pogadamy choć chwilę, to stres mnie zeżarł, poczułam się skrępowana i zawstydzona. BOŻE, JAK JA TEGO NIENAWIDZĘ. Nie raz już w życiu miałam tego typu sytuacje, że przez niepewność odwróciłam głowę, udawałam brak zainteresowania (choć przecież byłam!), bo strach, że wyjdę na zdesperowaną i natrętną był silniejszy. Z drugiej strony tak sobie myślę, że pewnie powiedział to z grzeczności, skoro ja mu skinęłam głową dzień wcześniej, zwłaszcza że jako policjant to jednak powinien być bardziej otwarty do ludzi, tak czysto życzliwie i bez podtekstu. Do tego jeszcze na bank jest młodszy, mega młodo wygląda, do szkoły średniej mógłby chodzić
Także z jednej strony żałuję, że nie podjęłam ryzyka, z drugiej może trochę ulga, bo pewnie bym się tylko wygłupiła i dostała łatkę samotnej i zdesperowanej baby, która pewnie już zagaduje do każdego, bo dobija do 30. Także i tak źle, i tak niedobrze, nie potrafię znaleźć złotego środka jeśli chodzi o okazywanie zainteresowania facetowi, bo boję się wyjść na nachalną, czy nie daj boże łatwą, że pewnie do łóżka każdemu wskakuję itd, bo jednak ludzie potrafią oceniać stereotypowo i dosyć okrutnie... ;/