rossanka napisał/a:chciałam się wyzalic,ze mi źle,szukam ,szukam i nic.Mówi się,ze miłości się nie szuka,ale tonie prawda,bo jak się tylko siedzi i czeka to nic samo nie przyjdzie.Z drugiej strony,jak się usilnie za czymś goni,to tez się tego nie osiąga.Błędne kolo.Męcze się bardzo.
A ze juz mam swoje lata,to chyba jestem zmuszona dacsobie juz spokój.
Jak miałam 20lat w zyciu bym nie powiedziała,ze tak to się s kończy,
Jak bardzo rozumiem o czym mówisz, zupełnie jakbyś przelała moje myśli, rozgoryczenie i frustrację... Czuję się identycznie jak Ty.
Dawniej wierzyłam, że uczucie powinno przyjść samo, że nic na siłę, że nie ma co stwarzać sztucznej presji. Widziałam koleżanki, które pakowały się w dziwne i źle rokujące już na starcie (według mnie) związki i nie rozumiałam ich, wydawały mi się strasznie zdesperowane. Nie rozumiałam po co im taki facet, który się nie stara, nie angażuje, ma duże wady, które przekreślają zdrowy i szczęśliwy związek już na pierwszy rzut oka. Nie rozumiałam dlaczego nie potrafią skupić się na sobie, swoich pasjach, że na siłę szukają kogokolwiek, bo nie potrafią same zorganizować sobie czasu wolnego. A dziś, z perspektywy lat... wydaje mi się, że jednak to ja byłam tą głupią i naiwną, bo czekałam biernie przez swoje "najlepsze lata" i nie nabrałam przez to doświadczeń damsko-męskich. A teraz czuję się taka stara i przegrana, choć niby mam 27 lat, więc wydawać by się mogło, że to jeszcze nie tragedia... A jednak tragedia, bo patrząc na facetów koło 30, to wszyscy już dawno pozajmowani, większość pcha wózek z dzieckiem przed sobą. Żyję w bardzo małym miasteczku i mam wrażenie, że sensowni i chcący się ożenić faceci już dawno to zrobili, a zostali tylko tacy, którzy chcą się wiecznie bawić i nie angażować w nic dłuższego i poważniejszego lub osobniki skrajnie zdziwaczałe i zdesperowane, które związałyby się choćby z nogą od stołu, gdyby tylko miała waginę i nie stawiała oporu. No i panowie z dużymi problemami (np z alkoholem, hazardem), mizogini, "skrzywdzeni misie przez swoją byłą", itp. A te portale randkowe to jakiś dramat, przynajmniej w mojej okolicy znaleźć jakiegoś mężczyznę, który na pierwszy rzut oka HARDKOROWO nie straszy wyglądem, to jakiś cud. Nawet moja dużo starsza siostra stwierdziła, że na początku nie wierzyła w moje słowa, że nie może być aż tak źle, ale faktycznie większość tych panów wygląda jak z programu "Chłopaki do wzięcia" i pod względem intelektualnym również prezentują podobny poziom. A jeśli facet jest w miarę przeciętny i nie ma agresywnego spojrzenia na zdjęciu rodem z kartoteki kryminalnej, to z kolei w opisie coś mocno odstrasza, że nie da się tego przeskoczyć. Tych kilka okazów na krzyż, w miarę przeciętnych z wyglądu i jednocześnie potrafiących sklecić kilka zdań poprawną polszczyzną, ma z kolei takie wymagania, żeeee... Szukają typowej "instagirl", przebierają jak w sklepie z cukierkami i wiszą na tych portalach latami. Masę takich stałych twarzy rozpoznaję, nawet im się nie chciało zaaktualizować zdjęcia. Usuwałam konto, wracałam, znów usuwałam i ponownie próbowałam... Ale widzę, że to ślepa uliczka i w moim przypadku to się nie sprawdza, nie ma tam nikogo dla mnie. Nie wspominając o tym, że większość jest ewidentnie nastawiona na szybki sex.
Czuję się sfrustrowana, bo nie wiem gdzie i w jaki sposób mogłabym kogoś poznać. U mnie są też dodatkowe problemy, które nie ułatwiają mi życia i nawiązywania relacji. Nie mam obecnie już żadnej koleżanki, z którą mogłabym gdziekolwiek wyjść. Żadnej. Nigdy nie byłam duszą towarzystwa, a te pojedyncze osoby, z którymi się kiedyś przyjaźniłam przepadły, z różnych powodów. Zdarzało mi się niestety ładować w toksyczne relacje koleżeńskie, które jeszcze bardziej deptały mi samoocenę, już i tak niską, bo wyniosłam to z domu. Gdy zebrałam się na siły, by się odciąć i powiedzieć DOSYĆ takiego traktowania mnie, to zostałam sama jak palec. Z perspektywy czasu sądzę, że często CHCIAŁAM ZA BARDZO i ludzie mnie wykorzystywali, bo mogli na mnie polegać, bo nie odmawiałam, bo dla tej garstki ludzi byłabym gotowa zrobić wiele. Miałam problemy z asertywnością i stawianiem granic i źle się to dla mnie skończyło.
Aktualnie jestem na etapie żałosnego i rozpaczliwego "kopania" się z losem, byle tylko wreszcie kogoś poznać, by w końcu coś w moim życiu ruszyło, bym nie czuła się tak potwornie samotna... Ale bezskutecznie. Na ulicy raczej mężczyzny nie poznam, a to jedyna "możliwość" jaką mam. Wychodzę z domu na długie spacery po okolicy, ale czuję przez to jeszcze bardziej tę samotność, bo wokół widzę pary lub grupki, a ja wiecznie samotnie, jak jakieś dziwadło i odrzutek społeczny... Tak się czuję od kilku lat. Próbowałam włączyć pozytywne myślenie, uśmiech na twarz, ubierać się kobieco w sukienki, kręcić się w różnych miejscach, gdzie są ludzie, ale nic z tego nie wynika. Nierealne się wkręcić w jakieś towarzystwo "ot tak", ludzie tutaj są tacy zamknięci mam wrażenie, nikt się nie odezwie. Nie wiem za co mnie to spotkało, bo uważam się za dobrego człowieka, angażowałam się w relacje i dużo z siebie dawałam, z nikim nie pogrywałam, nie bawiłam się uczuciami, nie wykorzystywałam, zawsze starałam się postępować zgodnie z sumieniem i na zasadzie "nie rób drugiemu, co tobie niemiłe", a jednak zostałam odrzutkiem. I coraz bardziej mi to doskwiera, bo nie mogę znaleźć jakiegokolwiek światełka w tunelu, by coś mogło się zmienić, choć chyba już desperacko tego światełka szukam. Dziś boleśnie do mnie dotarło, że całą wiosnę i lato wychodziłam ze swojej strefy komfortu (czyli z pokoju, z domu), mimo że nie miałam żadnego celu i motywu, ale próbowałam, starałam się szukać jakichkolwiek okazji do poznawania ludzi, ale bezskutecznie. Raz 2 gdz gadałam z fajną dziewczyną pod sklepem (złapała nas ulewa i schowałyśmy się pod dachem), wydawało mi się, że nadajemy na tych samych falach, że ona też mnie polubiła i będzie zainteresowana kontynuowaniem tej znajomości, ale też pudło. Zaproponowałam wymianę FB, mówiłam jej, że fajnie spędziłam ten czas i cieszę się, że ją poznałam, że chętnie bym się z nią wybrała kiedyś na spacer (mówiła mi, że często sama spaceruje z psem), ona że fajnie fajnie, odprowadziła mnie nawet pod blok, co wydawało mi się dobrą wróżbą, bo ona mieszka w przeciwnym kierunku... No ale nie odezwała się. Mimo że jej podkreśliłam, że jak coś, to czekam na kontakt z jej strony, bo ja bardzo chętnie. Ja nie pisałam, bo byłoby to już raczej zbyt natarczywe - zagadałam do niej pierwsza, o FB też ja zapytałam, nie będę się ciągle narzucać.
Jak żyć? Jak zaakceptować samotność? Chyba nie potrafię, właściwie to nie chcę, bo bez sensu się oszukiwać, jaka to niby jestem szczęśliwa będąc wieczną singielką, która nigdy nie była kochana i która nigdy nawet jeszcze seksu nie uprawiała, do czego wręcz wstyd się przyznać. Mimo że nigdy nie miałam szczęścia do ludzi i dość często byłam wyrzucana na ubocze, to również nie sądziłam, że w życiu dorosłym będzie aż tak strasznie źle.
Przepraszam, że tak Ci się podpięłam pod temat, ale wyczułam między nami pewne podobieństwo i dziś mam taki dzień, że chyba musiałam wyrzucić z siebie ten żal. Czuć już jesień, niedługo pogoda zepsuje się do reszty i znowu zacznie się głównie siedzenie w czterech ścianach w kiepskiej atmosferze w domu rodzinnym. Nie wiem jak długo to wszystko wytrzymam, tracę siły i wiarę w sens takiej wegetacji, gdzie nie wychodzi mi kompletnie nic, w każdej dziedzinie życia dno. O notorycznym braku pracy i braku jakichkolwiek perspektyw na nią bądź na edukację nawet nie będę wspominać, bo to ponad moje siły.
Ściskam Cię mocno. Tak samo wszystkich samotnych nieszczęśników.