pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » SAMOTNOŚĆ » pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Strony Poprzednia 1 … 39 40 41 42 43 … 129 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 2,601 do 2,665 z 8,335 ]

2,601 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-14 00:05:55)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Jak zwał tak zwał, ale żal mi ludzi, którzy tylko w związku upatrują szczęścia. No, a jeśli naprawdę nie uda się pomimo starań? Z tym,  niestety, należy się liczyć, więc warto zaakceptować tę ewentualność i mieć na nią pomysł.

Zobacz podobne tematy :

2,602

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Peter4x napisał/a:

Zaakceptować, ale jednak nadal stanowczo działać w kierunku zmian stanu którego się nie akceptuje.

Ehh, muszę cytować samego siebie bo już późno i głupoty piszę wink
Oczywiście chodziło o "zaakceptować, ale jednak nadal stanowczo działać w kierunku zmian stanu którego się nie akceptowało".


nudny.trudny napisał/a:

ja zauważyłem takie coś że jak kierunek studiów bardziej przyciąga mężczyzn a dziewczyn jest kilka, to wokół tych dziewczyn jest mnóstwo chłopaków, nigdy nie siedzą same, zawsze mają z kim rozmawiać, natomiast gdy kierunek jest bardziej damski i jest zaledwie kilku chłopaków, to wtedy dziewczyny siedzą w swoim towarzystwie a chłopacy w swoim, albo każdy z chłopaków jest sam i niezbyt ma z kim rozmawiać. ale może to przypadek i może nie ma tego typu reguły.

To prawda i to chyba w każdym wieku. Trochę zabawne, że obecnie dzieje się dokładnie to samo co 20 lat temu smile


Piegowata'76 napisał/a:

Jak zwał tak zwał, ale żal mi ludzi, którzy tylko w związku upatrują szczęścia. No, a jeśli naprawdę nie uda się pomimo starań? Z tym,  niestety, należy się liczyć, więc warto zaakceptować tę ewentualność i mieć na nią pomysł.

Z podkreśleniem i pogrubieniem części mieć na nią pomysł smile

2,603 Ostatnio edytowany przez Winter.Kween (2019-09-14 02:56:51)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
trx napisał/a:
Winter.Kween napisał/a:

Mi sie marzy jesien. Zeby liscie lecialy z drzew, deszcz codziennie padal, zeby te liscie gnily na ziemi i zeby powiewal zimny wiatr i czulo sie smierc w powietrzu.
Uwielbiam taka jesien, czasami udaje w czasie ulewy, ze jest jesien. Uwielbiam Halloween to moje ulubione swieto.

Też mam upodobanie do jesieni, ale inaczej ją odbieram smile Jesień kojarzy mi się z nowy rozdziałem, nowymi wyzwaniami - naleciałość pewnie z rytmu szkolnego jeszcze wink
Kończy się letnia beztroska a zaczyna etap aktywniejszego myślenia, działania.
Z drugiej strony uważam, że jest coś metafizycznego w jesieni, te jej ciche, mgliste poranki. Bardzo cieszę się, gdy ten czas nadchodzi.



Piegowata'76 napisał/a:

A zauważyłyście, że właśnie teraz wracają do nas dawne marzenia?

Żeby było tak pięknie i prosto... wink  Niestety jest tak, że stare, zaniedbane marzenia nie dają spokoju a nowe je wypierają. W kontekście przemijania i śmiertelności tego żałuję, że nie mamy 20, 30 lat po trzy razy dłużej - żeby było kiedy wszystkim się nacieszyć, więcej rzeczy spróbować i to z takim poczuciem, że dopiero co się zaczyna. Żeby nie trzeba było wybierać.



Ja tez uwazam, ze jest cos metafizycznego w jesieni. Zawsze mnie ogarnia takie podniecenie jesienia, jak gdyby mialo sie stac cos waznego. Uwazam tez jesien, za moj czas i czas nadziei. Jako 18 latka wyprowadzilam sie z Polski wlasnie w jesien bo wierzylam, ze przyniesie mi szczescie. I to w dodatku w Halloween, pierwsza rzecz jaka zrobilam w Anglii po przylocie to pojscie do pubu na przyjecie z okazji Halloween.
Ogolnie mam cos takiego, ze cmentarze, smierc, trupy i gotyckie powiesci przynosza mi komfort. Lubie wszelkie okultystyczne rzeczy, mam wrecz oltarz czarownicy ustawiony z krysztalami, martwymi cmami i rysunkami wezy ustawiony.
To taka moja smieszna strona, ktora laczy sie z moim dziecinstwem. To wszystko oczywiscie symboliczne jest i wiele razy i dlugo moglabym rozgadywac sie na temat rytualow magicznych i tym jakim sa sprytnym placebo. Pomogly mi sie wyleczyc z paralizu sennego i koszmarow. To bylo niesamowite przezycie, jedno z najbardziej niezwyklych w moim zyciu.  Z drugiej strony mam umysl przesadnie matematyczny i akademicki. Wszystko musze badac, rozumiec i wyliczac.

Rossanka, wywolalas we mnie takie przemyslenie na temat smierci. Moja matka ma straszny problem z pogodzeniem sie ze smiercia innych, swoich bliskich.
Ja tez stracilam bliskich oczywiscie. Bylo to trudne, szczegolnie rak mojego dziadka bo bardzo przerazal mnie rak.
Pozniej, kiedy stracilam faceta, ktorego bardzo kochalam bylo mi juz latwiej. Zmienilo sie moje podejscie do smierci innych. Powod tego jest taki, ze przestalam uciekac od emocji i jakos tak inaczej to ugryzlam, postanowilam rozgryzc ta smierc.
Oczywiscie nie jest tak, ze sie ciesze z tego lub jest mi to obojetne. Jednak nie boje sie, ze to sie stanie.
Jedna z moich kotek, bo mam trzy kotki (girl power!) zostala znaleziona jako noworodek przy zmarlej mamie. Przez to byla na poczatku bardzo zagubiona, bardzo ciagle placzaca i ogolnie teraz na dorosla kotke jest bardzo mala. Jak poznalam jej historie to zrobilo mi sie tak zal jej, ze dopiero sie urodzila i nie miala nikogo na swiecie. Przyszlo mi do glowy by zrobic mala ksiazeczke dla dzieci o jej matce. I zrobilam taka historyjke o duchu kota, ktory nie wie czego szuka, az pewnego dnia widzi w oknie swoje kocie dziecko i wie, ze szuka wlasnie tego: Swiadomosci, ze dziecko jej jest bezpieczne. Mojemu mezowi kazalam to pozniej czytac po kolei, bo chcialam zeby mial zaskoczenie na koniec, ze to o matce naszej Diaboliny. No i wzruszyl sie na koniec wiec postanowilismy zrobic animacje poklatkowa z tego.
I mniej wiecej tak radze sobie ze smiercia. Do mego bylego napisalam ostatni list i spalilam ten list noca na dachu, a moja kurtke, ktora nosilam bo byla podobna do jego kurtki oddalam na cele charytatywne. W ten sposob uwolnilam go tak jak popioly tego listu na wietrze.

Oczywiscie tez ja zajmujac sie tematami takimi jak historia i psychologia kryminalna jestem ze zmarlymi praktycznie caly czas. Historia to same postacie dawno zmarle, a co do psychologi kryminalnej (nigdy nie wiem czy to dobrze po Polsku pisze, bo mam na mysli forensic psychology) to oczywiscie czesto jest przerazajacy to temat.

Jesli chodzi o moja wlasna smiertelnosc to jezeli moje zycie jest beznadziejne to wtedy, na przyklad, boje sie latac samolotem bo boje sie spasc i umrzec. Kiedy zyje wedle siebie, robie co chce i zyje pelnia to wtedy uwielbiam latac samolotem i nie boje sie umrzec. Bo to nie ma znaczenia juz, jestem zywa wiec moge umrzec i nie boje sie.

Moim zdaniem, spotkania z natura daja czlowiekowi czasami bardzo potrzebna dawke pokory. Bylam w lipcu zobaczyc cud natury, las swietlikow.
To byla najpiekniejsza rzecz jaka kiedykolwiek w zyciu widzialam. Trzeba isc gleboko w las, las jest na wzgorzach, jest bardzo ciemno i cicho.
I tam wlasnie sa te swietliki, to sa malenkie robaczki i one sa po prostu wszedzie i one swieca kiedy wydychaja powietrze wiec miga to swiatlo. Samice lataja nisko, a samce wysoko wiec sa wszedzie wokolo. Wysoko na czubkach drzew i przy samej ziemi i pomiedzy. Wszyscy tam milczeli pod wrazeniem tego wszystkiego, tego jak tanczyly w ciemnosci.
To wygladalo jak prawdziwa magia, jak scena z basni. To jest ich okres godowy, one sa larwa pozniej staja sie tymi robaczkami latajacymi, wtedy maja okres godowy i tej samej nocy kiedy swieca umieraja. Wiec one swieca przez jedna noc, a pozniej umieraja. Niby to takie bez sensu, ale ten obraz jaki tworza to prawdziwe dzielo sztuki lepsze od czegokolwiek co czlowiek moze stworzyc.
To bylo prawie duchowe przezycie i pozniej myslalam o tym, ze tyle rzeczy jest na swiecie, ktore istnieja na chwile i same dla siebie, a my zajmujemy sie takimi bzdurami.


Tak poza tym teraz jak takie sa rozmowy niby powazne to  mi sie dziwnie, ze nie podalam tutaj imienia swego. Myslalam o tym, ale dla zartu dalam Winter. Kween poniewaz ogladalam Euphorie i tam dziewczyna tzw cam girl ma nick Kat.Kween czy cos takiego.

Manzanita to swoja droga taki napoj gazowany. Moj maz bardzo lubi, ale ja tak sobie bo to jablkowy big_smile

2,604

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Manzanita napisał/a:
Winter.Kween napisał/a:

Mi sie marzy jesien. Zeby liscie lecialy z drzew, deszcz codziennie padal, zeby te liscie gnily na ziemi i zeby powiewal zimny wiatr i czulo sie smierc w powietrzu.
Uwielbiam taka jesien, czasami udaje w czasie ulewy, ze jest jesien. Uwielbiam Halloween to moje ulubione swieto.

Ojjj, bardzo nie lubię jesieni. Strasznie mnie przygnębia, właśnie ta szarość, te deszcze, te zimne, ciemne poranki....

Mam tak samo. Jak jest jeszcze ciepło to czuję się jak na wiosnę, ale jak już się robi zimno, szaro, ciemno, to dramat. Poza tym potwornie boję się nadchodzącej zimy. W zeszłym roku w zimie zaliczyłam ogromnego doła od stycznia do marca i boję się powtórki hmm a czułam się naprawdę bardzo, bardzo źle.

2,605 Ostatnio edytowany przez trx (2019-09-14 10:27:59)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

LadyLoka, też dygam przed zimą wink Staram się szukać pocieszenia, że w domu jest przecież fajnie, cieplutko, posiedzę w książkach, ale wystarczy, że trzeba zimą wyjść na ulicę i zaczyna się dramat wink


Peter4x napisał/a:

Generalnie odbieram to tak, że pogodzenie się z daną sytuacją jest prawie równoważne z brakiem działań aby tą sytuację już zmieniać. Dopóki nie godzimy się na aktualny stan to działamy, próbujemy coś z tym zrobić. Jak już ten "zły" stan zaakceptujemy to nasza siła działania, która ma ten stan zmienić, topnieje.

Właśnie nie. Bodźcem do zmiany może być wszystko a więcej sił do walki ma się, gdy przepełniają nas pozytywne odczucia, nie negatywne. Akceptacja jest punktem wyjścia dla zmian na lepsze, jak dla mnie.

2,606

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
trx napisał/a:

LadyLoka, też dygam przed zimą wink Staram się szukać pocieszenia, że w domu jest przecież fajnie, cieplutko, posiedzę w książkach, ale wystarczy, że trzeba zimą wyjść na ulicę i zaczyna się dramat wink

Ja właśnie mam odwrotnie. Nie znoszę mojego mieszkania, choćbym nie wiem jak się starała, nie czuję się w nim dobrze, więc uciekam poza dom. Do rodziców, do pracy, na spacery, ale też ile można. Jak muszę wrócić do dusznego, małego mieszkania to czasami mam łzy w oczach.
Mam możliwość pracy zdalnej z domu, a i tak jeżdżę do pracy. To już samo pokazuje moje podejście big_smile

2,607

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

U mnie sprawa jasna jeżeli chodzi o jesień urodziłem się we wrześniu poznałem swoją żonę we wrześniu i moja córka została poczęta we wrześni przestałem pic i ćpać we wrześniu no i więcej tego jest,ale lubię swoją anonimowość smile
Odkąd pamiętam najbardziej lubię spokój jesienny bo nie ma takiej wiosenno letniej wibracji (którą lubię ale inaczej) nawet deszcz  na jesieni jest jedynie słuszny zapach liści kolory zmienne temperatury .
Resztę opisała Winter wcześniej to nie będę się powtarzać.

2,608

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Winter.Kween napisał/a:

Rossanka, wywolalas we mnie takie przemyslenie na temat smierci. Moja matka ma straszny problem z pogodzeniem sie ze smiercia innych, swoich bliskich.
Ja tez stracilam bliskich oczywiscie. Bylo to trudne, szczegolnie rak mojego dziadka bo bardzo przerazal mnie rak.
Pozniej, kiedy stracilam faceta, ktorego bardzo kochalam bylo mi juz latwiej. Zmienilo sie moje podejscie do smierci innych. Powod tego jest taki, ze przestalam uciekac od emocji i jakos tak inaczej to ugryzlam, postanowilam rozgryzc ta smierc.
Oczywiscie nie jest tak, ze sie ciesze z tego lub jest mi to obojetne. Jednak nie boje sie, ze to sie stanie.
Jedna z moich kotek, bo mam trzy kotki (girl power!) zostala znaleziona jako noworodek przy zmarlej mamie. Przez to byla na poczatku bardzo zagubiona, bardzo ciagle placzaca i ogolnie teraz na dorosla kotke jest bardzo mala. Jak poznalam jej historie to zrobilo mi sie tak zal jej, ze dopiero sie urodzila i nie miala nikogo na swiecie. Przyszlo mi do glowy by zrobic mala ksiazeczke dla dzieci o jej matce. I zrobilam taka historyjke o duchu kota, ktory nie wie czego szuka, az pewnego dnia widzi w oknie swoje kocie dziecko i wie, ze szuka wlasnie tego: Swiadomosci, ze dziecko jej jest bezpieczne. Mojemu mezowi kazalam to pozniej czytac po kolei, bo chcialam zeby mial zaskoczenie na koniec, ze to o matce naszej Diaboliny. No i wzruszyl sie na koniec wiec postanowilismy zrobic animacje poklatkowa z tego.
I mniej wiecej tak radze sobie ze smiercia. Do mego bylego napisalam ostatni list i spalilam ten list noca na dachu, a moja kurtke, ktora nosilam bo byla podobna do jego kurtki oddalam na cele charytatywne. W ten sposob uwolnilam go tak jak popioly tego listu na wietrze.

Oczywiscie tez ja zajmujac sie tematami takimi jak historia i psychologia kryminalna jestem ze zmarlymi praktycznie caly czas. Historia to same postacie dawno zmarle, a co do psychologi kryminalnej (nigdy nie wiem czy to dobrze po Polsku pisze, bo mam na mysli forensic psychology) to oczywiscie czesto jest przerazajacy to temat.

Jesli chodzi o moja wlasna smiertelnosc to jezeli moje zycie jest beznadziejne to wtedy, na przyklad, boje sie latac samolotem bo boje sie spasc i umrzec. Kiedy zyje wedle siebie, robie co chce i zyje pelnia to wtedy uwielbiam latac samolotem i nie boje sie umrzec. Bo to nie ma znaczenia juz, jestem zywa wiec moge umrzec i nie boje sie.

W sumie zawarłaś wiele ciekawych opcji w swoim wpisie, z którymi sie zgadzam. Bo też mam wielki lęk przed śmiercią jak Twoja mama i też panicznie boję się raka, rak to wyrok, agonia, cierpienie a na końcu śmierć na którą się już paradoksalnie czeka jako na koniec cierpienia. Jeszcze do końca nie rozgryzłam tego tematu. Czasami jednak wydaje mi się, ze tak, a czasami, ze nie. 
Mam w sobie taką dwojakość:
Czasami wydaje mi się, ze śmierć jest tuż tuż. Niektórzy myślą, ze śmierć jest czymś dalekim, co spotka ich za kilkadziesiąt lat, jak już będą starzy i zniedołężniali. Mają niby świadomość, że mogą zginąć znacznie wcześniej (i nastolatki giną w wypadkach, chorują i tak dalej), ale na ogół śmierć jest dla nich ale daleko.  Właśnie w gorszych chwilach w życiu, jakoś tak mi się zdawało, ze śmierć jest tuż tuż. Nie ważne, czy wracałam z lekcji w 7 klasie - mogłam po drodze wpaść pod samochód - i już koniec - tak wtedy myślałam. Potem jako nastolatka miałam fazę, ze pójdę wieczorem spać, a rano się nie obudzę. Szaleństwo, inne nastolatki szaleją, malują się, latają na imprezy - ja bałam się zasnąć, ze strachu przed śmiercią. Ile mogłam mieć lat? Może 15? To było jakoś na początku liceum. Później doszedł strach o bliskich, ze umierają w wyniku chorób, wypadków, albo ze starości. Wkurzało mnie wtedy,. że nie mam na to wpływu i nie mogę temu zapobiec. Do dziś nie wiem, skąd u 10 lub 15 latki takie myśli?
Moja dwojakość teraz polega na tym, ze czasem właśnie mam okresy, gdzie boję się śmierci, a wtedy czuję się tak, jakbym nie żyła. Bo bojąc się śmierci już właściwie jesteś martwy, nie żyjesz - bo nie korzystasz z życia. Owszem śpisz, jesz, chodzisz do pracy, nawet rozmawiasz z ludźmi - ale Ty naprawdę wtedy nie żyjesz.
Drugi stan - to wtedy, gdy ten lęk mnie opuszcza. Myślę wtedy, ze i tak kiedyś każdy umrze, więc na jedno wychodzi, czy boi się śmierci, boi się zrobić różnych rzeczy i żyje jak w psychicznej celi, czy też przeciwnie, nie boi się śmierci, więc wolny robi w życiu to, na co ma ochotę. Wie, ze to się kiedyś skończy, więc co mu szkodzi spróbować będą c jeszcze na Ziemi tego, tego i tamtego. Różnych nowych relacji międzyludzkich, nowych aktywności, albo zachowań, których się wcześniej nie praktykowało. Ten drugi stan jest o wiele lepszy/ Ciekawe, że w drugim stanie maleją mi moje nerwicowe lęki. Co mnie cieszy.
Okultyzm nie bardzo mnie interesuje- to znaczy czytała kiedyś o tym, ale nie wierzę w te nadprzyrodzone rzeczy. Co jest dosyć dziwne, bo zdarzały mi się w życiu takie nadprzyrodzone rzeczy, ale nie będę ich opisywać bo w sumie w nie nie wierzę, może był to zwykły zbieg okoliczności, no i nie chcę Was tu straszyć.

Jesień też lubie (zmieniając temat). Moja pierwsza"miłość" zaczęła się właśnie we wrześniu. Oczywiście jak się okazało była tylko z mojej strony, bo chłopak miał inną dziewczynę, co się okazało potem. W zasadzie od tamtej pory całe życie przeżywałam ten sam wzór. Ale i tak został mi sentyment do tamtego czasu.
Aha, tamtego chłopaka z... ile? 20 parę lat temu??? Znalazłam ostatnio na FB smile Ząb czasu go nadgryzł, ma już 46-47 lat, żonę, syna, ciekawe, czy mnie pamięta, ale zakład, że nie smile

2,609

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
trx napisał/a:

Właśnie nie. Bodźcem do zmiany może być wszystko a więcej sił do walki ma się, gdy przepełniają nas pozytywne odczucia, nie negatywne. Akceptacja jest punktem wyjścia dla zmian na lepsze, jak dla mnie.

Podziwiam. Mnie nie są w stanie przepełniać pozytywne odczucia gdy czegoś w sobie nie akceptuję. To takie godzenie się z porażką aby zamienić ją w sukces. Może muszę się tego nauczyć, o ile to możliwe wink

Chociaż jak najbardziej zgadzam się z tym co napisałaś jeżeli chodziłoby o jakiś stan niezależny ode mnie, jeżeli chodziłoby o kogoś innego, na przykład drugą osobę, która jakoś wpływa na to że życie nie jest takie jak powinno być.


Lady Loka napisał/a:

Mam możliwość pracy zdalnej z domu, a i tak jeżdżę do pracy. To już samo pokazuje moje podejście

To jest jak najbardziej zdrowe podejście. Praca zdalna to przekleństwo. Prowadzi do totalnej izolacji a nawet powiedziałbym depresji jeżeli nie ma się dobrych kontaktów towarzyskich poza pracą. Im więcej będzie pracy zdalnej tym większe zarobki będą mieli producenci antydepresantów wink

2,610

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Peter4x napisał/a:

Rossanka:
Za 100 lat, w 2119 nikt nie będzie o nas pamiętał, o tym jak żyliśmy, co robiliśmy, z kim się spotykaliśmy, co do nas należało. No chyba że ktoś z nas będzie jakąś wybitną postacią historyczną, w co wątpię wink Czy ktoś teraz pamięta o tym co robili przeciętni ludzie w 1919 roku? Nikogo to nie obchodzi. Żyjemy w określonym czasie i przestrzeni, zmienić tego nie możemy. Dodatkowo wydaje nam się że po śmierci będzie koniec i po prostu przestaniemy istnieć.

Dokładnie. Nawet nie szłabym w ten 2119 rok. Dla ludzi z sąsiedniego osiedla Ty nie istniejesz, nie wiedzą, ze żyjesz, kim jesteś, co robisz. Dla ludzi za 100lat będziemy tyle co nic, tak jak dla nas ludzie ze starych fotografii. Oni też mieli swoje problemy, przemyślenia, prowadzili pewien styl życia - teraz nie ma to zupełnie znaczenia, znaczenie miało dla nich wtedy.



Peter4x napisał/a:

Dobrze teraz trochę pofantazjuję wink
Nikt nie wie co będzie po śmierci. Kiedyś pisałem o "past life regression", przywoływaniu wspomnień naszych albo innych ludzi z poprzednich żyć. Jest bardzo wiele relacji, szczególnie dzieci, opisujących dokładnie to kim były i co robiły w poprzednim życiu "Małe dzieci pamiętające swoje wcześniejsze wcielenia to zjawisko fascynujące i… dość powszechne". Te relacje dzieci zostały udowodnione, tzn. te osoby o których dzieci mówiły rzeczywiście istniały. Jednak nie wierzę i nie jestem zwolennikiem typowej reinkarnacji, tego że jest to po prostu taki reset który pozwoli nam się narodzić na nowo na tej ziemi i przeżyć kolejne życie w innych warunkach i doświadczać inne rzeczy niż w poprzednim życiu. Chociaż ilość artykułów i filmów na ten temat jest zadziwiająca..

Oglądałam tamte dokumenty, ale mam mieszane uczucia. Jaki sens miałaby reinkarnacja? Żeby naprawić coś w przyszłym życiu? A jak ktoś już wszystko naprawi to przestaje się reinkarnować? A co ze złodziejami, mordercami, ogólnie złymi ludźmi, mają mieć kolejne nagrody w postaci kolejnych wcieleń? Chyba, ze ktoś odrodzi się jako np bezdomny kot - jako kara. O ile reinkarnacja obejmuje połączenie - ludzie-zwierzęta.

Peter4x napisał/a:

Moim zdaniem najbezpieczniej jest żyć w zgodzie z przyjętymi chrześcijańskimi normami i przede wszystkim w zgodzie z samym sobą. Wtedy nic nie ryzykujemy.

Myśle, ze to zdanie jest kluczowe i dla zdrowia psychicznego i dla własnego samopoczucia.

2,611

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
rossanka napisał/a:
Winter.Kween napisał/a:

Rossanka, wywolalas we mnie takie przemyslenie na temat smierci. Moja matka ma straszny problem z pogodzeniem sie ze smiercia innych, swoich bliskich.
Ja tez stracilam bliskich oczywiscie. Bylo to trudne, szczegolnie rak mojego dziadka bo bardzo przerazal mnie rak.
Pozniej, kiedy stracilam faceta, ktorego bardzo kochalam bylo mi juz latwiej. Zmienilo sie moje podejscie do smierci innych. Powod tego jest taki, ze przestalam uciekac od emocji i jakos tak inaczej to ugryzlam, postanowilam rozgryzc ta smierc.
Oczywiscie nie jest tak, ze sie ciesze z tego lub jest mi to obojetne. Jednak nie boje sie, ze to sie stanie.
Jedna z moich kotek, bo mam trzy kotki (girl power!) zostala znaleziona jako noworodek przy zmarlej mamie. Przez to byla na poczatku bardzo zagubiona, bardzo ciagle placzaca i ogolnie teraz na dorosla kotke jest bardzo mala. Jak poznalam jej historie to zrobilo mi sie tak zal jej, ze dopiero sie urodzila i nie miala nikogo na swiecie. Przyszlo mi do glowy by zrobic mala ksiazeczke dla dzieci o jej matce. I zrobilam taka historyjke o duchu kota, ktory nie wie czego szuka, az pewnego dnia widzi w oknie swoje kocie dziecko i wie, ze szuka wlasnie tego: Swiadomosci, ze dziecko jej jest bezpieczne. Mojemu mezowi kazalam to pozniej czytac po kolei, bo chcialam zeby mial zaskoczenie na koniec, ze to o matce naszej Diaboliny. No i wzruszyl sie na koniec wiec postanowilismy zrobic animacje poklatkowa z tego.
I mniej wiecej tak radze sobie ze smiercia. Do mego bylego napisalam ostatni list i spalilam ten list noca na dachu, a moja kurtke, ktora nosilam bo byla podobna do jego kurtki oddalam na cele charytatywne. W ten sposob uwolnilam go tak jak popioly tego listu na wietrze.

Oczywiscie tez ja zajmujac sie tematami takimi jak historia i psychologia kryminalna jestem ze zmarlymi praktycznie caly czas. Historia to same postacie dawno zmarle, a co do psychologi kryminalnej (nigdy nie wiem czy to dobrze po Polsku pisze, bo mam na mysli forensic psychology) to oczywiscie czesto jest przerazajacy to temat.

Jesli chodzi o moja wlasna smiertelnosc to jezeli moje zycie jest beznadziejne to wtedy, na przyklad, boje sie latac samolotem bo boje sie spasc i umrzec. Kiedy zyje wedle siebie, robie co chce i zyje pelnia to wtedy uwielbiam latac samolotem i nie boje sie umrzec. Bo to nie ma znaczenia juz, jestem zywa wiec moge umrzec i nie boje sie.

W sumie zawarłaś wiele ciekawych opcji w swoim wpisie, z którymi sie zgadzam. Bo też mam wielki lęk przed śmiercią jak Twoja mama i też panicznie boję się raka, rak to wyrok, agonia, cierpienie a na końcu śmierć na którą się już paradoksalnie czeka jako na koniec cierpienia. Jeszcze do końca nie rozgryzłam tego tematu. Czasami jednak wydaje mi się, ze tak, a czasami, ze nie. 
Mam w sobie taką dwojakość:
Czasami wydaje mi się, ze śmierć jest tuż tuż. Niektórzy myślą, ze śmierć jest czymś dalekim, co spotka ich za kilkadziesiąt lat, jak już będą starzy i zniedołężniali. Mają niby świadomość, że mogą zginąć znacznie wcześniej (i nastolatki giną w wypadkach, chorują i tak dalej), ale na ogół śmierć jest dla nich ale daleko.  Właśnie w gorszych chwilach w życiu, jakoś tak mi się zdawało, ze śmierć jest tuż tuż. Nie ważne, czy wracałam z lekcji w 7 klasie - mogłam po drodze wpaść pod samochód - i już koniec - tak wtedy myślałam. Potem jako nastolatka miałam fazę, ze pójdę wieczorem spać, a rano się nie obudzę. Szaleństwo, inne nastolatki szaleją, malują się, latają na imprezy - ja bałam się zasnąć, ze strachu przed śmiercią. Ile mogłam mieć lat? Może 15? To było jakoś na początku liceum. Później doszedł strach o bliskich, ze umierają w wyniku chorób, wypadków, albo ze starości. Wkurzało mnie wtedy,. że nie mam na to wpływu i nie mogę temu zapobiec. Do dziś nie wiem, skąd u 10 lub 15 latki takie myśli?
Moja dwojakość teraz polega na tym, ze czasem właśnie mam okresy, gdzie boję się śmierci, a wtedy czuję się tak, jakbym nie żyła. Bo bojąc się śmierci już właściwie jesteś martwy, nie żyjesz - bo nie korzystasz z życia. Owszem śpisz, jesz, chodzisz do pracy, nawet rozmawiasz z ludźmi - ale Ty naprawdę wtedy nie żyjesz.
Drugi stan - to wtedy, gdy ten lęk mnie opuszcza. Myślę wtedy, ze i tak kiedyś każdy umrze, więc na jedno wychodzi, czy boi się śmierci, boi się zrobić różnych rzeczy i żyje jak w psychicznej celi, czy też przeciwnie, nie boi się śmierci, więc wolny robi w życiu to, na co ma ochotę. Wie, ze to się kiedyś skończy, więc co mu szkodzi spróbować będą c jeszcze na Ziemi tego, tego i tamtego. Różnych nowych relacji międzyludzkich, nowych aktywności, albo zachowań, których się wcześniej nie praktykowało. Ten drugi stan jest o wiele lepszy/ Ciekawe, że w drugim stanie maleją mi moje nerwicowe lęki. Co mnie cieszy.
Okultyzm nie bardzo mnie interesuje- to znaczy czytała kiedyś o tym, ale nie wierzę w te nadprzyrodzone rzeczy. Co jest dosyć dziwne, bo zdarzały mi się w życiu takie nadprzyrodzone rzeczy, ale nie będę ich opisywać bo w sumie w nie nie wierzę, może był to zwykły zbieg okoliczności, no i nie chcę Was tu straszyć.

Jesień też lubie (zmieniając temat). Moja pierwsza"miłość" zaczęła się właśnie we wrześniu. Oczywiście jak się okazało była tylko z mojej strony, bo chłopak miał inną dziewczynę, co się okazało potem. W zasadzie od tamtej pory całe życie przeżywałam ten sam wzór. Ale i tak został mi sentyment do tamtego czasu.
Aha, tamtego chłopaka z... ile? 20 parę lat temu??? Znalazłam ostatnio na FB smile Ząb czasu go nadgryzł, ma już 46-47 lat, żonę, syna, ciekawe, czy mnie pamięta, ale zakład, że nie smile

Ciezko mi zgadywac skad u Ciebie strach przed rakiem. Oczywiscie, jezeli strach jest tez przed smiercia to ma sens, ze przed rakiem bo to bardzo ciezka choroba.
Pamietam, ze w pewnym momencie zauwazylam u siebie takie zaleznosci. Balam sie raka, ale nie smierci. Rak przerazal mnie stanem do jakiego sprowadzal czlowieka, ktory mial terminalna chorobe. Z kolei tez balam sie opetania demonicznego, alez panicznie sie balam i mialam o tym koszmary. Jednak nie wierze w zadne nadprzyrodzone rzeczy.
Pozniej w trakcie wlasnej drogi do wyleczenia sie z nerwicy zrozumialam, ze rak i opetanie to to samo. To sa tylko symboliczne strachy (podobnie jak wszystkie inne w mojej nerwicy) rak wychodzi z nas samych i przejmuje wladze nad calym cialem, 'szatan' podobnie. Te symbole sa praktycznie dla mnie identyczne.
Chodzilo o strach przed tym co wyjdzie ze mnie i przejmie nade mna kontrole. Ostatecznie zrozumienie, ze boje sie czegos w srodku siebie, a nie projekcja na zewnatrz mi pomoglo.

Ale czy stalo sie cos u Ciebie co wywolaloby taki strach i juz w tak mlodym wieku? Moze nie koniecznie zwiazanego ze smiercia nawet?  Wiem jak to jest z nerwica, ale nerwica jest raczej symboliczna. W sensie, ze tak naprawde te wszystkie strachy to sa jak jezyk, ktory trzeba zrozumiec.

Ja nie wierze w zjawiska nadprzyrodzone, ale wierze w ludzki umysl.
Jezeli wezme kamien i powiem sobie, ze ten kamien to przewodnik w swiecie snu. Poloze sie spac i wpadne w ciag koszmarow i paralizu, gdzie nie moge sie obudzic wcale i budze sie ze snu w sen. Wtedy widze, ze kamien lezy obok mnie wiec moge go wziac, we snie, i kazac mu poprowadzic mnie do tego co potrzebuje zobaczyc.
Wtedy moge nie tylko zobaczyc co potrzebuje w swojej podswiadomosci, ale moge sie tez obudzic. Kamien nie ma zadnych mocy, ale ludzki umysl ma i ma przywiazanie do symboli. Krzyze, obraczki, nagrobki, medaliki, pamiatki rodzinne, choinka. Ot caly okultyzm. Cos w stylu placebo.

2,612

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
rossanka napisał/a:

Dokładnie. Nawet nie szłabym w ten 2119 rok. Dla ludzi z sąsiedniego osiedla Ty nie istniejesz, nie wiedzą, ze żyjesz, kim jesteś, co robisz. Dla ludzi za 100lat będziemy tyle co nic, tak jak dla nas ludzie ze starych fotografii. Oni też mieli swoje problemy, przemyślenia, prowadzili pewien styl życia - teraz nie ma to zupełnie znaczenia, znaczenie miało dla nich wtedy.

Kiedyś oglądałem stare zdjęcia z lat 1850-1920 i zastanawiałem się jak ci ludzie żyli, co robili. To takie dziwne uczucie że wszyscy ludzie na tych zdjęciach już dawno nie żyją. Gdzie oni teraz są? W niebie? W piekle? W czyśćcu? Na szczęście te rozważania mi przeszły. Piszę o tym bo był taki okres że miałem dokładnie te same lęki dotyczące śmieci jak opisujesz w poprzedniej wypowiedzi.


rossanka napisał/a:

Oglądałam tamte dokumenty, ale mam mieszane uczucia. Jaki sens miałaby reinkarnacja? Żeby naprawić coś w przyszłym życiu? A jak ktoś już wszystko naprawi to przestaje się reinkarnować? A co ze złodziejami, mordercami, ogólnie złymi ludźmi, mają mieć kolejne nagrody w postaci kolejnych wcieleń? Chyba, ze ktoś odrodzi się jako np bezdomny kot - jako kara. O ile reinkarnacja obejmuje połączenie - ludzie-zwierzęta.

Przyznam że czasami się zastanawiałem dlaczego mi się życie tak skopało. Czy przypadkiem sobie czymś na to nie zasłużyłem w poprzednich wcieleniach wink

Nie ma żadnych dowodów na to że reinkarnacja istnieje, bo być nie może. Dlatego ja też w taką reinkarnację w czystej postaci nie wierzę, a już na pewno nie w połączenia ludzie-zwierzęta wink Jedyne dowody to wspomnienia przeszłych żyć jakiejś osoby wywoływane przez hipnozę. Co dziwne, w większości przypadków te wspomnienia zostały potwierdzone. Jednak wierzę że świadomość może istnieć poza ciałem, jest od niego niezależna.

2,613

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Winter.Kween napisał/a:

Ciezko mi zgadywac skad u Ciebie strach przed rakiem. Oczywiscie, jezeli strach jest tez przed smiercia to ma sens, ze przed rakiem bo to bardzo ciezka choroba.
Pamietam, ze w pewnym momencie zauwazylam u siebie takie zaleznosci. Balam sie raka, ale nie smierci. Rak przerazal mnie stanem do jakiego sprowadzal czlowieka, ktory mial terminalna chorobe.

Właśnie przeraża mnie ta jak to piszesz terminalna choroba, ten końcowy okres.

Winter.Kween napisał/a:

Ale czy stalo sie cos u Ciebie co wywolaloby taki strach i juz w tak mlodym wieku? Moze nie koniecznie zwiazanego ze smiercia nawet?  Wiem jak to jest z nerwica, ale nerwica jest raczej symboliczna. W sensie, ze tak naprawde te wszystkie strachy to sa jak jezyk, ktory trzeba zrozumiec.

Tego właśnie nie wiem. Co prawda jak byłam dzieckiem zmarł mi dziadek. Może od tego się zaczęło?Kto wie? Z drugiej strony  wielu dzieciakom umiera dziadek i nic się dalej z ich psychiką nie dzieje.
A nerwica zaczęła mi sie wcześniej chyba, jak tak teraz sobie przypominam, zawsze było "coś nie tak", po latach jak już miałam większość świadomość, to doszłam do tego, ze te ataki lękowe, które miałam już jako kilkulatka, to była najzwyczajniejsza nerwica, ale wtedy oczywiście tego nie wiedziałam. Ogólnie uważam, ze z nerwicy da się wyjść, ale jak ktoś się jej nabawił, bo ja wiem, jako dorosły, jak miał 25 lat, 30. Jak masz ją od przedszkola, w zasadzie nie masz szans z tego wyjść. Mozesz jednak złagodzić jej przebieg.
W zasadzie ta cała nerwica łączy i się też z moim brakiem związków. W zasadzie to często podświadomie uciekałam przed bliższymi relacjami, bo bałam się, ze druga strona odkryje, ze TO mam i mnie zostawi. Wiec paradoksalnie łatwiej było wcale nie zaczynać relacji. Potem miałam taki okres (byłam już dawno po 30), ze wymyśliłam sobie, że dopóki z niej nie wyjdę, nie będę wchodziła w żadne związki, bo muszę się najpierw wyleczyć z nerwicy, a potem dopiero układać sobie życie z kimś, aby nie być obciążeniem dla partnera./ Tu był tylko jeden haczyk. Jakkolwiek w wielu sytuacjach jest już lepiej, to te objawy nerwicowe wracają co jakiś czas, myśle, że nie możliwe jest ich całkowite wyleczenie. A co oznacza, że w związku nigdy nie będę. Co jest trochę bez sensu, bo niby dlaczego ma komuś przeszkadzać to, że mam takie i takie objawy. Ale gdzieś z tyłu głowy mam głos, że może jednak komuś BĘDĄ przeszkadzały te objawy i robi się takie błędne koło.



Winter.Kween napisał/a:

Ja nie wierze w zjawiska nadprzyrodzone, ale wierze w ludzki umysl.
Jezeli wezme kamien i powiem sobie, ze ten kamien to przewodnik w swiecie snu. Poloze sie spac i wpadne w ciag koszmarow i paralizu, gdzie nie moge sie obudzic wcale i budze sie ze snu w sen. Wtedy widze, ze kamien lezy obok mnie wiec moge go wziac, we snie, i kazac mu poprowadzic mnie do tego co potrzebuje zobaczyc.
Wtedy moge nie tylko zobaczyc co potrzebuje w swojej podswiadomosci, ale moge sie tez obudzic. Kamien nie ma zadnych mocy, ale ludzki umysl ma i ma przywiazanie do symboli. Krzyze, obraczki, nagrobki, medaliki, pamiatki rodzinne, choinka. Ot caly okultyzm. Cos w stylu placebo.

W takie placebo też wierzę.
Przypomniało mi się kiedyś, jak byłam u babci. Babcię rozbolała głowa i mówi do mnie" poczekaj, musze wziąć tabletkę, bo boli mnie dziś głowa". Wzięła tabletkę z takiej saszetki, w której trzymała leki i głowa rzeczywiście przeciągu pół godziny przestała ją boleć. Tylko, że za kolejne kilkadziesiąt minut zajrzała znowu po coś tam do tej swojej saszetki z lekami i okazało się, ze zamiast pastylki na ból głowy wzięła witaminę C smile.
Na zachodzie przeprowadzono wiele doświadczeń na temat placebo i wyniki są zadziwiające.
Ja wierzę, ze nerwicę może pokonać siła umysłu, ale chyba mam jeszcze za słaby ten umysł.

2,614

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Peter4x napisał/a:
Lady Loka napisał/a:

Mam możliwość pracy zdalnej z domu, a i tak jeżdżę do pracy. To już samo pokazuje moje podejście

To jest jak najbardziej zdrowe podejście. Praca zdalna to przekleństwo. Prowadzi do totalnej izolacji a nawet powiedziałbym depresji jeżeli nie ma się dobrych kontaktów towarzyskich poza pracą. Im więcej będzie pracy zdalnej tym większe zarobki będą mieli producenci antydepresantów wink

Zależy. Od predyspozycji. Słyszałam od znajomego o jego koledze, który po roku pracy zdalnej zaczął się bać wychodzić do ludzi w ogóle.

Dla mnie praca zdalna to błogosławieństwo, ale nie chciałabym pracować zdalnie 100 % czasu. Niemniej, pracując w domu chyba lepiej się koncentruję zazwyczaj. Dochodzi oszczędność czasu oraz kosztów i energii, jakie pochłania dojazd. Psychicznie też mi to służy, widzę się z kimś jeśli mam ochotę, a nie dlatego, że muszę.

Jeżeli ktoś jest podatny na negatywne skutki, wynikające z izolacji, będzie go praca zdalna ciągnąć w dół. Jeżeli komuś to sprzyja - atuty są ogromne.

2,615

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
rossanka napisał/a:

A co oznacza, że w związku nigdy nie będę. Co jest trochę bez sensu, bo niby dlaczego ma komuś przeszkadzać to, że mam takie i takie objawy. Ale gdzieś z tyłu głowy mam głos, że może jednak komuś BĘDĄ przeszkadzały te objawy i robi się takie błędne koło.

Jeżeli będą MU przeszkadzały takie objawy jak opisujesz to nie jest Ciebie wart i szczęścia z nim na pewno nie zaznasz. Jeszcze nie widziałem człowieka który by nie miał żadnych problemów. Jesteśmy tylko ludźmi i wszyscy mamy jakieś wady. Nie ma ludzi idealnych. Co nie przeszkadza ogromnej większości wchodzić w związki.


trx napisał/a:

Zależy. Od predyspozycji. Słyszałam od znajomego o jego koledze, który po roku pracy zdalnej zaczął się bać wychodzić do ludzi w ogóle.

Dla mnie praca zdalna to błogosławieństwo, ale nie chciałabym pracować zdalnie 100 % czasu. Niemniej, pracując w domu chyba lepiej się koncentruję zazwyczaj. Dochodzi oszczędność czasu oraz kosztów i energii, jakie pochłania dojazd. Psychicznie też mi to służy, widzę się z kimś jeśli mam ochotę, a nie dlatego, że muszę.

Jeżeli ktoś jest podatny na negatywne skutki, wynikające z izolacji, będzie go praca zdalna ciągnąć w dół. Jeżeli komuś to sprzyja - atuty są ogromne.


Ja właśnie muszę uważać z tym "ciągnięciem w dół". Może tylko przechodzę taki okres, a później będzie lepiej.

2,616

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Piegowata'76 napisał/a:

Cześć, Manzanito. Zastanawiałam się, czy moja odpowiedź na Twój ostatni mail do Ciebie, nie dotarła, czy też po prostu nie zdecydowałaś się na dalszą korespondencję (no problem smile )

Odpowiedź dotarła, oczywiście, dziękuję. Nie odpisałam na razie, ponieważ nie mam wesołych rzeczy do opowiadania, a nie chcę Ci smęcić. Ludzi to odpycha i denerwuje, więc lepiej przemilczać takie nastroje.

Próbowałam polubić jesień, nawet kilka lat wstecz robiłam ludziki z kasztanów, zbierałam kolorowe liście i nic to nie dało. Wraz z zimą przychodzą święta, a to dla mnie też smutny czas. No, trzeba jakoś przespać do tej wiosny wink

Manzanita to roślina, która pojawiała się w jednym z moich ulubionych kryminałów Chandlera - "Kobieta w jeziorze" smile

2,617

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
trx napisał/a:
Peter4x napisał/a:
Lady Loka napisał/a:

Mam możliwość pracy zdalnej z domu, a i tak jeżdżę do pracy. To już samo pokazuje moje podejście

To jest jak najbardziej zdrowe podejście. Praca zdalna to przekleństwo. Prowadzi do totalnej izolacji a nawet powiedziałbym depresji jeżeli nie ma się dobrych kontaktów towarzyskich poza pracą. Im więcej będzie pracy zdalnej tym większe zarobki będą mieli producenci antydepresantów wink

Zależy. Od predyspozycji. Słyszałam od znajomego o jego koledze, który po roku pracy zdalnej zaczął się bać wychodzić do ludzi w ogóle.

Dla mnie praca zdalna to błogosławieństwo, ale nie chciałabym pracować zdalnie 100 % czasu. Niemniej, pracując w domu chyba lepiej się koncentruję zazwyczaj. Dochodzi oszczędność czasu oraz kosztów i energii, jakie pochłania dojazd. Psychicznie też mi to służy, widzę się z kimś jeśli mam ochotę, a nie dlatego, że muszę.

Jeżeli ktoś jest podatny na negatywne skutki, wynikające z izolacji, będzie go praca zdalna ciągnąć w dół. Jeżeli komuś to sprzyja - atuty są ogromne.

Może źle się wyraziłam - mam możliwość pracować z domu 2 dni w tygodniu, pozostałe w biurze smile
Ale w sumie najczęściej biorę jeden dzień, dwa to jak już faktycznie coś potrzebuję typu czekam na paczkę albo coś.
Wolę wychodzić z domu. Kilka razy wzięłam sobie 2 dni pracy zdalnej koło weekendu i 4 dni w domu mnie dobiły. Ale to kwestia mieszkania i otoczenia, bo u moich rodziców w domu to mogłabym i przez dwa tygodnie nie wychodzić i nic mi nie jest.

2,618

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Życie nie dokopuje po to by ukarać, ale by się czegoś uczyć, doskonalić.

2,619

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Rossanko, a nie myślałaś, że te dość czarne myśli o śmierci, które raz masz a raz nie, są objawem/skutkiem nerwicy właśnie?

2,620

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
trx napisał/a:

Rossanko, a nie myślałaś, że te dość czarne myśli o śmierci, które raz masz a raz nie, są objawem/skutkiem nerwicy właśnie?

Nie mam pojęcia.  Ale od dziecka bym je miała? Z drugiej strony, myślałam kiedyś,  że to dosyć powszechne myśli wśród ludzi w każdym wieku.

2,621

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Peter4x napisał/a:
rossanka napisał/a:

A co oznacza, że w związku nigdy nie będę. Co jest trochę bez sensu, bo niby dlaczego ma komuś przeszkadzać to, że mam takie i takie objawy. Ale gdzieś z tyłu głowy mam głos, że może jednak komuś BĘDĄ przeszkadzały te objawy i robi się takie błędne koło.

Jeżeli będą MU przeszkadzały takie objawy jak opisujesz to nie jest Ciebie wart i szczęścia z nim na pewno nie zaznasz. Jeszcze nie widziałem człowieka który by nie miał żadnych problemów. Jesteśmy tylko ludźmi i wszyscy mamy jakieś wady. Nie ma ludzi idealnych. Co nie przeszkadza ogromnej większości wchodzić w związki.

.

Byłoby mi przyjemnie,  jakby tak było.  Niby mówi się,  że każdy ma jakieś wady, ale wystarczy napomknąc, że leczylo się u psychiatry, ma się zaburzenia nerwicowe, lękowe i ludzie wieją. Nawet na forum. Każdy chce mieć zdrową psychicznie osobę.  Partnera z nerwicą niewiele osób by chciało,  wręcz dostawali by porady: zostaw go, weź sobie kogoś zdrowego i uporzadkowanego psychicznie. Wiem, bo zadałam tu kiedyś takie pytanie i generalnie znakomita większość była przeciw.

2,622 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-14 22:28:20)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Dobry wieczór Paniom i Panom smile
Dziś już trochę chłodniej, ale wciąż jeszcze pięknie. Jestem bardzo z siebie i dnia zadowolona, bo odwaliłam kawał zaległej domowo-garażowo-ogródkowej roboty.
Piszecie o róznych sprawach ; po kolei się odniosę.
Z pór roku lubię właściwie każdą, nawet deszcz ma urok, ale na dłuższą metę brak słońca działa na mnie przygnębiająco. Mam różne sposoby, na niepoddawanie się temu - generalnie chodzi o to, żeby robić to, co nam dobrze robi i nastrój podnosi. Zimę, taką prawdziwą, białą i śnieżną kocham, ale ostatnimi laty o taką niełatwo. Czytając Wasze wpisy zamarzyłam o zmrożonym listopadowym powietrzu wdychanym głęboooko po wyjściu rano z domu smile I o szronie.

Lady Loka, rozumiem, że wynajem to nowa dla Ciebie i trudna sytuacja, ale może też "Twojemu" mieszkaniu brakuje duszy, nie współgra z Tobą, nie czujesz go? Może warto poszukać innego? Raz mi się zdarzyło, gdy oglądałam dość korzystną ofertę, że wszystko we mnie zakrzyczało: "Nie chcę tu mieszkać!". Szukałam dalej, aż znalazłam.
Ja generalnie mam takie podejście do życia, że szukam plusów i uroków. Każde z wynajętych mieszkań jakiś urok miało. W ostatnim podziwiałam z okna kuchni zachody słońca nad miastem i dzieci na podwórku pobliskiego przedszkola. Blisko miałam do parku, a pod osiedlowym sklepem "zakumplowałam" z Panem Jankiem (imię zmieniam), który specjalnie dla mnie grał mi kiedyś w sklepie kolędy na organkach smile
Wcześniej mieszkałam w mieszkaniu jednopokojowym. Mieściło się przy jednej z głównych ulic - smog i hałas, latem wściekła duchota, bo okna wychodziły tylko na jedną stronę. Ale za to gdy wieczorem stawało się ciszej słuchałam nocnej fontanny z pobliskiego skweru, w okna zaglądały mi stare, przedwojenne kamienice, w których przed wojną zamieszkiwała np. pewna nasza lokalna bohaterka, harcerka, uczestniczka ruchu oporu. Fajnie było wyobrażać sobie, że chodzę jej ścieżkami. W tym mieszkaniu mogłam godzinami gapić się przez okno, bo wciąż przesuwał się korowód przechodniów. A do ilu znajomych wykrzykiwałam z balkonu "cześć" albo "dzień dobry" smile. I blisko było wszędzie: na rynek, do sklepów, do szewca.
Teraz mam podwórze, sąsiedzką integrację, ogródek i Księżyc Żniwiarzy smile
Trochę stuknięta romantyczka jestem, ale codzienność zaczarować to mój sposób na życie smile
W każdym mieszkaniu odkrywałam coś niepowtarzalnego. Uwielbiam ten etqap wydeptywania nowych ścieżek, odkrywania "swoich" miejsc i spacerowych szlaków.
A wygody? Nie szukam. Byle nie marznąć i byle na głowę się nie lało. Zawsze sobie można jakąś ładną chustę na brzydki stolik rzucić smile

Winter, to piękne o tych świetlikach i kotach. Chyba podobnie patrzymy na świat.
Jestem raczej racjonalna, choć szurnięta romantyczka, a jednak wierzę w rózne sygnały i znaki, szukam w nich wsparcia i siły. Czasem porzucony kapsel z napisem: "Dasz radę" potrafi mnie podnieść na duchu. To kwestia wyboru. Życie natomiast - powtarzam i powtarzać to będę z uporem - to przede wszystkim nasze interpretacje, nasze podejście do spraw.

Rossanko, Peterze zgadzam się całym sercem z tym, że jeśli ktoś nie akceptuje naszych słabości, chorób itp. to nie ma kogo żałować. Ale z doświadczenia wiem, że jest druga strona medalu: to bardzo zawęża grono naszych potencjalnych partnerów. Kiedyś świetnie rozmawiało mi się z facetem, dopóki nie palnęłam z rozpędu, że moja mama jest w psychiatryku (leczyła depresję po śmierci mojego ojca) - to był koniec znajomości i zabolało mnie to ewidentnie. Wiem też, że obciążona dwiema przewlekłymi chorobami, mam ograniczone tzw. szanse.
Ale znam przykłady osób chorych, nawet i psychicznie, którym związek się przydarzył. Pewna koleżanka, schizofreniczka jest już prawie 10 lat z mężczyzną, choć związek do łatwych nie należy. Ale trwają. Urzekła go szalenie atrakcyjną aparycją, przy tym to bardzo inteligenta dziewczyna, której zdolności i umiejętności (takie praktyczne, życiowe) zawsze podziwiałam - umie pięknie ozdobić dom, zna się na gotowaniu, pracach okołodomowych, a przy tym jest oczytana i można z nią pogadać na wiele, wiele tematów. Szczerze mówiąc, zaskakujący był dla mnie fakt, że z prostym, nazywając rzeczy po imieniu, człowiekiem zbudowała coś wspólnego. Druga osoba to zmarła niedawno, mocno chorująca kobieta. Śliczna, mądra, ale schorowana okrutnie. On bał się tego związku, przyszłości, ale przyciągnęła go serdecznością i pogodą ducha. Przeżyli razem 13 lat, aż do jej śmierci.
A więc da się smile Da się, choć ja wolę być przygotowana na różne życiowe scenariusze. I zdrowi zostają czasem sami.

Na pewno umiejętność głębszego spojrzenia na drugiego człowieka świadczy o nim jak najlepiej, a nasze "usterki" to niezły test.

2,623 Ostatnio edytowany przez trx (2019-09-14 19:45:08)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
rossanka napisał/a:
Peter4x napisał/a:
rossanka napisał/a:

A co oznacza, że w związku nigdy nie będę. Co jest trochę bez sensu, bo niby dlaczego ma komuś przeszkadzać to, że mam takie i takie objawy. Ale gdzieś z tyłu głowy mam głos, że może jednak komuś BĘDĄ przeszkadzały te objawy i robi się takie błędne koło.

Jeżeli będą MU przeszkadzały takie objawy jak opisujesz to nie jest Ciebie wart i szczęścia z nim na pewno nie zaznasz. Jeszcze nie widziałem człowieka który by nie miał żadnych problemów. Jesteśmy tylko ludźmi i wszyscy mamy jakieś wady. Nie ma ludzi idealnych. Co nie przeszkadza ogromnej większości wchodzić w związki.

.

Byłoby mi przyjemnie,  jakby tak było.  Niby mówi się,  że każdy ma jakieś wady, ale wystarczy napomknąc, że leczylo się u psychiatry, ma się zaburzenia nerwicowe, lękowe i ludzie wieją. Nawet na forum. Każdy chce mieć zdrową psychicznie osobę.  Partnera z nerwicą niewiele osób by chciało,  wręcz dostawali by porady: zostaw go, weź sobie kogoś zdrowego i uporzadkowanego psychicznie. Wiem, bo zadałam tu kiedyś takie pytanie i generalnie znakomita większość była przeciw.

Nie pamiętam źródła, kiedyś czytałam wyniki badań według których to kobiety z zaburzeniami nerwicowymi statystycznie częściej niż zdrowe tworzyły długotrwałe związki wink

Różne znam pary. Znaczna ich część to takie, gdzie minimum jedna osoba ma/miała jakieś zaburzenie. Zależy od podejścia. Niektórzy nie mają dość cierpliwości w sobie, by znosić czyjeś cierpienie lub  uciążliwość, jaką wnoszą w codzienne życie zaburzenia natury psychicznej. Są też tacy, dla których sam fakt, że ktoś bywa u psychiatry skreśla człowieka. Zależy od stopnia zrozumienia tematu, które powszechnie jest i zapewne pozostanie niskie.



Piegowata'76 napisał/a:

Jestem bardzo z siebie i dnia zadowolona, bo odwaliłam kawał zaległej domowo-garażowo-ogródkowej roboty.

Ogromnie zazdroszczę, Piegowata smile Jestem uwięziona na weekend w domu a wiszą nade mną pewne zadania, na które czas się kończy. A tak mi się nie chciało, tak strasznie mi się nie chciało, że 5 podejść spaliłam i chyba nawet gdyby mnie ktoś bardzo mocno bił w ramach motywacji zewnętrznej nic by z tego nie wyszło. Zostałam zatem z poczuciem klęski i widmem góry roboty pod presją czasu wink

2,624 Ostatnio edytowany przez Peter4x (2019-09-14 22:25:22)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
rossanka napisał/a:

Byłoby mi przyjemnie,  jakby tak było.  Niby mówi się,  że każdy ma jakieś wady, ale wystarczy napomknąc, że leczylo się u psychiatry, ma się zaburzenia nerwicowe, lękowe i ludzie wieją. Nawet na forum. Każdy chce mieć zdrową psychicznie osobę.  Partnera z nerwicą niewiele osób by chciało,  wręcz dostawali by porady: zostaw go, weź sobie kogoś zdrowego i uporzadkowanego psychicznie. Wiem, bo zadałam tu kiedyś takie pytanie i generalnie znakomita większość była przeciw.

Piegowata'76 napisał/a:

zgadzam się całym sercem z tym, że jeśli ktoś nie akceptuje naszych słabości, chorób itp. to nie ma kogo żałować. Ale z doświadczenia wiem, że jest druga strona medalu. To bardzo zawęża grono naszych potencjalnych partnerów. Kiedyś świetnie rozmawiało mi się z facetem, dopóki nie palnęłam z rozpędu, że moja mama jest w psychiatryku (leczyła depresję po śmierci mojego ojca) - to był koniec znajomości i zabolało mnie to ewidentnie. Wiem też, że obciążona dwiema przewlekłymi chorobami, mam ograniczone tzw. szanse.

trx napisał/a:

Różne znam pary. Znaczna ich część to takie, gdzie minimum jedna osoba ma/miała jakieś zaburzenie. Zależy od podejścia. Niektórzy nie mają dość cierpliwości w sobie, by znosić czyjeś cierpienie lub  uciążliwość, jaką wnoszą w codzienne życie zaburzenia natury psychicznej. Są też tacy, dla których sam fakt, że ktoś bywa u psychiatry skreśla człowieka. Zależy od stopnia zrozumienia tematu, które powszechnie jest i zapewne pozostanie niskie.

Niestety w Polsce panuje takie przekonanie, że jak ktoś był u psychiatry to trzeba zwiewać od niego jak najszybciej bo pewnie bardzo trudno będzie z nim wytrzymać, może jest niebezpieczny, może zboczeniec wink Jednak mnie by żadne wizyty kobiety lub jej rodziny u psychiatry nie wystraszyły. Z prostego powodu. Lekarze zbyt pochopnie kierują wszystkich do psychiatry gdy ich ograniczona wiedza okazuje się za mała aby poprawnie zdiagnozować pacjenta. Kiedyś miałem bardzo poważne problemy ze zdrowiem, na szczęście nie psychicznym smile więc wiem do czego ci lekarze są zdolni.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie wchodzi w związki od razu. Najpierw się dość długo poznaje daną osobę, więc samemu można ocenić jakie ma zaburzenia i czy te zaburzenia będą w przyszłości stanowiły problem. Jak ktoś znika gdy dowie się o tego typu problemach, nawet nie oceniając samemu jaki wpływ mogłyby one mieć na potencjalny związek, to znaczy że ma bardzo ograniczone myślenie i dobrze że zniknął smile


EDIT : zabawne, wydawało mi się że rano było 55 stron wątku, a teraz widzę 48. Ciekawe które to strony znikają.

2,625 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-14 22:46:02)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Trx, żebyś wiedziała, jak długo ja się zbierałam do tych prac. Jak pies do jeża smile
Ale teraz mi strasznie fajnie - zasłużony relaks z herbatką i forum.

Peter, mam wrażenie - może mylne, może subiektywne - że szybkie związki, szybkie decyzje to znak dzisiejszych czasów. Razi mnie i boli skreślanie z góry drugiego człowieka. Mieszka z rodzicami - dyskwalifikacja ; nie ma prawa jazdy - odmaszerować ; chory - patrz wyżej. A nie łaska przyjrzeć się, dlaczego jest tak, a nie inaczej, co sobą reprezentuje dana osoba jako człowiek? Przykre to mocno, choc sama też z góry wiem, że w pewne relacje raczej nie wejdę. Odmawiam panom z daleka, bo po prostu nie ogarnę dojazdów finansowo ani logistycznie i nie zamierzam też dla żadnego mężczyzny rewolucjonizować swojego życia przeprowadzką na drugi koniec kraju czy za granicę. Trzymam się też z daleka od nałogowców, np. czynnych alkoholików, bo z nimi są tylko kłopoty.

2,626

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Piegowata'76 napisał/a:

mam wrażenie - może mylne, może subiektywne - że szybkie związki, szybkie decyzje to znak dzisiejszych czasów. Razi mnie i boli skreślanie z góry drugiego człowieka. Mieszka z rodzicami - dyskwalifikacja ; nie ma prawa jazdy - odmaszerować ; chory - patrz wyżej. A nie łaska przyjrzeć się, dlaczego jest tak, a nie inaczej, co sobą reprezentuje dana osoba jako człowiek?

Ano nie, bo ludziom dzisiaj nie chce się czekać, są niecierpliwi i nie rozumieją, że proces poznawania drugiego człowieka wymaga czasu. Ciekawe, jaki procent tych "podejmujących szybkie decyzje"odnośnie skreślenia drugiej osoby biadoli potem, że nie może nikogo poznać, że są samotni, itp.?

2,627 Ostatnio edytowany przez trx (2019-09-14 23:48:24)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Ogólnie to zgadzam się ze wszystkim, co piszecie, ale mam uwagę

Peter4x napisał/a:

Lekarze zbyt pochopnie kierują wszystkich do psychiatry gdy ich ograniczona wiedza okazuje się za mała aby poprawnie zdiagnozować pacjenta.

Nie do końca wiem, co miałeś na myśli, więc może trochę na wyrost piszę, ale sądzę, że w przypadku (coraz powszechniej dziś zresztą występujących) zaburzeń nerwicowych, depresyjnych, zaburzeń odżywiania  czy zaburzeń ze snem psychiatra jest niezbędnie potrzebny.
Lekarz innej profesji nawet nie powinien się za to zabierać z pokory, z prostej przyczyny - psychiatra zawsze będzie znał się na tym lepiej, od tego w końcu jest.
Fakt, że ludzie nawet w obliczu problemów usiłują omijać lekarza na p szerokim łukiem wynika w dużej mierze z ogromnej stygmatyzacji.

Piegowata, myślę, że znak naszych czasów to nie tylko szybkie związki, ale i szukanie 'idealnych' związków, idealnych partnerów, jak z katalogu.

2,628

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Piegowata'76 napisał/a:

mam wrażenie - może mylne, może subiektywne - że szybkie związki, szybkie decyzje to znak dzisiejszych czasów. Razi mnie i boli skreślanie z góry drugiego człowieka. Mieszka z rodzicami - dyskwalifikacja ; nie ma prawa jazdy - odmaszerować ; chory - patrz wyżej. A nie łaska przyjrzeć się, dlaczego jest tak, a nie inaczej, co sobą reprezentuje dana osoba jako człowiek? Przykre to mocno, choc sama też z góry wiem, że w pewne relacje raczej nie wejdę. Odmawiam panom z daleka, bo po prostu nie ogarnę dojazdów finansowo ani logistycznie i nie zamierzam też dla żadnego mężczyzny rewolucjonizować swojego życia przeprowadzką na drugi koniec kraju czy za granicę. Trzymam się też z daleka od nałogowców, np. czynnych alkoholików, bo z nimi są tylko kłopoty.

Związki na odległość to żadne związki tylko wmawianie sobie że jest się w związku. Nawet jeżeli to Polska i dzieli ich załóżmy 250km, to razem 500km w obie strony, łącznie jakieś 6 godzin jazdy samochodem, już nie licząc kosztów paliwa. Wypadałoby się pokazać tak raz na tydzień, hmmm no sorry nie widzę tego big_smile

Do alkoholu dodałbym jeszcze papierosy, trawkę, już nie pisząc o innych używkach wink Niektóre uzależnienia można jeszcze zrozumieć, np. kobiety bardzo lubią chodzić po sklepach, do fryzjera, itp wink


Manzanita napisał/a:

Ano nie, bo ludziom dzisiaj nie chce się czekać, są niecierpliwi i nie rozumieją, że proces poznawania drugiego człowieka wymaga czasu. Ciekawe, jaki procent tych "podejmujących szybkie decyzje"odnośnie skreślenia drugiej osoby biadoli potem, że nie może nikogo poznać, że są samotni, itp.?

Zapewne bardzo duży smile


trx napisał/a:

Nie do końca wiem, co miałeś na myśli, więc może trochę na wyrost piszę, ale sądzę, że w przypadku (coraz powszechniej dziś zresztą występujących) zaburzeń nerwicowych, depresyjnych, zaburzeń odżywiania  czy zaburzeń ze snem psychiatra jest niezbędnie potrzebny.
Lekarz innej profesji nawet nie powinien się za to zabierać z pokory, z prostej przyczyny - psychiatra zawsze będzie znał się na tym lepiej, od tego w końcu jest.
Fakt, że ludzie nawet w obliczu problemów usiłują omijać lekarza na p szerokim łukiem wynika w dużej mierze z ogromnej stygmatyzacji.


Psycholog tak, psychiatra według mnie raczej nadaje się do ciężkich zaburzeń.

W sumie już o tym pisałem na forum więc mogę wspomnieć jeszcze raz. Lekarze nie byli na tyle kompetentni aby poprawnie mnie zdiagnozować (prawdopodobnie po ugryzieniu kleszcza) i zapłaciłem za to bardzo wysoką cenę. Jak nie wiedzą co to wiadomo gdzie odsyłają. Całe szczęście że nie skorzystałem smile

2,629

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Ile postów przybyło smile Jutro sobie poczytam o normalnej porze.

2,630 Ostatnio edytowany przez Winter.Kween (2019-09-15 03:16:39)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
rossanka napisał/a:
Winter.Kween napisał/a:

Ciezko mi zgadywac skad u Ciebie strach przed rakiem. Oczywiscie, jezeli strach jest tez przed smiercia to ma sens, ze przed rakiem bo to bardzo ciezka choroba.
Pamietam, ze w pewnym momencie zauwazylam u siebie takie zaleznosci. Balam sie raka, ale nie smierci. Rak przerazal mnie stanem do jakiego sprowadzal czlowieka, ktory mial terminalna chorobe.

Właśnie przeraża mnie ta jak to piszesz terminalna choroba, ten końcowy okres.

Winter.Kween napisał/a:

Ale czy stalo sie cos u Ciebie co wywolaloby taki strach i juz w tak mlodym wieku? Moze nie koniecznie zwiazanego ze smiercia nawet?  Wiem jak to jest z nerwica, ale nerwica jest raczej symboliczna. W sensie, ze tak naprawde te wszystkie strachy to sa jak jezyk, ktory trzeba zrozumiec.

Tego właśnie nie wiem. Co prawda jak byłam dzieckiem zmarł mi dziadek. Może od tego się zaczęło?Kto wie? Z drugiej strony  wielu dzieciakom umiera dziadek i nic się dalej z ich psychiką nie dzieje.
A nerwica zaczęła mi sie wcześniej chyba, jak tak teraz sobie przypominam, zawsze było "coś nie tak", po latach jak już miałam większość świadomość, to doszłam do tego, ze te ataki lękowe, które miałam już jako kilkulatka, to była najzwyczajniejsza nerwica, ale wtedy oczywiście tego nie wiedziałam. Ogólnie uważam, ze z nerwicy da się wyjść, ale jak ktoś się jej nabawił, bo ja wiem, jako dorosły, jak miał 25 lat, 30. Jak masz ją od przedszkola, w zasadzie nie masz szans z tego wyjść. Mozesz jednak złagodzić jej przebieg.
W zasadzie ta cała nerwica łączy i się też z moim brakiem związków. W zasadzie to często podświadomie uciekałam przed bliższymi relacjami, bo bałam się, ze druga strona odkryje, ze TO mam i mnie zostawi. Wiec paradoksalnie łatwiej było wcale nie zaczynać relacji. Potem miałam taki okres (byłam już dawno po 30), ze wymyśliłam sobie, że dopóki z niej nie wyjdę, nie będę wchodziła w żadne związki, bo muszę się najpierw wyleczyć z nerwicy, a potem dopiero układać sobie życie z kimś, aby nie być obciążeniem dla partnera./ Tu był tylko jeden haczyk. Jakkolwiek w wielu sytuacjach jest już lepiej, to te objawy nerwicowe wracają co jakiś czas, myśle, że nie możliwe jest ich całkowite wyleczenie. A co oznacza, że w związku nigdy nie będę. Co jest trochę bez sensu, bo niby dlaczego ma komuś przeszkadzać to, że mam takie i takie objawy. Ale gdzieś z tyłu głowy mam głos, że może jednak komuś BĘDĄ przeszkadzały te objawy i robi się takie błędne koło.



Winter.Kween napisał/a:

Ja nie wierze w zjawiska nadprzyrodzone, ale wierze w ludzki umysl.
Jezeli wezme kamien i powiem sobie, ze ten kamien to przewodnik w swiecie snu. Poloze sie spac i wpadne w ciag koszmarow i paralizu, gdzie nie moge sie obudzic wcale i budze sie ze snu w sen. Wtedy widze, ze kamien lezy obok mnie wiec moge go wziac, we snie, i kazac mu poprowadzic mnie do tego co potrzebuje zobaczyc.
Wtedy moge nie tylko zobaczyc co potrzebuje w swojej podswiadomosci, ale moge sie tez obudzic. Kamien nie ma zadnych mocy, ale ludzki umysl ma i ma przywiazanie do symboli. Krzyze, obraczki, nagrobki, medaliki, pamiatki rodzinne, choinka. Ot caly okultyzm. Cos w stylu placebo.

W takie placebo też wierzę.
Przypomniało mi się kiedyś, jak byłam u babci. Babcię rozbolała głowa i mówi do mnie" poczekaj, musze wziąć tabletkę, bo boli mnie dziś głowa". Wzięła tabletkę z takiej saszetki, w której trzymała leki i głowa rzeczywiście przeciągu pół godziny przestała ją boleć. Tylko, że za kolejne kilkadziesiąt minut zajrzała znowu po coś tam do tej swojej saszetki z lekami i okazało się, ze zamiast pastylki na ból głowy wzięła witaminę C smile.
Na zachodzie przeprowadzono wiele doświadczeń na temat placebo i wyniki są zadziwiające.
Ja wierzę, ze nerwicę może pokonać siła umysłu, ale chyba mam jeszcze za słaby ten umysł.


Nerwice mialam praktycznie od zawsze tez. Teraz wiem jak ta nerwica sie zaczela wiec nie moge powiedziec, ze mialam ja wiecznie, ale takie wrazenie sie ma.
I tak, myslalam o tym nie raz, ze nie da sie jej przejsc bo mam ja zawsze wiec juz taka jestem w pewnym sensie.
Raz jednak, przez okres kilku miesiecy ta nerwica zniknela calkowicie.
Nie bardzo wiedzialam jak tego dokonalam, wtedy.
Po tym czasie znow wrocilam do swego dawnego stanu, ale duzo rysowalam rysunkow w jakims dziwnym stanie, zaczelam swoje sny interpretowac i tak dalej.
To mnie prowadzilo w rozne rejony samej siebie.
Pozniej jednak, co moze brzmiec w szalony sposob, wzielam LSD. I to zmienilo moje zycie. To dopiero byla roznica, bo nie tylko na LSD moj umysl byl inny i bardziej zdolny do myslenia, bardziej wolny. Wiec zrozumialam z czego skladaja sie moje problemy, ale takze zrozumialam cos bardzo waznego:
Nigdy, ale to nigdy nie czulam beztroskiej radosci, nawet jako dziecko. Wiec oczywiscie, ze nie moglam sie wyleczyc bo jak? Nie mialam zadnego porownania, zadnego uczucia do ktorego moglabym wrocic. Zawsze bylam zmartwiona, zestresowana. Zawsze, nawet jako 5 latka.
Pamietam jak szlam przez park na tym LSD i zobaczylam domek na drzewie i powiedzialam do mojego meza 'przepraszam, ze ci przerywam, ale zobacz! jak to mozliwe, ze cos takiego istnieje? Taka fajna opcja do siedzenia?' i zaczelam sie smiac bo na LSD mimo tego nowego myslenia nadal zachowuje sie wlasny umysl. Nie jest sie zacmionym jak po wodce. Ma sie swiadomosc, ze jest sie w innym stanie niz zwykle i mozna to wykorzystac. Ogolnie, duzo by opowiadac, ale to popchnelo duzo do przodu moja cala droge z ta nerwica. Kiedy pojelam z czego ta nerwica jest zbudowana i jak to jest czuc sie radosnie i lekko.
Po tym juz bylam w stanie to odtworzyc.
Oczywiscie wzielam LSD w tym celu, terapeutycznym i tez wczesniej juz mialam duzo wiedzy na temat swojej podswiadomosci i doswiadczen.
Inaczej to by moglo wcale nie zadzialac, albo widzialabym ladne kolory tylko i tyle.

Co do zwiazkow to musze powiedziec, ze nigdy nie przyszlo mi to do glowy. Nigdy nie przyszlo mi do glowy, ze moja nerwica powinna byc jakas przeszkoda.
Zawsze bylam rozchwytywana, popularna, ludzie chcieli ze mna slub brac zawsze i raczej myslalam, ze maja szczescie, ze sa ze mna. I ja tak myslalam i oni.
Nie widac bylo tej mojej nerwicy, nie wiedzieli o niej po prostu. Bo raczej myslami sie nie dziele, a jak mam atak paniki to nadal moge normalnie rozmawiac.
Wydaje mi sie, ze ludzie maja tyle problemow, ze nie widzieliby tego w Tobie jako ciezaru. Nie sadze, ze zachowujesz sie jakos dziko czy bijesz kogos miotla po glowie bo sie czegos boisz.

2,631

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Peter4x napisał/a:

Psycholog tak, psychiatra według mnie raczej nadaje się do ciężkich zaburzeń.

Właśnie z tego typu wyobrażeń wynikają rozmaite nieporozumienia wink Między innymi takie, że jeśli ktoś zahaczył o psychiatrę to znaczy, że ma coś "z łokciem" wink

U nas, bo w krajach anglosaskich chyba nie, istnieje nawet podział na tzw. psychiatrię dużą i małą.

2,632

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Hah, ja akurat czekam na moją wizytęu psychiatry, bo jak dostanę leki to może wreszcie zacznę w miarę funkcjonować big_smile

Nerwica lękowa jest straszna. Ja nie wiem jak sobie radzi z tym mój partner, skupiam się bardziej na tym, żeby codziennie wstawać z łóżka. Ale nie dziwię się, że ludzie nie chcą wchodzić w związki z ludźmi z zaburzeniami psychicznymi. Najpierw powinno się wyleczyć zaburzenie a potem wchodzić w związek.

2,633

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Po części się zgadzam, po części nie smile Też rozumiem, jeśli ktoś nie chce wchodzić w związek z osobą z zaburzeniem jakimś, bo go to przerasta.
Zależy też od stopnia zaburzenia, od predyspozycji partnera, od tego na ile zależy komuś na tej właśnie osobie, co "oferuje sobą" całościowo.
Natomiast z tym : najpierw wyleczyć potem wchodzić w związek - sprawa nie jest taka prosta. Idealnie - tak byłoby cudownie. Niestety często wychodzenie z zaburzeń, nawroty itd. to może trwać latami. Często sztuka nie polega na tym, by wyplenić jakieś zaburzenie, ale by nauczyć się z nim mimo wszystko efektywnie żyć.
Równie dobrze można by mówić też, że w momencie wystąpienia zaburzenia ludzie powinni się rozstawać, bo przecież ten "chory" nie "nadaje się" do związku i musi "swoje problemy przepracować sam". Nie chce mi się odkopywać statystyk jak ma się dziś procent osób cierpiących na jakiekolwiek zaburzenie z objawami psychicznymi, ale ile związków wówczas pozostałoby ? Garstka ?

2,634

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
trx napisał/a:

Po części się zgadzam, po części nie smile Też rozumiem, jeśli ktoś nie chce wchodzić w związek z osobą z zaburzeniem jakimś, bo go to przerasta.
Zależy też od stopnia zaburzenia, od predyspozycji partnera, od tego na ile zależy komuś na tej właśnie osobie, co "oferuje sobą" całościowo.
Natomiast z tym : najpierw wyleczyć potem wchodzić w związek - sprawa nie jest taka prosta. Idealnie - tak byłoby cudownie. Niestety często wychodzenie z zaburzeń, nawroty itd. to może trwać latami. Często sztuka nie polega na tym, by wyplenić jakieś zaburzenie, ale by nauczyć się z nim mimo wszystko efektywnie żyć.
Równie dobrze można by mówić też, że w momencie wystąpienia zaburzenia ludzie powinni się rozstawać, bo przecież ten "chory" nie "nadaje się" do związku i musi "swoje problemy przepracować sam". Nie chce mi się odkopywać statystyk jak ma się dziś procent osób cierpiących na jakiekolwiek zaburzenie z objawami psychicznymi, ale ile związków wówczas pozostałoby ? Garstka ?

To jest wlasnie bardzo wzgledne. Nie chcialabym byc z osoba zaburzona w zwiazku. Nie zeby moj maz nie mial jazd sam, moj maz mial duzo problemow do ogarniecia jako, ze kiedy mial 10 lat jego ojciec zostal zamordowany przez nianie, a matka poszla wraz z ta niania siedziec. Rodzina klamala, wymyslala jak ukryc brzydka prawde, ze to sie stalo i dlaczego sie stalo (ojciec zgwalcil ta nianie). Takze to, ze przeskakiwal po dwa lata w szkole,matka mowila , ze jest 'komputerem' co strasznie go jako malego dzieciaka bolalo, bo chcial byc widziany jako taki sam jak inni i tak dalej. Wiec i maz moj jakies jazdy ma, ale nie zaburzenie psychiczne w typie borderline, bo to za duzo.

Zalezy jak ktos sobie radzi z problemami. W malzenstwie moich rodzicow i w moim dzienstwie rzadzi choroba mojej matki. Terapia i leki wcale nie ulepszyly tego, taka zwykla mainstreamowa terapia jeszcze pogorszyla jej zachowanie.
Z kolei moja nerwica nie byla widoczna. Tak, mialam ataki paniki. Tak, mialam rozne dziwne strachy i koszmary,. Tak, mialam obsesyjne mysli i chore zmartwienia. I tak dalej i tak dalej. Ale cala nerwica zaczela sie od idealnego trzymania wszystkiego w sobie i bardzo dalece idacej samokontroli.
Poza moim mezem zaden inny nawet nie zauwazyl tego wiec teoretycznie nie byla problemem w zwiazkach.

2,635

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

No ja sama ze sobą bym w zwiazek nie weszla. W sensie z taką mną jaka jestem teraz z nerwicą itd.

Bo widzę jak bardzo to jest męczące dla obu stron.
Wiadomo, że zależy od rodzaju nerwicy itd. Ale przy silnych zaburzeniach i tak będę twierdzic, ze osoba chora powinna przynajmniej byc w trakcie leczenia w momencie, kiedy wchodzi w zwiazek.

2,636

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Lady Loka napisał/a:

. Najpierw powinno się wyleczyć zaburzenie a potem wchodzić w związek.

Też tak myślałam, nawet założyłam tu taki wątek, sądziłąm, ze najpierw uporządkuje swoją psychikę, wyleczę się a potem sobie poszukam kogoś na "poważnie". To miało sens - najpierw wyleczenie, potem związek z inną osobą. Nie przewidziałam tylko jednego, a co jeśli się jednak nie wyleczę? Bo nie wyleczyłam się. Psycholog i psychiatra mówią, że w moim przypadku, jest to raczej niemozliwe takie całkowite wyleczenie. Te swoje lęki i napady paniki pamiętam miałam już jako 3- 4 latka?
Co dalej robić, jak dalej żyć?
Dla mnie jedynym wyjściem jest spotkać osobę, dla której to nie będzie problemem i tyle.

Z reszta ta nerwica hamuje mnie od kąd pamiętam, to znaczy, od kąd się dowiedziałąm, że ją mam. Miałam wtedy 22 lata. Od tamtej pory, co napotykałam faceta, który mi się podobał i z którym chciałabym spróbować, gdzieś z tyłu głowy miałam myśl, że - "ee nie możliwe aby chciał z Tobą być. Jesteś tak brzydka i nieciekawa z charakteru, a jeśli nawet by tak nie było, to ma sz nerwicę. Zobacz jak się zachowujesz, jakie masz napady - każdy facet ucieknie od Ciebie, od takiej nienormalnej. Normalni ludzie się tak nie zachowują." Mniej więcej tak myślałam.

2,637 Ostatnio edytowany przez Winter.Kween (2019-09-15 09:59:06)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
rossanka napisał/a:
Lady Loka napisał/a:

. Najpierw powinno się wyleczyć zaburzenie a potem wchodzić w związek.

Też tak myślałam, nawet założyłam tu taki wątek, sądziłąm, ze najpierw uporządkuje swoją psychikę, wyleczę się a potem sobie poszukam kogoś na "poważnie". To miało sens - najpierw wyleczenie, potem związek z inną osobą. Nie przewidziałam tylko jednego, a co jeśli się jednak nie wyleczę? Bo nie wyleczyłam się. Psycholog i psychiatra mówią, że w moim przypadku, jest to raczej niemozliwe takie całkowite wyleczenie. Te swoje lęki i napady paniki pamiętam miałam już jako 3- 4 latka?
Co dalej robić, jak dalej żyć?
Dla mnie jedynym wyjściem jest spotkać osobę, dla której to nie będzie problemem i tyle.

Z reszta ta nerwica hamuje mnie od kąd pamiętam, to znaczy, od kąd się dowiedziałąm, że ją mam. Miałam wtedy 22 lata. Od tamtej pory, co napotykałam faceta, który mi się podobał i z którym chciałabym spróbować, gdzieś z tyłu głowy miałam myśl, że - "ee nie możliwe aby chciał z Tobą być. Jesteś tak brzydka i nieciekawa z charakteru, a jeśli nawet by tak nie było, to ma sz nerwicę. Zobacz jak się zachowujesz, jakie masz napady - każdy facet ucieknie od Ciebie, od takiej nienormalnej. Normalni ludzie się tak nie zachowują." Mniej więcej tak myślałam.

To myslenie to czesc nerwicowego myslenia. To myslenie i postepowanie. Ten wybor samotnosci.
Tez mialam nerwice jako 3 czy 4 latka, jednak wyleczyc sie da. Nie zawsze taka zwykla metoda. Mozna sporobowac innych rodzajow lekarzy.
Znam takiego psychiatre co jednoczesnie jest Jungianowskim psychoanalitykiem i juz to jest inne podejscie.
Jest tez logoterapia.
Oczywiscie moim zdaniem metody Junga sa najlepsze, ale to dlatego, ze na mnie w koncu takie podejscie zadzialalo.


Tylu ludzi ma problemy z glowa, ze gdyby kazdy mial czekac to by zwiazkow nie bylo prawie wcale. Chec poprawnosci i idealnosci to tez nerwicowe zachowanie.
Nie mowie, ze masz isc w zwiazek jezeli bedziesz kogos bila czy robila dziwne jazdy. Ale to, ze masz nerwice nie powinno Ciebie skreslac.
Nie wyobrazam sobie, ze mialabym czekac, az sie wylecze. Ominelaby mnie wielka milosc, ktora spotkala mnie jak mialam 19 lat. Ominelyby mnie lekcje i relacje. Relacje czasem wazne przy poznaniu siebie i wyleczeniu sie z problemow.

2,638 Ostatnio edytowany przez rossanka (2019-09-15 11:21:06)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Winter.Kween napisał/a:

Nerwice mialam praktycznie od zawsze tez. Teraz wiem jak ta nerwica sie zaczela wiec nie moge powiedziec, ze mialam ja wiecznie, ale takie wrazenie sie ma.

.

Coś w tym stylu. Nie dostałam jej jako 18 latka czy 30 latka, ale pamiętam, że miałam te zaburzenia od zawsze. Pamiętam to dobrze z przedszkola, czy miałam je jako 1 czy 2 letnie dziecko - tego już nie pamiętam. Psycholog mówiła, ze nerwica nie jest wrodzona, ze to się nabywa w ciągu życia, jeśli masz kombinację predyspozycje psychiczne plus wpływ sytuacji jakie zdarzają się w życiu.
Psychiatra mówi to samo. I raczej, ze jak ktoś to ma "od zawsze" to całkowicie się tego nie pozbędzie, zawsze coś będzie.


Winter.Kween napisał/a:

I tak, myslalam o tym nie raz, ze nie da sie jej przejsc bo mam ja zawsze wiec juz taka jestem w pewnym sensie.
Raz jednak, przez okres kilku miesiecy ta nerwica zniknela calkowicie. .

Miewałam takie okresy, ale były krótkie, najwyżej bo ja wiem , 2 letnie?Może 3. Ale To zawsze wraca. Szczególnie po bardzo stresujących wydarzeniach.

Winter.Kween napisał/a:

Pozniej jednak, co moze brzmiec w szalony sposob, wzielam LSD. I to zmienilo moje zycie. To dopiero byla roznica, bo nie tylko na LSD moj umysl byl inny i bardziej zdolny do myslenia, bardziej wolny. Wiec zrozumialam z czego skladaja sie moje problemy, ale takze zrozumialam cos bardzo waznego:
Nigdy, ale to nigdy nie czulam beztroskiej radosci, nawet jako dziecko. Wiec oczywiscie, ze nie moglam sie wyleczyc bo jak? Nie mialam zadnego porownania, zadnego uczucia do ktorego moglabym wrocic. Zawsze bylam zmartwiona, zestresowana. Zawsze, nawet jako 5 latka.

Tu jest sedno problemu. Tak naprawdę nie wiem do jakiego stanu dążyć, bo zawsze to miałam, nie wiem co powinnam czuć nie mając Tego. Miewałam lepsze okresy, ale nawet wtedy pamiętałam, jak było, jak było żle.  I też zawsze byłam zestresowana i zmartwiona, nawet jak miałam 5 lat. Nie miałam takiej radości, jak się nieraz mówi, ze dzieci mają dziecięcą radość, albo, ze by się chciało wrócić do lat dziecięcych , beztroskich. Jakby mi ktoś teraz zaproponował bycie dzieckiem, to uciekłabym z krzykiem. Jedno wielkie uczucie lęku, strachu i niepewności. Dziękuję bardzo za takie coś.


Winter.Kween napisał/a:

Co do zwiazkow to musze powiedziec, ze nigdy nie przyszlo mi to do glowy. Nigdy nie przyszlo mi do glowy, ze moja nerwica powinna byc jakas przeszkoda.
Zawsze bylam rozchwytywana, popularna, ludzie chcieli ze mna slub brac zawsze i raczej myslalam, ze maja szczescie, ze sa ze mna. I ja tak myslalam i oni.
Nie widac bylo tej mojej nerwicy, nie wiedzieli o niej po prostu. Bo raczej myslami sie nie dziele, a jak mam atak paniki to nadal moge normalnie rozmawiac.
Wydaje mi sie, ze ludzie maja tyle problemow, ze nie widzieliby tego w Tobie jako ciezaru. Nie sadze, ze zachowujesz sie jakos dziko czy bijesz kogos miotla po glowie bo sie czegos boisz.

Mojej nerwicy i ataków paniki taż nie widać, z resztą nie przebywam stale z ludxmi, więc dosyć łatwo jest to ukryć. Będąc w związku mieszkasz z kimś, a wtedy nie tak łatwo się schować i udawać ciągle , że jest dobrze. Ze nic Ci nie jest.

Winter.Kween napisał/a:

To myslenie to czesc nerwicowego myslenia. To myslenie i postepowanie. Ten wybor samotnosci.

Może i to był jakiś podświadomy wybór.
Utkwiła mi w głowie taka sytuacja, miałam może 23 lata, to była końcówka studiów, wiedziałam już, ze mam nerwice. Był u mnie w grupie jeden chłopak, który bardzo, ale to bardzo mi się podobał. Myślę, po latach, że może i ja jemu, ale to po latach do tego doszłam. I pamiętam taki jeden dzień, siedzieliśmy przed wykładami w auli, wszyscy się śmieję, gadają, żartują, a mnie naszedł atak lękowy. Ale umiałam go ukryć, ktoś z zewnątrz mógł najwyżej powiedzieć, że trochę się wyciszyłam, bo tak spokojnie siedzę, wtrącam tylko czasem jakieś zdania do rozmowy z koleżankami. Tamten chłopak też tam był, żartował z kolegami, śmiali się, a ja myślalam wtedy - pamiętam dobrze - ty idiotko, zobacz jak się zachowujesz, nienormalne jest to, co się z Tobą dzieje, i Ty myślisz, ze się ktoś Tobą na poważnie zainteresuje? Przecież Ty nigdy nie będziesz w związku, bo masz nerwicę. Coś w tym stylu myślałam, pamiętam, ze ogarnął mnie wtedy taki smutek.

Winter.Kween napisał/a:

Tylu ludzi ma problemy z glowa, ze gdyby kazdy mial czekac to by zwiazkow nie bylo prawie wcale. Chec poprawnosci i idealnosci to tez nerwicowe zachowanie.
Nie mowie, ze masz isc w zwiazek jezeli bedziesz kogos bila czy robila dziwne jazdy. Ale to, ze masz nerwice nie powinno Ciebie skreslac.
Nie wyobrazam sobie, ze mialabym czekac, az sie wylecze. Ominelaby mnie wielka milosc, ktora spotkala mnie jak mialam 19 lat. Ominelyby mnie lekcje i relacje. Relacje czasem wazne przy poznaniu siebie i wyleczeniu sie z problemow.

Cóż poradzić, czasu już nie cofnę. Myślałam włąśnie zupełnie odwrotnie, że To mnie chamije, a potem, jak już byłam po 30stce, że muszę najpierw wyleczyć nerwicę, a potem brać się za związki.
Ale nerwica nigdy może nie przejść i co wtedy?

2,639

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
rossanka napisał/a:

Cóż poradzić, czasu już nie cofnę. Myślałam włąśnie zupełnie odwrotnie, że To mnie chamije, a potem, jak już byłam po 30stce, że muszę najpierw wyleczyć nerwicę, a potem brać się za związki.
Ale nerwica nigdy może nie przejść i co wtedy?

To sie zabierz teraz?

2,640

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Z nerwicą zmaga się tak dużo ludzi, że naprawdę nie ma sensu od "wyleczenia" jej uzależniać wchodzenia w związki czy podejmowania innych aktywności. Ciężko by było dziś znaleźć osobę, która nie ma żadnych objawów nerwicy. Co więcej, czucie się normalnie w warunkach, które nie są normalne, nie dowodzi zdrowia ; )
Jeśli leczyć nerwicę, to równolegle do zajmowania się całą resztą życia, przecież nie można sie z niego wyłączyć i skupiać na samych zaburzeniach.

2,641

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
niepodobna napisał/a:

Jeśli leczyć nerwicę, to równolegle do zajmowania się całą resztą życia, przecież nie można sie z niego wyłączyć i skupiać na samych zaburzeniach.

Ale wtedy to trzeba by poszukać tego faceta wink a tak jest 100% bezpieczna wymówka.
Takie odkładanie na nigdy-nigdy

2,642 Ostatnio edytowany przez niepodobna (2019-09-15 15:11:55)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
niepodobna napisał/a:

Będzie mały offtop, ale ten wątek już bywał kafejką  smile
Od jakiegoś czasu czuję, że forum zaczyna na mnie działać przygnębiająco. Nie tylko rozmowy o samotności (choć w tym wątku jest wiele dobrych postów), ale też to, że wciąż czytam o problemach i to zwykle podobnych, wątki się powielają, w aktywnych wciąż te same tematy... i to, że mnóstwo jest na forum wypaczonego, toksycznego myślenia o relacjach, o innych ludziach. Czasem myślę, że jeśli "świat" tak wygląda, to nie ma gdzie uciekać wink
Macie czasem podobnie?
Bo ja się zastanawiam, czy się stąd nie ewakuować, na stałe albo przynajmniej na jakiś czas. Bo forum wciąga, mimo tego, że jest jakie jest.
Takie wieczorne przemyślenia mnie naszły po nieciekawym dniu, gdy forumowe dołki "poprawiły" dzisiejszego pecha...

Piegowata'76 napisał/a:

Droga Niepodobna, ja też miałam wiele wątpliwości co do forum. Wciągnęło mnie dość mocno pisanie w kafejce "Błąd w myśleniu". Mimo że odróżniam forum od tzw. prawdziwego życia, ponosiły mnie emocje i ferwor dyskusji. Czasami doświadczałam przykrości, czasami sama się zagalopowałam i palnęłam coś bez przemyślenia. Mam poczucie, że głoszę niepopularne poglądy na samotność i że mocno tym irytowałam niektóre osoby.
Na jakiś czas przystopowałam, ograniczyłam pisanie, a nawet poprosiłam moderatorkę o czasowe zbanowanie, by nie "swędziały" mnie paluchy smile Bo, wiesz, gaduła jestem... smile
Po czasie wróciłam, ale przerwa, odpoczynek dobrze mi zrobiły. Teraz, gdy się zmęczę, też zrobię sobie przerwę,choć może bez banowania, bo nie chcę robić "jaj".

Tak, w pewnym momencie zauważamy, że na forum kręcimy się w kółko, powielamy swoje wypowiedzi, stajemy się wtórni, powtarzają się tematy, problemy, gdzie każdemu można by pisać to samo, a i tak bywa to biciem piany.


Peter4x napisał/a:

Mam nadzieję że tego nie zrobisz, ewentualnie będziesz przynajmniej tu zaglądać od czasu do czasu i coś napiszesz. Fajnie się czyta Twoje wypowiedzi i w wielu kwestiach mamy zbliżone poglądy. Czasami można pożartować. Brakowałoby mi ich.

Ja już za dużo tematów na forum nie czytam. Wystarczy mi to co przeczytałem do tej pory. Może podczas week-endu trochę się rozpiszę. Chyba jesień zaczyna działać przygnębiająco. Mnie też coś dzisiaj dopadła taka ogólna niechęć.


trx napisał/a:

Coś wisiało zatem w powietrzu, ewidentnie, bo wczorajszy dzień był po prostu STRASZNY wink

Jeżeli chodzi o wpływ forum na samopoczucie to czasem  gorzej się 'przez nie' czuję z egocentrycznych powodów raczej - w rezultacie pisania czegoś, co jest trudne lub/i osobiste dla mnie. Jakoś może fakt werbalizacji pewnych odczuć, może jakiegoś przeżywania ich trochę "poza sobą". Ciekawe, że rozmowa dotycząca uczuć tak na mnie zazwyczaj nie wpływa. Pisanie ma swoją moc chyba.

Szkoda byłoby, Niepodobna, gdyby doszło do Twojej ewakuacji. Twoje spostrzeżenia i sposób ich wyrażania dużo wnoszą smile

Czułam, że muszę Wam odpisać na te posty, choć trochę nowych komentarzy od mojego offtopu przybyło i wątek wraca na właściwe tory wink

Piegowata - mnie nie tyle ponoszą emocje na forum, co jakoś przesiąkam myśleniem, które jest tu często spotykane, chodzi o takie przemyślenia "jak to wszystko działa" w ludzkich relacjach, a w związku z tym czego można się spodziewać, i jest to przygnębiające. Przy czym niekoniecznie tak to faktycznie działa, to są szkodliwe schematy, ale np. takie toksyczne myślenie jest powszechne i wiem, że się z tym u innych nie wygra, i jeśli tutaj tyle tego, to pewnie wszędzie, tylko ludzie nie mówią o tym otwarcie. Obecność toksycznego myślenia kojarzy mi się znów z brakiem poczucia bezpieczeństwa w prawdziwych kontaktach, bo dla mnie ono jest pewnością czystego w pewien sposób widzenia świata przez kogoś. Jestem w końcu elementem tego świata. Nie umiem tak na szybko tego wytłumaczyć.
Prezykrości specjalnych, takich osobistych, na forum nie doznaję, raczej przychodzi mi na myśl ten cytat o patrzeniu zbyt długo w ciemność, która wlewa się powoli do głowy : ) Niby nie powinno to nic zmieniać, bo jestem dość depresyjna z natury, ale wychodzi na to, że wtedy trzeba unikać wzmacniania tej ciemnej przestrzeni.

Wtórność, schematy - tak. Czyta się wciąż to samo, i sami też się stajemy wtórni i przewidywalni w swoich reakcjach.

Fajna historia z tym banem na życzenie smile Ale to tylko pokazuje, jak łatwo wpaść w uzależnienie, nawet od forum. Rozumiem, bo też mam tak, że jak w czymś ugrzęznę, to wołami trudno wyciągnąć smile

Peter - ja też lubię twoje posty i fajnie, że piszesz o tym żartowaniu, bo ja się czasem droczę, a może to wyglądać na poważne wypowiedzi smile Ale poważnie też da się pogadać i w takich tematach często się z Tobą zgadzam. Nie wiem, jak będzie z tym znikaniem, pewnie na jakiś czas odpuszczę sobie forum, a potem będę zaglądać, ale rzadziej. No chyba, że coś mnie na tyle zajmie, że się zupełnie "odkleję".

Ja lubię jesień. Jedyne, co mi w niej przeszkadza, ale to już tą późniejszą porą, to krótkie dni. Lubię jesienne chmury, mgły i spadające liście.
Ale jesień to czas idealny na nowe początki, na jakieś zmiany w życiu. Jeśli nic się nie zaczyna, ani nie zmienia, przychodzi po prostu poczucie kolejnego roku, który upłynął nie wiadomo jak i kiedy, kolejny przyczynek do ogólnego poczucia straty.


trx Bywają takie dni, kiedy się myśli, co jeszcze może się sypnąć smile Kumulacja, wszystko źle.
Czy dobrze rozumiem, że źle na Ciebie działa pisanie o osobistych "konkretach" - wydarzeniach, sytuacjach - a nie o osobistych uczuciach? Ale to się jakoś z sobą wiąże. Czym jest "przeżywanie poza sobą"?
Werbalizacja swoich stanów porządkuje je, nawet na własny użytek i daje nad nimi jakąś kontrolę, o ile umie się to zrobić adekwatnie - ja często nie umiem.
Rozumiem taki dyskomfort, kiedy pójdzie się za daleko w uzewnętrznianiu się; nie mam na forum tego problemu, bo po prostu nie przekraczam pewnych granic w pisaniu o sobie - można powiedzieć, że piszę prawdę, ale nie całą prawdę ; ) Nie odkrywam się nadmiernie.

Miło mi, że uważasz, że moje posty coś wnoszą, ja też chętnie Cię czytam.

2,643 Ostatnio edytowany przez niepodobna (2019-09-15 15:57:20)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Znerx napisał/a:
niepodobna napisał/a:

Jeśli leczyć nerwicę, to równolegle do zajmowania się całą resztą życia, przecież nie można sie z niego wyłączyć i skupiać na samych zaburzeniach.

Ale wtedy to trzeba by poszukać tego faceta wink a tak jest 100% bezpieczna wymówka.
Takie odkładanie na nigdy-nigdy

Tylko, że Rossanka chyba szuka? Przecież pisze, że nawet spotyka interesujących facetów, ale oni są albo zajęci, albo nie zainteresowani nią, a jeśli zainteresowani, to jej się nie podobają.

Abstrahując od nerwicy, która służy lub nie służy jako wymówka, to w pewnym momencie po iluś tam nieudanych próbach, pojawia się chyba u każdego pytanie, czy warto próbować dalej, czy jest to tylko ułuda i strata czasu, który można by wykorzystać inaczej, tak, żeby "coś z tego było".
Młody człowiek ma do poznawania wiele okazji. Starszy zdecydowanie mniej, to się już raczej nie wydarzy przypadkiem i przy okazji, a i osób, z którymi można stworzyć związek, będzie zdecydowanie mniej, w pewnym wieku większość ludzi jest zajętych i tego się nie przeskoczy. Więc gdyby uznać znalezienie partnera za swój najważniejszy cel, to szukanie powinno być, hm... główną aktywnością. Przy świadomości, że prawdopodobieństwo tego i tak jest bardzo małe, trudno sobie nie zadawać pytania o sens takiego działania, które może się okazać robieniem w nieskończoność "pustych przebiegów" i doprowadzić do tego, że poza życiem związkowym straci się dużo innych możliwości, które też wymagały czasu i zaangażowania, a mogły być czymś, co daje w życiu radość, poczucie sensu i bycia na swoim miejscu.
Kwestia indywidualnego systemu wartości, czy własnego rachunku zysków i strat.

2,644 Ostatnio edytowany przez niepodobna (2019-09-15 16:32:24)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Peter4x napisał/a:

Dobrze teraz trochę pofantazjuję wink
Nikt nie wie co będzie po śmierci. Kiedyś pisałem o "past life regression", przywoływaniu wspomnień naszych albo innych ludzi z poprzednich żyć. Jest bardzo wiele relacji, szczególnie dzieci, opisujących dokładnie to kim były i co robiły w poprzednim życiu "Małe dzieci pamiętające swoje wcześniejsze wcielenia to zjawisko fascynujące i… dość powszechne". Te relacje dzieci zostały udowodnione, tzn. te osoby o których dzieci mówiły rzeczywiście istniały. Jednak nie wierzę i nie jestem zwolennikiem typowej reinkarnacji, tego że jest to po prostu taki reset który pozwoli nam się narodzić na nowo na tej ziemi i przeżyć kolejne życie w innych warunkach i doświadczać inne rzeczy niż w poprzednim życiu. Chociaż ilość artykułów i filmów na ten temat jest zadziwiająca.

Jeszcze można też wspomnieć o ludziach którzy przeżyli śmierć kliniczną. Nie mają oni wątpliwości że życie po śmierci istnieje, że te wizje to nie były halucynacje. Ostatnio nawet powstała grupa naukowców którzy są przekonani że świadomość może istnieć poza ciałem, że świadomość nie jest z ciałem związana i jest w stanie przetrwać śmierć. Można tylko domniemywać (fantazjować) że ta świadomość może przyjąć nowe ciało po narodzeniu. Jak będę miał dużo wolnego czasu to się zgłoszę do jakiegoś specjalisty od PLR na zachodzie (bo u nas chyba takich nie ma) aby poznać co robiłem z przeszłych życiach wink

Moim zdaniem najbezpieczniej jest żyć w zgodzie z przyjętymi chrześcijańskimi normami i przede wszystkim w zgodzie z samym sobą. Wtedy nic nie ryzykujemy.

Piszesz, że nie jesteś zwolennikiem "typowej reinkarnacji", ale w ogóle dopuszczasz istnienie reinkarnacji?
Jestem szczerze zaciekawiona, jak to się daje pogodzić z chrześcijaństwem, które jasno mówi, że mamy tylko jedno życie w ciele i że nikt nie może przejść "stamtąd" "tutaj" smile
Gdybyśmy mieli więcej niż jedno życie, to którego dotyczyłby sąd?

Z ostatnim zdaniem bardzo się zgadzam. Warto sobie to uświadamiać przy okazji różnych wątpliwości, czy przyjmując pewne normy coś "tracimy". I zapytać, kiedy tracimy więcej.

2,645

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
niepodobna napisał/a:
Znerx napisał/a:
niepodobna napisał/a:

Jeśli leczyć nerwicę, to równolegle do zajmowania się całą resztą życia, przecież nie można sie z niego wyłączyć i skupiać na samych zaburzeniach.

Ale wtedy to trzeba by poszukać tego faceta wink a tak jest 100% bezpieczna wymówka.
Takie odkładanie na nigdy-nigdy

Tylko, że Rossanka chyba szuka? Przecież pisze, że nawet spotyka interesujących facetów, ale oni są albo zajęci, albo nie zainteresowani nią, a jeśli zainteresowani, to jej się nie podobają.

.

Szukała szukała, bo i ostatnio Rossance zapał przeszedł
Jak sobie wyobrażam przyszłość, to widzę dwa warianty. W pierwszym spotyka mnie choroba, albo moich bliskich, albo inne ciężkie wydarzenie i wtedy myślę sobie, ze moje dotychczasowe życie było bardzo dobre w porównaniu z tym, co się stało i nie wiem, czego mi w nim brakowało, zgoda, faceta w nim nie było, ale pozostałe rzeczy dosyć mi się podobały. I niepotrzebnie narzekałam na brak.
W drugim wariancie nic złego się nie dzieje, po prostu żyję sobie jak dotdt, pracuję, chodzę na zajęcia, spotykam się z koleżankami, a co do związków, to nie zmienia się zupełnie nic i w kolejnych latach jestem sama, koleżanki zostają babciami, a ja nadal sama  i sama ale za to bez specjalnych wstrząsów życiowych. Doceń to.

Co do wieku, zgoda, teraz już większość kobiet czy mężczyzn po 40 ma już swoje rodziny, to logiczne, że więcej osób jest zajętych niż po 20stce. Ale dla mnie to nie do końca argument.
Byłam jak to się mówi piękna i młoda i miałam 20 lat, brak nieudanych związków, brak przyzwyczajeń, mogłam jeszcze urodzić 7kę dzieci, a dookoła w szkole, na studiach, na siłowni było pełno kawalerów. I tak nic to nie zmieniło. Jak byłam sama tak byłam sama.
Najwięcej łez wylałam w wieku zaraz po 20stce, kiedy to pomału zaczynały się "poważniejsze" pary między znajomymi, jakieś roszady w związkach a ja byłam sama i sama. Bałam się, że i wwieku 30 lat będę nadal sama i w wieku 40 i więcej. Ale gdzieś w głębi była nadzieja, że to przecież statystycznie niemożliwe(nie wierzcie w statystyke) i do 25 ki, a już na pewno do 30ki kogoś w końcu poznam, tylko trochę później.
Teraz jednak jest ten plus, ze już od dawna nie słyszę komentarzy: kiedy sobie kogoś znajdziesz, znalazłabyś sobie faceta, studia to nie wszystko, rodzice chcieliby jeszcze zostać dziadkami, pospiesz się, twoja siostra już dawno założyła rodzinę, a ty na co czekasz. A teraz mam spokój, bo nikt już nie śmie zapytać. smile

2,646 Ostatnio edytowany przez Peter4x (2019-09-15 20:53:30)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
niepodobna napisał/a:

Peter - ja też lubię twoje posty i fajnie, że piszesz o tym żartowaniu, bo ja się czasem droczę, a może to wyglądać na poważne wypowiedzi smile Ale poważnie też da się pogadać i w takich tematach często się z Tobą zgadzam. Nie wiem, jak będzie z tym znikaniem, pewnie na jakiś czas odpuszczę sobie forum, a potem będę zaglądać, ale rzadziej. No chyba, że coś mnie na tyle zajmie, że się zupełnie "odkleję".

Hmmm, chyba już jestem w stanie przewidzieć co napiszesz na większość tematów, więc droczenie się też wyczuję wink


niepodobna napisał/a:

Ja lubię jesień. Jedyne, co mi w niej przeszkadza, ale to już tą późniejszą porą, to krótkie dni. Lubię jesienne chmury, mgły i spadające liście.
Ale jesień to czas idealny na nowe początki, na jakieś zmiany w życiu. Jeśli nic się nie zaczyna, ani nie zmienia, przychodzi po prostu poczucie kolejnego roku, który upłynął nie wiadomo jak i kiedy, kolejny przyczynek do ogólnego poczucia straty.

U mnie na szczęście coś się trochę zmienia więc jest dla mnie jakaś nadzieja, bo teraz nie stoję w miejscu. Przede mną jeszcze decyzja czy zostać w tym kraju czy wyjechać na stałe. Zobaczę co mi zaserwuje los w następnym roku, może następnych 2 latach.


niepodobna napisał/a:

Werbalizacja swoich stanów porządkuje je, nawet na własny użytek i daje nad nimi jakąś kontrolę, o ile umie się to zrobić adekwatnie - ja często nie umiem.
Rozumiem taki dyskomfort, kiedy pójdzie się za daleko w uzewnętrznianiu się; nie mam na forum tego problemu, bo po prostu nie przekraczam pewnych granic w pisaniu o sobie - można powiedzieć, że piszę prawdę, ale nie całą prawdę ; ) Nie odkrywam się nadmiernie.

Też się do tego odniosę, bo chyba powinienem "pisać mniej o sobie" a bardziej ogólnie bo jeszcze jakiś lub jakaś znajoma mnie skojarzy i już przestanę być anonimowy. Wtedy nie będę mógł pisać tak prosto od serca, co myślę, bez jakichkolwiek ograniczeń.


niepodobna napisał/a:

Piszesz, że nie jesteś zwolennikiem "typowej reinkarnacji", ale w ogóle dopuszczasz istnienie reinkarnacji?
Jestem szczerze zaciekawiona, jak to się daje pogodzić z chrześcijaństwem, które jasno mówi, że mamy tylko jedno życie w ciele i że nikt nie może przejść "stamtąd" "tutaj" smile
Gdybyśmy mieli więcej niż jedno życie, to którego dotyczyłby sąd?

Sąd dotyczyłby ich wszystkich. Skoro kolejne życie miałoby być "czyśćcem" odpokutowaniem za poprzednie grzechy. Jednak napisałem że nie jestem zwolennikiem reinkarnacji w czystej postaci.  Po części dlatego że raczej nie jest zgodna z chrześcijaństwem, po części dlatego że uważam że czyściec to inna forma odpokutowania za grzechy, po części dlatego że wspomnienia przywoływane podczas hipnozy wcale nie muszą być wspomnieniami osób teraz żyjących. Nikt nie jest jednak w stanie udowodnić że reinkarnacja to prawda lub fałsz. Dodatkowo, tak jak Albert Einstein uważam że „życie po śmierci istnieje, po prostu dlatego, że energia nie może umrzeć, płynie, przekształca się i nigdy nie zatrzymuje”.


rossanka napisał/a:

Utkwiła mi w głowie taka sytuacja, miałam może 23 lata, to była końcówka studiów, wiedziałam już, ze mam nerwice. Był u mnie w grupie jeden chłopak, który bardzo, ale to bardzo mi się podobał. Myślę, po latach, że może i ja jemu, ale to po latach do tego doszłam. I pamiętam taki jeden dzień, siedzieliśmy przed wykładami w auli, wszyscy się śmieję, gadają, żartują, a mnie naszedł atak lękowy. Ale umiałam go ukryć, ktoś z zewnątrz mógł najwyżej powiedzieć, że trochę się wyciszyłam, bo tak spokojnie siedzę, wtrącam tylko czasem jakieś zdania do rozmowy z koleżankami. Tamten chłopak też tam był, żartował z kolegami, śmiali się, a ja myślalam wtedy - pamiętam dobrze - ty idiotko, zobacz jak się zachowujesz, nienormalne jest to, co się z Tobą dzieje, i Ty myślisz, ze się ktoś Tobą na poważnie zainteresuje? Przecież Ty nigdy nie będziesz w związku, bo masz nerwicę. Coś w tym stylu myślałam, pamiętam, ze ogarnął mnie wtedy taki smutek.

Wydaje mi się że najgorszym co mogło być w Twoim wcześniejszym podejściu do związków był ten brak przekonania że ktoś mnie zechce, że komuś mogłabym się podobać. Pewnie teraz jest już inaczej, ale jeżeli nie to musisz nabrać takiego przekonania że "ten który zechce ze mną być, dać mi szansę będzie naprawdę szczęściarzem, bo ja jestem wiele warta, wiele mogę ofiarować, miłości, dobroci, czułości. Ten facet będzie naprawdę szczęśliwy jeżeli mnie zdobędzie". Można by to nazwać dumą. Chyba brakowało Ci wcześniej wysokiej oceny samej siebie. Nie myślenia że "on nie może się mną zainteresować bo mam problemy" tylko mylenia typu "czy on jest mnie godzien". Wtedy od razu znikają wszystkie stresy i nerwy związane z kontaktami damsko-męskimi. Jak jakiś facet Ci się podoba to po prostu idziesz z przekonaniem "on do mnie należy", oczywiście uprzednio upewniając się że nie jest już zajęty wink

Ja mam takie przekonanie że nerwicę i stany lękowe można wyleczyć przez odpowiednią suplementację witamin, mikroelementów i odpowiednią dietę. Niektóre z nich to kompleks witamin B + kwas foliowy w odpowiedniej formie i B12 jako methylcobalamina do ssania pod język, jakaś dobrze przyswajalna forma magnezu - cytrynian magnezu, witamina D3+K oczywiście w otoczce żelatynowej, odpowiedni probiotyk np. narine, coś lekkiego na detoks typu chlorella, herbata z czystka, itd.


trx napisał/a:

Właśnie z tego typu wyobrażeń wynikają rozmaite nieporozumienia wink Między innymi takie, że jeśli ktoś zahaczył o psychiatrę to znaczy, że ma coś "z łokciem" wink

U nas, bo w krajach anglosaskich chyba nie, istnieje nawet podział na tzw. psychiatrię dużą i małą.

Ja nie mam nic przeciwko ludziom którzy chodzą do psychiatry, jednak sam na pewno nigdy się do takiego lekarza w Polsce nie zgłoszę chociażbym konał z depresji i rozpaczy wink

2,647

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Peter4x napisał/a:

Wydaje mi się że najgorszym co mogło być w Twoim wcześniejszym podejściu do związków był ten brak przekonania że ktoś mnie zechce, że komuś mogłabym się podobać. Pewnie teraz jest już inaczej, ale jeżeli nie to musisz nabrać takiego przekonania że "ten który zechce ze mną być, dać mi szansę będzie naprawdę szczęściarzem, bo ja jestem wiele warta, wiele mogę ofiarować, miłości, dobroci, czułości. Ten facet będzie naprawdę szczęśliwy jeżeli mnie zdobędzie". Można by to nazwać dumą. Chyba brakowało Ci wcześniej wysokiej oceny samej siebie. Nie myślenia że "on nie może się mną zainteresować bo mam problemy" tylko mylenia typu "czy on jest mnie godzien". Wtedy od razu znikają wszystkie stresy i nerwy związane z kontaktami damsko-męskimi. Jak jakiś facet Ci się podoba to po prostu idziesz z przekonaniem "on do mnie należy", oczywiście uprzednio upewniając się że nie jest już zajęty wink

Coś w tym niewątpliwie jest. Coś na kształt, że myśli, nastawienie kształtują rzeczywistość. Na co się nastawiasz- to otrzymujesz. I to miało sens - gdzieś podskórnie nie wierzyłam w "sukces", no i sukcesu nie było. Ale do tamtych czasów już nie wrócę, to było i minęło.
To się w uproszczeniu nazywa pozytywne myślenie (tu na konkretny temat).
smile

2,648

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Peter4x napisał/a:

Hmmm, chyba już jestem w stanie przewidzieć co napiszesz na większość tematów, więc droczenie się też wyczuję

Uu, to chyba niedobrze, że jestem taka przewidywalna? big_smile

Peter4x napisał/a:

Ja nie mam nic przeciwko ludziom którzy chodzą do psychiatry, jednak sam na pewno nigdy się do takiego lekarza w Polsce nie zgłoszę chociażbym konał z depresji i rozpaczy

A czemu byś nigdy nie poszedł? Bo kojarzy Ci się to z etykietką "wariata", czy z innego powodu?

2,649

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
niepodobna napisał/a:
Peter4x napisał/a:

Ja nie mam nic przeciwko ludziom którzy chodzą do psychiatry, jednak sam na pewno nigdy się do takiego lekarza w Polsce nie zgłoszę chociażbym konał z depresji i rozpaczy

A czemu byś nigdy nie poszedł? Bo kojarzy Ci się to z etykietką "wariata", czy z innego powodu?

Właśnie, czemu?

2,650

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Chodzenie do psychiatry to nie jest wstyd. Tylko powinno się wiedzieć, że w nerwicy czy depresji leki nie są czymś, co rozwiąże podstawowy problem.

2,651

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
niepodobna napisał/a:

Chodzenie do psychiatry to nie jest wstyd. Tylko powinno się wiedzieć, że w nerwicy czy depresji leki nie są czymś, co rozwiąże podstawowy problem.

O nowy Avatar smile

Pierwszy raz jak miałam iść do psychiatry to stchórzyłam. Poszłam dopiero po 3 - 4 latach, jak nawrót objawów był 3 razy silniejszy. Potem żałowałam, ze wcześniej tego nie zrobiłam. Ale wstydziłam się nadal i o wizycie wiedziała tylko najbliższa rodzina.

2,652 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-15 22:50:38)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Gdzieś tu się przewinął wątek, godzenia różnych elementów religii.
Bardzo się to kłóci z moim pojmowaniem wiary. Buntuję się przeciw szablonom i ściśle wyznaczonym ramkom. Bliskie są mi uniwersalne wartości, po prostu etyczne i duchowe. Natomiast cała ta otoczka, nazewnictwo są mi najzupełniej obojętne. Mogę i w meczecie zasłyszeć coś mądrego i pięknego, i w synagodze. Bliski mi jest Anthony de Mello, jezuita garściami czerpiący z buddyzmu, cenię takiego zdeklarowanego katolika jak Kaczkowski, bo miał otwarty umysł i nie byle intelekt, a przy tym był z niego kawał życiowego faceta.
Wcale mi to nie przeszkadza, że ktoś wierzy w reinkarnację, ktoś w niebo, ktoś w niebyt, bo jak jest naprawdę wie tylko Bóg. I nie upieram się przy nazwie "Bóg". Wiela razy o tym pisałam.
No, właśnie... ta wtorność, to powielanie się!
Szukanie faceta jakoś coraz bardziej abstrakcyjne mi się wydaje, przesuwa się chyba na margines mojego życia, nie zaprząta mnie. Czerpię kupę radości z życia takiego, jakie mam.
Dziś pięknie zakończyłam urlop miejskim piknikiem z Ulubioną Sąsiadką i Meczowym. Były występy lokalnych artystów. Piękna pogoda i mnóstwo znajomych. Miasteczko wyległo nad rzekę na peryferiach miasta. Oj, fajnie było i wesoło, jestem tak zrelaksowana, że już chyba bardziej nie można smile
A gdy wróciłam do domu straszliwie zmarznięta po jeździe na rowerze w cienkim swetrze, mój większy o głowe syn zapytał z własnej nieprzymuszonej woli, czy zrobić mi herbatę. Okazało się, że propozycja nie była bezinteresowna, ale doceniam wdzięk i inicjatywę. A herbatka dobra, miętowa smile I jeszcze na barana młody ponosił mnie po mieszkaniu smile
Czuję, że wypoczęłam na tym domowym urlopie jak na żadnych wczasach. Po prostu reset.
Jestem szczęśliwa! smile

2,653 Ostatnio edytowany przez niepodobna (2019-09-15 22:17:30)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
rossanka napisał/a:
niepodobna napisał/a:

Chodzenie do psychiatry to nie jest wstyd. Tylko powinno się wiedzieć, że w nerwicy czy depresji leki nie są czymś, co rozwiąże podstawowy problem.

O nowy Avatar smile

Pierwszy raz jak miałam iść do psychiatry to stchórzyłam. Poszłam dopiero po 3 - 4 latach, jak nawrót objawów był 3 razy silniejszy. Potem żałowałam, ze wcześniej tego nie zrobiłam. Ale wstydziłam się nadal i o wizycie wiedziała tylko najbliższa rodzina.

Też chodziłam. Miałam kiedyś depresję. Do tego silne lęki napadowe, nie przed czymś, tylko takie uogólnione, ale to były stany straszne, całkowita rozsypka i piekło.

Po latach wróciłam jeszcze z problemem somatyzującego się napięcia i bezsenności.

Teraz nie chodzę i niczego nie biorę, radzę sobie bez tego, co nie znaczy, że czuję się całkiem dobrze, zawsze będą "jakieś" problemy.

Na to, co ktoś o tym pomyśli, mam całkowicie wywalone. Rodzina i znajomi wiedzieli.

Edit: spodobała mi się ta rybka już jakiś czas temu i ją sobie zapisałam, żeby to był następny awatar.

2,654 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-15 22:23:13)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Co do różnych strasznych sekretów, ja mam inną taktykę. Życie pokazuje, że ludzie i tak wiedzą więcej o mnie niż ja sama, więc chociaż się nie chwalę na prawo i lewo, nie ukrywam zazdrośnie swojego życia. Nie po to przyszłam na ten świat, żeby kanałami po nim chodzić. Nie interesuje mnie, co tam o mnie gadają za plecami, a jeśli wprost zadają mi wścibskie pytania, to w zależności od sytuacji i nastroju, otrzymują grzeczną lub... niezbyt grzeczną odpowiedź, że nie chcę o sprawie rozmawiać.

P.S. Też zauważyłam nowy awatar... w porównaniu do poprzedniego... niepodobny smile

2,655 Ostatnio edytowany przez Peter4x (2019-09-15 22:25:23)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
rossanka napisał/a:
niepodobna napisał/a:
Peter4x napisał/a:

Ja nie mam nic przeciwko ludziom którzy chodzą do psychiatry, jednak sam na pewno nigdy się do takiego lekarza w Polsce nie zgłoszę chociażbym konał z depresji i rozpaczy

A czemu byś nigdy nie poszedł? Bo kojarzy Ci się to z etykietką "wariata", czy z innego powodu?

Właśnie, czemu?

Jak leżałem w szpitalach z niezdiagnozowaną boreliozą+koinfekcje to psychiatrzy też tam się kręcili. Nie chcę opisywać dokładnie dlaczego odniosłem takie wrażenie, ale jestem pewien że oni bardziej potrzebowali leczenia niż normalni ludzie, a ich ego i przekonanie o nieomylności sięgało zenitu.


Piegowata'76 napisał/a:

Wcale mi to nie przeszkadza, że ktoś wierzy w reinkarnację, ktoś w niebo, ktoś w niebyt, bo jak jest naprawdę wie tylko Bóg. I nie upieram się przy nazwie "Bóg". Wiela razy o tym pisałam.

Jest bardzo ciekawy temat w dziale religia i duchowość "czy wierzycie w Boga". Ludzie też tam opisują kim lub czym jest dla nich Bóg. Niektórzy piszą że nie wierzą, ale na starość wszyscy się nawracają i jestem pewien że przed śmiercią wszyscy uwierzą.


niepodobna napisał/a:

Edit: spodobała mi się ta rybka już jakiś czas temu i ją sobie zapisałam, żeby to był następny awatar.

Ten jest całkiem fajny, dodatkowo widać nawet po samym oku że jesteś ładną kobietą tongue

2,656 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-15 22:48:00)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Pieroństwo ta borelioza. Przyjaciółka przechodziła wiele, wiele lat z nierozpoznaną, aż w końcu choroba zaatakowała układ nerwowy. Po tym co przeszła, pisze, że nie boi się już śmierci, bo to koniec cierpień fizycznych i psychicznych.

Nigdy nie powiem, że nie wierzę w Boga, ale nie mam ciśnień, by upierać się przy jedynej, jedynie słusznej Jego wersji. Choć nie lubię ramek i szablonów, klasyfikowania i dookreślania, podzielam stanowisko agnostyków. My nic nie wiemy, więc wyrazem pokory jest niczego nie twierdzić na pewno. Wiem jednak, że zawierzenie sile wyższej daje siłę i spokój.

2,657 Ostatnio edytowany przez niepodobna (2019-09-15 22:35:07)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Peter4x napisał/a:
rossanka napisał/a:
niepodobna napisał/a:


A czemu byś nigdy nie poszedł? Bo kojarzy Ci się to z etykietką "wariata", czy z innego powodu?

Właśnie, czemu?

Jak leżałem w szpitalach z niezdiagnozowaną boreliozą+koinfekcje to psychiatrzy też tam się kręcili. Nie chcę opisywać dokładnie dlaczego odniosłem takie wrażenie, ale jestem pewien że oni bardziej potrzebowali leczenia niż normalni ludzie, a ich ego i przekonanie o nieomylności sięgało zenitu.

Bo niestety, czasami tak jest - mają poczucie wszechwglądu. Może takich spotkałeś. Podobne doświadczenia miał mój ex, jak kiedyś poszukał pomocy.
Ja tylko raz trafiłam tak źle u psychiatry i po prostu nie poszłam tam więcej.. Nie zawsze za pierwszym razem trafisz właściwie.


niepodobna napisał/a:

Edit: spodobała mi się ta rybka już jakiś czas temu i ją sobie zapisałam, żeby to był następny awatar.

Ten jest całkiem fajny, dodatkowo widać nawet po samym oku że jesteś ładną kobietą tongue

Widzisz, jakie oko ma moja ryba? Co za wzrok : D Ja to już muszę chyba zmienić okulary..

Czas spać, kończę pisaninę na dziś.

2,658 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-15 22:46:04)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Dobranoc wszystkim, bo ja też zmykam w piernaty. Jutro pobudka do pracy sad
Było mi dobrze jak w niebie na tym zupełnie niewyszukanym urlopie. Eeeech!

2,659

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
niepodobna napisał/a:

Widzisz, jakie oko ma moja ryba? Co za wzrok : D Ja to już muszę chyba zmienić okulary..

Czas spać, kończę pisaninę na dziś.

Ehh odświeżyłem stronę i teraz widzę tą rybkę. Ładna ale zdecydowanie mniej intrygująca wink


Piegowata'76 napisał/a:

Dobranoc wszystkim, bo ja też zmykam w piernaty. Jutro pobudka do pracy sad
Było mi dobrze jak w niebie na tym zupełnie niewyszukanym urlopie. Eeeech!

Dobranoc.

2,660 Ostatnio edytowany przez trx (2019-09-16 08:25:06)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
niepodobna napisał/a:

trx Bywają takie dni, kiedy się myśli, co jeszcze może się sypnąć smile Kumulacja, wszystko źle.
Czy dobrze rozumiem, że źle na Ciebie działa pisanie o osobistych "konkretach" - wydarzeniach, sytuacjach - a nie o osobistych uczuciach? Ale to się jakoś z sobą wiąże. Czym jest "przeżywanie poza sobą"?
Werbalizacja swoich stanów porządkuje je, nawet na własny użytek i daje nad nimi jakąś kontrolę, o ile umie się to zrobić adekwatnie - ja często nie umiem.
Rozumiem taki dyskomfort, kiedy pójdzie się za daleko w uzewnętrznianiu się; nie mam na forum tego problemu, bo po prostu nie przekraczam pewnych granic w pisaniu o sobie - można powiedzieć, że piszę prawdę, ale nie całą prawdę ; ) Nie odkrywam się nadmiernie.

Miło mi, że uważasz, że moje posty coś wnoszą, ja też chętnie Cię czytam.

Niepodobna, za przeżywanie poza sobą rozumiem akt, kiedy na to co przeżywamy mamy świadków. Dzielimy się tym co przeżywamy z przyjacielem, terapeutą lub tu - czytelnikami forum. Przy czym - nie takie było moje zamierzenie. Chciałam po prostu podzielić się doświadczeniem, punktem widzenia. Okazało się jednak, że po napisaniu o swoich trudniejszych odczuciach właśnie jakoś przeżywałam fakt, że puściłam to do "publicznej wiadomości". Może to już przekroczenie granic otwartości a może właśnie przeżycie na innym poziomie - nie tylko w zaciszu swojego wnętrza.
Fakt, że nikogo tu nie obchodzi co czuję ja jako ja, bo jestem tylko nikiem, nie zmienia u mnie poczucia, że napisanie o swoich skrywanych odczuciach to tak jakby wyjść w tłum bez majtek.
Można dywagować nad tym czy jest to zatem słuszne albo potrzebne, ale mnie chyba coś pokazało - potrafię być otwarta ze swoją słabością sama przed sobą, ale stanowi dla mnie problem przyznawanie się do słabości przed innymi.



Peter4x napisał/a:

Jak leżałem w szpitalach z niezdiagnozowaną boreliozą+koinfekcje to psychiatrzy też tam się kręcili. Nie chcę opisywać dokładnie dlaczego odniosłem takie wrażenie, ale jestem pewien że oni bardziej potrzebowali leczenia niż normalni ludzie, a ich ego i przekonanie o nieomylności sięgało zenitu.

Rozumiem tego typu odczucia. Psychiatria to niezwykle interesująca dziedzina, ale i bardzo trudna. Uważam, że trafić na specjalistę z prawdziwego zdarzenia graniczy z cudem i jest to poparte własnymi obserwacjami.

Natomiast co do odczuć o "nieomylności" - ja mam takowe w odniesieniu do psychologów raczej. Też poparte licznymi obserwacjami. Mało wnikliwości, analizy i otwartości, dużo operowania kalkami i powtarzania zaczytanych sloganów. Do tego stopnia, że poglądów psychologów na wiele kwestii w ogóle nie traktuję poważnie.
Co nie umniejsza faktu, że komuś wsparcie tego rodzaju może być potrzebne i może służyć.



Peter4x napisał/a:

Jest bardzo ciekawy temat w dziale religia i duchowość "czy wierzycie w Boga". Ludzie też tam opisują kim lub czym jest dla nich Bóg. Niektórzy piszą że nie wierzą, ale na starość wszyscy się nawracają i jestem pewien że przed śmiercią wszyscy uwierzą.

Absolutnie nie. Znaczy nie wiem czym będę się zajmować na starość o ile dożyję, może znudzi mi się obecne hobby i poszukam innego. Natomiast przynajmniej kilka razy w życiu byłam przekonana, że właściwie umieram a raz spodziewałam się "skazującej mnie" diagnozy i "nawracanie się" nawet nie przyszło mi do głowy.

2,661 Ostatnio edytowany przez Ela210 (2019-09-16 09:37:54)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Z psychiatrami to jak z innymi lekarzami- niestety niewielu może pochwalić się otwartą głową- studia medyczne ogłupiają..
Z psychologami tak być nie powinno- o ile odbiorą  głęboko humanistyczne wykształcenie,  nie jakieś kursy. Tylko że terapia to nie tabletki- wiele zależy od pacjenta.  Ale oczywiście partacze zdarzają się wszędzie.
Osobiście uważam, że jak terapia, to przed poważnym związkiem- bo to taka sytuacja, że pacjent właściwie musi "umrzeć" by operacja się udała  wtedy niekoniecznie do siebie pasujemy z tą nową, odrodzoną osobą.Oczywiście dotyczy to głębokich terapii, a nie pomocy psychologicznej.

2,662

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
trx napisał/a:

za przeżywanie poza sobą rozumiem akt, kiedy na to co przeżywamy mamy świadków. Dzielimy się tym co przeżywamy z przyjacielem, terapeutą lub tu - czytelnikami forum. Przy czym - nie takie było moje zamierzenie. Chciałam po prostu podzielić się doświadczeniem, punktem widzenia. Okazało się jednak, że po napisaniu o swoich trudniejszych odczuciach właśnie jakoś przeżywałam fakt, że puściłam to do "publicznej wiadomości". Może to już przekroczenie granic otwartości a może właśnie przeżycie na innym poziomie - nie tylko w zaciszu swojego wnętrza.

Ja też za bardzo czasami nawiązuję do przeszłości pisząc na forum. Muszę się od tego powstrzymać, ale możliwe że pomaga mi to pogodzić się z rzeczywistością. Zresztą nawet jak ktoś kiedyś skojarzy kim jestem to nie będzie w stanie stwierdzić o czym dokładnie pisałem, o jakim okresie mojego życia i kogo to dotyczyło. O tym wiem tylko ja smile Wszyscy piszą tak ogólnie że skojarzenie jakichkolwiek faktów nawet przez znajomych jest niemożliwe.


trx napisał/a:

Fakt, że nikogo tu nie obchodzi co czuję ja jako ja, bo jestem tylko nikiem, nie zmienia u mnie poczucia, że napisanie o swoich skrywanych odczuciach to tak jakby wyjść w tłum bez majtek.
Można dywagować nad tym czy jest to zatem słuszne albo potrzebne, ale mnie chyba coś pokazało - potrafię być otwarta ze swoją słabością sama przed sobą, ale stanowi dla mnie problem przyznawanie się do słabości przed innymi.

Jak się jakiś dłuższy czas, chociażby kilka tygodni, pisze z kimś nawet na takim forum, to nie jest do końca tak że nas nie obchodzi co ta druga osoba czuje, czy jak reaguje w danej chwili. Nie jesteśmy robotami (dzięki Bogu). Masz bardzo fajne porównania, chociażby dzisiejsze "z tymi majtkami" wink i potrafisz wzbudzić sympatię. Wszyscy chyba piszemy tutaj po to aby od czasu do czasu oczyścić umysł i poczuć się lepiej z samym sobą.


trx napisał/a:

Absolutnie nie. Znaczy nie wiem czym będę się zajmować na starość o ile dożyję, może znudzi mi się obecne hobby i poszukam innego. Natomiast przynajmniej kilka razy w życiu byłam przekonana, że właściwie umieram a raz spodziewałam się "skazującej mnie" diagnozy i "nawracanie się" nawet nie przyszło mi do głowy.

Wiesz, co innego jak człowiek czegoś się boi, oczekuje na jakieś wyniki i obawia się złego rokowania lub diagnozy, a co innego jak musi się z czymś pogodzić i jest pewien że mało czasu mu zostało.

2,663 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-18 12:16:44)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

...No, to ja też poofftopuję nieco.
Czy uwierzycie, że samotność można polubić i docenić? Otóż można, a za co? Za święty, błogosławiony spokój!
Gdy jestem sama, mam unormowane życie, mam swoje ulubione (mniej ulubione też, ale to inna sprawa) sprawy i zajęcia, swój rytm i swoje ścieżki, jestem spokojna i pogodna. A gdy ktoś się pojawia, wraz z nim wkracza zamęt.
Dlaczego nie mogę spotkać nikogo normalnego, hę?! Ja się zapytowywuję! wink
Odezwał się znowu ten cały PP - a już byłam przekonana, że to zamknięty rozdział. Nie powinnam była odbierać telefonu sad Czuję, że łatwo mi nie odpuści, a nie mam odwagi zdrowo się wściec i ryknąć: spierrrrr...!!! Pisałam mu i mówiłam spokojnie, że nie widzę sensu w to brnąć - nie przejął się, spokojnie kontynuuje swoje podchody. Bardzo by mnie ten spokój i cierpliwość ujmowały, gdyby nie lęk: zrobił mi w przeszłości duże świństwo. Boję się, że ta rzekoma cierpliwość to czysta manipulacja. Nie ufam, trzymam dystans i czuję, że powinnam załatwić sprawę raz a porządnie. I stoję jak ten osioł nad dwoma żłobami, uruchamiam bierny, iście ośli opór. Źle mi z tym, czuję taki stres, że aż mnie wszystko boli (bo ja tak w stresie mam).
Deklaruje pomoc w sprawach domowych, tych typowo męskich pracach, których nie ogarniam (a on się na tym zna i lubi to, czym tez mi zaimponował). Gdybym się nie bała, mogłabym zaakceptować, że w tej formie spłaci mi zaciągnięty dług, poczułabym wyrównanie rachunków, bo też przecież nie chciałabym jego zainteresowania wyłącznie wykorzystywać.
Ale jest we mnie strach, że będę żałować.
Wczoraj do mnie przyszedł, pomógł trochę w garażu, od ręki załatwiliśmy to, do czego zabierałam się jak pies do jeża (razem o wiele raźniej, co tu kryć). Zrobiłam mu kawę, pogadaliśmy... Czułam się całkiem fajnie, przyjemnie, na luzie... póki nie zaczął mnie przytulać. Cała się usztywniłam, zrobiłam unik, on to chyba wziął za damskie krygowanie się, żartem próbował mnie ugłaskać. Skończyło się tym, że powiedziałam: "Idź już"... I poszedł. A dziś dzwoni rano...

W teorii jestem pewna siebie, gorzej w praktyce.
O, ja kretynka yikes

Kurde... Pozbawcie mnie złudzeń ;(


Sorry za off-top, ale jak spuszczę trochę pary z siebie, to i mięśnie mniej bolą od stresu wink

2,664 Ostatnio edytowany przez Ela210 (2019-09-18 12:16:26)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

aż się znowu zalogowałam jak to przeczytałam.
Zachowaj się trochę jak "zimna suka"
On jest Ci winien kasę? Wyceń wszystkie męskie roboty co masz do zrobienia wg stawek rynkowych i zapowiedz mu na mailu że albo akceptuje bez przytulania, bo sobie na ten moment nie życzysz, albo niech spada.

2,665 Ostatnio edytowany przez bagienni_k (2019-09-18 15:36:19)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Piegowata Akurat to, że samotność można polubić i docenić a wręcz czuć się rewelacyjnie jestem tego najlepszym przykładem smile Inaczej dawno wylądowałbym na kozetce smile

A tak człowiek inwestuje przede wszystkim w siebie i stara się realizować swoje marzenia smile Do tego dochodzi duży, ale to baaardzo duży stopień indywidualizmu i umiłowanie swobody- całkowitej smile Mogę też dołożyć jeszcze szczegół, który może wynikać głównie z specyfiki obecnych czasów. W każdym razie mówiąc zupełnie poważnie to w dobie facebooka i innych tego typu wynlazków, ciężko przychodziłoby mi niejako prezentowanie swojego związku szerokiej masie. Życie prywatne w dużej mierze powinno się zamykać w czterech ścianach. Dlatego publiczne okazywanie uczuć, czułości i przywiązania schowałby do kieszeni. Dla mnie to nie żaden wstyd pokazywania się z drugą osobą, tylko próba zachowania tych najlepszych momentów dla siebie.

Posty [ 2,601 do 2,665 z 8,335 ]

Strony Poprzednia 1 … 39 40 41 42 43 … 129 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » SAMOTNOŚĆ » pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024