Winter.Kween napisał/a:Jak nie spotkalas to nie mialas spotkac.
Tez mialam takie myslenie jak Ty, ze duze rzeczy jest bez potrzeby, czesto rozmyslalam o tym co zrobilabym inaczej...
Jednak zmienilam zdanie pozniej, zmienilam zdanie chwile przed tym jak zaczelam wychodzic z nerwicy.
Wczesniej moje podejscie bylo jak w tekstach takich dwoch piosenek, ktore bardzo lubie:
Marina and the Diamons 'Numb' i 'Forget'
'One track mind, like a goldfish
Stuck inside my petri dish
I can't breathe, and I can't smile
This better be worth my while
I feel numb most of the time
Lower I get the higher'
i
''I have lived my life in debt
I've spent my days in deep regret
Yeah, I've been living in the red
Oh, 'cause I can't forgive and I can't forget'
Relacja z moim mezem jest stworzona z moich strasznych 'bledow'. Jednen z tych bledow skonczyl sie nawet smiercia.
Kiedy doszlo w koncu do tej relacji to byl to najgorszy czas w moim zyciu. Ta relacja i wszystko w okolo wydawalo mi sie przeklete i gdybym miala jeszcze raz przezywac te poczatki to wolalabym umrzec w tej chwili. To bylo jednak konieczne, bo zadne drzewo nie siega do nieba jezeli jego korzenie nie siegaja do piekla.
To nauczylo mnie nie zalowac rzeczy, bo nigdy bym nie byla tutaj w takim stanie teraz.
Latwo mi tak teraz mowic bo z nerwica zylam cale zycie, wychodzenie z tego stanu bylo droga przez pieklo i bylo o wiele gorsze niz samo zycie z ta nerwica.
Powiedzialabym, ze zycie z nerwica (bo trwala od dziecka) bylo jak zycie z ciaglym bolem glowy i szumem w uszach. Jednak kiedy zaczelam z tego wszystkiego wylazic, zobaczylam ta cala gore lodowa to bylo to jak chodzenie w plomieniach.
Strasznie to bylo meczace i czulam sie jak Voldemort, ktory mialby te wszystkie horkruksy laczyc w jedna dusze znowu.
Bo tak bardzo bylam podzielona na czesci. Strasznie to bylo meczace, ale teraz widze, ze tak jak moje zycie wygladalo i to co sie dzialo to musialo takie byc. Bez tego bym nie doszla nigdzie, dalej bym sobie taka byla odcieta.
Niektore rzeczy to bylo podstawianie sobie nogi, byc moze jakas podswiadoma chec zranienia siebie zeby cos poczuc, zeby soba wstrzasnac.
Zawsze kazdemu mowie by nie zalowali porazek.
Moja przyjaciolka ostatnio sie na siebie zloscila i miala zale do siebie, ze byla w takim dosc dlugim, a beznadziejnym zwiazku. Jednak gdyby nie byla w tym zwiazku nie mialaby wiele rzeczy, ktore teraz ma. Kiedy i ona to dostrzegla to zrobilo jej sie lepiej.
W tym sęk, że nie bardzo wiem, po co to wszystko było. A już najbardziej, po co mi ta nerwica. Która u mnie akurat nie przeszła. Jest lepiej, ale lęki jeszcze miewam, zwłaszcza po okresach, gdy coś stresującego się w moim życiu dzieje. Też miałam nerwicę od dziecka, zupełnie nie wiem dlaczego, czy to kara jakaś, czy taka się urodziłam, czy coś jeszcze - tego nie wiem. Nie wiem też, czy kiedykolwiek tak całkiem z niej wyjdę. Czy może mnie to hamować przed wejściem w związek (zakładając, ze ktoś by sie trafił ) - nie wiem, chyba tak. Ale jak będę tak czekać jak To mi przejdzie, to się mogę nie doczekać.
Ta metafora z korzeniami w piekle - dosyć ciekawe, to Twoje słowa, czy jakieś przysłowie - nigdy nie słyszałam.
Na pewno też wiele rzeczy z przeszłości doprowadziło mnie do obecnego punktu, tylko do jakiego? Właściwie, czasem się zastanawiam, co ja tu robię i czy to wszystko ma sens, czy przypadek. I czy to wszystko ma mieć sens. Tak patrze na życie innych, to czasem czuję jakbym była teraz w jakimś zawieszeniu. To znaczy pracuje, mam jakieś życie, znajomych (chociaż niewielu, ale nie ubolewam, wystarczy mi pare osób), prace, zainteresowania, coś tam sobie robie, a mimo tego czuję jakieś zawieszenie. Ale powtarzam też sobie, ze każdy ma inaczej i to, ze ktoś ma tak czy tak nie znaczy, ze ja mam mieć tak samo.
A z tym niedoszłym mężem, którego może w przeszłości spotkałam a nie zauważyłam - nie wiem, czy tak miało być, czy nie. Ogólnie ja tu dużo piszę o związkach, ale mogę się strasznie mylić.