Rumunski_Zolnierz napisał/a:Ja bardzo szanuję post Marty i jej zwierzenia w tym temacie dlatego napisałem o niej to co uważałem i dalej będę ją chwalił.
Dziękuję Ci bardzo za ciepłe słowa
Piegowata'76 napisał/a:jeśli ktoś chce być w życiu nieszczęśliwy, to będzie.
P.S. Chcenie rozumiem jako koncentrację na nieszczęściu.
Wierz mi, że gdybym koncentrowała się wyłącznie na nieszczęściach i nie potrafiła się cieszyć z bardzo małych rzeczy, to już dawno bym wisiała. Ale łatwo się ocenia i rzuca banalnymi sloganami, gdy nie zna się przeżyć drugiego człowieka i "nie weszło się w jego buty".
Lady Loka napisał/a:Ja nie wiem czy związek byłby tutaj rozwiązaniem Waszych problemów. Banalnie to zabrzmi, ale żeby docenić bycie w związku trzeba umieć być szczęśliwym samym ze sobą.
Ja nie umiem, przyznaję i pomimo bycia w związku to pod wieloma rzeczami z postu Marty mogę się podpisać. Związek wcale nie sprawia, że nagle się jest szczęśliwym. Wręcz odwrotnie, u mnie czasami sprawia, że jestem bardziej nieszczęśliwa.
Nie zgodzę się z tym, a przynajmniej u mnie ta teoria się nie sprawdza. Mimo wszystko czuję się dobrze sama ze sobą, mam swoją pasję i rzeczy, które lubię robić, potrafię być sama (wręcz potrzebuję całkiem sporo przestrzeni), a jednak w dłuższej perspektywie to wszystko przestaje cieszyć, bo chciałoby się doświadczyć czegoś więcej - mieć kogoś ważnego w życiu, by wyjść na wspólny spacer, przytulić się, zatroszczyć się o tę osobę, pomyśleć ciepło o kimś, gdy wstaje się rano czy gdy idzie się spać. Poza tym każdy w życiu ma swój priorytet, który jest mu potrzebny do pełni szczęścia. Dla jednego będzie to kariera, dla innego spełnianie swoich pasji, dla trzeciego druga połówka, dla czwartego stworzenie pełnej rodziny, dla kogoś jeszcze innego np. ciągłe podróże i zwiedzanie świata. I możesz mieć masę innych rzeczy "pobocznych", które będą dla Ciebie fajne, możesz lubić siebie (i swój wygląd też), a jednocześnie czasem czuć rozpacz, że nie możesz mieć tej jednej rzeczy, której tak pragniesz i dla której oddałabyś wszystko inne. I boli podwójnie, gdy nie potrafisz zrozumieć dlaczego tak jest. Bo ja np. nie rozumiem dlaczego jestem taka samotna i dlaczego mężczyźni nie widzą we mnie kandydatki na stałą partnerkę.
Winter.Kween napisał/a:Co do postu Marty, to wydaje mi sie, ze jezeli mieszka w malym miescie to jest duzo prawdy w tym co pisze. Wiadomo, ze jak sie mieszka w miescie gdzie jest 20 milionow osob i robi sie duzo rzeczy (zajecia, studia, praca) to ma sie wieksze szanse poznac kogos bo jest wiecej ludzi.
Jednak Marto, jestes mloda i nadal mozesz kogos poznac i to w malym miescie. Moja przyjaciolka tez miala takie uczucia jak Ty, ze juz nigdy nikogo nie znajdzie bo nie tylko byla po 30 roku zycia, ale jeszcze z dzieckiem sama. Wtedy poznala porzadnego kolesia, ktory wczesniej byl zareczony ale poznali sie po jego rozstaniu. Teraz ma 40 lat i bierze swoj pierwszy slub dopiero, a koles zajmuje sie jej corka jak wlasna. Dzwoni do corki zapytac jak poszedl jej konkurs w szkole, gra z nia w gry i ogolnie wszystko skonczylo sie dobrze mimo, ze wczesniej czula, ze nic juz jej nie czeka.
Wczesniej pisalam o akceptowaniu samego siebie. Czlowiek zintegrowany nie robi dziwnych rzeczy bo nie potrzebuje. Im bardziej zintegrowany tym mniej robi problemow.
Niby zawsze jest nadzieja, ale moja mieścinka ma 10 km kwadratowych, a wokół wsie, gdzie głównie są pola uprawne. Mam wrażenie, że zostali tu głównie ludzie starsi i młodzież, która jeszcze się uczy. Ciężko spotkać osoby koło 30, a żeby jeszcze były wolne... I raczej przewaga kobiet/dziewczyn na ulicach.
Akceptuję siebie, mimo że jestem świadoma różnych swoich wad i mam kompleksy - głównie kompleks braku pracy i jakiegokolwiek pomysłu na siebie w tym aspekcie, brak studiów. Dobrze się uczyłam, nauczyciele zawsze mnie chwalili i byłam pewna, że pójdę na studia, ale wszystko się posypało 2 lata przed maturą. Zaczęłam chorować, miałam tragiczną frekwencję (ledwie mnie przepuścili) przez co musiałam zmienić szkołę na wieczorową i miałam maturę przyspieszoną o rok. Później ojciec zachorował na raka i kolejne 4 lata właściwie uciekły mi z życiorysu, bo ciągle siedziałam w domu przy rodzicach i im pomagałam znosić ten koszmar, to ja musiałam być tą silniejszą i tą pocieszycielką, bo oni panikowali i wpadali w histerię non stop. Psychicznie mnie to bardzo obciążyło, bo nie mogłam sobie pozwolić na słabość, musiałam udawać silniejszą i bardziej optymistyczną. Szybko zaczęło mi przybywać wtedy siwych włosów na głowie, mimo że miałam wtedy 21-22 lata. Wtedy też wypadłam całkowicie z jakiegokolwiek obiegu towarzyskiego i trochę zdziczałam od tego kiszenia się w domu, w którym ciągle była nerwówka i uczuciowy rollercoaster.
Piegowata'76 napisał/a:w małym środowisku, gdzie nie jesteś anonimowa, gdzie sąsiedzi wiedzą o Tobie i nie jesteś im obojętna (czasem aż za bardzo, ale ja jednak uwielbiam te swojskie klimaty, a granice umiem postawić). W jednej klatce schodowej w takim wielkim mieście podobno ludzie sobie nie mówią nawet "dzień dobry", a co dopiero wspomnieć o niezobowiązujących pogawędkach, które mogą być wstępem do większej zażyłości.
We mnie nie ma przekonania, że związek to szczęście "z urzędu". Byłam w takim, że o wiele szczęśliwsza czuję się jako singiel.
U mnie nie ma żadnej zażyłości sąsiedzkiej, nie w każdym malutkim miasteczku tak jest, a już na pewno nie wśród ludzi stosunkowo młodych. Na "dzień dobry" się kończy, ludzie nawet sobie paczek nawzajem nie chcą odebrać od kuriera i przymykają sobie drzwi przed nosem na klatce, żeby czasem ktoś nie zerknął do mieszkania i nie zobaczył jak mieszka. Nazwisk niektórych sąsiadów też nie znam, bo na domofonach już ich nie ma od lat, więc nie ma jak się dowiedzieć. To MIT, że w małych miasteczkach ludzie się nawzajem znają, kolegują i nie wiadomo co jeszcze. To wcale nie jest standardem.
perydot napisał/a:Marta bardzo ładnie to opisałaś, dobrze się Ciebie czyta, chociaż mogę i ja się podpisać po każdym słowem. Jestem 30+, mam męża i dzieci, ale czułam się tak samo jeszcze 10 lat temu. Męża poznałam zupełnie przypadkiem, na wakacjach i na początku to była tylko przyjaźń. Muszę przyznać, że miałam wielkie szczęście i wierzę, że i Ciebie nie ominie. Wiem, że to slogany, ale teraz postaw na siebie, na swój rozwój, byś dobrze się czuła po prostu.
Cieszę się, że Ci się powiodło!
Miałaś niesamowite szczęście, że akurat na wakacjach udało Ci się poznać mężczyznę swojego życia, bo domyślam się, że pewnie była jakaś tam odległość między Wami, co często potrafi poróżnić, zwłaszcza na początku
Mi się marzy poznać kogoś z najbliższych okolic, tak w promieniu 20 km od mojego miasteczka, żeby możliwe były dość częste spotkania, nie chciałabym relacji "na odległość", to nie dla mnie. I dziękuję za ciepłe słowa, ściskam mocno! 
rossanka napisał/a:Nie wiem jak Ci poradzić, jeśli chodzi o to jak znaleźć sobie faceta, to niestety nic Ci nie doradzę. '
Jedynie co mi przyszło na myśl - masz 27 lat, trochę jesteś podobna do mnie z tamtych czasów- to to, abyś bardzij cieszyła się byciem sobą (jeśli masz ochotę w sobie coś zmienić to zmień), była, bo ja wiem, bardziej wyluzowana, pogodna, nie wyczekiwała na tego jedynego, bo może on się nie pojawić w tym roku, ani jeszcze za pięć, może nigdy, a może już za tydzień - bo czas tylko ucieka, a Ty się zadręczasz. Wiem jak to jest, jak koleżanki spotykają tego kogoś, potem są śluby, dzieci, kolejne wesela, gdzie idzie się samej, sylwestry, święta i inne takie towarzyskie wydarzenia. Skupiając się na swoiej samotności nie przeżyjesz ich radośnie, nie będziesz się dobrze bawić, ale będziesz smutna a będziesz smutna to będzie Ci jeszcze gorzej, a to nie dobrze, bo w końcu Ty jesteś jedyna dla siebie i Ty masz się dobrze czuć. I w czasie Sylwestra i nawet w Walentynki, pomimo, że na ten czas będziesz sama. Jak znaleźć mężczyznę tego Ci nie powiem, bo pojęcia nie mam, to się chyba po prostu zdarza, albo nie zdarza, sama już nie wiem, kręcę się też w tym temacie niejako w kółko. 27 lat to jest super wiek i wiele się może w tej materii zdarzyć. Może też się nic nie zdarzyć, bo takie jest życie, nie przewidzisz, na forum też nikt nie przewidzi, bo każdy ma inne życie i doświadczenia. Chociaż pewne schematy się powtarzają mam wrażenie, ale ogólnie, całość trzeba rozpatrywać jednostkowo. Wydaje mi się również, że wszystko się dzieje po coś, jedno wypływa z drugiego, czego od razu nie widać, a człowiek zdaje sobie z tego sprawę dopiero po czasie, z dłuższej perspektywy.
Jakbym znów miała 27 lat, to starałabym się bardziej skupiać na sobie, sama rozwiązywać swoje problemy, ale jednocześnie nie zasklepiała sie w sobie i rozmawiała z bliskimi osobami, albo i na forum o tym, co mnie trapi, aby dać ujście emocjom. Nie szukałabym jednak całkowitego oparcia w koleżankach, rodzinie, znajomych, bo tak na prawdę człowiek jest sam, czy w rodzinie czy w związku. Nikt mu do końca nie pomoże. Nie znaczy to, że nie otrzyma wsparcia w razie jakiejś życiowej katastrofy (bywa, że pomoże koleżanka, albo sąsiadka czy siostra czy mąż).Ale generalnie nie oczekiwałabym tego od innych - tu mi się wydaje jest klucz - brak oczekiwań. Mozeliwe, że to się tyczy też relacji damsko meśkich - brak oczekiwań dużo ułatwia, a przynajmniej brak potem rozczarowania.
Dziękuję! Skupiam się na sobie od około 3 lat, bo tyle mi na ten moment pozostało. Mam hobby, zainteresowania, wychodzę z domu z uśmiechem na twarzy, czasem pogadam z pewną starszą panią, którą widuję na spacerze, ogółem staram się emanować pozytywną energią, cieszyć się słońcem i piękną pogodą, ładną sukienką, w której dobrze się czuję...
Tylko tego towarzystwa mi okropnie czasem brak. Ale tylko czasem, bywają gorsze dni, momenty załamania, ale staram się te czarne myśli przepędzać i skupiać na tym, co dobre. Próbuję być bardziej "otwarta" do ludzi, uśmiechać się do nich, próbuję zagadnąć pod jakimś pretekstem... Niby miło pogawędzić czasem z obcą osobą, ale to jednak nie jest to, czego mi potrzeba, bo bardzo chciałabym nawiązać z kimś głębszą relację i więź, a nie rozmawiać tylko na bezpieczne tematy o pogodzie. Jako introwertyk często mam ochotę na głębsze dyskusje, chętnie bym sobie pofilozofowała na różne tematy, a nie mam rozmówcy o podobnych zainteresowaniach/poglądach, żeby ciut podyskutować
umajona napisał/a:Jeśli jest tak, jak opisujesz, to ani trochę się nie dziwię, że jesteś przygnębiona. Młoda dziewczyna, która mieszka z rodzicami "w kiepskiej atmosferze", nie ma znajomych i nie ma pracy, po prostu więdnie... A co rozumiesz poprzez brak perspektyw na pracę i na edukację?
Trochę nadmieniłam już na ten temat wyżej. Marzyły mi się studia (choć w sumie nie miałam za bardzo pomysłu jaki kierunek wybrać, żeby coś z tego mogło być), ale plany się pokrzyżowały, między innymi przez ciężką chorobę taty (złośliwy rak), która trwała prawie 4 lata. Musiałam dużo pomagać w domu, być podporą dla obojga rodziców, którzy źle to wszystko znosili, ogółem dużo się działo... Mieszkam w małym miasteczku, wokół głównie wioski, więc musiałabym wyjechać gdzieś dalej, co wiązałoby się z obciążeniem finansowym, bo albo studia zaoczne (płatne) + dojazdy, albo dzienne, ale z przeprowadzką i wynajęciem czegoś, bo zbyt dalekie dojazdy. Ale szczerze to może nawet i lepiej, że wyszło jak wyszło, bo pewnie poszłabym na psychologię, która kiedyś mi się marzyła, a po niej perspektywy na pracę i tak są liche, więc zapewne byłyby to pieniądze wyrzucone w błoto.
Wyprowadzka nie wchodzi w grę, nie jestem samodzielna i na tyle odważna, by się rzucić na coś takiego, to dla mnie równie nierealne jak zdecydowanie się na lot w kosmos. Jeśli się kiedyś wyprowadzę, to tylko do faceta/z facetem, to dla mnie jedyny ratunek, bo sama sobie w życiu nie poradzę. Mojej siostrze właśnie tak się udało, oby i mi się kiedyś w końcu poszczęściło i obym znalazła kogoś, kto na początku troszkę pociągnie mnie za sobą, żebym nabrała wiatru w żagle.
Rumunski_Zolnierz napisał/a:Ostatnimi czasy czytałem ciekawą statystykę
A mianowicie w PL jeżeli weźmiemy grupę ludzi w wieku od 20 do 29 lat to się okazuje, że mężczyzn jest więcej o 100 000 niż kobiet
A to oznacza, że ok. 100 tys. mężczyzn nie założy rodziny z powodów... czysto strukturalnych
Dlatego tak bardzo wiele facetów pisze o tym jak wiele nowo poznanych kobiet jest zajętych 
A to ciekawe, bo ja mam wrażenie, że wokół mnie same kobiety... Nawet jak widzę grupki ludzi na festynach np, to gromada młodych kobiet / nastolatek, a koło nich jakiś rodzynek, czy tam dwóch. Mam wrażenie, że jest wręcz przepaść w ilości, na korzyść dla mężczyzn, którzy mogą przebierać w kobietach. Mieszkam koło liceum i też pod blokami kręci mi się masa licealistek, a chłopaków jak na lekarstwo. Jak chodziłam do szkoły (podstawówka, gimnazjum, technikum, liceum), to zawsze było dużo więcej dziewczyn, a chłopaków w klasie raptem kilku.