pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » SAMOTNOŚĆ » pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Strony Poprzednia 1 … 37 38 39 40 41 … 129 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 2,471 do 2,535 z 8,335 ]

2,471

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Peter4x napisał/a:

Trudno kochać swoje słabości, pewnych rzeczy człowiek nie chce akceptować ani godzić się z czymś co uważa za wadę. Chyba każdy musi znaleźć jakiś zdrowy punkt poniżej którego nie powinno się schodzić

Jeszcze nie jestem do końca pewna dlaczego z drugim zdaniem chyba też się nie zgadzam wink, ale co konkretnie rozumiesz przez 'punkt poniżej którego nie powinno się schodzić' w praktyce?

Zobacz podobne tematy :

2,472 Ostatnio edytowany przez Ela210 (2019-09-10 22:01:16)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

hehe smile) Peter.. To jest szansa, że jednocześnie odniechce się im seksu big_smile..
Jak dozyjemy, to zobaczymy smile

2,473

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
trx napisał/a:
Piegowata'76 napisał/a:

Żadna ze spotkanych osób nie zastąpi rodziców, bo nią po prostu nie jest, nie utuli tej małej smutnej dziewczynki w nas, bo jest to fizyczną niemożliwością. Wierzę jednak, że wiele luk można w sobie uzupełnić przez otwartość na cudzą życzliwość, a także przez życzliwość dla samych siebie. Wynotowałam sobie kiedyś zdanie wyczytane gdzieś w internecie, że JEDYNYM ZDROWYM SPOSOBEM NA UZUPEŁNIENIE DEFICYTÓW MIŁOŚCI JEST POKOCHANIE SAMEGO SIEBIE.  A to się robi poprzez bycie z sobą w kontakcie nieuciekanie przed sobą i swoimi, również trudnymi emocjami (to jest właśnie to "wykrzycz, opłacz"), poprzez dbanie o siebie i dostarczanie sobie pozytywnych doznań. Mamy być swoimi najlepszymi przyjaciółmi, co wcale nie jest równoznaczne z samopobłażaniem i pozwalaniem sobie na wszystko w imię źle pojętej miłości własnej.
.

To ważny punkt, ale i bardzo trudny. Osobiście chyba nie potrafię znaleźć zdrowej granicy pomiędzy przesadnym karceniem siebie a przesadnym pobłażaniem sobie (ze szkodą dla siebie).
Mam wrażenie, że robię i jedno i drugie, przy czym nie wiem kiedy faktycznie powinnam wziąć d... w troki, bo przesadzam z mazgajstwem a kiedy właśnie nie jest to mazgajstwo tylko zdrowa akceptacja własnych słabości.

Niepodobna, bo to wcale nie takie łatwe, ale świadomość jednak wiele daje.
Pewną wiedzę na temat posiadłam, ale z praktyką bywa różnie. Ale zdecydowanie lepiej niż, powiedzmy, dwadzieścia lat temu smile

2,474

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
trx napisał/a:

Jeszcze nie jestem do końca pewna dlaczego z drugim zdaniem chyba też się nie zgadzam wink

A pierwsze zdanie to że powinno się też oceniać chwile a nie całość, po to żeby mieć choć trochę dobrych wspomnień?


trx napisał/a:

, ale co konkretnie rozumiesz przez 'punkt poniżej którego nie powinno się schodzić' w praktyce?

Jeżeli jesteśmy na przykład w totalnej rozsypce i depresji to raczej nie powinniśmy kochać takiego siebie. Owszem można zaakceptować chwilę słabości, bo to rzecz ludzka, ale totalnego ciągłego przygnębienia już nie. Chodzi o znalezienie granicy do której zaakceptujemy i będziemy kochać samego siebie bez potrzeby zmiany czegokolwiek.


Ela210 napisał/a:

hehe smile Peter.. To jest szansa, że jednocześnie odniechce się im seksu big_smile..

To chyba byłby jedyny plus takiego związku smile

2,475

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Piegowata'76 napisał/a:
feniks35 napisał/a:

Wychowanie na pewno w sporym stopniu determinuje nasze dalsze zycie. Ja rowniez borykam sie z nerwica i w trakcie psychoterapii  doszlysmy z terapeutka do sedna problemu ktory mial swoje zrodlo w dziecinstwie, wychowaniu w rodzinie z problemem alkoholowym, braniu na siebie roli partnera matki itp. Ok to wszystko sie zgadza ale nie zgadzam sie z tym ze to jest wyrok. Jestem swiadoma problemu i nad tym pracuje. Nie szukam ukojenia w szukaniu winnych (w osobie rodzicow) nie analizuje co przez to stracilam. Ani tym obwinianiem przeszlosci nie zmienie ani mi to w terazniejszosci nie pomoze. Strace za tylko tylko czas, cenny czas w ktorym juz ja sama moge o sobie decydowac i zamiast robic dla siebie cos dobrego nurzam sie w przeszlosci zeby tym usprawiedliwic zla terazniejszosc. Jestesmy kowalami swego losu, zmiana jest mozliwa jesli sie chce. Poza tym gdyby nieudane dziecinstwo mialo byc gwarantem nieudanego zycia to co mieli powiedziec nasi dziadkowie ktorym wojna, bieda, niepewnosc jutra i smierc bliskich zabierala najlepsze lata mlodosci czy dziecinstwa? Jakos nie stoczyli sie zbiorowo na dno, nie zapili, nie zatracili. Pozakladali rodziny ktore starali sie prowadzic najlepiej jak umieli na swoje mozliwosci i to samo robily potem ich dzieci a nasi rodzice.

Feniks, zgadzam się z Tobą, że  nie w tym rzecz, aby swoje porażki usprawiedliwiać dzieciństwem czy chorobą na przykład. Jest mnóstwo ludzi, którzy na przekór "przeznaczeniu" zbudowali sobie dobre, udane życie.
Jednak w moim przypadku pomogło zaprzestanie zaprzeczania, udawania, że nie miały na mnie wpływu pewne rzeczy, że ja to jestem taka dzielna i nic mnie nie rusza. O nie, jestem chyba wręcz wrażliwcem. Dziś nie chcę oszukiwać samej siebie.
A przykład z rodzicami jasno mi wskazuje, że warto rozpoznać swoje mechanizmy i np. uświadomić sobie, że to nie mama strofuje mnie za bałagan, że to ja projektuję to na mojego męża i reaguję złością, strachem, agresją. Oraz że nie jestem już małą, bezbronną dziewczynką i mogę asertywnie zakomunikować swoje racje. Nawet w kontaktach z dzisiejszą mamą to mi się przydaje. Nie ma już we mnie tej złości, którą kiedyś do niej czułam, widzę w niej człowieka, który też błądzi, miewa trudności, ale któremu wiele zawdzięczam. Jest dla mnie ważna i kocham ją pomimo wszystko.

Zastanawia mnie tylko, dlaczego niektórym z nas tak trudno "odkręcić" pewne sprawy nawet pomimo pomocy psychologów, pomimo wsparcia życzliwych. Znam ludzi, którzy dekadami kręcą się wokół własnej osi, międlą wciąż te same schematy. Czy pozbawieni są woli, by zmienić swoje życie? Czy tak głęboko uszkodzeni. A może nie mieli tyle szczęścia, a może siły charakteru?
Ja jestem głęboko przekonana, na własnym przykładzie, że można bardzo swoje życie poprawić.

P.S. Znacie historyjkę o słoniu i kornaku (takim hodowcy, poganiaczu tych zwierząt)?
Małego słonika przywiązuje się łańcuchem do drzewa, by nie mógł uciec. Gdy staje się dorosłym silnym słoniem, nie przychodzi mu nawet do głowy, że jednym pociągnięciem mógłby wyrwać wątłe drzewko i uwolnić się z więzów.

Piegowata oczywiscie, ze warto rozpoznac swoje "programy" wgrane przez rodzicow w dziecinstwie i zdac sobie sprawe jaki wplyw mialy one na nasze zachowanie i wybory zyciowe. Tyle tylko ze gdy juz ma sie ich swiadomosc to tak jak piszesz nalezy podjac wysilek by to odkrecic a wiele osob woli jednak przy tych "wgranych programach" pozostac i do samego konca nie wziac odpowiedzialnosci za wlasne zycie tylko zaslaniac sie bledami wychowawczymi rodzicow.

2,476 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-10 23:23:47)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Sporo tu "wykwitło" ciekawych postów, a ja znowu bez porządnego sprzętu ; popołudniami komputer anektuje syn, wieczorami śpi, a komp w jego pokoju za obopólną zgodą domowników a ja śmigam na telewizorze, gdzie pewne opcje nie działają). Spróbuję jakoś zbiorczo się odnieść do tych Waszych "kwiatków" big_smile
Niepodobna, wydaje mi się, że trzeba zachować jakiś rozsądek, nawet i się pomazgaić, ale nie w nieskończoność i czasami jednak brać siebie w cugle - tylko bez tzw. dopieprzania sobie.

Piotrze, ja też wybredna i ponoć księżniczka na ziarnku grochu smile Ale olśniła mnie kiedyś myśl genialna, że przecież dokonuję wyborów, a skoro dokonuję, to o co kaman? Któż mi bronił postąpić inaczej?
Lubię tak sobie samej różne rzeczy tłumaczyć i układać. To mi pomaga.
Co do mieszkania i różnych życiowych celów, zawsze powtarzam, że bardziej niż cel, fascynuje mnie droga, ale stałości spragniona byłam bardzo, bardzo, bardzo. Nie mogę się tym moim mieszkaniem nacieszyć, choć do wypieszczonego gniazdka jeszcze mu daleko.

Mnie chyba nigdy tak poważnie nie "siekło", bo dawniej byłam niepewna siebie i w relacje nie wchodziłam, co najwyżej biło mi serce na czyjś widok. Potem zrobiłam się już starszawa i nie tak podatna na te romantyczne emocje, na zaangażowanie potrzebuję czasu i poznania delikwenta, a jeszcze nie było mi z nikim dane dojść to tego etapu.

Peter, my mamy być swoimi własnymi, pierwszym przyjaciółmi. Czy przyjacielowi w rozsypce powiesz, że go takiego rozmamłanego nie kochasz? Tym bardziej trzeba o niego zadbać,np. próbujac wyciagnac go z doła, poszukać gdzieś pomocy - a czasem przytulić, po ramieniu poklepać i dać mu prawo do chwilowej rozsypki.
Natomiast akceptacja siebie nie oznacza, że mam całkowicie siebie olać i nad sobą nie pracować, nie dbać o siebie, nie rozwijać się itp.

Niepodobna, zauważam też, że ludzie czują diabelny opór przed zmianą, wydaje im się to jakimś złożeniem broni, rezygnacją jak np. w przypadku zaprzestania rozpaczliwych działań w poszukiwaniu miłości czy to, o czym pisał Peter: że nie wolno mi być słabszym. Boją się utraty kontroli, tego że gdy się np. rozpłaczą, nigdy nie przestaną.
Pisała kiedyś forumowiczka, której imienia nie  wymienię, bo może sobie nie życzy, że przez pierwsze dni terapii niemal bez przerwy wyła. Na to trzeba odwagi. Wielu z nas woli przyklepać, uciec, zagłuszyć własne wewnętrzne głosy. A to nieskuteczne, to zawsze wylezie, prędzej czy później.

Bardzo cenię te swoje sześć lat samotności, bo zyskałam czas na wgląd w samą siebie, na czytanie mądrych ludzi, na przemyślenia, wnioski i wreszcie "poczucie" tego wszystkiego, o czym piszę.

2,477

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Piegowata'76 napisał/a:

Peter, my mamy być swoimi własnymi, pierwszym przyjaciółmi. Czy przyjacielowi w rozsypce powiesz, że go takiego rozmamłanego nie kochasz? Tym bardziej trzeba o niego zadbać,np. próbujac wyciagnac sie z doła, poszukać gdzieś pomocy - a czasem przytulić i dać mu prawo do chwilowej rozsypki.

Przyjacielowi tak nie powiem i pomogę, ale od siebie samego będę już oczekiwał o wiele więcej smile

2,478 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-10 23:21:32)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Peter4x napisał/a:
Piegowata'76 napisał/a:

Peter, my mamy być swoimi własnymi, pierwszym przyjaciółmi. Czy przyjacielowi w rozsypce powiesz, że go takiego rozmamłanego nie kochasz? Tym bardziej trzeba o niego zadbać,np. próbujac wyciagnac sie z doła, poszukać gdzieś pomocy - a czasem przytulić i dać mu prawo do chwilowej rozsypki.

Przyjacielowi tak nie powiem i pomogę, ale od siebie samego będę już oczekiwał o wiele więcej smile

Oczekuj, ale się nad sobą nie znęcaj smile
Zdarza mi się czasem opierdzielić zdrowo moją przyjaciółkę i jasne jest, że to w dobrej wierze.

2,479

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Peter4x napisał/a:
trx napisał/a:

, ale co konkretnie rozumiesz przez 'punkt poniżej którego nie powinno się schodzić' w praktyce?

Jeżeli jesteśmy na przykład w totalnej rozsypce i depresji to raczej nie powinniśmy kochać takiego siebie. Owszem można zaakceptować chwilę słabości, bo to rzecz ludzka, ale totalnego ciągłego przygnębienia już nie. Chodzi o znalezienie granicy do której zaakceptujemy i będziemy kochać samego siebie bez potrzeby zmiany czegokolwiek.

Właśnie to podejrzewałam, stąd przypuszczenie, że się nie zgadzam wink To się dla mnie z pojęciem miłości własnej kłóci bardzo mocno.

Moim zdaniem nie trzeba kochać siebie 'warunkowo', żeby równocześnie wprowadzać pozytywne zmiany.
Nie uważam, że musimy gardzić słabym sobą, by ze słabości wyjść - śmiem twierdzić, że jest na odwrót.
Nie uważam, że próba wychodzenia z kryzysów "na siłę" ("płakałeś już tydzień, Twój czas na żal się skończył") jest skuteczną metodą zażegnywania powyższych.

Jeszcze wrócę do

Peter4x napisał/a:

Trudno kochać swoje słabości, pewnych rzeczy człowiek nie chce akceptować ani godzić się z czymś co uważa za wadę

Może faktycznie trudno, bo pamiętam, że brzmiało to dla mnie jak oksymoron swego czasu. Teraz jest to dla mnie naturalne. To, że lubię w sobie i mocne strony i słabe strony nie znaczy, że nie wychodzę poza strefę własnego komfortu, że nie mam 'listy' zmian do wprowadzenia. Tylko motor działania jest inny.

2,480

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
trx napisał/a:
Peter4x napisał/a:

Jeżeli jesteśmy na przykład w totalnej rozsypce i depresji to raczej nie powinniśmy kochać takiego siebie. Owszem można zaakceptować chwilę słabości, bo to rzecz ludzka, ale totalnego ciągłego przygnębienia już nie. Chodzi o znalezienie granicy do której zaakceptujemy i będziemy kochać samego siebie bez potrzeby zmiany czegokolwiek.

Właśnie to podejrzewałam, stąd przypuszczenie, że się nie zgadzam wink To się dla mnie z pojęciem miłości własnej kłóci bardzo mocno.

Moim zdaniem nie trzeba kochać siebie 'warunkowo', żeby równocześnie wprowadzać pozytywne zmiany.
Nie uważam, że musimy gardzić słabym sobą, by ze słabości wyjść - śmiem twierdzić, że jest na odwrót.
Nie uważam, że próba wychodzenia z kryzysów "na siłę" ("płakałeś już tydzień, Twój czas na żal się skończył") jest skuteczną metodą zażegnywania powyższych.

Ciekawe podejście. Może kiedyś jak będę w totalnej rozsypce i rozpaczy spróbuję. Chociaż z drugiej strony boję się takiego mechanizmu, że można dojść do przekonania, że skoro coś się akceptuje to po co to zmieniać. Stąd już prosta droga to tego aby popaść w depresję. Rozumiem że świadomość potrzeby zmiany złego stanu musi być, jednak ten zły stan powinienem akceptować do czasu zajścia tej pozytywnej zmiany. Jakoś ciężko mi to przetrawić smile Może dlatego że jestem o wiele bardziej surowy i wymagający wobec siebie niż wobec innych. Może dlatego że po prostu jestem facetem wink

2,481

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Peter4x napisał/a:
trx napisał/a:
Peter4x napisał/a:

Jeżeli jesteśmy na przykład w totalnej rozsypce i depresji to raczej nie powinniśmy kochać takiego siebie. Owszem można zaakceptować chwilę słabości, bo to rzecz ludzka, ale totalnego ciągłego przygnębienia już nie. Chodzi o znalezienie granicy do której zaakceptujemy i będziemy kochać samego siebie bez potrzeby zmiany czegokolwiek.

Właśnie to podejrzewałam, stąd przypuszczenie, że się nie zgadzam wink To się dla mnie z pojęciem miłości własnej kłóci bardzo mocno.

Moim zdaniem nie trzeba kochać siebie 'warunkowo', żeby równocześnie wprowadzać pozytywne zmiany.
Nie uważam, że musimy gardzić słabym sobą, by ze słabości wyjść - śmiem twierdzić, że jest na odwrót.
Nie uważam, że próba wychodzenia z kryzysów "na siłę" ("płakałeś już tydzień, Twój czas na żal się skończył") jest skuteczną metodą zażegnywania powyższych.

Ciekawe podejście. Może kiedyś jak będę w totalnej rozsypce i rozpaczy spróbuję. Chociaż z drugiej strony boję się takiego mechanizmu, że można dojść do przekonania, że skoro coś się akceptuje to po co to zmieniać. Stąd już prosta droga to tego aby popaść w depresję. Rozumiem że świadomość potrzeby zmiany złego stanu musi być, jednak ten zły stan powinienem akceptować do czasu zajścia tej pozytywnej zmiany. Jakoś ciężko mi to przetrawić smile Może dlatego że jestem o wiele bardziej surowy i wymagający wobec siebie niż wobec innych. Może dlatego że po prostu jestem facetem wink

Brak akceptacji samego siebie i wlasnych emocji prowadzi do problemow, wiec nie jest droga z nich wyjscia.
Czlowiek w pelni zintegrowany ze soba nie musi sie niczego obawiac, ani stagnacji ani swoich zlych stron ani niczego. Czlowiek, ktory proboje poznac samego siebie zajdzie dalej niz czlowiek, ktory chce byc idealem wiec nienawidzi chwili slabosci.

2,482 Ostatnio edytowany przez umajona (2019-09-11 10:09:29)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Rossanko, a może Tobie się tylko wydawało, że nie jesteś kochana, a tak naprawdę to rodzice Cię mocno kochali, tak, jak umieli...?

Jak już wspominałam, z mamą miałam raczej trudną relację. Brak czułości z jej strony to jedno, ale ważniejsze było dla mnie poczucie braku zrozumienia i akceptacji. Przez lata, te najważniejsze, gdy jako nastolatka i 20-kilkuletnia dziewczyna mocno jej potrzebowałam, bardzo się nie rozumiałyśmy i nie dogadywałyśmy. Czułam się odtrącana, nie akceptowana, nawet przeszkadzająca. Nie rozumiałam, dlaczego tak się dzieje między nami. Bardzo mnie to bolało. Ale mimo wszystko gdzieś głęboko wiedziałam, że jestem kochana... Co do tego nie miałam wątpliwości. Teraz nasza relacja jest nieco lepsza, ale to może dlatego, że nie mieszkamy razem i nie spędzamy ze sobą każdego dnia ;p W między czasie sporo zrozumiałam o mamie. I o sobie. Po prostu źle interpretowałam różne jej zachowania i słowa. Za bardzo skupiałam się na swoich emocjach, brałam wszystko do siebie. Czyli musiałam przepracować swoją własną emocjonalność... I zrozumiałam też, że mama już taka jest - chłodna, nieco szorstka, trochę zamknięta w sobie. Poza tym też na pewno ma jakieś trudne doświadczenia za sobą, smutki, zmartwienia, czego świadomość pozwala mi inaczej na nią spojrzeć, z taką większą czułością. Uświadomiłam sobie teraz, po latach, że tylko mi się wydawało, że nie jestem akceptowana taka, jaka jestem, że ją sobą rozczarowuję lub że nie chce jej się ze mną rozmawiać. I że to, że na amerykańskich filmach relacje mam z córkami są całkowicie inne, niż nasze, nie świadczy o czymś niewłaściwym u nas. Wiem, że nawet jeśli ja tej czułości z jej strony nie dostrzegałam, to ona ją okazywała na swój własny sposób, tak, jak potrafiła... I tak z perspektywy czasu widzę, że dała mi najlepsze wychowanie, jakie mogła mi dać.

2,483

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
umajona napisał/a:

Rossanko, a może Tobie się tylko wydawało, że nie jesteś kochana, a tak naprawdę to rodzice Cię mocno kochali, tak, jak umieli...?
.

Nie wiem, wolę się nad tym nie skupiać zanadto, bo co to da, trzeba iść do przodu, takie grzebanie się bagienku przeszłości na dłuższą metę więcej złego może zrobić niż dobrego, bo nie można ruszyć do przodu. Z resztą każdy miał jakichś rodziców, jakieś żale itd, to nie może determinować dalszego życia, pod warunkiem, ze jest się tego świadomym. Bo jak się nie jest świadomym, to dalsze życie to będzie jedna wielka katastrofa, bo będzie się popełniało wciąż te same błędy i nie będzie się wiedziało, dlaczego. Wtedy przyjdzie do głowy pech albo zły los,co do końca prawdą nie będzie.

2,484

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Winter.Kween napisał/a:

Brak akceptacji samego siebie i wlasnych emocji prowadzi do problemow, wiec nie jest droga z nich wyjscia.
Czlowiek w pelni zintegrowany ze soba nie musi sie niczego obawiac, ani stagnacji ani swoich zlych stron ani niczego. Czlowiek, ktory proboje poznac samego siebie zajdzie dalej niz czlowiek, ktory chce byc idealem wiec nienawidzi chwili slabosci.

Właśnie mam wrażenie, że na tym to polega. Na tym, ze akceptuje się całego siebie, nawet swoje wady i słabości, nie robiąc sobie wyrzutów z tego powodu, że czegoś się nie potrafi, albo w czymś ponosi się porażki, ale jednocześnie zmienia się w sobie to, co się chce zmienić. Np ktoś notorycznie się spóźnia. Głupotą by było powiedzieć, a co mi tam, ja się zawsze spóźniam, niech inni czekają, trudno, taki jestem i nic z tym nie zrobię.  Dobrze jest zmienić w sobie ten nawyk, bo ja wiem, nastawić sobie budzik rano 20 minut wcześniej, albo przypomnienie w telefonie, aby nie robić wszystkiego na ostatnią chwilę, pilnować siebie i czasu.
Ale w drugą stronę zawsze będzie się miało wady, będzie się miało czasem lenia, albo bałagan w mieszkaniu, albo wyda pieniądze na głupoty, albo coś jeszcze innego -pewne wady są więc do zaakceptowania, nie ma sensu robić sobie wyrzutów: matko, po co mi maskara za 150 zł, jak mogłam kupić za 30, albo, jestem beznadziejna, zamiast sprzątnąć kuchnię pół  dnia gapiłam się w TV i teraz mam bajzel.

2,485

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Piegowata'76 napisał/a:

Zdarza mi się czasem opierdzielić zdrowo moją przyjaciółkę i jasne jest, że to w dobrej wierze.

Przyjaźnicie się mimo tego dalej? Mi się w ostatnich latach posypały przyjaźnie, oj posypały. Zastanawiam się, czy taka kolej rzeczy, czy też zrobiłam się niegrzeczna.
Ale fakt, niektóre z nich same poucinałam, chociaż były długie, bo zaczynały mnie już męczyć i źle się w nich czułam.

2,486 Ostatnio edytowany przez fuorviatos (2019-09-11 11:54:51)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Ja właśnie coraz częściej zauważam, że przyjaźnie, znajomości się rozluźniają. Im starszy jestem tym mniej tych prawdziwych znajomych..
Z jednej strony rozumiem, że każdy ma swoje życie ,a z drugiej wiem, że sam potrafię dbać (jeśli chce) i pielęgnować coś fajnego.
W drugą stronę nie zawsze jest tak samo; bo niektórym wystarczy zdawkowa konwersacja na FB a ja wymagam więcej.
Też tak masz?

A jeszcze podpytam Rossanko - Jakie wnioski nasuwają Ci się po tej długiej dyskusji?

2,487 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-11 12:03:52)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Winter, super to napisalaś, zgadzam się co do joty. Taki "zintegrowany" człowiek nie jest wolny od trudnych emocji, ale się ich nie boi, wie, że sobie poradzi.
Nie wiem, czy jestem zintegrowana, obawiam sie, ze jeszcze sporo mi do tego, ale nawet gdy zimą płakałma pod kościołem, wiedziałam, że to po prostu taki czas, że nie będzie to trwać wiecznie ("trochę" mi było ciężko zimą).

Rossanka, Umajona, bardzo często tak jest, że rozum mówi nam jedno, a emocje coś innego. Racjonalnie (?) zawsze sądziłam, że mama mnie kocha, że nie może być inaczej, przecież o mnie dba jak umie. Emocjonalnie bywało, że czułam się nieakceptowana i odtrącona, jak pisze Umajona. Dziś, z obecną wiedzą, doświadczeniem, przemyśleniami mam dla niej miłość i zrozumienie.

Co do opierdzielania przyjaciółki, to nie zrozum tego, Ross, zbyt dosłownie. Zdarza mi się jakieś: "Ty trąbo durna, nie rób tego!" czy coś w tym stylu. Wiemy obie, że te trąby to nie na serio. Czasem palnę jej nawet kazanie (z umiarem oczywiscie), czasem ona mnie kazaniem uszczęśliwi, a w telefonie ma zapisany mój telefon pod nazwą "Piegowata (w rzeczywistości moje nazwisko) - stara rura". Wiele uchodzi gdy ludzie się znają jak łyse konie.
Nie miałam nigdy większych problemów z przyjaźnią. Nie mam zresztą potrzeby jakoś tego określać, nazywać. Znajomości jakoś tak naturalnie ewoluują, niektóre się pogłębiają i utrwalają, i nawet nie wie się, kiedy wyrasta z tego przyjaźń.
Przestałam za to podejmować inicjatywę wobec pewnej koleżanki, która nic w moje życie nie wnosiła poza wiecznym użalaniem się nad sobą, zrzucaniem odpowiedzialności za swój los na wszystkich i wszystko, tylko nie na siebie. To klasyczna ofiara dzieciństwa, współczuję jej, ale ileż można znosić czyjś egoizm i koncentrację wyłącznie na sobie? Baba po czterdziestce, a zero jakiegokolwiek ogarnięcia, zero wyjścia poza czubek własnego nosa. Kiedyś trochę się nią "opiekowałam", od pewnego czasu ta znajomość po prostu przestała mi dawać jakąkolwiek satysfakcję.

Zgadzam się, że nasi rodzice wychowali nas najlepiej jak potrafili.

2,488

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Piegowata'76 napisał/a:

Winter, super to napisalaś, zgadzam się co do joty. Taki "zintegrowany" człowiek nie jest wolny od trudnych emocji, ale się ich nie boi, wie, że sobie poradzi.
Nie wiem, czy jestem zintegrowana, obawiam sie, ze jeszcze sporo mi do tego, ale nawet gdy zimą płakałma pod kościołem, wiedziałam, że to po prostu taki czas, że nie będzie to trwać wiecznie ("trochę" mi było ciężko zimą).

Rossanka, Umajona, bardzo często tak jest, że rozum mówi nam jedno, a emocje coś innego. Racjonalnie (?) zawsze sądziłam, że mama mnie kocha, że nie może być inaczej, przecież o mnie dba jak umie. Emocjonalnie bywało, że czułam się nieakceptowana i odtrącona, jak pisze Umajona. Dziś, z obecną wiedzą, doświadczeniem, przemyśleniami mam dla niej miłość i zrozumienie.

Co do opierdzielania przyjaciółki, to nie zrozum tego, Ross, zbyt dosłownie. Zdarza mi się jakieś: "Ty trąbo durna, nie rób tego!" czy coś w tym stylu. Wiemy obie, że te trąby to nie na serio. Czasem palnę jej nawet kazanie (z umiarem oczywiscie), czasem ona mnie kazaniem uszczęśliwi, a w telefonie ma zapisany mój telefon pod nazwą "Piegowata (w rzeczywistości moje nazwisko) - stara rura". Wiele uchodzi gdy ludzie się znają jak łyse konie.
Nie miałam nigdy większych problemów z przyjaźnią. Nie mam zresztą potrzeby jakoś tego określać, nazywać. Znajomości jakoś tak naturalnie ewoluują, niektóre się pogłębiają i utrwalają, i nawet nie wie się, kiedy wyrasta z tego przyjaźń.
Przestałam za to podejmować inicjatywę wobec pewnej koleżanki, która nic w moje życie nie wnosiła poza wiecznym użalaniem się nad sobą, zrzucaniem odpowiedzialności za swój los na wszystkich i wszystko, tylko nie na siebie. To klasyczna ofiara dzieciństwa, współczuję jej, ale ileż można znosić czyjś egoizm i koncentrację wyłącznie na sobie? Baba po czterdziestce, a zero jakiegokolwiek ogarnięcia, zero wyjścia poza czubek własnego nosa. Kiedyś trochę się nią "opiekowałam", od pewnego czasu ta znajomość po prostu przestała mi dawać jakąkolwiek satysfakcję.

Zgadzam się, że nasi rodzice wychowali nas najlepiej jak potrafili.

Dokladnie. Moj ojciec w ocenie wielu osob i mojej samej wlozyl niewielki trud w wychowawczy w me wychowanie a mimo to wierze ze robil to najlepiej jak potrafil. Byc moze wychowanie rozumial jako zapewnienie srodkow finansowych poprzez prace bo do tego sie to w sumie sprowadzalo. Nie wiedzial ze wazny jest tez przyklad dawany swoja postawa, zywe zainteresowanie zyciem, zdrowiem, problemami  dziecka. A moze jako ze sam wychowal sie w rodzinie gdzie ojciec (czyli moj dziadek) pracowal i pil to uznal ze tak wyglada rola ojca w rodzinie czyli pracowac i pic. Sadze ze gdyby mial inny przyklad z domu i inna swiadomosc to pewnie dalby z siebie wiecej...a tak dal tyle ile potrafil i myslal ze nalezy. Nikt normalny, kto zostaje rodzicem nie zaklada przeciez z gory ze chce byc zlym ojcem i matka tylko wrecz przeciwnie.

2,489 Ostatnio edytowany przez trx (2019-09-11 15:24:08)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Peter4x napisał/a:
trx napisał/a:
Peter4x napisał/a:

Jeżeli jesteśmy na przykład w totalnej rozsypce i depresji to raczej nie powinniśmy kochać takiego siebie. Owszem można zaakceptować chwilę słabości, bo to rzecz ludzka, ale totalnego ciągłego przygnębienia już nie. Chodzi o znalezienie granicy do której zaakceptujemy i będziemy kochać samego siebie bez potrzeby zmiany czegokolwiek.

Właśnie to podejrzewałam, stąd przypuszczenie, że się nie zgadzam wink To się dla mnie z pojęciem miłości własnej kłóci bardzo mocno.

Moim zdaniem nie trzeba kochać siebie 'warunkowo', żeby równocześnie wprowadzać pozytywne zmiany.
Nie uważam, że musimy gardzić słabym sobą, by ze słabości wyjść - śmiem twierdzić, że jest na odwrót.
Nie uważam, że próba wychodzenia z kryzysów "na siłę" ("płakałeś już tydzień, Twój czas na żal się skończył") jest skuteczną metodą zażegnywania powyższych.

Ciekawe podejście. Może kiedyś jak będę w totalnej rozsypce i rozpaczy spróbuję. Chociaż z drugiej strony boję się takiego mechanizmu, że można dojść do przekonania, że skoro coś się akceptuje to po co to zmieniać. Stąd już prosta droga to tego aby popaść w depresję. Rozumiem że świadomość potrzeby zmiany złego stanu musi być, jednak ten zły stan powinienem akceptować do czasu zajścia tej pozytywnej zmiany. Jakoś ciężko mi to przetrawić smile Może dlatego że jestem o wiele bardziej surowy i wymagający wobec siebie niż wobec innych. Może dlatego że po prostu jestem facetem wink

O tym samym pomyślałam, że jesteś dla siebie surowy + jesteś zaprogramowany na akcję i opór poprzez czynne działanie, co uważa się za domenę mężczyzn wink

Przyczepiłam się bardzo mocno do tych stwierdzeń, bo podchodzę do tematu dość osobiście, sama mam w historii surowość względem siebie. Trochę charakter a trochę wpływ mamy, która dawniej na każdą najdrobniejszą słabość, nawet chwilę zawahania, dawała mi do zrozumienia, że jestem ciężarem, o "zasłużeniu" na miłość nie wspominając.
Trochę dziwnie żyje się gdy oczekuje się od siebie funkcjonowania jak robot. Wtedy każde załamanie, każde niepowodzenie to wyraz "nieudacznictwa" a za złym samopoczuciem idą kolejne trudności. Tak u mnie było, nie mogę mówić, że to reguła. Może niektórym lepiej wychodzi bycie robotem wink

Gdy terapeutka sugerowała mi, że nie akceptuję swojej słabości i zachowań z niej wynikających zastanawiałam się "ale o czym ona do mnie rozmawia", jak w ogóle można mówić o akceptacji takich stanów ?? Akceptacja wydawała mi się właśnie równać z kapitulacją.
Tymczasem ojciec psychoterapii jakiejśtam, Carl Rogers, opierając się na obserwacjach w swojej pracy wywnioskował, że dopiero gdy osiągnie się pełną akceptację swojej sytuacji można oczekiwać zmiany i ta zmiana następuje niejako samoistnie. Po przeczytaniu jego zapisków uznałam, że wkręcał trochę śrubę, bo poakcpetowałam sobie miesiąc a zmiany nie było wink
Aleee z perspektywy czasu widzę, że to się wszystko jakoś układa. To się po prostu porządkuje jeśli da się sobie prawo i przestrzeń na przeżywanie pewnych rzeczy.
Wiem, że czeka mnie jeszcze wiele upadków, przykrości, trudności jak każdego człowieka, mam tylko nadzieję, że w trudnych czasach będę umiała być swoim sprzymierzeńcem a nie "zimnym szefem" (tak postrzegałam moją mamę i taka byłam potem sama wobec siebie).

2,490

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Winter.Kween napisał/a:

Brak akceptacji samego siebie i wlasnych emocji prowadzi do problemow, wiec nie jest droga z nich wyjscia.
Czlowiek w pelni zintegrowany ze soba nie musi sie niczego obawiac, ani stagnacji ani swoich zlych stron ani niczego. Czlowiek, ktory proboje poznac samego siebie zajdzie dalej niz czlowiek, ktory chce byc idealem wiec nienawidzi chwili slabosci.

Rozumiem. Akceptacja zamiast walki. Jednak próba poprawy tego złego stanu na lepszy też musi być. Do ideału nigdy nie dążyłem smile, raczej zawsze dążę do równowagi. Mógłbym napisać to samo co Rossanka cytując Twoją wypowiedź. Pewne rzeczy trzeba zmieniać a nie akceptować, aby żyło nam się lepiej z innymi ludźmi smile


trx napisał/a:

Przyczepiłam się bardzo mocno do tych stwierdzeń, bo podchodzę do tematu dość osobiście, sama mam w historii surowość względem siebie. Trochę charakter a trochę wpływ mamy, która dawniej na każdą najdrobniejszą słabość, nawet chwilę zawahania, dawała mi do zrozumienia, że jestem ciężarem, o "zasłużeniu" na miłość nie wspominając.

Tak samo jak mój ojciec do pewnego czasu. Jednak może dlatego teraz masz (z tego co wcześniej wyczytałem) pracę, z której jesteś zadowolona i która Ci odpowiada.


trx napisał/a:

Gdy terapeutka sugerowała mi, że nie akceptuję swojej słabości i zachowań z niej wynikających zastanawiałam się "ale o czym ona do mnie rozmawia", jak w ogóle można mówić o akceptacji takich stanów ?? Akceptacja wydawała mi się właśnie równać z kapitulacją.
Tymczasem ojciec psychoterapii jakiejśtam, Carl Rogers, opierając się na obserwacjach w swojej pracy wywnioskował, że dopiero gdy osiągnie się pełną akceptację swojej sytuacji można oczekiwać zmiany i ta zmiana następuje niejako samoistnie. Po przeczytaniu jego zapisków uznałam, że wkręcał trochę śrubę, bo poakcpetowałam sobie miesiąc a zmiany nie było wink
Aleee z perspektywy czasu widzę, że to się wszystko jakoś układa. To się po prostu porządkuje jeśli da się sobie prawo i przestrzeń na przeżywanie pewnych rzeczy.
Wiem, że czeka mnie jeszcze wiele upadków, przykrości, trudności jak każdego człowieka, mam tylko nadzieję, że w trudnych czasach będę umiała być swoim sprzymierzeńcem a nie "zimnym szefem" (tak postrzegałam moją mamę i taka byłam potem sama wobec siebie).

U mnie to wynika trochę z tego że mam wieloletnie "zaległości" nie z mojej winy, które muszę nadrobić. Wolałbym nie pisać dlaczego. No cóż, chcę jeszcze coś w tym życiu osiągnąć i ten czas teraz to jest właściwie da mnie ostatni dzwonek aby to zrobić. Jak już osiągnę to co zamierzyłem to rzeczywiście mogę przejść w stan, w którym będę akceptował swoje słabości, upadki i niepowodzenia. Jeszcze też, trzeba jakoś przestać żałować złych decyzji podjętych w przeszłości, zapomnieć o pewnych rzeczach, bo jednak mam takie etapy, że stare sprawy w dużej mierze wpływają na chwilowe pogorszenia nastroju i przygnębienie.

2,491 Ostatnio edytowany przez niepodobna (2019-09-11 17:46:36)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Peter4x napisał/a:

U mnie to wynika trochę z tego że mam wieloletnie "zaległości" nie z mojej winy, które muszę nadrobić. Wolałbym nie pisać dlaczego. No cóż, chcę jeszcze coś w tym życiu osiągnąć i ten czas teraz to jest właściwie da mnie ostatni dzwonek aby to zrobić. Jak już osiągnę to co zamierzyłem to rzeczywiście mogę przejść w stan, w którym będę akceptował swoje słabości, upadki i niepowodzenia. Jeszcze też, trzeba jakoś przestać żałować złych decyzji podjętych w przeszłości, zapomnieć o pewnych rzeczach, bo jednak mam takie etapy, że stare sprawy w dużej mierze wpływają na chwilowe pogorszenia nastroju i przygnębienie.

Znam ten stan smile Wydaje się, że ta przeszłość jest już oswojona, zaakceptowana, bo przecież nie ma innego wyjścia. Wydaje się, że to już nie będzie boleć. A tu pod wpływem jakiegoś wyzwalacza wszystko wywala na wierzch i odczuwasz to znowu tak samo, jak X lat temu... i pojawia się pytanie, czy to się kiedyś skończy. Mam wrażenie, że nie...

2,492

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
niepodobna napisał/a:
Peter4x napisał/a:

U mnie to wynika trochę z tego że mam wieloletnie "zaległości" nie z mojej winy, które muszę nadrobić. Wolałbym nie pisać dlaczego. No cóż, chcę jeszcze coś w tym życiu osiągnąć i ten czas teraz to jest właściwie da mnie ostatni dzwonek aby to zrobić. Jak już osiągnę to co zamierzyłem to rzeczywiście mogę przejść w stan, w którym będę akceptował swoje słabości, upadki i niepowodzenia. Jeszcze też, trzeba jakoś przestać żałować złych decyzji podjętych w przeszłości, zapomnieć o pewnych rzeczach, bo jednak mam takie etapy, że stare sprawy w dużej mierze wpływają na chwilowe pogorszenia nastroju i przygnębienie.

Znam ten stan smile Wydaje się, że ta przeszłość jest już oswojona, zaakceptowana, bo przecież nie ma innego wyjścia. Wydaje się, że to już nie będzie boleć. A tu pod wpływem jakiegoś wyzwalacza wszystko wywala na wierzch i odczuwasz to znowu tak samo, jak X lat temu... i pojawia się pytanie, czy to się kiedyś skończy. Mam wrażenie, że nie...

Też tak mam wink Czasem drobny impuls działa jak machina czasu. To pokazuje tylko jak złożonymi istotami jesteśmy.

Peter4x napisał/a:
trx napisał/a:

    Przyczepiłam się bardzo mocno do tych stwierdzeń, bo podchodzę do tematu dość osobiście, sama mam w historii surowość względem siebie. Trochę charakter a trochę wpływ mamy, która dawniej na każdą najdrobniejszą słabość, nawet chwilę zawahania, dawała mi do zrozumienia, że jestem ciężarem, o "zasłużeniu" na miłość nie wspominając.

Tak samo jak mój ojciec do pewnego czasu. Jednak może dlatego teraz masz (z tego co wcześniej wyczytałem) pracę, z której jesteś zadowolona i która Ci odpowiada.

Paradoksalnie... niezbyt. Nie twierdzę, że nie doceniam wielu wartości mi wpajanych, że one nie procentują. Doceniam je, bardzo dużo wyniosłam z domu, na każdej płaszczyźnie.
Ale akurat to antagonizowanie się z matką, nieumiejętność oswajania swoich słabości... może gdzieś to zaowocowało jeszcze większym uporem, może. Na drodze ścieżki zawodowej było jednak w dużej mierze kulą u nogi (de facto, kulą w umyśle).
Co do pracy... Chyba wiem, po której mojej wypowiedzi to wnosisz wink Moja obecna praca, co przyznaję otwarcie każdemu, jest po części wynikiem dzieła przypadku i szczęśliwych splotów okoliczności. Doceniam wszystko, co mi daje i to, czego się w niej uczę. Ale nie zaspokaja w 100% mojego apetytu. Gdy pisałam, że będę na łożu śmierci żałować, że nie "tyrałam" więcej, nie znaczy to, że jaram się tym co obecnie robię do granic możliwości, tylko że :

Peter4x napisał/a:

U mnie to wynika trochę z tego że mam wieloletnie "zaległości" nie z mojej winy, które muszę nadrobić. Wolałbym nie pisać dlaczego. No cóż, chcę jeszcze coś w tym życiu osiągnąć i ten czas teraz to jest właściwie da mnie ostatni dzwonek aby to zrobić. Jak już osiągnę to co zamierzyłem to rzeczywiście mogę przejść w stan, w którym będę akceptował swoje słabości, upadki i niepowodzenia. Jeszcze też, trzeba jakoś przestać żałować złych decyzji podjętych w przeszłości, zapomnieć o pewnych rzeczach, bo jednak mam takie etapy, że stare sprawy w dużej mierze wpływają na chwilowe pogorszenia nastroju i przygnębienie.

Chyba teraz bardziej rozumiem, co masz tutaj na myśli. W Twojej wcześniejszej wypowiedzi widziałam raczej deklarację tego, że trzeba sztywno trzymać się pewnej normy nie schodząc poniżej w ogóle.
Nie widziałam filmu "Nie czas na łzy", ale z samym mottem zawartym w tytule nieraz się identyfikowałam. Są "momenty próby". Uważam, że gdy czegoś bardzo chcemy warto ponad wszystko zacisnąć zęby, nie zważać na nic i robić swoje.

Ale widzisz, z drugiej strony to co piszesz

Jeszcze też, trzeba jakoś przestać żałować złych decyzji podjętych w przeszłości, zapomnieć o pewnych rzeczach, bo jednak mam takie etapy, że stare sprawy w dużej mierze wpływają na chwilowe pogorszenia nastroju i przygnębienie.

to jest właśnie to dawanie sobie czasu na słabość właśnie. Nie tłamś tego. Może momenty zastoju przysłużą Ci się bardziej w dążeniu do celu niż tłumienie ich ponad siłę smile

No i .. trzymam kciuki za nadrabiane zaległości smile

2,493

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
fuorviatos napisał/a:

Ja właśnie coraz częściej zauważam, że przyjaźnie, znajomości się rozluźniają. Im starszy jestem tym mniej tych prawdziwych znajomych..
Z jednej strony rozumiem, że każdy ma swoje życie ,a z drugiej wiem, że sam potrafię dbać (jeśli chce) i pielęgnować coś fajnego.
W drugą stronę nie zawsze jest tak samo; bo niektórym wystarczy zdawkowa konwersacja na FB a ja wymagam więcej.
Też tak masz?

A jeszcze podpytam Rossanko - Jakie wnioski nasuwają Ci się po tej długiej dyskusji?

Wnioski są takie, że nigdy w tym związku nie będę, bo za bardzo chcę i nie mam pojęcia już jak to wyłączyć, więc postanowiłam tego nie wyłączać, niech ta chęć sobie będzie. W sumie zawsze ze mną była, jest to niejako zrośniete, a może wrośnięte we mnie.

Poza tym, ze nie chcę już się zmieniać, w końcu chcę być sobą i nie mam zamiaru się znowu przekształcać w inną osobę.
Jak będę chciała popracować nad swoimi detalami (coś z zachowania, pewne cechy charakteru) to swoją drogą i tak to zrobię.
I na koniec - że pewnych rzeczy nie przeskoczysz, możesz dużo w sobie zmienić, ale tego rdzenia czy pewnych silnych rys - nie ma szans, więc najkorzystniej się z tym pogodzić, a nie walić głową w mur. To, ze się komuś udało zwalczyć jakieś myślenie na taki a taki temat, nie oznacza, że uda się i mi (nie lubie słowa "uda" - bo to wskazuje na przypadkowość - coś się udało - więc wyszło fuksem, a to nie tak). Ktoś tu, chyba Piegowata napisała coś w stylu, że pewne rzeczy jedne osoby są w stanie przepracować i zmienić je, dojść do jakiegoś uporządkowania, a inne, mimo takiej samej pracy w to włożonej - nie są w stanie tego pokonać w sobie i nie wie, czy to zależy od charakteru, czy od determinacji osoby, czy od jej konstrukcji psychicznej, albo od stopnia"zepsucia" (coś tam było o tym, że może niektórzy są uszkodzeni bardziej , głębiej - przynajmniej tak to zrozumiałam)- podsumowując Ona nie wie, dlaczego tak jest a ja  w sumie się z tym zgadzam, bo pojęcia nie mam, dlaczego inni są w stanie zrobić i przetłumaczyć sobie pewne rzeczy, a inni z kolei nie.

To tyle tak na szybko, ale myślę, ze zawarłam ważniejsze punkty.

2,494 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-11 20:11:23)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

To jest - sądzę - całkowicie normalne, że czasami robi człowiek dwa kroki w tył, że coś "starego" wraca. Nie trzeba się za to karcić, karać. Przeżyć i dalej do przodu. Jak się tłumi, to idzie w to masa energii, która mogłaby się przydać w lepszych celach.

Chyba w każdej sferze życia tak jest. Bardzo wyraźnie widziałam to i po rozstaniu z byłym, i po jego śmierci rok temu. Emocje uderzały i wyciszały się na przemian. Weszcie - mam wrażenie - wyciszyły się. Od pewnego czasu czuję spokój i jest to bardzo komfortowe poczucie. Odpoczywam, a życie jakoś przestało rozłazić się w szwach.

Szkoda, a propos wypoczynku, że mój absolutnie bezpretensjonalny, domowy urlop nie może potrwać dłużej, bo jest mi nieziemsko dobrze, tak się przed południem pokręcić w domu i koło domu, a wieczorem wiedzieć, że nie muszę się z niczym spieszyć, bo co miałam zrobić, zrobiłam, gdy syn był w szkole, a czego nie zrobiłam - jutro też jest dzień... wolny smile
Żartowałam dzisiaj z sąsiadami, że wczasy pod gruszą zwykle przewidują jedną gruszę, a ja mam na podwórzu dwie wierzby - no, full wypas! big_smile
A sąsiadów mieć to piękna rzecz. Właśnie wróciłam sprzed domu, gdzie przy mocno popołudniowej kawie pogawędziłam sobie z pewnym młodym człowiekiem i jego matką. Nie zamieniłabym naszych sfatygowanych i niedopieszczonych "czworaków" (a raczej trojaków wink ) na żadne luksusowe osiedle.

Pozdro smile


P.S. Rossanko, pojawił się Twój nowy post.
Wiesz, ja myślę, że to, o czym napisałaś, to najlepsza taktyka. Jeśli nawiedzi Cię tęsknotaa za marzeniami, to sobie potęsknij po prostu i nie kombinuj, jak to w sobie zagłuszyć. Przecież nie będziesz wiecznie o tym rozmyślasz, bo za chwilę pojawi się coś innego przykuwającego uwagę.

Bardzo znamienne są dla mnie Twoje słowa, że chcesz być sobą. Nasze myśli i słowa czasami bardzo dużo o nas mówią. Bywałam zaskoczona myślami, które wypowiadałam na głos, zatrzymywałam je i przyglądałam się im. Przykład, który już kiedyś podawałam: zastanawiałam się nad tzw. luźnymi spotkaniami z całkiem fajnym facetem. A że mam zwyczaj rozmyślać na głos (gdy jestem sama - taki dziwny nawyk), powiedziałam: "no, kurde, złapać to, co jest, czy poczekać na to, czego naprawdę chcę". I olśniło mnie: babo, przecież sama sobie odpowiedziałaś!!! Wiedziałam już, jak postąpić.
Bądź sobą, Rossanko, szczerze zachęcam, a wydaje mi się swoją drogą, że fajna z Ciebie i wartościowa dziewczyna.
Nad detalami i "techniką" zawsze warto popracować, czemu nie. Ja też to robię i zauważam jakieś drobne sukcesy.

2,495

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Piegowata'76 napisał/a:

To jest - sądzę - całkowicie normalne, że czasami robi człowiek dwa kroki w tył, że coś "starego" wraca. Nie trzeba się za to karcić, karać. Przeżyć i dalej do przodu. Jak się tłumi, to idzie w to masa energii, która mogłaby się przydać w lepszych celach.

Chyba w każdej sferze życia tak jest. Bardzo wyraźnie widziałam to i po rozstaniu z byłym, i po jego śmierci rok temu. Emocje uderzały i wyciszały się na przemian. Weszcie - mam wrażenie - wyciszyły się. Od pewnego czasu czuję spokój i jest to bardzo komfortowe poczucie. Odpoczywam, a życie jakoś przestało rozłazić się w szwach.

Szkoda, a propos wypoczynku, że mój absolutnie bezpretensjonalny, domowy urlop nie może potrwać dłużej, bo jest mi nieziemsko dobrze, tak się przed południem pokręcić w domu i koło domu, a wieczorem wiedzieć, że nie muszę się z niczym spieszyć, bo co miałam zrobić, zrobiłam, gdy syn był w szkole, a czego nie zrobiłam - jutro też jest dzień... wolny smile
Żartowałam dzisiaj z sąsiadami, że wczasy pod gruszą zwykle przewidują jedną gruszę, a ja mam na podwórzu dwie wierzby - no, full wypas! big_smile
A sąsiadów mieć to piękna rzecz. Właśnie wróciłam sprzed domu, gdzie przy mocno popołudniowej kawie pogawędziłam sobie z pewnym młodym człowiekiem i jego matką. Nie zamieniłabym naszych sfatygowanych i niedopieszczonych "czworaków" (a raczej trojaków wink ) na żadne luksusowe osiedle.

Pozdro smile

  Ale zależy, bo może na luksusowym osiedlu też miałabyś fajnych sąsiadów.
Dwie wierzby - chciałabym mieć kawałek swojego podwórka. Jakieś kwiatki pod oknem i trawnik. Albo przynajmniej duży, porządny balkon.

Tak, z tym wracaniem "starego" - zauważyłam, ze niby jest już dobrze, człowiek myśli, że się z czymś uporał, po czym wystarczy mała iskra - bum - i wszystko znów płonie.

2,496

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Piegowata'76 napisał/a:

Szkoda, a propos wypoczynku, że mój absolutnie bezpretensjonalny, domowy urlop nie może potrwać dłużej, bo jest mi nieziemsko dobrze, tak się przed południem pokręcić w domu i koło domu, a wieczorem wiedzieć, że nie muszę się z niczym spieszyć, bo co miałam zrobić, zrobiłam, gdy syn był w szkole, a czego nie zrobiłam - jutro też jest dzień... wolny

Łza mnie się w oku zakręciła. Bezpretensjonalnego opier_______ się w domu - nigdy dość wink

2,497

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Dokładnie tak to z tymi iskrami bywa. To chyba też jest do zaakceptowania. Ja się staram rozpoznawać pewne mechanizmy i wtedy łatwiej mi je kontrolować, nauczyła się tego z tych wszystkich czytanych mądrości oraz od pewnej psycholożki, która powiedziała swojej pacjentce, a mojej koleżance: "Pani X., nie ma 'hej, do przodu', trzeba się zatrzymywać, zastanawiać, uważnie przyglądać".

2,498

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Peter4x napisał/a:

U mnie to wynika trochę z tego że mam wieloletnie "zaległości" nie z mojej winy, które muszę nadrobić. Wolałbym nie pisać dlaczego. No cóż, chcę jeszcze coś w tym życiu osiągnąć i ten czas teraz to jest właściwie da mnie ostatni dzwonek aby to zrobić. Jak już osiągnę to co zamierzyłem to rzeczywiście mogę przejść w stan, w którym będę akceptował swoje słabości, upadki i niepowodzenia. Jeszcze też, trzeba jakoś przestać żałować złych decyzji podjętych w przeszłości, zapomnieć o pewnych rzeczach, bo jednak mam takie etapy, że stare sprawy w dużej mierze wpływają na chwilowe pogorszenia nastroju i przygnębienie.

Czyli krok do przodu (mam na myśli te zaległości?). A co do złych decyzji z przeszłości - zawsze to jakieś doświadczenie, jeśli nawet decyzje były błędne.

2,499

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
rossanka napisał/a:

  Ale zależy, bo może na luksusowym osiedlu też miałabyś fajnych sąsiadów.
Dwie wierzby - chciałabym mieć kawałek swojego podwórka. Jakieś kwiatki pod oknem i trawnik. Albo przynajmniej duży, porządny balkon.

Rossanko, oczywiście, wszędzie można dobrze żyć i nie do końca przekonuje mnie narzekanie np. na małe środowiska. Ludzie w wielkich miastach miewają takie same problemy z samotnością.
Jednak bardzo lubię te podwórkową atmosferę, w której teraz przyszło mi żyć. Tu ludzie wychodzą z mieszkań, razem przesiadują pod wspomnianymi wierzbami, nawet kawę sobie z domu wynoszą. Gdy wychodzę przed swój próg od razu ich widzę, zagadnę, poprzekomarzam się, czasem spontanicznie dosiądę. Pod swoim oknem też postawiłam stolik i dwa odpustowe składane krzesełka, gdzie co dzień, póki ciepło, relaksuję się z książką czy jakimś pismem. Z tyłu za domem mam symboliczny własny ogródek. Jest super smile
Ale ja, nomada od lat, wszędzie się odnajduję. Jak nie miałam balkonu, to nauczyłam się wychodzić na relaks do pobliskiego parku. Każde miejsce ma swój klimat i swoje niepowtarzalne smaczki.
I ludzie też zawsze jacyś się znajdą. Że to nie partner, tylko np. stara X-owa z jednym zębem z przodu, to mnie wcale nie zasmuca, każdy ma swoją opowieść, jak napisano w "Dezyderacie".
Mogę nie mieć partnera, liczę się z taką przyszłością. Nie chciałabym tylko żyć w zupełnej izolacji, ale to przy odrobinie dobrej woli raczej nikomu nie grozi.
Ja i tak czasami strofuję siebie, że jestem za leniwa i zaniedbuję niektóre relacje. Tak dawno nie byłam u starszej pani z dawnego sąsiedztwa... Tak bardzo zapraszała mnie kiedyś do siebie odwdowiała żona "mojego" niegdysiejszego szewca, a ja obiecałam, odwlekałam... i teraz coraz bardziej mi głupio... A szewcowa niemłoda, nie wiem nawet, czy żyje jeszcze.
Pal sześć chłopów, inni ludzie też są bardzo potrzebni i ważni.

2,500

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Piegowata'76 napisał/a:

W
Przestałam za to podejmować inicjatywę wobec pewnej koleżanki, która nic w moje życie nie wnosiła poza wiecznym użalaniem się nad sobą, zrzucaniem odpowiedzialności za swój los na wszystkich i wszystko, tylko nie na siebie. To klasyczna ofiara dzieciństwa, współczuję jej, ale ileż można znosić czyjś egoizm i koncentrację wyłącznie na sobie? Baba po czterdziestce, a zero jakiegokolwiek ogarnięcia, zero wyjścia poza czubek własnego nosa. Kiedyś trochę się nią "opiekowałam", od pewnego czasu ta znajomość po prostu przestała mi dawać jakąkolwiek satysfakcję.

.

Takie właśnie relacje miałam na myśli, gdy pisałam, ze z paru to ja zrezygnowałam. Normalnie już miałam dosyć tego zciągania w dół, jak ja to nazywam "bo Tobie się udało, bo Tobie to łatwo przyszło, bo Ty to masz szczęście" i tak jak mówisz, wszyscy naokoło winni, wszyscy inni mieli szczęście, znajomości, udało im się znaleźć dobrą pracę, mieli wieksze zdolności do matematyki albo polskiego i tak bez końca można wyliczać wink

2,501 Ostatnio edytowany przez Peter4x (2019-09-11 21:19:02)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
niepodobna napisał/a:

Znam ten stan smile Wydaje się, że ta przeszłość jest już oswojona, zaakceptowana, bo przecież nie ma innego wyjścia. Wydaje się, że to już nie będzie boleć. A tu pod wpływem jakiegoś wyzwalacza wszystko wywala na wierzch i odczuwasz to znowu tak samo, jak X lat temu... i pojawia się pytanie, czy to się kiedyś skończy. Mam wrażenie, że nie...

trx napisał/a:

Też tak mam wink Czasem drobny impuls działa jak machina czasu. To pokazuje tylko jak złożonymi istotami jesteśmy.

Najgorsze jest to, jak z perspektywy czasu człowiek rozumie że te X lat temu w pewnych kwestiach wcale nie postąpiło się tak jak się powinno było wtedy postąpić. Ale lepiej już o tym nie pisać. Może kiedyś wymyślą tabletkę która zresetuje pamięć i człowiek będzie szczęśliwy wink ... do czasu aż popełni następne głupoty... smile


trx napisał/a:

Co do pracy... Chyba wiem, po której mojej wypowiedzi to wnosisz wink Moja obecna praca, co przyznaję otwarcie każdemu, jest po części wynikiem dzieła przypadku i szczęśliwych splotów okoliczności. Doceniam wszystko, co mi daje i to, czego się w niej uczę. Ale nie zaspokaja w 100% mojego apetytu. Gdy pisałam, że będę na łożu śmierci żałować, że nie "tyrałam" więcej, nie znaczy to, że jaram się tym co obecnie robię do granic możliwości

Wyczułem że to nie było do końca na serio smile


trx napisał/a:

Chyba teraz bardziej rozumiem, co masz tutaj na myśli. W Twojej wcześniejszej wypowiedzi widziałam raczej deklarację tego, że trzeba sztywno trzymać się pewnej normy nie schodząc poniżej w ogóle.
Nie widziałam filmu "Nie czas na łzy", ale z samym mottem zawartym w tytule nieraz się identyfikowałam. Są "momenty próby". Uważam, że gdy czegoś bardzo chcemy warto ponad wszystko zacisnąć zęby, nie zważać na nic i robić swoje.

Muszę zobaczyć ten film jak będę miał czas. Zaciekawiło mnie.


trx napisał/a:

to jest właśnie to dawanie sobie czasu na słabość właśnie. Nie tłamś tego. Może momenty zastoju przysłużą Ci się bardziej w dążeniu do celu niż tłumienie ich ponad siłę smile

No i .. trzymam kciuki za nadrabiane zaległości

Dzięki. Warto spróbować tego podejścia, chociaż nie jestem pewien czy potrafię.


rossanka napisał/a:

Czyli krok do przodu (mam na myśli te zaległości?). A co do złych decyzji z przeszłości - zawsze to jakieś doświadczenie, jeśli nawet decyzje były błędne.

Teraz na szczęście tak smile


rossanka napisał/a:

Takie właśnie relacje miałam na myśli, gdy pisałam, ze z paru to ja zrezygnowałam. Normalnie już miałam dosyć tego zciągania w dół, jak ja to nazywam "bo Tobie się udało, bo Tobie to łatwo przyszło, bo Ty to masz szczęście" i tak jak mówisz, wszyscy naokoło winni, wszyscy inni mieli szczęście, znajomości, udało im się znaleźć dobrą pracę, mieli wieksze zdolności do matematyki albo polskiego i tak bez końca można wyliczać wink

Czyli taki wampir energetyczny wink Po jakiś czasie spędzonym z taką osobą człowiek czuje się zdołowany i smutny. Dlatego tak ważne jest pozytywne nastawienie, ono przyciąga a nie odpycha.

2,502

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Peter4x napisał/a:
rossanka napisał/a:

Takie właśnie relacje miałam na myśli, gdy pisałam, ze z paru to ja zrezygnowałam. Normalnie już miałam dosyć tego zciągania w dół, jak ja to nazywam "bo Tobie się udało, bo Tobie to łatwo przyszło, bo Ty to masz szczęście" i tak jak mówisz, wszyscy naokoło winni, wszyscy inni mieli szczęście, znajomości, udało im się znaleźć dobrą pracę, mieli wieksze zdolności do matematyki albo polskiego i tak bez końca można wyliczać wink

Czyli taki wampir energetyczny wink Po jakiś czasie spędzonym z taką osobą człowiek czuje się zdołowany i smutny. Dlatego tak ważne jest pozytywne nastawienie, ono przyciąga a nie odpycha.

Albo umniejszanie tego, co ktoś inny osiągnął. Mam taką koleżankę. Jeśli komuś coś wyszło, to tak naprawdę musiała być kiepska możliwość. Kiedyś wypaliła, że do pracy (z której jestem zadowolona) pewnie nie było kandydatów i dlatego mi się "udało".

2,503

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
niepodobna napisał/a:

Albo umniejszanie tego, co ktoś inny osiągnął. Mam taką koleżankę. Jeśli komuś coś wyszło, to tak naprawdę musiała być kiepska możliwość. Kiedyś wypaliła, że do pracy (z której jestem zadowolona) pewnie nie było kandydatów i dlatego mi się "udało".

Od takich ludzi to staram się trzymać z daleka. Też miałem z takimi do czynienia big_smile

2,504

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
rossanka napisał/a:

chciałam się wyzalic,ze mi źle,szukam ,szukam i nic.Mówi się,ze miłości się nie szuka,ale tonie prawda,bo jak się tylko siedzi i czeka to nic samo nie przyjdzie.Z drugiej strony,jak się usilnie za czymś goni,to tez się tego nie osiąga.Błędne kolo.Męcze się bardzo.
A ze juz mam swoje lata,to chyba jestem zmuszona dacsobie juz spokój.
Jak miałam 20lat w zyciu bym nie powiedziała,ze tak to się s kończy,

Jak bardzo rozumiem o czym mówisz, zupełnie jakbyś przelała moje myśli, rozgoryczenie i frustrację... Czuję się identycznie jak Ty.

Dawniej wierzyłam, że uczucie powinno przyjść samo, że nic na siłę, że nie ma co stwarzać sztucznej presji. Widziałam koleżanki, które pakowały się w dziwne i źle rokujące już na starcie (według mnie) związki i nie rozumiałam ich, wydawały mi się strasznie zdesperowane. Nie rozumiałam po co im taki facet, który się nie stara, nie angażuje, ma duże wady, które przekreślają zdrowy i szczęśliwy związek już na pierwszy rzut oka. Nie rozumiałam dlaczego nie potrafią skupić się na sobie, swoich pasjach, że na siłę szukają kogokolwiek, bo nie potrafią same zorganizować sobie czasu wolnego. A dziś, z perspektywy lat... wydaje mi się, że jednak to ja byłam tą głupią i naiwną, bo czekałam biernie przez swoje "najlepsze lata" i nie nabrałam przez to doświadczeń damsko-męskich. A teraz czuję się taka stara i przegrana, choć niby mam 27 lat, więc wydawać by się mogło, że to jeszcze nie tragedia... A jednak tragedia, bo patrząc na facetów koło 30, to wszyscy już dawno pozajmowani, większość pcha wózek z dzieckiem przed sobą. Żyję w bardzo małym miasteczku i mam wrażenie, że sensowni i chcący się ożenić faceci już dawno to zrobili, a zostali tylko tacy, którzy chcą się wiecznie bawić i nie angażować w nic dłuższego i poważniejszego lub osobniki skrajnie zdziwaczałe i zdesperowane, które związałyby się choćby z nogą od stołu, gdyby tylko miała waginę i nie stawiała oporu. No i panowie z dużymi problemami (np z alkoholem, hazardem), mizogini, "skrzywdzeni misie przez swoją byłą", itp. A te portale randkowe to jakiś dramat, przynajmniej w mojej okolicy znaleźć jakiegoś mężczyznę, który na pierwszy rzut oka HARDKOROWO nie straszy wyglądem, to jakiś cud. Nawet moja dużo starsza siostra stwierdziła, że na początku nie wierzyła w moje słowa, że nie może być aż tak źle, ale faktycznie większość tych panów wygląda jak z programu "Chłopaki do wzięcia" i pod względem intelektualnym również prezentują podobny poziom. A jeśli facet jest w miarę przeciętny i nie ma agresywnego spojrzenia na zdjęciu rodem z kartoteki kryminalnej, to z kolei w opisie coś mocno odstrasza, że nie da się tego przeskoczyć. Tych kilka okazów na krzyż, w miarę przeciętnych z wyglądu i jednocześnie potrafiących sklecić kilka zdań poprawną polszczyzną, ma z kolei takie wymagania, żeeee... Szukają typowej "instagirl", przebierają jak w sklepie z cukierkami i wiszą na tych portalach latami. Masę takich stałych twarzy rozpoznaję, nawet im się nie chciało zaaktualizować zdjęcia. Usuwałam konto, wracałam, znów usuwałam i ponownie próbowałam... Ale widzę, że to ślepa uliczka i w moim przypadku to się nie sprawdza, nie ma tam nikogo dla mnie. Nie wspominając o tym, że większość jest ewidentnie nastawiona na szybki sex.

Czuję się sfrustrowana, bo nie wiem gdzie i w jaki sposób mogłabym kogoś poznać. U mnie są też dodatkowe problemy, które nie ułatwiają mi życia i nawiązywania relacji. Nie mam obecnie już żadnej koleżanki, z którą mogłabym gdziekolwiek wyjść. Żadnej. Nigdy nie byłam duszą towarzystwa, a te pojedyncze osoby, z którymi się kiedyś przyjaźniłam przepadły, z różnych powodów. Zdarzało mi się niestety ładować w toksyczne relacje koleżeńskie, które jeszcze bardziej deptały mi samoocenę, już i tak niską, bo wyniosłam to z domu. Gdy zebrałam się na siły, by się odciąć i powiedzieć DOSYĆ takiego traktowania mnie, to zostałam sama jak palec. Z perspektywy czasu sądzę, że często CHCIAŁAM ZA BARDZO i ludzie mnie wykorzystywali, bo mogli na mnie polegać, bo nie odmawiałam, bo dla tej garstki ludzi byłabym gotowa zrobić wiele. Miałam problemy z asertywnością i stawianiem granic i źle się to dla mnie skończyło.

Aktualnie jestem na etapie żałosnego i rozpaczliwego "kopania" się z losem, byle tylko wreszcie kogoś poznać, by w końcu coś w moim życiu ruszyło, bym nie czuła się tak potwornie samotna... Ale bezskutecznie. Na ulicy raczej mężczyzny nie poznam, a to jedyna "możliwość" jaką mam. Wychodzę z domu na długie spacery po okolicy, ale czuję przez to jeszcze bardziej tę samotność, bo wokół widzę pary lub grupki, a ja wiecznie samotnie, jak jakieś dziwadło i odrzutek społeczny... Tak się czuję od kilku lat. Próbowałam włączyć pozytywne myślenie, uśmiech na twarz, ubierać się kobieco w sukienki, kręcić się w różnych miejscach, gdzie są ludzie, ale nic z tego nie wynika. Nierealne się wkręcić w jakieś towarzystwo "ot tak", ludzie tutaj są tacy zamknięci mam wrażenie, nikt się nie odezwie. Nie wiem za co mnie to spotkało, bo uważam się za dobrego człowieka, angażowałam się w relacje i dużo z siebie dawałam, z nikim nie pogrywałam, nie bawiłam się uczuciami, nie wykorzystywałam, zawsze starałam się postępować zgodnie z sumieniem i na zasadzie "nie rób drugiemu, co tobie niemiłe", a jednak zostałam odrzutkiem. I coraz bardziej mi to doskwiera, bo nie mogę znaleźć jakiegokolwiek światełka w tunelu, by coś mogło się zmienić, choć chyba już desperacko tego światełka szukam. Dziś boleśnie do mnie dotarło, że całą wiosnę i lato wychodziłam ze swojej strefy komfortu (czyli z pokoju, z domu), mimo że nie miałam żadnego celu i motywu, ale próbowałam, starałam się szukać jakichkolwiek okazji do poznawania ludzi, ale bezskutecznie. Raz 2 gdz gadałam z fajną dziewczyną pod sklepem (złapała nas ulewa i schowałyśmy się pod dachem), wydawało mi się, że nadajemy na tych samych falach, że ona też mnie polubiła i będzie zainteresowana kontynuowaniem tej znajomości, ale też pudło. Zaproponowałam wymianę FB, mówiłam jej, że fajnie spędziłam ten czas i cieszę się, że ją poznałam, że chętnie bym się z nią wybrała kiedyś na spacer (mówiła mi, że często sama spaceruje z psem), ona że fajnie fajnie, odprowadziła mnie nawet pod blok, co wydawało mi się dobrą wróżbą, bo ona mieszka w przeciwnym kierunku... No ale nie odezwała się. Mimo że jej podkreśliłam, że jak coś, to czekam na kontakt z jej strony, bo ja bardzo chętnie. Ja nie pisałam, bo byłoby to już raczej zbyt natarczywe - zagadałam do niej pierwsza, o FB też ja zapytałam, nie będę się ciągle narzucać.

Jak żyć? Jak zaakceptować samotność? Chyba nie potrafię, właściwie to nie chcę, bo bez sensu się oszukiwać, jaka to niby jestem szczęśliwa będąc wieczną singielką, która nigdy nie była kochana i która nigdy nawet jeszcze seksu nie uprawiała, do czego wręcz wstyd się przyznać. Mimo że nigdy nie miałam szczęścia do ludzi i dość często byłam wyrzucana na ubocze, to również nie sądziłam, że w życiu dorosłym będzie aż tak strasznie źle.

Przepraszam, że tak Ci się podpięłam pod temat, ale wyczułam między nami pewne podobieństwo i dziś mam taki dzień, że chyba musiałam wyrzucić z siebie ten żal. Czuć już jesień, niedługo pogoda zepsuje się do reszty i znowu zacznie się głównie siedzenie w czterech ścianach w kiepskiej atmosferze w domu rodzinnym. Nie wiem jak długo to wszystko wytrzymam, tracę siły i wiarę w sens takiej wegetacji, gdzie nie wychodzi mi kompletnie nic, w każdej dziedzinie życia dno. O notorycznym braku pracy i braku jakichkolwiek perspektyw na nią bądź na edukację nawet nie będę wspominać, bo to ponad moje siły.

Ściskam Cię mocno. Tak samo wszystkich samotnych nieszczęśników.

2,505 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-11 22:14:16)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Ech, dziewczyny, nieraz jak takie smutki czytam, to żałuję, że nie mieszkamy blisko siebie.
Nie wszyscy pochwycą naszą wyciągniętą rękę, ale miałam niejedno miłe zaskoczenie w życiu. Od kilku lat przyjaźnię się z sąsiadką, którą poznałam po kolejnej swojej przeprowadzce, kontynuuję przerwaną znajomość z koleżanką z licealnych czasów - w liceum wcale blisko nie byłyśmy, dopiero potem zetknął nas i zbliżył los.
Czasami nie zaszkodzi odrobinę się narzucić. Napisać np. sms: "Hej, co u Ciebie?", zaproponować jakieś odwiedziny czy wspólne wyjście. Nie wszyscy mają czas, ale trzeba próbować bez spiny, że koniecznie musi się udać.
A ja dzisiaj byłam z moją sąsiadką "pyszczyć" w administracji mieszkaniowej w nadrzędnej instytucji, bo nasza wspólnota niesprawiedliwie i nieuczciwie traktuje nasz mieszkalny budynek. Cała para idzie w upiększanie i ulepszanie "lepszego" bloku, a nasz "trojak" w głębi, niewidoczny z ulicy, zamieszkały przez mniejszą liczbę lokatorów traktowany jest po macoszemu.
I już mamy z sąsiadką wpólny temat, ona, kobieta koło 60-tki proponowała mi dzisiaj przejście na "Ty". Przez otwarte okno słyszała, jak śpiewam przy myciu naczyń i co jakiś czas powtarza, że musi mnie zaciągnąć do chóru, w którym się udziela (coś mam szczęście do sąsiadek-śpiewaczek smile ). Spróbowałabym raz jeszcze, bo kiedyś pokonała mnie trema.
Jakoś nie czuję się samotna, prawie co dzień spotyka mnie coś dobrego. Przykro mi, że nie mam mocy zarazic tych smutnych ludzi poczuciem i przekonaniem, że można funkcjonować inaczej. Tego "bluesa" chyba trzeba po prostu poczuć, choć ja wierzę, że to również akt woli.

2,506

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Mhm, czy dobrze widzę, że to wątek dla samotników?
Nie mam co prawda jeszcze 30 lat, ale sama (nie w związku) jestem od zawsze. I w sumie wiem, że to moja wina, bo nie za bardzo mam czas, mam dość specyficzne oczekiwania co do związku (ale nie chcę ich zmieniać i unieszczęśliwiać siebie), ciężko mi się nawiązuje bliskie znajomości inne niż typowo przyjacielskie, a z facetów robię głównie kumpli.
Poza związkowo mam mamę, z którą się przyjaźnię, jedną przyjaciółkę z nastoletnich lat, z którą się niestety oddalamy i przekochanego kumpla, który jest dla mnie jak brat.
Ale czasem mnie sieknie, żem sama i do dupy jest.

2,507 Ostatnio edytowany przez Rumunski_Zolnierz (2019-09-11 22:21:25)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

marta929292 dziękuję Ci bardzo za Twój post, w końcu jakiś powiew świeżości a nie ciągle to przekopywanie piachu z jedną na drugą stronę w tym temacie smile

2,508 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-11 22:49:30)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Rumuński, a kto Ci każe brać w przekopywaniu udział?
Ech, miałam dla Ciebie więcej sympatii, wiesz?
Szanuję uczucia Marty, ale z powiewem świeżości niewiele jej post ma dla mnie wspólnego. To raczej wtórne - z całym szacunkiem, bo ma do tego prawo.

Gdzie widzisz to przesypywanie? W ostatniej bardzo interesującej dyskusji o miłości własnej i samoakceptacji czy w ciekawej wymianie zdań o domu rodzinnym?

Spadam, bo zaczynam się niepotrzebnie uruchamiać.

2,509

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Przepraszam bardzo czy ja coś złego napisałem? Ja bardzo szanuję post Marty i jej zwierzenia w tym temacie dlatego napisałem o niej to co uważałem i dalej będę ją chwalił.

2,510 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-11 22:55:12)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Dziewczyny, słyszę puszczyka za oknem smile

Sorki, że to powiem, nie chciałabym być posądzona o atak, ale - jeśli ktoś chce być w życiu nieszczęśliwy, to będzie.

P.S. Chcenie rozumiem jako koncentrację na nieszczęściu. Pewnie, że i to trzeba przeżyć, ale... No, wiecie, co się będę powtarzać.

Wskakuję do łózka z ciekawą książką smile

2,511

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Mimo, że jestem sam z wyboru ostatnio, i mimo prób zaangażowania się w coś poważniejszego to gdy robi się za poważnie się wycofuje,  więc zamiast ranic innych lepiej być samemu.

I mimo tej decyzji to i tak mam czasami atak tęsknoty, ale wtedy udaje się do narzeczonej zapalam świeczkę i chwilę posiedzę przy niej.

Co do domu to mama jak to mam nadopiekuncza i mimo że 3 razy od ojca dostałem wojskowym pasem to jakoś nie czułem aby z tego powodu nie kochali bo zawsze mogłem i dalej mogę polegać na rodzicach.

Rossanka w związku nie chodzi o to aby zmieniać swój charakter czy udawać inna osobę, jednak czasami pewne rzeczy można  zmienić jak np. Ktoś jest balaganiarzem to może postarać się sprzątać. Ale to nie znaczy ,że masz zmieniać wszystko i na wszystko się godzić.

Piegowata A sąsiedzi odwiedzają Cię jak siedzisz przed domkiem ? Bo to co opisujesz to jest bardzo podobne do klimatów małego miasteczka:)

Wiecie niektórym udaje się w sobie zmienić pewne rzeczy dlatego że bardzo mocno tego chcą i konsekwentnie dążą do tego.

Najcięższą walką jest walka z samym sobą.

2,512

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Ja nie wiem czy związek byłby tutaj rozwiązaniem Waszych problemów. Banalnie to zabrzmi, ale żeby docenić bycie w związku trzeba umieć być szczęśliwym samym ze sobą.
Ja nie umiem, przyznaję i pomimo bycia w związku to pod wieloma rzeczami z postu Marty mogę się podpisać. Związek wcale nie sprawia, że nagle się jest szczęśliwym. Wręcz odwrotnie, u mnie czasami sprawia, że jestem bardziej nieszczęśliwa.

2,513 Ostatnio edytowany przez Winter.Kween (2019-09-12 08:28:13)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Lady Loka napisał/a:

Ja nie wiem czy związek byłby tutaj rozwiązaniem Waszych problemów. Banalnie to zabrzmi, ale żeby docenić bycie w związku trzeba umieć być szczęśliwym samym ze sobą.
Ja nie umiem, przyznaję i pomimo bycia w związku to pod wieloma rzeczami z postu Marty mogę się podpisać. Związek wcale nie sprawia, że nagle się jest szczęśliwym. Wręcz odwrotnie, u mnie czasami sprawia, że jestem bardziej nieszczęśliwa.

Wydaje mi sie, ze masz racje. Ludzie zawsze szukaja jakiegos rozwiazania, lekarstwa i mysla, ze to cos zmieni. Jak osiagna taka kariere, jak beda mieli dziecko, jak beda mieli zwiazek. Jesli czlowiek sam w sobie nie ma spokoju to nigdzie go nie znajdzie.

Ten watek jest bardzo ciekawy do czytania. Ja calkiem odwrotny problem ze zwiazkami i tez w pewnym sensie wyniesiony z domu rodzinnego.
Zwiazek to dla mnie trudny wybor bo tak bardzo preferuje byc calkiem sama. Poczatki zwiazku z moim mezem to byly wielkie awantury i nawet otwieranie kopniakiem drzwi i tluczenie szkla.


Co do postu Marty, to wydaje mi sie, ze jezeli mieszka w malym miescie to jest duzo prawdy w tym co pisze. Wiadomo, ze jak sie mieszka w miescie gdzie jest 20 milionow osob i robi sie duzo rzeczy (zajecia, studia, praca) to ma sie wieksze szanse poznac kogos bo jest wiecej ludzi.
Jednak Marto, jestes mloda i nadal mozesz kogos poznac i to w malym miescie. Moja przyjaciolka tez miala takie uczucia jak Ty, ze juz nigdy nikogo nie znajdzie bo nie tylko byla po 30 roku zycia, ale jeszcze z dzieckiem sama. Wtedy poznala porzadnego kolesia, ktory wczesniej byl zareczony ale poznali sie po jego rozstaniu. Teraz ma 40 lat i bierze swoj pierwszy slub dopiero, a koles zajmuje sie jej corka jak wlasna. Dzwoni do corki zapytac jak poszedl jej konkurs w szkole, gra z nia w gry i ogolnie wszystko skonczylo sie dobrze mimo, ze wczesniej czula, ze nic juz jej nie czeka.


Wczesniej pisalam o akceptowaniu samego siebie. Czlowiek zintegrowany nie robi dziwnych rzeczy bo nie potrzebuje. Im bardziej zintegrowany tym mniej robi problemow.
Przyklad ze spoznianiem jest dobry, jednak to zalezy zawsze od tego co ktos chce osiagnac. Jesli ktos naprawde, rzeczywiscie czuje sie z czyms dobrze to wtedy powinien robic to dalej. Jezeli ktos ma konflikt na punkcie tego co robi to powinien siebie sam zapytac : Dlaczego?
Jezeli ktos robi ciagle cos co rujnuje jego zycie to tez powinien sie zapytac sam siebie: Dlaczego?
Jesli np kocha swoja prace, ale ciagle sie spoznia i ma wtedy problemy w pracy to musialby zapytac siebie dlaczego sam sobie podstawia noge? Czy chce stracic cos co ma bo uwaza, ze na to nie zasluguje? Czy chce sie ukarac?
Dlatego brak akceptacji wobec wlasnych zachowan bedzie pogarszac problemy, a nie rozwiazywac.
Mozna siebie trzymac pod batem i na smyczy, jednak to wyjdzie inna strona i zycie i tak nie bedzie fajne.
Jak czlowiek akceptuje siebie to rozumie, ze wszystko to co robi ma powody swoje. Jezli cos co robi szkodzi temu czlowiekowi to akceptuje to i mysli tak:
'To mi nie pomaga. Jednak mam jakis powod by tak sie zachowywac, wiec zobacze dlaczego tak robie i wtedy zalatwie to'
Czlowiek, ktory siebie nie akceptuje ma myslenie w stylu:
'Co ja robie?! Musze przestac, bo jestem porazka. Co jest ze mna ?! czemu nie moge zachowywac sie normalnie. ' i wymusza zmiane.
Osoby, ktore popelniaja straszne bledy, marnuja czas w zyciu, maja straszne mysli i tak dalej, czesto maja problem z zaakceptowaniem tej czesci siebie.
Maja wielkie zale o wszystko do siebie i maja pretesje za to co zrobili bo zyja iluzja, ze w zyciu nalezy unikac bledow.
Nie rozumieja, ze wszystko ma swoj powod. Tak jak w mojej sygnaturce i tak jak w starych archetypach z basni. Czlowiek nie siegnie nieba bez piekla.
To nawet jest w historii Jasia i Malgosi. Jas i Malgosia sa zagubienie w lesie, symbolu podswiadomosci (we wlasnej glowie) i spotykaja tam najgorszy koszmar i to mieszkajacy w domu z piernika... Zabijaja czarownice i wtedy znajduja w jej domu bogactwa, ktore ratuja ich rodzine od glodu. Ta basn, jak wiele innych starych historii pokazuje, ze czlowiek powinien zmierzyc sie z tym wlasnym 'demonem' i bedzie to brzydki okres by pozniej dostac to czego potrzebuje. Na to sie sklada masa rzeczy, rowniez posiadanie postaci bohatera w zyciu promuje takie myslenie. Mowie tutaj o prawdziwych ludziach, nie postaciach fikcyjnych.

No dobra, bo tak juz zanudzam jak na wykladach. Tylko na wykladzie to mnie widac i slychac i moze mniej nudno big_smile

2,514 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-12 08:37:13)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Dorias, sąsiedzi zagadują albo ja do nich zagaduję.
Mieszkam w niewielkim, choć nie całkiem maleńkim mieście, wielu ludzi się tu zna, a nawet jeśli nie, to zwykle znają kogoś, kogo znam też ja smile
Od roku mieszkam prawie ja dawniej w PGR-ze, a więc jest wspólne podwórko, ogródki działkowe i mnóstwo okazji, żeby się mijać na podwórzu i do siebie zagadywać.
Wczoraj pod wieczór przysiadł się do mnie przed domem sąsiad, 28-letni chłopak, potem jego matka. Zapraszaliśmy na pogaduchy jeszcze inną sąsiadkę, ale była zajęta, latała z jakimiś motyczkami smile
Uwielbiam takie klimaty, dzięki temu wcale nie czuję się samotna.

Były czasy, że odczuwałam samotność, ale mając do wyboru: cierpieć, być może do końca życia, czy coś z tym zrobić, wybrałam to drugie. Z czasem poczucie osamotnienia mi przeszło. To tak jak z opisywaną żałobą: wycisza się, wraca ze zdwojoną siłą, ale stopniowo rozkręcone koło zwalnia swój bieg. Nie doskwiera mi dzisiaj poczucie samotności, naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatni raz go doświadczyłam.
Zawsze są jacyś ludzie, znajomi, a jeśli już zostaję sama, bo np. wszyscy zajęci, to sobie coś organizuję, by dobrze ten czas wykorzystać. Jest dom do ogarnięcia, książka do przeczytania, wzywają szlaki rowerowe. No, kurczę...
Życie mi po prostu sprawia przyjemność niezależnie od związkowego statusuq. Mogłabym nawijać o tym godzinami.


Winter, niby tak, niby w większym mieście są większe możliwości, ale z tego co czytywałam na forum, to wcale nie oznacza, że nie doświadcza się samotności. Bywa ona jeszcze dotkliwsza niż w małym środowisku, gdzie nie jesteś anonimowa, gdzie sąsiedzi wiedzą o Tobie i nie jesteś im obojętna (czasem aż za bardzo, ale ja jednak uwielbiam te swojskie klimaty, a granice umiem postawić). W jednej klatce schodowej w takim wielkim mieście podobno ludzie sobie nie mówią nawet "dzień dobry", a co dopiero wspomnieć o niezobowiązujących pogawędkach, które mogą być wstępem do większej zażyłości.
We mnie nie ma przekonania, że związek to szczęście "z urzędu". Byłam w takim, że o wiele szczęśliwsza czuję się jako singiel.

2,515 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-12 08:48:41)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Winter.Kween napisał/a:

Jak czlowiek akceptuje siebie to rozumie, ze wszystko to co robi ma powody swoje. Jezli cos co robi szkodzi temu czlowiekowi to akceptuje to i mysli tak:
'To mi nie pomaga. Jednak mam jakis powod by tak sie zachowywac, wiec zobacze dlaczego tak robie i wtedy zalatwie to'
Czlowiek, ktory siebie nie akceptuje ma myslenie w stylu:
'Co ja robie?! Musze przestac, bo jestem porazka. Co jest ze mna ?! czemu nie moge zachowywac sie normalnie. ' i wymusza zmiane.
Osoby, ktore popelniaja straszne bledy, marnuja czas w zyciu, maja straszne mysli i tak dalej, czesto maja problem z zaakceptowaniem tej czesci siebie.
Maja wielkie zale o wszystko do siebie i maja pretesje za to co zrobili bo zyja iluzja, ze w zyciu nalezy unikac bledow.
Nie rozumieja, ze wszystko ma swoj powod.

Bardzo się zgadzam z tym, co piszesz. Im więcej czuję samoakceptacji, a do tego dążę, tym mi lepiej, spokojniej, bezpieczniej. Naprawdę.
A prawda o powodach olśniła mnie swego czasu, gdy doszłam do wniosku, że skoro w związki nie wchodzę, to z ważnych powodów, że to ja zadecydowałam, że z danym panem mi nie drodze (bo w tej chwili mam na myśli sytuację, gdy mnie chciano) i nikt mi nie bronił postąpić inaczej. Mogłabym wprawdzie narzekać, że nie udaje mi się spotkać Pana Właściwego, mieć pretensje do losu, ale tu już moje narzekanie byłoby zupełnie niekonstruktywne, a jedynie frustrujące.

2,516 Ostatnio edytowany przez Winter.Kween (2019-09-12 09:08:33)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Piegowata'76 napisał/a:

Winter, niby tak, niby w większym mieście są większe możliwości, ale z tego co czytywałam na forum, to wcale nie oznacza, że nie doświadcza się samotności. Bywa ona jeszcze dotkliwsza niż w małym środowisku, gdzie nie jesteś anonimowa, gdzie sąsiedzi wiedzą o Tobie i nie jesteś im obojętna (czasem aż za bardzo, ale ja jednak uwielbiam te swojskie klimaty, a granice umiem postawić). W jednej klatce schodowej w takim wielkim mieście podobno ludzie sobie nie mówią nawet "dzień dobry", a co dopiero wspomnieć o niezobowiązujących pogawędkach, które mogą być wstępem do większej zażyłości.
We mnie nie ma przekonania, że związek to szczęście "z urzędu". Byłam w takim, że o wiele szczęśliwsza czuję się jako singiel.

Tak, jest to druga strona. Wychowalam sie w malym miasteczku w Polsce i oczywiscie znalo sie sasiadow, mozna bylo sobie pogadac i tak dalej.
Mieszkajac pozniej juz tylko w duzych miastach... nie mam pojecia kto mieszka dwa pietra nade mna.
Oczywiscie i w duzych miastach sa takie okolice gdzie sa spokojne miejsca i takie przyjazne osiedla gdzie sasiedzi spedzaja wspolnie czas.

Jezeli jest problem w postaci braku kandydata to moze to naprawic duze miasto. Jezeli jest problem w osobie, nosi samotnosc w sobie to wtedy duze miasto problem pogorszy. Tak mi sie wydaje, ale moge byc w bledzie.

2,517 Ostatnio edytowany przez Ela210 (2019-09-12 09:14:53)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Myślę, że człowiek to takie stworzenie, co lubi strefę komfortu,  ta jest ruchoma.
Czyli jesteśmy zawsze tam, gdzie nam chwilowo lepiej, nawet jak nie ze wszystkim dobrze.
Są oczywiście życiowe impulsy, zauroczenia, katalizatory zmian. smile Ale to też kwestia wewnętrznego nastawienia. Bo musi być jakaś dostawa energii, z zewnątrz czy wewnątrz.
Uważam jak Winter problem braku kandydata może rozwiązać duże miasto.

2,518

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Marta bardzo ładnie to opisałaś, dobrze się Ciebie czyta, chociaż mogę i ja się podpisać po każdym słowem. Jestem 30+, mam męża i dzieci, ale czułam się tak samo jeszcze 10 lat temu. Męża poznałam zupełnie przypadkiem, na wakacjach i na początku to była tylko przyjaźń. Muszę przyznać, że miałam wielkie szczęście i wierzę, że i Ciebie nie ominie. Wiem, że to slogany, ale teraz postaw na siebie, na swój rozwój, byś dobrze się czuła po prostu.

2,519 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-12 09:23:20)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Marto, popieram ostatnie zdanie poprzedniczki. Trzeba sporo cierpliwości czasem w tym szukaniu i wyczekiwaniu partnera, więc niech ten czas nie będzie czasem straconym. Szkoda życia. Zasługujesz na uśmiech i lepsze samopoczucie już teraz, dziś.

2,520

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Co do mnie, to jestem coraz bliższa rozwikłania zagadki, dlaczego mi nie wychodzi. Trudność mi sprawia zmiana funkcjonowania, ale powoli sytuacja się poprawia i może zdążę przed siedemdziesiątką big_smile

Mam w sobie bardzo wiele rezerwy wobec mężczyzn, nie jestem swobodna, dystansuję się. Z biegiem lat sytuacja się poprawia, dostaję sygnały zainteresowania i sympatii, ale bariery we mnie są, niektórych zresztą nie zamierzam obalać, choćbym miała żyć już do końca sama. Szkopuł w tym, że niektórych może wbrew sobie nie dopuszczam bliżej, może coś mylnie interpretuję, może źle się komunikuję.
Wiem jednak, że mam ogromną potrzebę, by bliskość budować powoli i spokojnie, a nie spotykam "kompatybilnych" panów, albo jakoś źle ich rozpoznaję. Coś jest nie tak, i chętnie bym to rozpracowała.
A może jednak wszystko "tak", tylko po prostu jeszcze się nie przydarzyło?
Oscyluję między tymi dwiema opcjami. Obie są do przyjęcia, bo z pierwszą coś można zrobić, a drugą zaakceptować i już.

2,521

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Piegowata, ja trochę nie wierzę w to, że po 40tce (sorry, nie wiem ile masz dokładnie lat, więc jeżeli Cię postarzyłam to bardzo przepraszam) da się zbudować taki bardzo powolny związek. W tym wieku ludzie już raczej wiedzą, czego szukają. Zwłaszcza, jeżeli już wcześniej w związakach byli.

Mama mojego partnera jest sama od kilku lat i w tym czasie intensywnie szuka sobie faceta, ale jednocześnie nie potrafi się przed żadnym z potencjalnych kandydatów otworzyć na tyle, żeby faktycznie coś w życiu zmienić. Pasuje jej umawianie się do momentu, w którym facet nie zaczyna pytać o jakieś zaangażowanie i konkrety. I nie jest ważne, czy to jest po miesiącu czy po roku randkowania. Jak facet chce się zaangażować i planować jakąś wspólną przyszłość to ona nagle wymyśla milion rzeczy, które jej nie pasują i w efekcie sama sobie sabotuje relację. Fakt faktem, trafiła na kilku dziwnych typów, ale bylo kilku konkretnych i fajnych. W ten sposób ona nie znajdzie nigdy nikogo nie przez to, że oni pędzą do przodu z tempem relacji, ale przez to, że to ona nie potrafi podjąć decyzji odnośnie tego, czego właściwie od nich chce. Bo przecież fajnie jak facet przyjedzie do niej naprawić kran czy telewizor, ale jak zaczynają się tematy wspólnego życia to trzeba dać nogę.

2,522

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Lady Loka napisał/a:

Piegowata, ja trochę nie wierzę w to, że po 40tce (sorry, nie wiem ile masz dokładnie lat, więc jeżeli Cię postarzyłam to bardzo przepraszam) da się zbudować taki bardzo powolny związek. W tym wieku ludzie już raczej wiedzą, czego szukają. Zwłaszcza, jeżeli już wcześniej w związakach byli.

Mama mojego partnera jest sama od kilku lat i w tym czasie intensywnie szuka sobie faceta, ale jednocześnie nie potrafi się przed żadnym z potencjalnych kandydatów otworzyć na tyle, żeby faktycznie coś w życiu zmienić. Pasuje jej umawianie się do momentu, w którym facet nie zaczyna pytać o jakieś zaangażowanie i konkrety. I nie jest ważne, czy to jest po miesiącu czy po roku randkowania. Jak facet chce się zaangażować i planować jakąś wspólną przyszłość to ona nagle wymyśla milion rzeczy, które jej nie pasują i w efekcie sama sobie sabotuje relację. Fakt faktem, trafiła na kilku dziwnych typów, ale bylo kilku konkretnych i fajnych. W ten sposób ona nie znajdzie nigdy nikogo nie przez to, że oni pędzą do przodu z tempem relacji, ale przez to, że to ona nie potrafi podjąć decyzji odnośnie tego, czego właściwie od nich chce. Bo przecież fajnie jak facet przyjedzie do niej naprawić kran czy telewizor, ale jak zaczynają się tematy wspólnego życia to trzeba dać nogę.

Moze to problem z otworzeniem siebie?
Ze mna bardzo trudno zbudowac bliskosc jezeli ma byc prawdziwa, a nie pozorna. Ludzie czesto czuja sie zwiazani ze mna bardziej niz ja z nimi. Faceci tak lubili jak sprawialam, ze sie czuja, ze nie zauwazyli, ze tak naprawde nie wiedza nigdy jak ja sie czuje.
Stad takie awantury z mezem. On szukal bliskosci i chcial ze mna o wszystkim rozmawiac, a ja nie chcialam. Moze dlatego niektorzy wola powoli bliskosc budowac?

2,523 Ostatnio edytowany przez rossanka (2019-09-12 10:59:48)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
marta929292 napisał/a:

Dawniej wierzyłam, że uczucie powinno przyjść samo, że nic na siłę, że nie ma co stwarzać sztucznej presji. Widziałam koleżanki, które pakowały się w dziwne i źle rokujące już na starcie (według mnie) związki i nie rozumiałam ich, wydawały mi się strasznie zdesperowane. Nie rozumiałam po co im taki facet, który się nie stara, nie angażuje, ma duże wady, które przekreślają zdrowy i szczęśliwy związek już na pierwszy rzut oka. Nie rozumiałam dlaczego nie potrafią skupić się na sobie, swoich pasjach, że na siłę szukają kogokolwiek, bo nie potrafią same zorganizować sobie czasu wolnego. A dziś, z perspektywy lat... wydaje mi się, że jednak to ja byłam tą głupią i naiwną, bo czekałam biernie przez swoje "najlepsze lata" i nie nabrałam przez to doświadczeń damsko-męskich. A teraz czuję się taka stara i przegrana, choć niby mam 27 lat, więc wydawać by się mogło, że to jeszcze nie tragedia... A jednak tragedia, bo patrząc na facetów koło 30, to wszyscy już dawno pozajmowani, większość pcha wózek z dzieckiem przed sobą. Żyję w bardzo małym miasteczku i mam wrażenie, że sensowni i chcący się ożenić faceci już dawno to zrobili, a zostali tylko tacy, którzy chcą się wiecznie bawić i nie angażować w nic dłuższego i poważniejszego lub osobniki skrajnie zdziwaczałe i zdesperowane, które związałyby się choćby z nogą od stołu, gdyby tylko miała waginę i nie stawiała oporu. No i panowie z dużymi problemami (np z alkoholem, hazardem), mizogini, "skrzywdzeni misie przez swoją byłą", itp. A te portale randkowe to jakiś dramat, przynajmniej w mojej okolicy znaleźć jakiegoś mężczyznę, który na pierwszy rzut oka HARDKOROWO nie straszy wyglądem, to jakiś cud. Nawet moja dużo starsza siostra stwierdziła, że na początku nie wierzyła w moje słowa, że nie może być aż tak źle, ale faktycznie większość tych panów wygląda jak z programu "Chłopaki do wzięcia" i pod względem intelektualnym również prezentują podobny poziom. A jeśli facet jest w miarę przeciętny i nie ma agresywnego spojrzenia na zdjęciu rodem z kartoteki kryminalnej, to z kolei w opisie coś mocno odstrasza, że nie da się tego przeskoczyć. Tych kilka okazów na krzyż, w miarę przeciętnych z wyglądu i jednocześnie potrafiących sklecić kilka zdań poprawną polszczyzną, ma z kolei takie wymagania, żeeee... Szukają typowej "instagirl", przebierają jak w sklepie z cukierkami i wiszą na tych portalach latami. Masę takich stałych twarzy rozpoznaję, nawet im się nie chciało zaaktualizować zdjęcia. Usuwałam konto, wracałam, znów usuwałam i ponownie próbowałam... Ale widzę, że to ślepa uliczka i w moim przypadku to się nie sprawdza, nie ma tam nikogo dla mnie. Nie wspominając o tym, że większość jest ewidentnie nastawiona na szybki sex.

Czuję się sfrustrowana, bo nie wiem gdzie i w jaki sposób mogłabym kogoś poznać. U mnie są też dodatkowe problemy, które nie ułatwiają mi życia i nawiązywania relacji. Nie mam obecnie już żadnej koleżanki, z którą mogłabym gdziekolwiek wyjść. Żadnej. Nigdy nie byłam duszą towarzystwa, a te pojedyncze osoby, z którymi się kiedyś przyjaźniłam przepadły, z różnych powodów. Zdarzało mi się niestety ładować w toksyczne relacje koleżeńskie, które jeszcze bardziej deptały mi samoocenę, już i tak niską, bo wyniosłam to z domu. Gdy zebrałam się na siły, by się odciąć i powiedzieć DOSYĆ takiego traktowania mnie, to zostałam sama jak palec. Z perspektywy czasu sądzę, że często CHCIAŁAM ZA BARDZO i ludzie mnie wykorzystywali, bo mogli na mnie polegać, bo nie odmawiałam, bo dla tej garstki ludzi byłabym gotowa zrobić wiele. Miałam problemy z asertywnością i stawianiem granic i źle się to dla mnie skończyło.

Aktualnie jestem na etapie żałosnego i rozpaczliwego "kopania" się z losem, byle tylko wreszcie kogoś poznać, by w końcu coś w moim życiu ruszyło, bym nie czuła się tak potwornie samotna... Ale bezskutecznie. Na ulicy raczej mężczyzny nie poznam, a to jedyna "możliwość" jaką mam. Wychodzę z domu na długie spacery po okolicy, ale czuję przez to jeszcze bardziej tę samotność, bo wokół widzę pary lub grupki, a ja wiecznie samotnie, jak jakieś dziwadło i odrzutek społeczny... Tak się czuję od kilku lat. Próbowałam włączyć pozytywne myślenie, uśmiech na twarz, ubierać się kobieco w sukienki, kręcić się w różnych miejscach, gdzie są ludzie, ale nic z tego nie wynika. Nierealne się wkręcić w jakieś towarzystwo "ot tak", ludzie tutaj są tacy zamknięci mam wrażenie, nikt się nie odezwie. Nie wiem za co mnie to spotkało, bo uważam się za dobrego człowieka, angażowałam się w relacje i dużo z siebie dawałam, z nikim nie pogrywałam, nie bawiłam się uczuciami, nie wykorzystywałam, zawsze starałam się postępować zgodnie z sumieniem i na zasadzie "nie rób drugiemu, co tobie niemiłe", a jednak zostałam odrzutkiem. I coraz bardziej mi to doskwiera, bo nie mogę znaleźć jakiegokolwiek światełka w tunelu, by coś mogło się zmienić, choć chyba już desperacko tego światełka szukam. Dziś boleśnie do mnie dotarło, że całą wiosnę i lato wychodziłam ze swojej strefy komfortu (czyli z pokoju, z domu), mimo że nie miałam żadnego celu i motywu, ale próbowałam, starałam się szukać jakichkolwiek okazji do poznawania ludzi, ale bezskutecznie. Raz 2 gdz gadałam z fajną dziewczyną pod sklepem (złapała nas ulewa i schowałyśmy się pod dachem), wydawało mi się, że nadajemy na tych samych falach, że ona też mnie polubiła i będzie zainteresowana kontynuowaniem tej znajomości, ale też pudło. Zaproponowałam wymianę FB, mówiłam jej, że fajnie spędziłam ten czas i cieszę się, że ją poznałam, że chętnie bym się z nią wybrała kiedyś na spacer (mówiła mi, że często sama spaceruje z psem), ona że fajnie fajnie, odprowadziła mnie nawet pod blok, co wydawało mi się dobrą wróżbą, bo ona mieszka w przeciwnym kierunku... No ale nie odezwała się. Mimo że jej podkreśliłam, że jak coś, to czekam na kontakt z jej strony, bo ja bardzo chętnie. Ja nie pisałam, bo byłoby to już raczej zbyt natarczywe - zagadałam do niej pierwsza, o FB też ja zapytałam, nie będę się ciągle narzucać.

Nie wiem jak Ci poradzić, jeśli chodzi o to jak znaleźć sobie faceta, to niestety nic Ci nie doradzę. '
Jedynie co mi przyszło na myśl - masz 27 lat, trochę jesteś podobna do mnie z tamtych czasów- to to, abyś bardzij cieszyła się byciem sobą (jeśli masz ochotę w sobie coś zmienić to zmień), była, bo ja wiem, bardziej wyluzowana, pogodna, nie wyczekiwała na tego jedynego, bo może on się nie pojawić w tym roku, ani jeszcze za pięć, może nigdy, a może już za tydzień - bo czas tylko ucieka, a Ty się zadręczasz. Wiem jak to jest, jak koleżanki spotykają tego kogoś, potem są śluby, dzieci, kolejne wesela, gdzie idzie się samej, sylwestry, święta i inne takie towarzyskie wydarzenia. Skupiając się na swoiej samotności nie przeżyjesz ich radośnie, nie będziesz się dobrze bawić, ale będziesz smutna a będziesz smutna to będzie Ci jeszcze gorzej, a to nie dobrze, bo w końcu Ty jesteś jedyna dla siebie i Ty masz się dobrze czuć. I w czasie Sylwestra i nawet w Walentynki, pomimo, że na ten czas będziesz sama. Jak znaleźć mężczyznę tego Ci nie powiem, bo pojęcia nie mam, to się chyba po prostu zdarza, albo nie zdarza, sama już nie wiem, kręcę się też w tym temacie niejako w kółko. 27 lat  to jest super wiek i wiele się może w tej materii zdarzyć. Może też się nic nie zdarzyć, bo takie jest życie, nie przewidzisz, na forum też nikt nie przewidzi, bo każdy ma inne życie i doświadczenia. Chociaż pewne schematy się powtarzają mam wrażenie, ale ogólnie, całość trzeba rozpatrywać jednostkowo. Wydaje mi się również, że wszystko się dzieje po coś, jedno wypływa z drugiego, czego od razu nie widać, a człowiek zdaje sobie z tego sprawę dopiero po czasie, z dłuższej perspektywy.
Jakbym znów miała 27 lat, to starałabym się bardziej skupiać na sobie, sama rozwiązywać swoje problemy, ale jednocześnie nie zasklepiała sie w sobie i rozmawiała z bliskimi osobami, albo i na forum o tym, co mnie trapi, aby dać ujście emocjom. Nie szukałabym jednak całkowitego oparcia w koleżankach, rodzinie, znajomych, bo tak na prawdę człowiek jest sam, czy w rodzinie  czy w związku. Nikt mu do końca nie pomoże. Nie znaczy to, że nie otrzyma wsparcia w razie jakiejś życiowej katastrofy (bywa, że pomoże koleżanka, albo sąsiadka czy siostra czy mąż).Ale generalnie nie oczekiwałabym tego od innych - tu mi się wydaje jest klucz - brak oczekiwań. Mozeliwe, że to się tyczy też relacji damsko meśkich - brak oczekiwań dużo ułatwia, a przynajmniej brak potem rozczarowania.

2,524 Ostatnio edytowany przez umajona (2019-09-12 11:23:52)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
marta929292 napisał/a:

Czuć już jesień, niedługo pogoda zepsuje się do reszty i znowu zacznie się głównie siedzenie w czterech ścianach w kiepskiej atmosferze w domu rodzinnym. Nie wiem jak długo to wszystko wytrzymam, tracę siły i wiarę w sens takiej wegetacji, gdzie nie wychodzi mi kompletnie nic, w każdej dziedzinie życia dno. O notorycznym braku pracy i braku jakichkolwiek perspektyw na nią bądź na edukację nawet nie będę wspominać, bo to ponad moje siły.

Jeśli jest tak, jak opisujesz, to ani trochę się nie dziwię, że jesteś przygnębiona. Młoda dziewczyna, która mieszka z rodzicami "w kiepskiej atmosferze", nie ma znajomych i nie ma pracy, po prostu więdnie... A co rozumiesz poprzez brak perspektyw na pracę i na edukację?

Przez kilka lat po studiach mieszkałam w domu rodzinnym, bo to wydawało się rozsądne. Cieszyłam się, że mam pracę w swoim wyuczonym zawodzie i którą na dodatek lubiłam, nie musiałam płacić za wynajmowanie mieszkania, w około miałam góry i w ogóle git. Tylko że było mi jednak źle... Mimo że miałam pracę, czyli wychodziłam do ludzi i obracałam się w ich towarzystwie, no i przez te kilka godzin była to jakaś "rozrywka", oderwanie się od samotno-domowej rutyny. A Ty nawet tego nie masz, więc rozumiem, że tym bardziej musi Ci być źle... sad
Ostatecznie podjęłam decyzję o przeprowadzeniu się do miasta. Najpierw poszukałam pracy, potem wyjechałam. Wynajmuję mieszkanie z trójką innych młodych osób i od razu jest inaczej, weselej, coś się dzieje, odżyłam. Chodzę na kurs tańca, który uwielbiam, a przy okazji też spędzam czas z innymi. I jest tyle innych opcji. Już nie czuję takiego osamotnienia, jak w domu, mimo że zawsze byłam kochana przez rodziców. Ale towarzystwo rodziców to nie jest najlepsza opcja dla młodej dziewczyny w kwiecie życia wink Więc jeśli masz taką możliwość, rodzice nie wymagają opieki, to może poszukaj pracy w dużym mieście?

Anna Jantar śpiewała:
"To co mam, to radość najpiękniejszych lat,
to co mam, to serce, które jeszcze na wszystko stać,
to co mam, to młodość której nie potrafię kryć,
to wiara, że naprawdę umiem żyć, umiem żyć"

Aż smutno, że tego nie czujesz... Od razu powiem, że też nie jestem i jeszcze nigdy nie byłam w związku, i też mi smutno z tego powodu, i też chciałabym kogoś poznać, ale to nie znaczy, że nie można czerpać radości z "najpiękniejszych lat"... smile

Oczywiście ta opcja z przeprowadzką to tylko propozycja, sugestia. Opisałam, jak to wygląda z mojej strony. Może Ty masz inne potrzeby, więc nie czuj się do czegoś przymuszana. Ale przemyśleć warto wink Może jakieś inne, swoje własne, bardziej Ci pasujące rozwiązania wymyślisz. Jedno jest pewne - jest Ci źle z tą 'wegetacją", więc warto znaleźć sposób, żeby to się zmieniło.

2,525

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Lady Loka napisał/a:

Piegowata, ja trochę nie wierzę w to, że po 40tce (sorry, nie wiem ile masz dokładnie lat, więc jeżeli Cię postarzyłam to bardzo przepraszam) da się zbudować taki bardzo powolny związek. W tym wieku ludzie już raczej wiedzą, czego szukają. Zwłaszcza, jeżeli już wcześniej w związakach byli.

Mama mojego partnera jest sama od kilku lat i w tym czasie intensywnie szuka sobie faceta, ale jednocześnie nie potrafi się przed żadnym z potencjalnych kandydatów otworzyć na tyle, żeby faktycznie coś w życiu zmienić. Pasuje jej umawianie się do momentu, w którym facet nie zaczyna pytać o jakieś zaangażowanie i konkrety. I nie jest ważne, czy to jest po miesiącu czy po roku randkowania. Jak facet chce się zaangażować i planować jakąś wspólną przyszłość to ona nagle wymyśla milion rzeczy, które jej nie pasują i w efekcie sama sobie sabotuje relację. Fakt faktem, trafiła na kilku dziwnych typów, ale bylo kilku konkretnych i fajnych. W ten sposób ona nie znajdzie nigdy nikogo nie przez to, że oni pędzą do przodu z tempem relacji, ale przez to, że to ona nie potrafi podjąć decyzji odnośnie tego, czego właściwie od nich chce. Bo przecież fajnie jak facet przyjedzie do niej naprawić kran czy telewizor, ale jak zaczynają się tematy wspólnego życia to trzeba dać nogę.

Może ta mama nie trafiła jeszcze na odpowiedniego faceta, Co z tego, jak według postronnych, facet fajny, konkretny...ale dla tych postronnych, a nie dla tej kobiety. To ma być jej partner, ona ma z nim mieszkać i dzielić życie a nie inni. Jak trafi, to będzie zupełnie inaczej. Sama będzie planować z nim przyszłość i nie trzeba będzie jej popędzać. Tyle wiem z obserwacji.

2,526

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
niepodobna napisał/a:

Albo umniejszanie tego, co ktoś inny osiągnął. Mam taką koleżankę. Jeśli komuś coś wyszło, to tak naprawdę musiała być kiepska możliwość. Kiedyś wypaliła, że do pracy (z której jestem zadowolona) pewnie nie było kandydatów i dlatego mi się "udało".

Usłyszałam kiedyś podobnie: "bo tobie się udało z lepszą pracą od mojej, bo skończyłaś lepszy kierunek".

2,527

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
rossanka napisał/a:
niepodobna napisał/a:

Albo umniejszanie tego, co ktoś inny osiągnął. Mam taką koleżankę. Jeśli komuś coś wyszło, to tak naprawdę musiała być kiepska możliwość. Kiedyś wypaliła, że do pracy (z której jestem zadowolona) pewnie nie było kandydatów i dlatego mi się "udało".

Usłyszałam kiedyś podobnie: "bo tobie się udało z lepszą pracą od mojej, bo skończyłaś lepszy kierunek".

A ja podobno dostałam pracę po znajomości ;p

2,528

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
umajona napisał/a:
rossanka napisał/a:
niepodobna napisał/a:

Albo umniejszanie tego, co ktoś inny osiągnął. Mam taką koleżankę. Jeśli komuś coś wyszło, to tak naprawdę musiała być kiepska możliwość. Kiedyś wypaliła, że do pracy (z której jestem zadowolona) pewnie nie było kandydatów i dlatego mi się "udało".

Usłyszałam kiedyś podobnie: "bo tobie się udało z lepszą pracą od mojej, bo skończyłaś lepszy kierunek".

A ja podobno dostałam pracę po znajomości ;p

Ja skończyłam tamtą znajomość, bo już miałam dosyć wysłuchiwania, że udało mi się dostać taką a taką pracę, że miałam lepszy kierunek studiów, że łatwo mi przychodzi nauka języków (przy czym ja się uczyłam tych języków, a koleżanka nie, ale chciała umieć) i ze ogólnie mi to wszystko łatwo i lekko przychodzi  big_smile

2,529 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-12 12:28:21)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Hej, babeczki, tudzież pozostali przedstawiciele rodzaju ludzkiego smile
Loka, może nieprecyzyjnie wyrażam się o powolnym budowaniu relacji, ale na pewno nie chcę pośpiechu i przekraczania własnego komfortu. Nie przemawia do mnie kompletnie jakaś nagła fascynacja, jakieś uderzenia pioruna - ja chcę poznawać. Może kolejny krok wykonam za tydzień, może za miesiąc, wiele zależy od sytuacji, kontekstu, postępowania drugiej osoby, atmosfery... Nie sądzę, nie oczekuję i nie wierzę, że takie narastanie więzi trwa latami, nie mają sensu dla mnie sztuczne granice, że pierwszy pocałunek po roku, a seks po trzech - albo przeciwnie, że na trzeciej randce to już najwyższy czas. Chcę po prostu tak jak chcę, bez przymusu, bez forsowania granic wbrew mojej woli. A tu spotykam się z facetem pierwszy raz w życiu, całkowicie obcym, a ten mnie obłapia za ręce i nogi i nie potrafi się trochę powściagnać. Nożżżż, kurrrrr...!

Kto chce, niech idzie w szybki seks, to na pewno może sprawić przyjemność, ale już więzi ten sposób nie gwarantuje. Wolę go jako konsekwencję  bliskości, a nie próbę jej zbudowania. A poza tym kupa dziewczyn udaje sama przed sobą wielce wyzwolone, a potem okazuje się że naiwne dziewczątka świadomie lub podświadomie chciały "kupić" sobie miłość. No, eeejj...

Więc panom szybkim dziękuję.
Nie wiem, czy wierzę w mój wymarzony scenariusz w moim wieku (tak, jestem po czterdziestce), ale z całym przekonaniem oświadczam, że albo będę z kimś, kto mi odpowiada, albo będę sama. I tego drugiego wcale się nie boję.

Kurde, bojowa się robię, gdy o tym piszę, ale ta - również mam wrażenie, że powszechna - tendencja do pośpiechu i drogi na skróty zupełnie mi nie odpowiada. Nie zamierzam się do niej dopasowywać, byle tylko zasłużyć na status sparowanej.

Rossanko, czytam Twoje rady i doświadczenia i bardzo wyraźnie widzę, że najlepiej potrafimy doradzać innym, a sami ze sobą miewamy kłopot - to pewnie zasługa emocji. A jednak, myślę, warto i na siebie spojrzeć z odrobiną dystansu. Ja żartuję, że sadzam Piegowatą przy stole, robię jej herbatę i tłumaczę jak krowie na rowie smile Pytam babę, o co jej chodzi i odpowiadam tak, jak odpowiedziałabym najlepszej przyjaciółce albo córce.

Kiedyś stworzyłam wątek "Gdy ta słynna smuga cienia przypęta się, przerazi cię" - starszawe już posty. Udzielali mi ludzie fajnych rad, ale najbardziej charakterystyczne było to, że sama zaczęłam odpowiadać na własne pytania, znajdowałam rozwiązania.
Wierzę w siebie samotną. Nie umrę z rozpaczy, nie zginę, życie wciąż ma mi wiele do zaoferowania. Mam ten dar, że cenię najmniejsze drobiazgi i nie wiem, czy kiedyś mi się znudzą (choć czasem nie wystarczają, pragnę czegoś większego, bardziej znaczącego).
Właśnie opędzlowałam zarrrrąbiście dobry obiad: nasmażyłam sobie kotletów-placuszków z gotowanych warzyw. To odzysk z zup i rosołów, bo nie zawsze chce mi się pracowicie kroić i ścierać, a gotowanych w całości zjadać nie lubię. Uzbierałam w zamrażarce sporą kolekcję, rozmrożone zmiksowałam z jajkiem i tartą bułką, przyprawiłam (za słabo, trzeba solidnie, bo kotleciki dość mdłe), uformowałam w pożądany kształt, po czym usmażyłam. Kurczę, jakie dobre! Najadłam się jak bąk z dodatkiem naturalnego jogurtu. Można też zrobić do nich jakiś sos (dowolny - grzybowy, czosnkowy itd.).
Teraz czas na rytualną kawkę przed domem, a potem rower i chodu do miasta, pozałatwiać to i owo.
Nie mam czasu dumać, że mi faceta brak big_smile

P.S. Wspomniana przez Lokę mama koleżanki może w gruncie rzeczy wcale związku nie chce? Może warto odpuścić i nie dręczyć się, że nie przystaje się do "obowiązującej normy".
Mnie tam niezbyt zależy, odpuściłam w znacznej mierze.

Moja rodzicielka jest wdową już prawie 19 lat, nie szukała nigdy drugiego mężczyzny i twierdzi, że do niczego jej to niepotrzebne, bo po pierwsze miała jednego (a była w udanym małżeństwie) i innego nie chce, a po drugie - i tak ma fajne życie. Mimo iż dobrze pamiętam, jak mocno przeżyła swoje owdowienie.

2,530

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Lady loka zachowanie twojej mamy wygląda jakby nie szukała partnera na życie a takiego do spędzania wspólnie czasu w miłej atmosferze .

Ogólnie jedno co mogę wam doradzić to zastanówcie się po co wam mężczyzna w życiu i jaką rolę miał by spełniać, czy ma kochać pocieszać być przy was i dbać albo prowadzić z wami dysputy na różne tematy czy też jeszcze coś innego smile
Ale z doświadczenia wiem, że znalezienie drugiej osoby która by spełniała wszystkie połączone kryteria to prawie jak wygrana w lotka smile

2,531

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
dorias napisał/a:

Lady loka zachowanie twojej mamy wygląda jakby nie szukała partnera na życie a takiego do spędzania wspólnie czasu w miłej atmosferze .

Ogólnie jedno co mogę wam doradzić to zastanówcie się po co wam mężczyzna w życiu i jaką rolę miał by spełniać, czy ma kochać pocieszać być przy was i dbać albo prowadzić z wami dysputy na różne tematy czy też jeszcze coś innego smile
Ale z doświadczenia wiem, że znalezienie drugiej osoby która by spełniała wszystkie połączone kryteria to prawie jak wygrana w lotka smile

To nie jest moja mama big_smile

a co do reszty to się zgadzam, ale do wspólnego spędzania czasu w miłej atmosferze bez zobowiązań ma się innych ludzi. Nie partnera życiowego.

2,532

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Dorias, jeśli mam być z mężczyzną, to po to, żeby pójść przez życie w dobrym, radującym serce towarzystwie, żeby cieszyć się więzią, która jest specjalnym, dość wyjątkowym rodzajem więzi. Żeby wzbogacić swoje życie. Ale w cuda, że związek zapewni mi raj na ziemi, nie wierzę. Raj jest w nas (albo/i piekło).
I tyle.

2,533

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Piegowata, a jeżeli nie ma specjalnej, wyjątkowej więzi? Jeżeli ona po prostu pojawia się po wspólnych przeżyciach z danym panem, którego sama wybierasz? Z niektórymi facetami iskrzy bardziej niż z innymi, ale to dalej nie jest jakaś niesamowita, niezastąpiona więź.

2,534 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-12 12:53:15)

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Mnie nie zaiskrzy z kimś, kogo nie znam. Owszem jakoś tam może wpaść w oko, ale to stanowczo za mało. Zbyt jestem racjonalna przy całej emocjonalności. Rozumiem, że nie każda miłość jest wielka i ognista, że czasem ludziom wystarczy coś o znacznie mniejszym kalibrze, ale poczucie obcości jest dla mnie zdecydowanie przeszkodą.
To identycznie jak np. nie będę zwierzać się przechodniowi z ulicy ze swoich osobistych spraw. Po prostu obcy to obcy. I taki facet, którego pierwszy raz widzę, nie jest dla mnie nikim innym, dopiero ma szansę stać się kimś ważniejszym.
Najbardziej komfortowe byłoby dla mnie związanie się z kimś, kogo już znam, z kim czuję się swobodnie, mam jakaś wspólną przestrzeń i język.
Czasem szybciej czasem wolniej, czasem na bardziej zaawansowanym etapie, czasem na mniej (bo tak po prostu wyszło) otwieramy kolejne drzwi, ale muszę stopniowo wejść w relację, zbudować zaufanie i komfort.
Zawsze myślałam, że to oczywiste, i dziś, choć tyle mam już lat, wciąż zadziwia mnie, że to wcale oczywiste nie jest.
Jak napisałam, czasem po prostu tak czy inaczej "wychodzi", ale nie chcę, żeby mi wszystko w życiu jedynie wychodziło, samo, bez udziału mojej woli.

2,535

Odp: pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat
Piegowata'76 napisał/a:

Hej, babeczki, tud

Rossanko, czytam Twoje rady i doświadczenia i bardzo wyraźnie widzę, że najlepiej potrafimy doradzać innym, a sami ze sobą miewamy kłopot - to pewnie zasługa emocji. enie.

Prxeciez  dobrze napisałam . Sama bym sobie 27 letniej tak poradziła.szkoda, ze wcześniej nie byłam taka mądra.

Posty [ 2,471 do 2,535 z 8,335 ]

Strony Poprzednia 1 … 37 38 39 40 41 … 129 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » SAMOTNOŚĆ » pozbawcie mnie zludzen, mam 36 lat

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024