Pytanie do tych, którzy obecnie są sami, ale chcieliby ten stan zmienić, mieć partnera, partnerkę w przyszłości (nie pytam osób, którym obecny stan rzeczy odpowiada i chcą żyć w pojedynke):
Nie macie obaw, że tak już będzie zawsze (przy założeniu dożycie późnej starosci), że kolejny rok będziecie sami i kolejny i dekadę i dwie i kolejne 40 lat? Jak sobie poradzicie z brakiem takiej wspólnej codzienności i świadomości, że jest ktoś obok, nawet, jak nie obecny fizycznie, bo np jest teraz w pracy, albo umówił się z kolegą itd? Możecie oczywiście rozmawiać, spędzać czas, telefonowac, odwiedzać koleżankę, sąsiadke, kogoś z rodziny, ale wiecie o co chodzi.
Jak soboe radzicie również z kwestią bycia rodzicem, że nigdy nie będziecie czyjąś matka, babką? Ta część waszego życia będzie pusta, inaczej, nie będzie jej wcale. Jak się pozbyć tego uczucia ?
Jak sobie radzicie z samotnymi wyjściami, albo wyjściami i spotkaniami na tzw doczepke z koleżankami ich mężami, narzeczonymi?Samemu oczywiście można też wychodzić, bo bedac w związku, może mąż nie będzie lubił komedii romantycznych, albo koncertów muzyki barokowej, ale ile można chodzić samemu? Rok, dwa, zawsze?
Kiedyś byłam na zabawie (jakieś ostatki chyba), były 3 zaprzyjaźnione pary i ja. Nie zrozumcie mnie źle, bawiłam się bardzo dobrze, ale to kolejna impreza, na której byłam sama. Ile można?
W domu też, niby jest dobrze, bo jest i mieszkanie, zwykła codzienność, rzeczy, które i tak robiła bym będąc w związku, a mimo tego czegoś brak. Myślałam, że z czasem będzie lepiej, ale bywa nieraz jeszcze gorzej. Zagluszam te myśli pracą, kolejnymi kursami, aby tylko nie myśleć i mieć mniej wolnego czasu (nie znaczy to jednak, że rzeczy te nie sprawiają mi przykjemosci i robię je na sile).
Swoje myśli pokazuje na forum, często słyszę, ciesz się z tego co masz-cieszę się. Facet nie rozwiąże twoich problemow-nie jestem głupia, nie oczekuję tego. Bycie w związku nie sprawi od razu pełni szczęścia -to też wiem. Naucz się być sama, miej czas dla siebie -mam od wielu lat. Zainwestuj w siebie -inwestuje. Plznawaj ludzi -poznaje. I wcale mi latwiej nien jest. Raczej coraz większe, bo ja wiem rozczarowanie.
Zdecydowanie lepiej się czułam będąc w związku, to było takie naturalne uczucie, myślałam, tak być powinno.
2,406 2019-09-08 17:25:51
2,407 2019-09-08 18:59:35 Ostatnio edytowany przez Ela210 (2019-09-08 19:01:58)
Powiem tak- nie mam takich myśli- a nawet mam kompletne przekonanie, że zależy to od mojego nastawienia i stopnia otwarcia się na ludzi.( w tym męskiego rodzaju) Nie szukam nowych znajomości, ale nie zasklepiam się w sobie, więc same się znajdują- w realu i wirtualu.
Co do dzieci- to mam już od jakiegoś czasu przeświadczenie że matką zostałam dla nich, a nie dla siebie- bo to oddzielne byty, z mocnymi tendencjami do nietrzymania się spódnicy mamy.
Więc nie spodziewam się po nich specjalnie żadnych pożytków na starość, serio. Wsparcie wzajemne owszem- ale nie wiszenie na nich.Czyli widzę wartość w tym, ze daliśmy im życie i dobre myślę dzieciństwo, ale wg mnie nie mają długu wdzięczności wobec mnie.
2,408 2019-09-08 19:27:17
Zdecydowanie lepiej się czułam będąc w związku, to było takie naturalne uczucie, myślałam, tak być powinno.
Ja lubię sobie "powspominać" ostatnio, ale tak uczciwie i brutalnie.
Wszystkie związki w których byłam, to takie anty-związki i jak je sobie przypominam to nie cenzuruję, tylko pozwalam szambu wspomnień wybić (a długo broniłam się przed tym, bo wiadomo, że prawda boli)
Po co to wszystko? Po to, żeby przypomnieć sobie, że jest coś gorszego od bycia samotnym, czyli bycie w beznadziejnym związku.
Czułaś się lepiej będąc z związku.. jednak czy byłaś w dobrym związku?
2,409 2019-09-08 20:20:32
Rossanko- tak , dopuszczam taka ewentualnosc ze bede sam do konca zycia. Nie dramatyzuje ale remontujac sobie teraz mieszkanie mam poczucie ze sprawiam sobie trumne. Samotnosc jest dla mnie duzym problemem . Czuje ze gdybym mial partnerle gory bym przenosil teraz wegetuje. Patrze na dzieci ktore maja tyle checi do zycia i chetnie z nimi zamieniam pare słów- chyba mnie za to nie oskarza o pedofilstwo. Moze kiedys odbiore sobie zycie a moze zobojetnieje na tyle ze przestanie mnie zwiazek interesowac - trudno powiedziec. Poki co robie dokladnie to co juz wyliczylas oraz w tym roku mam ekstra przygode w postaci zlamanej nogi. Tak - wieksze problemy potrafia maskowac te mniejsze.
2,410 2019-09-08 20:28:56
rossanka napisał/a:Zdecydowanie lepiej się czułam będąc w związku, to było takie naturalne uczucie, myślałam, tak być powinno.
Ja lubię sobie "powspominać" ostatnio, ale tak uczciwie i brutalnie.
Wszystkie związki w których byłam, to takie anty-związki i jak je sobie przypominam to nie cenzuruję, tylko pozwalam szambu wspomnień wybić (a długo broniłam się przed tym, bo wiadomo, że prawda boli)Po co to wszystko? Po to, żeby przypomnieć sobie, że jest coś gorszego od bycia samotnym, czyli bycie w beznadziejnym związku.
Czułaś się lepiej będąc z związku.. jednak czy byłaś w dobrym związku?
Lepiej w związku, ale w okresie jak było dobrze. Chyba nikt nie myśli, że tęsknię do okresu, jak było w nim źle ![]()
Piotr Introwertyk - ale trochę to przerażające, jakby się już zawsze miało być samemu. Chociaź czasami mam wrażenie, że mężczyźni łatwiej to znoszą, a może zależy to od osoby.
2,411 2019-09-08 20:40:50 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-08 20:52:54)
Daleka juz jestem od rozpamiętywania samotności i nie przeraża mnie myśl, że może już tak zostanie. Zawsze sobie znajdę jakąś sąsiadkę do pogadania czy kota do pogłaskania. Pielęgnuję i wzmaciam swoją postawę, według której szczęście to sposób patrzenia na świat ; dzisiaj tak fantastycznie zachodziło słońce, a powietrze już pachniało jesienią - a ja tę złotą polską uwielbiam.
Rossanko, niby piszesz, że cieszysz się życiem, ale ja widzę w Twoich postach wiele bólu i smutku. Ale chyba nie potrafię Ci pomóc ![]()
Mam wrażenie, że te "lekcje" każdy musi odrobić sam.
Ja wiem, że nie chcę iść przez życie smutna i nieszczęśliwa. Obym nie zgrzeszyła pychą, ale wydaje mi się, że ze wszystkim w życiu sobie poradzę, póki jestem jako tako zdrowa, sprawna i ból fizyczny nie odbiera mi chęci do życia. Fizycznego, przewlekłego bólu boję się najbardziej - i chyba tylko tego, bo to odbiera zdolność myślenia, a więc i przepracowania. Z fizycznym bólem nie sposób dyskutować.
Piotrze, nie spodziewałam się po Tobie takiego tekstu o trumnie
Zawsze mi imponowało Twoje wychodzenie do ludzi, radzenie sobie z życiem.
W sumie to chyba nie do mnie było pytanie Rossanki, bo ja już coraz mniej myślę, by zmienić swoją związkową sytuację. Po prostu jeśli się coś wydarzy, to będzie mi bardzo miło.
Bardzo bliskie mi jest to, co Umajona napisała o foce - ciesząc się nią była tu i teraz i to się liczyło. Szukam i kolekcjonuję takie "tu i teraz".
2,412 2019-09-08 20:50:19
Ciekawe co piszesz z tym "odpychaniem bez powodu". Nie doświadczyłam tego, chyba.. Albo nie zauważyłam.
Co rozumiesz przez to, że Cię ktoś odpycha, w jaki sposób ?
Pisząc o niedopasowaniu energetycznym miałem na myśli że nie czujemy tej wewnętrznej potrzeby bycia razem, nie uzupełniamy się. Może to wynikać z wielu powodów, próby zdominowania jednej osoby przez drugą w związku, z tego że te osoby nie czują się przy sobie bezpiecznie, nie ufają sobie, nie akceptują swojej inności, bo przecież każdy człowiek jest wyjątkowy, także z innych wyobrażeń o życiu, z innych wyznawanych wartości.
Wspomniałem o wampirach energetycznych. Miałem kiedyś takie wrażenie że źle się czułem przy pewnej osobie. Nie wiem skąd to wynikało, czy ze sposobu patrzenia się na mnie tej osoby, czy zachowania się, czy czegoś jeszcze, szóstego zmysłu? ![]()
Wampir energetyczny to to dość szerokie pojęcie. Takiego typowego "wampira" łatwo zidentyfikować jak się z nimi dłużej przebywa. Z definicji "Wampir energetyczny sprawia, że najczęściej po dłuższym przebywaniu w jego obecności czujemy się osłabieni, smutni, bez nadziei na realizację jakichkolwiek planów - przekonani, że nie ma sensu podejmować jakichkolwiek działań, bo i tak są one skazane na niepowodzenie" to musi być ktoś kto ciągle znajduje nowe problemy, z błahostki potrafi stworzyć sprawę najwyższej wagi, nie potrafi się cieszyć tym co ma tylko cały czas się zastanawia kto go chce "załatwić", wszystko zawsze sprawdza po 5 razy, uważa że nikt nie może popełnić błędów oprócz niego, oczywiście jak sam popełni błąd to się do tego nie przyznaje, aby się dowartościować potrafi dołować i negatywnie oceniać innych bez powodu. Hmmm możliwe że trochę przesadziłem, ale wydaje mi się że wystarczy jedna z tych negatywnych cech aby być wampirem energetycznym ![]()
Peter4x napisał/a:Ja mam jakiś dystans do tych spraw. Pewnie dlatego że moje życie zupełnie nie wygląda tak jakbym chciał aby wyglądało. Nie chcę wierzyć że to jest moje przeznaczenie, że "Bóg tak chciał".
Ładne podejście
Nie zamykasz się biernie w niespełnieniu. Gdy patrzę na osoby, które postrzegam jako jednostki nieszczęśliwe to są to ci, którzy nie mają odwagi by wychylić się ciut poza to gdzie los ich samoistnie posadził. Mnie też coraz częściej brakuje tej odwagi.
Dziękuję. Hmm chyba ten cytat nie za bardzo podobał się Piegowatej ![]()
Pytanie do tych, którzy obecnie są sami, ale chcieliby ten stan zmienić, mieć partnera, partnerkę w przyszłości (nie pytam osób, którym obecny stan rzeczy odpowiada i chcą żyć w pojedynke):
Nie macie obaw, że tak już będzie zawsze (przy założeniu dożycie późnej starosci), że kolejny rok będziecie sami i kolejny i dekadę i dwie i kolejne 40 lat? Jak sobie poradzicie z brakiem takiej wspólnej codzienności i świadomości, że jest ktoś obok, nawet, jak nie obecny fizycznie, bo np jest teraz w pracy, albo umówił się z kolegą itd? Możecie oczywiście rozmawiać, spędzać czas, telefonowac, odwiedzać koleżankę, sąsiadke, kogoś z rodziny, ale wiecie o co chodzi.
Ja w ten sposób nie myślę. Jestem facetem a inicjatywa należy do facetów
. Jak już rozwiążę moje niezałatwione sprawy i podejmę decyzje gdzie się przenieść, to pewnie się zastanowię co zrobić aby nie żyć samemu przez następne 40 lat. Opcji jest dużo, portal randkowy, biuro matrymonialne, "z łapanki" tzn. z ogłoszenia
Jednak istnieje bardzo duże ryzyko że zamiast szczęścia będzie piekło na ziemi więc sam nie wiem. Trzeba kogoś bardzo dobrze poznać aby decydować się na coś więcej, w przeciwnym wypadku warto nadal zostać singlem. ![]()
Ja lubię sobie "powspominać" ostatnio, ale tak uczciwie i brutalnie.
Wszystkie związki w których byłam, to takie anty-związki i jak je sobie przypominam to nie cenzuruję, tylko pozwalam szambu wspomnień wybić (a długo broniłam się przed tym, bo wiadomo, że prawda boli)Po co to wszystko? Po to, żeby przypomnieć sobie, że jest coś gorszego od bycia samotnym, czyli bycie w beznadziejnym związku.
Ehh, znowu to pierwsze twierdzenie : czyli "jeszcze nie jest tak źle żeby nie mogło być gorzej" ![]()
2,413 2019-09-08 21:04:13
Daleka juz jestem od rozpamiętywania samotności i nie przeraża mnie myśl, że może już tak zostanie. Zawsze sobie znajdę jakąś sąsiadkę do pogadania czy kota do pogłaskania. Pielęgnuję i wzmaciam swoją postawę, według której szczęście to sposób patrzenia na świat ; dzisiaj tak fantastycznie zachodziło słońce, a powietrze już pachniało jesienią - a ja tę złotą polską
Napisałam, że nie chodzi mi o pogadanie z sąsiadka, to robi się codziennie. Sąsiadka, ludzie na ulicy, kolezanka, liscie jesienne liście to nie partner. Pytałam o partnera. Będąc w zwiaz ku również dostrzega się urodę jesieni jak i ma kontakty towarzyskie z resztą społeczeństwa. O to pytam, a nie o resztę rzeczy. Ok. One są też ważne.
Ale dyskusja przypomina coś w stylu: jestem senna, a ktoś odpowiada, to zjedz coś. Albo :chce mi się pić, a ktoś odpowiada, ale przynajmniej jesteś wyspana, doceń to.
No doceniam, doceniam, ale nurtuje mnie ten jeden aspekt nadal.
2,414 2019-09-08 21:06:23 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-08 21:15:53)
trx napisał/a:Peter4x napisał/a:Ja mam jakiś dystans do tych spraw. Pewnie dlatego że moje życie zupełnie nie wygląda tak jakbym chciał aby wyglądało. Nie chcę wierzyć że to jest moje przeznaczenie, że "Bóg tak chciał".
Ładne podejście
Nie zamykasz się biernie w niespełnieniu. Gdy patrzę na osoby, które postrzegam jako jednostki nieszczęśliwe to są to ci, którzy nie mają odwagi by wychylić się ciut poza to gdzie los ich samoistnie posadził. Mnie też coraz częściej brakuje tej odwagi.
Dziękuję. Hmm chyba ten cytat nie za bardzo podobał się Piegowatej
Eeee, tam, zaraz nie spodobał... po prostu widzę zasadność tego powiedzenia o woli bożej, aczkolwiek bywa nadużywane.
Na pewno nie pochwalam życiowej bierności, ale to jest tak jak u Aureliusza: trzeba mieć mądrość, by odróżnić to, co mogę zmienić, od tego, czego zmienić się nie da. Trzeba to umieć odróżnić i oprócz pracy, aktywności umieć też akceptować i odpuszczać.
Wcale nie mówię, żeby nie poszukiwać partnera, ale sama mam już do tego coraz więcej dystansu. Zbyt męczące były kolejne rozczarowania. Poza tym wiele osób te poszukiwania traktuje bardzo przedmiotowo i instrumentalnie. Ani nikogo nie chcę tak traktowac, ani sama tak byc traktowana.
Naprawdę wolę kontemplować zachodzące słońce niż frustrować się kiepską randką z zupełnie "nietrafionym" facetem. Pół biedy, jeśli randkowicz sympatyczny, można się cieszyć po prostu czasem w miłym towarzystwie, ale bywali faceci, z którymi nie znajdowałam za grosz wspólnego języka.
2,415 2019-09-08 21:22:42 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-08 21:26:04)
Piegowata'76 napisał/a:Daleka juz jestem od rozpamiętywania samotności i nie przeraża mnie myśl, że może już tak zostanie. Zawsze sobie znajdę jakąś sąsiadkę do pogadania czy kota do pogłaskania. Pielęgnuję i wzmaciam swoją postawę, według której szczęście to sposób patrzenia na świat ; dzisiaj tak fantastycznie zachodziło słońce, a powietrze już pachniało jesienią - a ja tę złotą polską
Napisałam, że nie chodzi mi o pogadanie z sąsiadka, to robi się codziennie. Sąsiadka, ludzie na ulicy, kolezanka, liscie jesienne liście to nie partner. Pytałam o partnera. Będąc w zwiaz ku również dostrzega się urodę jesieni jak i ma kontakty towarzyskie z resztą społeczeństwa. O to pytam, a nie o resztę rzeczy. Ok. One są też ważne.
Ale dyskusja przypomina coś w stylu: jestem senna, a ktoś odpowiada, to zjedz coś. Albo :chce mi się pić, a ktoś odpowiada, ale przynajmniej jesteś wyspana, doceń to.
No doceniam, doceniam, ale nurtuje mnie ten jeden aspekt nadal.
Dobra, Rossanko, ja pasuję, bo kręcę się w kółko i powtarzam. Może inni wniosą coś do dyskusji.
Nie porównywałabym kwestii związków do picia czy jedzenia, bo bez związkuq jednak można przeżyć.
Tak, wiem, że brak partnera to brak partnera i nic go nie zastąpi, ale ileż można się frustrować? :(
Ja po prostu skupiam się na tym, co mam.
Jak sobie fajnie pogadam z sąsiadem, to zupełnie w czasie pogawędki nie pamiętam, że czegoś mi brak. Pośmieję się z dowcipów, przejmę się jakimś jego problemem - cokolwiek i nie myślę o swoich bolączkach. Mam wypełnioną głowę i czas.
Teraz sobie bardzo fajnie mieszkam, bo póki ciepło, wciąż ktoś "urzęduje" na podwórku i zawsze jest z kim zamienić parę zdań. Ogromnie to lubię.
Jestem za tym, żeby pewne rzeczy jednak bardziej doceniać, bo dzięki temu żyje się lepiej.
2,416 2019-09-08 21:26:28 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-08 21:30:00)
pomyłka
2,417 2019-09-08 22:30:23
ktoś tu musi chyba zmienić dekoratorkę wnętrz..
2,418 2019-09-08 23:00:57 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-08 23:31:11)
Dubel
2,419 2019-09-08 23:03:10 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-08 23:08:23)
ktoś tu musi chyba zmienić dekoratorkę wnętrz..
???
2,420 2019-09-08 23:17:33 Ostatnio edytowany przez Ela210 (2019-09-08 23:19:56)
Ela210 napisał/a:ktoś tu musi chyba zmienić dekoratorkę wnętrz..
???
No Piotr.. Jak można o urządzaniu domu tak mówić jak o trumnie.?
To jest właśnie fajna okazja by coś nowego zrobić i dlaczego tych gór już teraz nie zacząć przenosić..
A Pasławek złamał nogę to żonę znalazł ..jakoś tak.
2,421 2019-09-08 23:32:29 Ostatnio edytowany przez paslawek (2019-09-08 23:35:43)
Tak było pamiętam zapach lizolu o poranku i wzór kafelków posadzki Izby Przyjęć SORów nie było.No i lśnienie blask młodej chudziutkiej lekarki .Trudno mi było trochę uwierzyć że to rzeź.... chirurg ortopeda kostkę składała mi na żywca bez znieczulenia czad.
Ehhh ![]()
2,422 2019-09-08 23:40:37
Tak było pamiętam zapach lizolu o poranku i wzór kafelków posadzki Izby Przyjęć SORów nie było.No i lśnienie blask młodej chudziutkiej lekarki .Trudno mi było trochę uwierzyć że to rzeź.... chirurg ortopeda kostkę składała mi na żywca bez znieczulenia czad.
Ehhh
Czyli nigdy nic nie wiadomo, kiedy miłość się zjawi ![]()
Rossanko, myślę, że skoro to jest Twoje głębokie pragnienie i marzenie, to naturalnym jest, że czasem będziesz czuć smutek z tego powodu, nie zagłuszysz go, nie uciekniesz, chyba że z czasem samo minie i już nie będzie tak istotne. Choć bardzo mocno Ci życzę, żeby się spełniło… ![]()
W tych wszystkich opisywanych tu „metodach” nie chodzi nam (a przynajmniej mi) o to, żeby coś zagłuszać i udawać, że wszystko jedno. Bo nie jest wszystko jedno. Tylko chodzi o to, żeby nie skupiać się na tym jednym brakującym puzzlu układanki życia, skoro jest tyle innych, które składają się na jego kształt. Pomyśl o tych wszystkich dobrych, szczęśliwych chwilach, które kiedykolwiek Ci się przydarzyły – od wczesnego dzieciństwa aż do teraz. Obstawiam, że na pewno się do siebie uśmiechniesz ![]()
Już kiedyś wspominałam o mojej "filozofii", czyli że pozwalam sobie na smutek, nostalgię, a nieraz nawet na łzy, ale potem się otrzepuję, nieraz z siebie zaśmieję i idę dalej. No bo co zrobię, nic nie zrobię. Użalanie się niestety niczego nie zmieni, tylko na dodatek wpłynie destrukcyjnie. A po co?
Dziś wróciłam znad morza. Byłam tam sama. Oczywiście byłoby cudownie, gdybym mogła pojechać z NIM. I przyznaję bez bicia, że zamiast rano wcześnie wstawać skoro świt i fruwać, to pozwalałam sobie na długie wałkonienie w łóżku, bo było mi smutno. Po prostu tego potrzebowałam. Potrzebowałam takiego pozwolenia sobie samej na otulenie. Nie zgrywałam przed sobą, że mi wszystko jedno, że nie ma GO tu ze mną. I wiesz co? To mi pomagało. Potem się otrzepywałam, strofowałam samą siebie, że czas ucieka, wstawałam i cieszyłam każdą nadmorską chwilą
A czasem na innych wyjazdach wstaję z samego rana, żeby jak najwięcej zobaczyć i doświadczyć, tak mnie ciągnie. Nie ma reguły. Moim zdaniem najważniejsze to wsłuchać się w samego siebie. Tym bardziej, że każdy z nas ma inną osobowość, inną wrażliwość. Mam nadzieję, że też znajdziesz swój "sposób" na radzenie sobie ![]()
A tak swoją drogą - podobno nawet uśmiechanie się "na siłę" wytwarza jakieś neuroprzekaźniki czy coś tam i automatycznie robi się weselej
U mnie działa
A na poprawę humorku taki kabaret - "W poszukiwaniu żony" ![]()
https://www.youtube.com/watch?v=eoc-IUQvytk
2,423 2019-09-09 00:26:16
Przepraszam za poprzednią wypowiedź, pomyliłem autorkę drugiego cytatu. Miało być trx a jest tri. Już nie mogę edytować.
Już kiedyś wspominałam o mojej "filozofii", czyli że pozwalam sobie na smutek, nostalgię, a nieraz nawet na łzy, ale potem się otrzepuję, nieraz z siebie zaśmieję i idę dalej. No bo co zrobię, nic nie zrobię. Użalanie się niestety niczego nie zmieni, tylko na dodatek wpłynie destrukcyjnie. A po co?
Dziś wróciłam znad morza. Byłam tam sama. Oczywiście byłoby cudownie, gdybym mogła pojechać z NIM. I przyznaję bez bicia, że zamiast rano wcześnie wstawać skoro świt i fruwać, to pozwalałam sobie na długie wałkonienie w łóżku, bo było mi smutno. Po prostu tego potrzebowałam. Potrzebowałam takiego pozwolenia sobie samej na otulenie. Nie zgrywałam przed sobą, że mi wszystko jedno, że nie ma GO tu ze mną. I wiesz co? To mi pomagało. Potem się otrzepywałam, strofowałam samą siebie, że czas ucieka, wstawałam i cieszyłam każdą nadmorską chwiląA czasem na innych wyjazdach wstaję z samego rana, żeby jak najwięcej zobaczyć i doświadczyć, tak mnie ciągnie. Nie ma reguły. Moim zdaniem najważniejsze to wsłuchać się w samego siebie. Tym bardziej, że każdy z nas ma inną osobowość, inną wrażliwość. Mam nadzieję, że też znajdziesz swój "sposób" na radzenie sobie
Podróż nad morze samemu nie należy do przyjemnych rzeczy. Dawno temu będąc za granicą pojechałem na kilka godzin, bo chciałem zobaczyć inne morze niż polskie. Stwierdziłem że więcej tego nie powtórzę.
A na poprawę humorku taki kabaret - "W poszukiwaniu żony"
https://www.youtube.com/watch?v=eoc-IUQvytk
Dzięki za link. Poprawiło mi humor ![]()
2,424 2019-09-09 00:30:16 Ostatnio edytowany przez umajona (2019-09-09 01:59:03)
Tak było pamiętam zapach lizolu o poranku i wzór kafelków posadzki Izby Przyjęć SORów nie było.No i lśnienie blask młodej chudziutkiej lekarki .Trudno mi było trochę uwierzyć że to rzeź.... chirurg ortopeda kostkę składała mi na żywca bez znieczulenia czad.
Ehhh
Przypomniało mi się, że znajomy poznał swoją żonę w ten sposób, że sprzedawał coś na allegro, a ponieważ dziewczyna, która od niego kupowała, mieszkała w tym samym mieście, to stwierdził, że nie będzie się bawił w wysyłkę pocztową, tylko pojedzie osobiście. I teraz są małżeństwem
Bardzo lubię tą historię ![]()
Podróż nad morze samemu nie należy do przyjemnych rzeczy.
Czy ja wiem? Ja lubię, to był mój trzeci raz
A w górach to nie zliczę, ile razy
Ale to pewnie kwestia charakteru
Ostatecznie wychodzę z założenia, że czekając na towarzystwo, to pewnie prawie nigdzie bym nie była, a nie usiedzę ;p Ale wiadomo, że w towarzystwie jest inaczej, weselej
Na szczęście tak też się zdarza ![]()
A jakie morze to było?
I co konkretnie Cię zniechęciło?
Dzięki za link. Poprawiło mi humor
Do usług ![]()
Ja mam trochę łatwiej niż Ty z foką, na ogół po prostu chcę zobaczyć psa
No, rzeczywiście trochę łatwiej
Swoją drogą zauważyłam, że pies nad morzem to bardzo ciekawe zjawisko
Niektóre psy, jak wchodziły na plażę, to tak szalały z podekscytowania i uciechy, że się nie dało nie uśmiechnąć na ten widok ![]()
Nostalgia jest czasem dobra i potrzebna. Nie da się być cały czas na wysokich obrotach... A jak się dzisiaj masz? ![]()
2,425 2019-09-09 07:52:39 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-09 08:03:23)
Umajona, z wielką sympatią czytam Twoje powyższe posty, miło spotkać kogoś, z kim ma się podobną filozofię życiową.
Stuprocentowo zgadzam się z Twoim podejściem.
Warto zauważać w życiu piękne i dobre rzeczy, ale warto też zaprzyjaźnić się ze swoim "gorszym" wydaniem, gdy nie mam humoru, gdy jest mi źle. Warto nie gonić, nie uciekać, nie szarpać się. Szarpanina przedłuża cierpienie, nie pozwala emocjom swobodnie przeminąć. A one przemijają, wiem to z autopsji.
Gdy przeczytałam Twój post, zreflektowałam się, że już połowa mojego urlopu, a ja nawet w lesie pod miatem nie byłam. Skandal! ![]()
Samotne wycieczki mi niestraszne, ale przyznam, że bywam leniwa i opieszała. Ostatnio miałam czas zwolnionych obrotów, przesiadywania pod domem na słoneczku itp. I tyz piknie, jak mawiają górale ![]()
A propos radości, poszłam wczoraj po raz pierwszy od dawna na mszę, a tam w ogłoszeniach po nabożeństwie czytano m.in. informację od burmistrza naszego miasta. Są jescze wolne środki na wymianę pieców w mieszkaniach. Zwrot kosztów do 80%.
Zaiwaniam dzisiaj do Urzędu Miasta! Jak to dobrze, że ten urlop się trafił!
Umajona, gdy miałam jakieś 15 lat,widziałam w biały dzień młode puszczyki w parku. Dopiero uczyły się latać, siedziały na drzewach.
Wygooglaj sobie "Noc sów" w internecie. Co roku gdzieś w marcu prowadzona jest taka ogólnopolska akcja nocnej obserwacji tych ptaków. Może będzie w Twojej okolicy?
2,426 2019-09-09 13:12:51
Umajona, dzięki, chyba dobrze, nostalgia minęła pod ciężarem strapień prozaicznych, a w momencie gdy była nie był to stan nieprzyjemny ![]()
Też mam za sobą samotne wizyty nad morzem i zawsze było to przyjemne i wzbogacające uczucie
W towarzystwie było po prostu inaczej, nie lepiej, nie gorzej. Co innego wynosi się z wypadów z kimś, co innego z samotnego obcowania z naturą.
Cieszę się , że dobrze się bawiłaś ![]()
2,427 2019-09-09 16:33:05 Ostatnio edytowany przez Peter4x (2019-09-09 17:41:22)
Czy ja wiem? Ja lubię, to był mój trzeci raz
A w górach to nie zliczę, ile razy
Ale to pewnie kwestia charakteru
Ostatecznie wychodzę z założenia, że czekając na towarzystwo, to pewnie prawie nigdzie bym nie była, a nie usiedzę ;p Ale wiadomo, że w towarzystwie jest inaczej, weselej
Na szczęście tak też się zdarza
A jakie morze to było?I co konkretnie Cię zniechęciło?
To było morze północne w Belgii. Byłem tam kiedyś na wakacjach z kolegą. Kolega wrócił do Polski wcześniej, ja zostałem bo miałem tam starych znajomych. Był 31 sierpnia, właściwie tuż przed wyjazdem do Polski, nudziłem się, znajomi byli zajęci, więc wsiadłem do pociągu i pojechałem sam jakieś 150km nad morze ![]()
Poszedłem na plażę, położyłem się i zastanawiałem co mi właściwie odbiło i co ja tu robię wśród tych obcych ludzi, przecież mogłem sobie pozwiedzać jakieś miasto
Tak też po pewnym czasie zrobiłem. Zniechęciło mnie to że było za dużo ludzi i w mieście i na samej plaży.
Też mam za sobą samotne wizyty nad morzem i zawsze było to przyjemne i wzbogacające uczucie
W towarzystwie było po prostu inaczej, nie lepiej, nie gorzej. Co innego wynosi się z wypadów z kimś, co innego z samotnego obcowania z naturą.
Zgadza się, ale jak jechać samemu to tylko w miejsca gdzie nie ma dużo ludzi. Właśnie po to aby "obcować z naturą". Też kiedyś miałem a może jeszcze i mam coś z podróżnika-samotnika ![]()
2,428 2019-09-09 18:15:38
Wygooglaj sobie "Noc sów" w internecie. Co roku gdzieś w marcu prowadzona jest taka ogólnopolska akcja nocnej obserwacji tych ptaków. Może będzie w Twojej okolicy?
Cudowna wiadomość, nie wiedziałam o takiej akcji. Dzięki!
Co innego wynosi się z wypadów z kimś, co innego z samotnego obcowania z naturą.
Dokładnie! Nic dodać, nic ująć
Zniechęciło mnie to że było za dużo ludzi i w mieście i na samej plaży.
Aaa, to to rozumiem, też by mnie zniechęciło... ![]()
2,429 2019-09-09 18:21:12 Ostatnio edytowany przez niepodobna (2019-09-09 18:21:49)
Umajona, z wielką sympatią czytam Twoje powyższe posty, miło spotkać kogoś, z kim ma się podobną filozofię życiową.
Stuprocentowo zgadzam się z Twoim podejściem.
Warto zauważać w życiu piękne i dobre rzeczy, ale warto też zaprzyjaźnić się ze swoim "gorszym" wydaniem, gdy nie mam humoru, gdy jest mi źle. Warto nie gonić, nie uciekać, nie szarpać się. Szarpanina przedłuża cierpienie, nie pozwala emocjom swobodnie przeminąć. A one przemijają, wiem to z autopsji.
Gdy przeczytałam Twój post, zreflektowałam się, że już połowa mojego urlopu, a ja nawet w lesie pod miatem nie byłam. Skandal!
Samotne wycieczki mi niestraszne, ale przyznam, że bywam leniwa i opieszała. Ostatnio miałam czas zwolnionych obrotów, przesiadywania pod domem na słoneczku itp. I tyz piknie, jak mawiają góraleA propos radości, poszłam wczoraj po raz pierwszy od dawna na mszę, a tam w ogłoszeniach po nabożeństwie czytano m.in. informację od burmistrza naszego miasta. Są jescze wolne środki na wymianę pieców w mieszkaniach. Zwrot kosztów do 80%.
Zaiwaniam dzisiaj do Urzędu Miasta! Jak to dobrze, że ten urlop się trafił!Umajona, gdy miałam jakieś 15 lat,widziałam w biały dzień młode puszczyki w parku. Dopiero uczyły się latać, siedziały na drzewach.
Wygooglaj sobie "Noc sów" w internecie. Co roku gdzieś w marcu prowadzona jest taka ogólnopolska akcja nocnej obserwacji tych ptaków. Może będzie w Twojej okolicy?
Chętnie bym się wybrała na taką akcję, sowy są fascynujące, a rzadko można je zobaczyć z bliska.
Ale uwielbiam obserwować nawet gołębie. Na drzewie pod moimi oknami przesiadują dwie młode sierpówki, które jeszcze nie umieją gruchać, dopiero uczą się wydawać charakterystyczne odgłosy i są jeszcze trochę zagubione bez rodziców. Budzą mnie co rano : ) Zeszłego lata dwukrotnie było gniazdo gołębi grzywaczy i patrzyłam, jak wysiadują, i jak dorosłe się wzajemnie karmią przy tej pracy ; )
2,430 2019-09-09 23:48:17 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-09 23:52:39)
Kiedyś mieszkałam w pobliżu szpitala... psychiatrycznego, sąsiadowałam dosłownie przez płot, a szpital otoczony był starym parkiem. Od wiosny do jesieni słychać w nim było puszczyki. Panie puszczykowe popiskiwały, a panowie puszczykowie pohukiwali ![]()
Bardzo lubię przyrodę. Kiedyś nad oknem zalęgły mi się jaskółki i chociaż trochę paskudziły po szybach, mogłam na nie patrzeć godzinami.
A wczoraj z synem polowaliśmy na pająka w jego pokoju. Taaaki wielki, istna tarantula. Uciekał nam wciąż i ponownie wychodził ze swojej kryjówki. Złapałam go pod szklankę i wyeksmitowałam za próg mieszkania, bo pająków nie zabijam.
2,431 2019-09-10 00:03:55
Kiedyś mieszkałam w pobliżu szpitala... psychiatrycznego, sąsiadowałam dosłownie przez płot, a szpital otoczony był starym parkiem. Od wiosny do jesieni słychać w nim było puszczyki. Panie puszczykowe popiskiwały, a panowie puszczykowie pohukiwali
Bardzo lubię przyrodę. Kiedyś nad oknem zalęgły mi się jaskółki i chociaż trochę paskudziły po szybach, mogłam na nie patrzeć godzinami.
A wczoraj z synem polowaliśmy na pająka w jego pokoju. Taaaki wielki, istna tarantula. Uciekał nam wciąż i ponownie wychodził ze swojej kryjówki. Złapałam go pod szklankę i wyeksmitowałam za próg mieszkania, bo pająków nie zabijam.
Ja w ten sposób łapię ćmy. No chyba, że wcześniej "załatwi" je kot. Mojej kotce ćmy z jakiegoś powodu smakują : / Ma frajdę, kiedy uda jej się upolować.
Niewiele razy widziałam lub słyszałam sowę.
Za to w pobliżu poprzedniego mieszkania, na osiedlu, było mnóstwo nietoperzy. Wieczorem latały całe stadka. Pewnie dlatego, że nieopodal był staw, a w związku z tym pełno komarów i miały łatwy, masowy żer. A na balkon przylatywała tam do mnie wciąż ta sama para gołębi. Zaglądały w okna, a po jakimś czasie tak się ośmieliły, że przy otwartych drzwiach balkonowych zaczęły się zapuszczać do domu. Ale gniazda na balkonie nigdy nie założyły. To też by mi nie przeszkadzało ![]()
2,432 2019-09-10 00:05:06 Ostatnio edytowany przez Ela210 (2019-09-10 00:06:23)
Kiedyś mieszkałam w pobliżu szpitala... psychiatrycznego, sąsiadowałam dosłownie przez płot, a szpital otoczony był starym parkiem. Od wiosny do jesieni słychać w nim było puszczyki. Panie puszczykowe popiskiwały, a panowie puszczykowie pohukiwali
Bardzo lubię przyrodę. Kiedyś nad oknem zalęgły mi się jaskółki i chociaż trochę paskudziły po szybach, mogłam na nie patrzeć godzinami.
A wczoraj z synem polowaliśmy na pająka w jego pokoju. Taaaki wielki, istna tarantula. Uciekał nam wciąż i ponownie wychodził ze swojej kryjówki. Złapałam go pod szklankę i wyeksmitowałam za próg mieszkania, bo pająków nie zabijam.
mam tak samo z pająkami ![]()
Gołębie nieeee= koszmar Krakowski.. ![]()
2,433 2019-09-10 00:07:51
No i jeszcze komarnice
wszystko tylko nie myszy takie to moje drapieżniki ![]()
2,434 2019-09-10 00:07:58
Piegowata'76 napisał/a:Kiedyś mieszkałam w pobliżu szpitala... psychiatrycznego, sąsiadowałam dosłownie przez płot, a szpital otoczony był starym parkiem. Od wiosny do jesieni słychać w nim było puszczyki. Panie puszczykowe popiskiwały, a panowie puszczykowie pohukiwali
Bardzo lubię przyrodę. Kiedyś nad oknem zalęgły mi się jaskółki i chociaż trochę paskudziły po szybach, mogłam na nie patrzeć godzinami.
A wczoraj z synem polowaliśmy na pająka w jego pokoju. Taaaki wielki, istna tarantula. Uciekał nam wciąż i ponownie wychodził ze swojej kryjówki. Złapałam go pod szklankę i wyeksmitowałam za próg mieszkania, bo pająków nie zabijam.mam tak samo z pająkami
Gołębie nieeee= koszmar Krakowski..
Bydgoski też...
No, paskudzą. Ale to bardzo sympatyczne stwory.
2,435 2019-09-10 09:29:35
Rossanko- tak , dopuszczam taka ewentualnosc ze bede sam do konca zycia. Nie dramatyzuje ale remontujac sobie teraz mieszkanie mam poczucie ze sprawiam sobie trumne. Samotnosc jest dla mnie duzym problemem . Czuje ze gdybym mial partnerle gory bym przenosil teraz wegetuje. Patrze na dzieci ktore maja tyle checi do zycia i chetnie z nimi zamieniam pare słów- chyba mnie za to nie oskarza o pedofilstwo. Moze kiedys odbiore sobie zycie a moze zobojetnieje na tyle ze przestanie mnie zwiazek interesowac - trudno powiedziec. Poki co robie dokladnie to co juz wyliczylas oraz w tym roku mam ekstra przygode w postaci zlamanej nogi. Tak - wieksze problemy potrafia maskowac te mniejsze.
Zabrzmiało to zlowieszczo. Dlaczego miałbyś nie ułożyć sobie z kimś życia?Jakbyś był kobieta to bym się zgodziła. Ale mężczyzna ma o wiele większe szanse na znalezienie kobiety, oby się tylko nie poddał w szukaniu. Mało tego, masz ten komfort, że możesz sobie znaleźć partnerkę młodsza no o 10 albo 15 lat. W drugą stronę to nie zadziała, ludzie dookoła zabiliby śmiechem, a i mało który facet chce mieć żonę 15 lat starsza. Ale w drugą stronę nie ma takich przeszkód.
Większe problemy maskuja te mniejsze - oj tak, tylko jak już większy problem się unormuje, to stary problem nagle znowu wy chodzi na wierzch.
Kolejne pytanie: jakie mieliście domy, czuliscie, że byliście kochani przez rodziców, czy przeciwnie? Czy mieliście to uczucie od tak naturalnie, czy musieliscie na nie sobie zasłużyć? Jak było u Was?
2,436 2019-09-10 09:57:43
Piotr Introwertyk napisał/a:Rossanko- tak , dopuszczam taka ewentualnosc ze bede sam do konca zycia. Nie dramatyzuje ale remontujac sobie teraz mieszkanie mam poczucie ze sprawiam sobie trumne. Samotnosc jest dla mnie duzym problemem . Czuje ze gdybym mial partnerle gory bym przenosil teraz wegetuje. Patrze na dzieci ktore maja tyle checi do zycia i chetnie z nimi zamieniam pare słów- chyba mnie za to nie oskarza o pedofilstwo. Moze kiedys odbiore sobie zycie a moze zobojetnieje na tyle ze przestanie mnie zwiazek interesowac - trudno powiedziec. Poki co robie dokladnie to co juz wyliczylas oraz w tym roku mam ekstra przygode w postaci zlamanej nogi. Tak - wieksze problemy potrafia maskowac te mniejsze.
Zabrzmiało to zlowieszczo. Dlaczego miałbyś nie ułożyć sobie z kimś życia?Jakbyś był kobieta to bym się zgodziła. Ale mężczyzna ma o wiele większe szanse na znalezienie kobiety, oby się tylko nie poddał w szukaniu. Mało tego, masz ten komfort, że możesz sobie znaleźć partnerkę młodsza no o 10 albo 15 lat. W drugą stronę to nie zadziała, ludzie dookoła zabiliby śmiechem, a i mało który facet chce mieć żonę 15 lat starsza. Ale w drugą stronę nie ma takich przeszkód.
Większe problemy maskuja te mniejsze - oj tak, tylko jak już większy problem się unormuje, to stary problem nagle znowu wy chodzi na wierzch.
Kolejne pytanie: jakie mieliście domy, czuliscie, że byliście kochani przez rodziców, czy przeciwnie? Czy mieliście to uczucie od tak naturalnie, czy musieliscie na nie sobie zasłużyć? Jak było u Was?
Rossanka, serio? Zabiliby Cię śmiechem?
Tak bardzo zależy Ci na zdaniu sąsiadek, obcych ludzi?
Co do Piotra masz rację , ma fatalne nastawienie i coś z tym trzeba zrobić.
2,437 2019-09-10 10:16:21
Kolejne pytanie: jakie mieliście domy, czuliscie, że byliście kochani przez rodziców, czy przeciwnie? Czy mieliście to uczucie od tak naturalnie, czy musieliscie na nie sobie zasłużyć? Jak było u Was?
Ja zawsze czułam, że jestem kochana. A przynajmniej przez myśl mi nie przeszło, że nie jestem. Nie musiałam zasługiwać na miłość.
Z mamą co prawda czasem miewałam konflikty (zwłaszcza w wieku nastoletnim), ale bardziej czułam się przez nią nierozumiana, niż niekochana. Dziś myślę, że ja również ją nie do końca rozumiałam, stąd wynikały te niepotrzebne żale z mojej strony, różne nieporozumienia czy poczucie, że wolałaby mnie inną. Uczę się ją rozumieć i mieć więcej dystansu do tego, co mówi, nie brać dosłownie wszystkiego do siebie i na szczęście nasze relacje się poprawiły. A, i nie doświadczałam z jej strony czułości, czyli przytuleń, zdrobnień itd. Ale jakoś mi to nie przeszkadzało i nie brakowało tego. Po prostu wiem, że ona taka jest
Nawet nie znosi, jak ktoś do niej mówi ciocia - woli być ciotką ;p
Tata był bardziej czuły - do dziś jest tak, że jak wracam do domu, to łapie mnie za rękę i ją gładzi, albo głaska mnie po głowie (nawet mojego dorosłego brata
), używa zdrobnień i czułych, pieszczotliwych zwrotów ![]()
2,438 2019-09-10 10:47:13 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-10 11:13:52)
Ćmy są prześliczne, przyglądam się zawsze wzorom na ich skrzydłach. I też ich nie zabijam.
Jaki miałam dom? Niejednorodny.
Wyniosłam z niego wiele ciepłych wspomnień, miałam cudownego Tatę, ciepłego i pogodnego człowieka o dużym poczuciu humoru, a przy tym inteligencji (więc było o czym pogadać). Mama była okropnym nerwusem, zdarzała jej się niestety, przemoc wobec nas, dzieci. Dziś ośmielam się nazywać to po imieniu i stwierdzić, że odwalała chore akcje. Tacie też się zdarzało wyjść z siebie, ale pewnych granic nie przekraczał. Mama traciła panowanie nad sobą, potrafiła przyłożyć tym, co miała pod ręką, zwłaszcza mnie, bo byłam najbardziej pyskata z rodzeństwa. Do dziś burzy się we mnie krew, gdy prezentuje niektóre swoje poglądy na wychowanie dzieci. Jednak doceniam, że stać ją dziś na przyznanie się do niebycia idealną matką. Trochę ją rozumiem, była mocno zapracowana, co przy jej perfekcjonizmie musiało być trudne, brakowało jej cierpliwości, frustrowało ją, że nie jest tak perfekcyjnie, jakby sobie życzyła.
Tata był bardziej wyluzowany, czułam w nim oparcie i w problemach zawsze do niego się zwracałam, nie do mamy.
W sumie swój dom oceniam jako pełen ciepła i życia, wciąż coś się w nim działo, bo byliśmy sporą rodziną. Było pogodnie, ale też nieraz burzliwie. Pewne jednak zachowania rodziców, zwłaszcza mamy uważam za chore i bardzo krzywdzące. Przeniosłam wiele urazów w dorosłe życie, a także w małżeństwo.
Może powiem straszną rzecz, ale zdarzało mi się myśleć i czuć, że mama niespecjalnie mnie kocha. Toteż kolosalne wrażenie zrobiło na mnie to, co usłyszałam od niej w dorosłym już wieku. Powiedziała mi, że gdy ciężko chorowałam, byłam operowana, pragnęła się położyć na stole za mnie. Opadła mi szczęka, uwierzcie.
Druga sytuacja: mama pewnego razu powiedziała mi tak całkiem serio, bez cienia protekcji czy kurtuazji: "jesteś bardzo dobrym człowiekiem, wielu ludzi jest ci życzliwych" (to było, gdy próbowałam poradzić sobie z toksycznym małżeństwem i bałam się ostatecznej decyzji o rozstaniu). To powiedziała kobieta całe życie mnie musztrująca, strofująca, krytykująca i skąpiąca pochwał. Przechowuję te słowa w pamięci jak relikwię.
Dziś wiem, że mamy głaszczącej i przytulającej, zwierzającej się i wysłuchującej zwierzeń nie mam i mieć nie będę. Ale wiem, że swoim "jeneralskim" zachowaniem wyraża miłość do mnie. Jest konkretna, jej pomoc też taka jest. Gdy jej mówię, że 20-ego września mam wizytę u lekarza, mogę być pewna, że 19-ego dostanę od niej wiadomość albo zadzwoni, by mi o tym przypomnieć. Potem zapyta, czy byłam i opieprzy, że np. jeszcze nie wykupiłam leków
Moja charakterna mama...
kocham ją z jej brakami i zaletami, z tym, czym mi imponuje (tenże charakter, uczciwość i tzw. kręgosłup) oraz tym, czym mnie irytuje, a nawet czasem doprowadza do łez (rok temu, gdy byłam psychicznie mocno nadwerężona, zdarzało się).
To, czemu daję wyraz w postach, moją życiową filozofię wyniosłam z domu rodzinnego. Mam posag i fundament.
Rossanka, serio? Zabiliby Cię śmiechem?
Tak bardzo zależy Ci na zdaniu sąsiadek, obcych ludzi?
Dokładnie to samo miałam napisać.
Mnie ma być dobrze, a póki nikogo nie krzywdzę, cudze opinie mam w d...
Niech się śmieją na zdrowie.
A propos Piotra, przyszło mi na myśl spostrzeżenie: na "Cudownym..." zauważyłam częstą tendencję, by po rozwodzie gorączkowo udowadniać sobie, że może być... cudownie (no, zresztą naprawdę może). Ludzie rzucają się w wir pracy, zmian w życiu, kupują sobie motory, remontują mieszkania... A po latach okazuje się - przynajmniej takie odnoszę wrażenie - że nie robili tego dla autentycznej frajdy (no, dobra, to też), satysfakcji, tylko żeby czymś wypełnić smutek, pustkę, przed czymś uciec. I potem przestaje to wystarczać, znowu pojawia się pustka i poczucie... trumny.
Hm... po napisaniu powyższego pomyślałam jeszcze inaczej, zastanowiły mnie własne słowa.
A może po prostu się rozwijamy, zmieniamy? Przestaje wystarczać, to co dotychczas nas satysfakcjonowało. Może pora poszukać nowych inspiracji?
Miłość jest zawsze ważna i potrzebna, ale skoro się nie znajduje, trzeba sobie poszukać innej ważnej treści.
Czytałam niedawno bardzo interesujący artykuł w "Wysokich Obcasach Extra".
Według tego artykułu na pewnym etapie życia każdy szuka czegoś, co nie pozwoli nam odejść z tego świata bezsensownie, jakiejś naprawdę istotnej, wartościowej dla nas treści. To ten kryzys wieku średniego.
Przeczytałam coś, co ostatnio mocniej odczuwam: choćby człowiek był najlepiej wyćwiczony w zachwytach nad codziennością, w docenianiu chwil (bardzo ważne dla mnie sprawy), następuje moment pewnego nasycenia tym, przestaje to wystarczać.
Chyba to właśnie mnie ostatnio dopadło: tyle już widziałam rudych liści i zachodów słońca... Choć je kocham, to nie jestem już tak do tego przywiązana, już to tak dobrze znam (chyba)... Chciałabym większego sensu w życiu, jakiegoś kroku naprzód.
Chodzą mi po głowie nowe inspiracje, nowe wyzwania... Boje się tylko własnych ograniczeń, tego że np. zaangażuję się w wolontariat, a potem choroba i obowiązki matki nie pozwolą mi na systematyczne zaangażowanie. I tak, kurde, tkwię w miejscu... Daję sobie jeszcze czas na podjęcie pewnych decyzji, aktywności (wolontariat to tylko przykład, swoje plany, na raczej marzenia zostawię na razie dla siebie). Jakoś brak odwagi, by zacząć - powinnam chyba dostać solidnego kopa w tyłek na rozpęd ![]()
2,439 2019-09-10 10:52:58 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-10 11:12:48)
Post pod postem. Wrrrr! ![]()
Dziś mam sprzęt, więc wycinam i wklejam.
Nie bierze Was cholera takiego długiego postu czytać? Ja wolę rozbite na mniejsze całości.
2,440 2019-09-10 11:15:42
Rossanka, serio? Zabiliby Cię śmiechem?
Tak bardzo zależy Ci na zdaniu sąsiadek, obcych ludzi?
Co do Piotra masz rację , ma fatalne nastawienie i coś z tym trzeba zrobić.
Nie, sąsiadek nie, obcy ludzie też nie, ale już rodzina? Z rodziną wiadomo, jest inaczej.
Tak Piotra post zabrzmiał złowieszczo, zupełnie nie wiem dlaczego miałby być już zawsze sam. Przecież jest w dobrym wieku, aby jeszcze ułożyć sobie życie z jakąś miłą kobietką ![]()
Ja zawsze czułam, że jestem kochana. A przynajmniej przez myśl mi nie przeszło, że nie jestem. Nie musiałam zasługiwać na miłość.
Jak to czułaś? Jak to dokładnie wygląda? Skąd czułaś, ze nie musisz zasługiwać?
Z mamą co prawda czasem miewałam konflikty (zwłaszcza w wieku nastoletnim), ale bardziej czułam się przez nią nierozumiana, niż niekochana. Dziś myślę, że ja również ją nie do końca rozumiałam, stąd wynikały te niepotrzebne żale z mojej strony, różne nieporozumienia czy poczucie, że wolałaby mnie inną.
Jakie to były nieporozumienia? Np nie chciałaś wynościć śmieci, czy też chciałaś iść do koleżanki, a Ci nie pozwalała itp?
Tata był bardziej czuły - do dziś jest tak, że jak wracam do domu, to łapie mnie za rękę i ją gładzi, albo głaska mnie po głowie (nawet mojego dorosłego brata
), używa zdrobnień i czułych, pieszczotliwych zwrotów
A to dziwne. Tzn że tato był bardziej czuły. Jak to jest, jak używa takich drobnych i pieszszotliwych gestów, jak się wtedy czujesz?
. Mama traciła panowanie nad sobą, potrafiła przyłożyć tym, co miała pod ręką, zwłaszcza mnie, bo byłam najbardziej pyskata z rodzeństwa.
Rozumiem, to irytujące, gdy obrywasz za coś, za co w gruncie rzeczy nie powinnaś, a jeszcze człowiek się nie może bronić, bo to przecież rodzic robi.
Jak byłaś pyskata, czego dotyczyły te pyskówki?
W sumie swój dom oceniam jako pełen ciepła i życia, wciąż coś się w nim działo, bo byliśmy sporą rodziną. Było pogodnie, ale też nieraz burzliwie. Pewne jednak zachowania rodziców, zwłaszcza mamy uważam za chore i bardzo krzywdzące. Przeniosłam wiele urazów w dorosłe życie, a także w małżeństwo.
A nie czułaś niebezpieczeństwa w dzieciństweie? Nie takiego konkretnego, ale takiego lęku nie wiadomo przed czym?
2,441 2019-09-10 11:45:08
Rossanko, permanentnego lęku nie czułam, ale dobrze pamiętam, jak cała spięta czekałam na powrót taty z wywiadówki (a prymuską nie byłam), jak spinałam się, gdy ktoś z rodziców wracał do domu, a ja nie umyłam naczyń czy nie ugotowałam ziemniaków, bo jak to dzieciak, zaczytałam się na przykład i zapomniałam o Bożym świecie. Potem jeszcze w małżeństwie miałam ten odruch. Wymagano od nas pomocy w domu i ja to bardzo popieram, uważam za ważny element wychowania, ale sposób egzekwowania przez moich rodziców -dla mnie nie do przyjęcia, nie robię tego synowi. Do dziś mam wielką niechęć do robienia czegokolwiek na przysłowiowe klaśnięcie, do przymusu. Nienawidzę do dzisiaj sprzątania, jest dla mnie traumatyczne, choć jako duża i mądra dziewczynka nie pozwalam, by to mną rządziło. Potrafię się jednak mocno zadręczać, że "nie chcem, ale muszem" - choć zdaję sobie sprawę, że to absurd, wręcz głupota.
A pyskówki dotyczyły wszystkiego. Jak na mnie krzyczano, nie pozostawałam dłużna.
Moim zdaniem w pewnych sytuacjach nie umieliśmy ze sobą rozmawiać. Dziś, gdy sama jestem matką, widzę jak ważna jest spokojna komunikacja, dążenie do wzajemnego zrozumienia się. Też czasami wyłazi ze mnie narwany temperament i naleciałości z domu, ale staram się to kontrolować, wypracowałam sobie inne nawyki i żyje mi się znacznie lepiej, mniej nerwowo, spokojniej niż wtedy, gdy jeszcze nie miałam tych spraw przepracowanych.
Wiele zależy od charakteru rodzica. Ja nie znoszę nadmiernego rygoru, nie chce mi się walczyć z dzieckiem, żeby robił to co każę już, teraz, natychmiast. Daję synowi czas, pytam, do kiedy coś zrobi, uzgadniam i ani myślę się denerwować, że naczynia leżą w zlewie. Najwyżej się zgromadzą i będzie miał dwa razy więcej pracy, bo zawsze oświadczam synowi, że ja palcem w tej sprawie nie kiwnę. I w końcu myje te naczynia. Moja mama tego by nie zniosła, dostałabym w łeb i zmywałabym z płaczem.
Nie uważam swojej postawy za lepszą, ale tak mi lepiej. Nie zamierzam się denerwować o rzeczy tego niewarte.
2,442 2019-09-10 11:46:24 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-10 12:03:55)
Rossanko, permanentnego lęku nie czułam, ale dobrze pamiętam, jak cała spięta czekałam na powrót taty z wywiadówki (a prymuską nie byłam), jak spinałam się, gdy ktoś z rodziców wracał do domu, a ja nie umyłam naczyń czy nie ugotowałam ziemniaków, bo jak to dzieciak, zaczytałam się na przykład i zapomniałam o Bożym świecie. Potem jeszcze w małżeństwie miałam ten odruch. Wymagano od nas pomocy w domu i ja to bardzo popieram, uważam za ważny element wychowania, ale sposób egzekwowania przez moich rodziców -dla mnie nie do przyjęcia, nie robię tego synowi. Do dziś mam wielką niechęć do robienia czegokolwiek na przysłowiowe klaśnięcie, do przymusu. Nienawidzę do dzisiaj sprzątania, jest dla mnie traumatyczne, choć jako duża i mądra dziewczynka nie pozwalam, by to mną rządziło. Potrafię się jednak mocno zadręczać, że "nie chcem, ale muszem" - choć zdaję sobie sprawę, że to absurd, wręcz głupota.
A pyskówki dotyczyły wszystkiego. Jak na mnie krzyczano, nie pozostawałam dłużna.
Moim zdaniem w pewnych sytuacjach nie umieliśmy ze sobą rozmawiać. Dziś, gdy sama jestem matką, widzę jak ważna jest spokojna komunikacja, dążenie do wzajemnego zrozumienia się. Też czasami wyłazi ze mnie narwany temperament i naleciałości z domu, ale staram się to kontrolować, wypracowałam sobie inne nawyki i żyje mi się znacznie lepiej, mniej nerwowo, spokojniej niż wtedy, gdy jeszcze nie miałam tych spraw przepracowanych.
Wiele zależy od charakteru rodzica. Ja nie znoszę nadmiernego rygoru, nie chce mi się walczyć z dzieckiem, żeby robił to co każę już, teraz, natychmiast. Daję synowi czas, pytam, do kiedy coś zrobi, uzgadniam i ani myślę się denerwować, że naczynia leżą w zlewie. Najwyżej się zgromadzą i będzie miał dwa razy więcej pracy, bo zawsze oświadczam synowi, że ja palcem w tej sprawie nie kiwnę. I w końcu myje te naczynia. Moja mama tego by nie zniosła, dostałabym w łeb i zmywałabym z płaczem.
Nie uważam swojej postawy za lepszą, ale tak mi lepiej. Nie zamierzam się denerwować o rzeczy tego niewarte.
Ela210 napisał/a:Rossanka, serio? Zabiliby Cię śmiechem?
Tak bardzo zależy Ci na zdaniu sąsiadek, obcych ludzi?Nie, sąsiadek nie, obcy ludzie też nie, ale już rodzina? Z rodziną wiadomo, jest inaczej.
Rodziny są różne oczywiście, ale moja nigdy nie wnikała w związkowe sprawy moje czy rodzeństwa. Miało się chłopaka to się miało, nie miało, to nie. Zresztą niechby spróbowali... Pyskata jestem... ![]()
Rossanko, a jak się żyło w Twoim rodzinnym domu? Pytasz nas, a o sobie nie mówisz.
2,443 2019-09-10 11:46:49
Rodzina to z założenia Ci, co życzą Ci jak najlepiej. A Dobre dla Ciebie jest to, co Ty uważasz za dobre, bo sama najlepiej siebie znasz.Kropka ![]()
mówię o nabliższej rodzinie a nie o ciotkach co widujesz się z nimi raz na rok czy rzadziej.
2,444 2019-09-10 11:49:25 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-10 11:51:12)
Dubel
2,445 2019-09-10 11:51:27
Rossanko, permanentnego lęku nie czułam, ale dobrze pamiętam, jak cała spięta czekałam na powrót taty z wywiadówki (a prymuską nie byłam), jak spinałam się, gdy ktoś z rodziców wracał do domu, a ja nie umyłam naczyń czy nie ugotowałam ziemniaków, bo jak to dzieciak, zaczytałam się na przykład i zapomniałam o Bożym świecie.
A to u mnie odwrotnie, dobra, cicha uczennica, z dobrymi stopniami, ziemniaki skrobałam, zakupy robiłam, jedynie ze sprzątaniem własnego pokoju było ciężko, bo jako 10latka całkiem nie umiałam tego ogarnąć, dopiero jakoś tak w liceum - tu już umiałam zadbać o porządek w swoim pokoju ![]()
A pyskówki dotyczyły wszystkiego. Jak na mnie krzyczano, nie pozostawałam dłużna.
Jak się wtedy zachowywali rodzice, bardzo Cię wyzywali? Straszyli, ze wyrzucą Cię z domu albo zostawią Cię?
Wiele zależy od charakteru rodzica. Ja nie znoszę nadmiernego rygoru, nie chce mi się walczyć z dzieckiem, żeby robił to co każę już, teraz, natychmiast. Daję synowi czas, pytam, do kiedy coś zrobi, uzgadniam i ani myślę się denerwować, że naczynia leżą w zlewie. Najwyżej się zgromadzą i będzie miał dwa razy więcej pracy, bo zawsze oświadczam synowi, że ja palcem w tej sprawie nie kiwnę. I w końcu myje te naczynia. Moja mama tego by nie zniosła, dostałabym w łeb i zmywałabym z płaczem.
Skąd ja to znam, u mnie też by nie przeszło
Jak miałam coś zrobić, to już i natychmiast (no, chyba, ze odrabiałam lekcje - to była jedyna "dyspensa"
No ale koniec końców i tak ze strachu robiłam co chcieli, w końcu człowiek nie miał wyjścia. To były lata 80te, teraz inaczej się chowa dzieci. Sama nie wiem, który model jest lepszy.
2,446 2019-09-10 11:56:11
Rodzina to z założenia Ci, co życzą Ci jak najlepiej. A Dobre dla Ciebie jest to, co Ty uważasz za dobre, bo sama najlepiej siebie znasz.Kropka
mówię o nabliższej rodzinie a nie o ciotkach co widujesz się z nimi raz na rok czy rzadziej.
No ja też mówię o najbliższej rodzinie.
Tak mi się zdaje, że ja wiedziałam, co było dla mnie dobre, ale najblizsi wiedzieli ze swojej perspektywy, co jest dla mnie dobre - nie wiem, czy się dobrze wyraziłam.
Jak się z nimi zgadzałam, choć miałam całkiem odmienne zdanie, było dobrze.
W sumie po latach mogę stwierdzić, że nie dobrze jest spełniać oczekiwania innych, bo to się zawsze przekształci przeciwko Tobie. Nie można robić rzeczy wbrew sobie.
Ale z drugiej strony, jak się nie będzie robiło rzeczy, które chcą najblizsi, jak się będzie postępowało tak jak się samemu chce, robiło co chce, wybierało scieżkę jaką się chce - to nie zasłużysz sobie na uczucie. I jak widać i tak zle i tak nie dobrze.
Będziesz sobą - nie zasłużysz na uczucie. Nie będziesz sobą, będziesz spełniała marzenia innych - na uczucie zasłużysz, ale sama będziesz nieszczęśliwa, będziesz miała lęki i inne nerwicowe atrakcje.
Co więc robić?
2,447 2019-09-10 12:00:33
Który model lepszy? Uważam, że stanowczy, ale łagodny. Przyznaję, że mnie brak wytrwałości i konsekwencji, choć są między mną i synem sprawy nienegocjowalne.
Trudno się mówi, Rossanko, o przykrościach wyrządzanych przez najbliższych. Generalnie bywało gwałtownie. Raz owszem mama chciała wyrzucić mnie z domu. Czy rodzice mnie wyzywali? Niespecjalnie, mama powiedziała np. "Ty papuasie cholerny", ale wulgaryzmów nie było. Był krzyk. Brakowało rzeczowej rozmowy. Gdy np. doszło do starania się o grupę inwalidzką dla mnie, a ja się temu sprzeciwiałam, bo czułam się upokorzona, nikt mi tego spokojnie nie tłumaczył, zdesperowany ojciec straszył, że mnie ubezwłasnowolni. Gdy był bałagan w pokoju, mama potrafiła wręcz zdemolować wnętrze, powywracać doniczki z kwiatami, wyrzucić na środek pokoju nieposkładane ciuchy z szaf itp. Potem kazała sprzątać. W dzieciństwie złapała mnie za "łeb" i cisnęła o stół, bo nie mogłam sobie poradzić z prasowaniem - przecież się dopiero uczyłam.
Pamiętam, jak wiele lat potem pojechałam z teściową do lasu na jagody. Nie mogłam za nią nadążyć. Wtedy ona spokojnie wytłumaczyła mi, jak pracować, by szło to sprawniej. Moja mama pewnie by mnie opierdzieliła albo powiedziała, że w tym wieku nikt jej już nie uczył jak zbierać jagody. Ot, różnica. Dobrze, że miałam szansę przekonać się, że można postępować inaczej niż tak, jak to znałam z domu.
Eeech...
Wole jednak wspominać miłe chwile, bo też były.
2,448 2019-09-10 12:01:39 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-10 12:02:25)
Dubel
2,449 2019-09-10 12:08:18
Który model lepszy? Uważam, że stanowczy, ale łagodny. Przyznaję, że mnie brak wytrwałości i konsekwencji, choć są między mną i synem sprawy nienegocjowalne.
Trudno się mówi, Rossanko, o przykrościach wyrządzanych przez najbliższych. Generalnie bywało gwałtownie. Raz owszem mama chciała wyrzucić mnie z domu. Czy rodzice mnie wyzywali? Niespecjalnie, mama powiedziała np. "Ty papuasie cholerny", ale wulgaryzmów nie było. Był krzyk. Brakowało rzeczowej rozmowy. Gdy np. doszło do starania się o grupę inwalidzką dla mnie, a ja się temu sprzeciwiałam, bo czułam się upokorzona, nikt mi tego spokojnie nie tłumaczył, zdesperowany ojciec straszył, że mnie ubezwłasnowolni. Gdy był bałagan w pokoju, mama potrafiła wręcz zdemolować wnętrze, powywracać doniczki z kwiatami, wyrzucić na środek pokoju nieposkładane ciuchy z szaf itp. Potem kazała sprzątać. W dzieciństwie złapała mnie za "łeb" i cisnęła o stół, bo nie mogłam sobie poradzić z prasowaniem - przecież się dopiero uczyłam.
Pamiętam, jak wiele lat potem pojechałam z teściową do lasu na jagody. Nie mogłam za nią nadążyć. Wtedy ona spokojnie wytłumaczyła mi, jak pracować, by szło to sprawniej. Moja mama pewnie by mnie opierdzieliła albo powiedziała, że w tym wieku nikt jej już nie uczył jak zbierać jagody. Ot, różnica. Dobrze, że miałam szansę przekonać się, że można postępować inaczej niż tak, jak to znałam z domu.
Eeech...
Wole jednak wspominać miłe chwile, bo też były.
Też wolę miłe, ale mam podskórne wrażenie, że te wszystkie "niefajne" rzeczy z przeszłości (bo każdy jakieś pewnie ma), determinują dalsze losy, mam na myśli związki, brak związków.
Niby wiem, ze mam być sobą, ale w przeszłości jak mi się ktoś podobał, to udawałam kogoś innego, bo nie przyszłomi do głowy, że będąc taką jaka byłam mogę sobie zasłużyć na uczucie, myślałam, ze taka jaka byłam nie zainteresuję nikogo. Ponadto jak już kogoś poznałam, to tylko mu przytakiwałam, potakiwałam, ze strachu, ze jak pokaże swoje prawdziwe, inne zdanie na dany temat, to ta osoba się odwróci. To jest chore myślenie.
Co do kar fizycznych, to na ogół nie dostawałam, nie byłam maltretowana, ale czasem byłam "przylana" (tak gdzieś w szkole podstawowej ). Okropnie się wtedy bałam, na dodatek nie miałam gdzie wtedy uciec. Ale dziś zupełnie nie pamiętam za co dostawałam, chyba właśnie za to odmienne zdanie, bo uczyłam się dobrze, robiłam zakupy, na wagary nie chodziłam, w szkole nauczyciele mnie chwalili, do sąsiadek zawsze byłam grzeczna, do dalszej rodziny też, nawet nie popalałam papierosów w szkolnym WC. Nie rozumiem więc, skąd takie traktowanie (czasami), chyba faktycznie za wyrażanie odmiennego zdania i próby przeforsowania swojego.
2,450 2019-09-10 12:10:31
Jak się pojawia nerwica, to jasny znak, że idziesz złą drogą.
Rodzina ma jakieś swoje wyobrażenia, mniej czy bardziej jawne naciski, ale koniec końców i tak akceptują.
2,451 2019-09-10 12:13:12
Jak się pojawia nerwica, to jasny znak, że idziesz złą drogą.
Rodzina ma jakieś swoje wyobrażenia, mniej czy bardziej jawne naciski, ale koniec końców i tak akceptują.
A jak się pojawia w dzieciństwie? Ja wtedy nie wiedziałam, że mam nerwicę, myślałąm, ze taka jestem. To nie moja wina, ze wtedy szłam złą drogą.
2,452 2019-09-10 12:22:52 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-10 12:26:00)
Rodzina i wychowanie mają na nas ogromny wpływ, ale nie zgodzę się, że determinują nasze życie. Sama wiele zmieniłam w swoich schematach. Potrzeba pewnej wiedzy i refleksji, można się uczyć od innych, można pomóc sobie terapią. Da się, choć znam ludzi, którzy niemal nie rokują, tak głębokie są ich urazy z patologicznych domów. Mimo to uważam, że gdyby naprawdę byli zdecydowani zmienić swój los, mieliby więcej odwagi, a mniej oporów, mogliby swoje życie poprawić.
Czytając jednak posty o związkach, a raczej o kłopotach z ich nawiązaniem, mam poczucie, że przywiązujemy do tego zbyt wielką wagę. Człowiek o zdrowej miłości do samego siebie żyje po prostu, a związek mu się przydarza lub nie.
Bardzo mi utkwiło w pamięci zdanie mojej najmłodszej siostry, która zdziwiła się, że tak miłe było dla mnie stwierdzenie jakiegoś mężczyzny, że jestem "fajna babeczka" (to był komentarz zdjęcia). Siostra odparła, że nigdy jej do głowy nie przyszło zastanawiać się, czy jest fajną babeczką. Jest osobą pewną siebie. Ma udane życie osobiste.
Ja kiedyś bardzo nie wierzyłam w siebie jako kobietę, więc choć nie należy uzależniać się od opinii otoczenia, pozytywne komunikaty pomogły mi odbudować, chociaż częściowo poczucie własnej wartości. Nie pękam z zachwytu nad sobą, nie polegam bezkrytycznie na cudzych komplementach i nie załamuje mnie krytyka, ale te dobre przekazy jednak coś mi uświadamiają. Mam zalety, ludzie je widzą i ja dzięki nim też je zauważyłam.
Aha, i jeszcze polemizowałabym z utożsamianiem tych określeń: losy i związki. Związek to jeszcze nie los. Nigdy się nie zgodzę z tym, że mam złe życie, bo nie mam związku, jak to czasami wybrzmiewa z wypowiedzi ludzi samotnych. Po prostu czegoś nie mam, ale mam wiele innych spraw i rzeczy.
2,453 2019-09-10 12:27:41
Rodzina i wychowanie mają na nas ogromny wpływ, ale nie zgodzę się, że determinują nasze życie. Sama wiele zmieniłam w swoich schematach. Potrzeba pewnej wiedzy i refleksji, można się uczyć od innych, można pomóc sobie terapią. Da się, choć znam ludzi, którzy niemal nie rokują, tak głębokie są ich urazy z patologicznych domów. Mimo to uważam, że gdyby naprawdę byli zdecydowani zmienić swój los, mieliby więcej odwagi, a mniej oporów, mogliby swoje życie poprawić.
.
Właśnie to mnie trzyma przy nadziei. Nie moze być przecież tak, ze człowiek całe życie popełnia te same błędy, bo coś tam się zadziało w dzieciństwie.
Ale jeszcze jedno: przydało by się chociaż raz w życiu odczuć, jak to jest dostać uczucie za to, jakim się jest, a nie za to, ze się będzie spełniało zachcianki i wyobrażenia innych. Ciekawe, jakie to jest uczucie. W sumie szukałam szukałam a nie znalazłam :)Ciekawe, jak to jest.
2,454 2019-09-10 12:29:11
Aha, i jeszcze polemizowałabym z utożsamianiem tych określeń: losy i związki. Związek to jeszcze nie los. Nigdy się nie zgodzę z tym, że mam złe życie, bo nie mam związku, jak to czasami wybrzmiewa z wypowiedzi ludzi samotnych. Po prostu czegoś nie mam, ale mam wiele innych spraw i rzeczy.
Piszę o losie i związku, bo o tym jest ten temat.
Zauważ, że nigdy tu nie piszę o pracy, a zainteresowaniach, koleżankach - problemach i sukcesach na tych polach, bo ten wątek jest o samotności, związkach, relacjach damsko- męskich.
Taki monotematyczny, przez co problem wydaje się być wyolbrzymiony.
2,455 2019-09-10 12:43:24
No, tak, i ciągle temu wrażeniu ulegam - przyznaję samokrytycznie ![]()
A jednak temat jakoś mnie obchodzi.
Moim zdaniem jednak bardzo dobrym sposobem na brak towarzysza życia jest niekoncentrowanie się zanadto (nie mówię, że w ogóle) na tym, natomiast dowartościowanie innych sfer życia.
2,456 2019-09-10 12:54:50
Piegowata'76 napisał/a:Rodzina i wychowanie mają na nas ogromny wpływ, ale nie zgodzę się, że determinują nasze życie. Sama wiele zmieniłam w swoich schematach. Potrzeba pewnej wiedzy i refleksji, można się uczyć od innych, można pomóc sobie terapią. Da się, choć znam ludzi, którzy niemal nie rokują, tak głębokie są ich urazy z patologicznych domów. Mimo to uważam, że gdyby naprawdę byli zdecydowani zmienić swój los, mieliby więcej odwagi, a mniej oporów, mogliby swoje życie poprawić.
.Właśnie to mnie trzyma przy nadziei. Nie moze być przecież tak, ze człowiek całe życie popełnia te same błędy, bo coś tam się zadziało w dzieciństwie.
Ale jeszcze jedno: przydało by się chociaż raz w życiu odczuć, jak to jest dostać uczucie za to, jakim się jest, a nie za to, ze się będzie spełniało zachcianki i wyobrażenia innych. Ciekawe, jakie to jest uczucie. W sumie szukałam szukałam a nie znalazłam :)Ciekawe, jak to jest.
Hmmm... Rossanko, to może trochę smutne, ale czytywałam u psychologów, że pewne rzeczy, których nie dostaliśmy od rodziców, już się nam nie zwrócą, nie od innych ludzi. Możemy dawać je samym sobie poprzez kochanie samych siebie, docenianie siebie, sprawianie sobie przyjemności, obdarzanie siebie uwagą i życzliwością. Pomaga, wypróbowałam. Tego nam nie da żaden facet, będzie kochał po swojemu, ale nie zastąpi rodziców.
Co jeszcze... Ci wszyscy "mądrale", których czytałam kładą nacisk na to, że tkwią w nas pragnienia z dzieciństwa, a dziś jesteśmy już dorośli i potrafimy sobie radzić bez tych rzeczy, których brakowało nam kiedyś (nie wiem, czy moja wypowiedź jest wystarczająco jasna).
Oglądałam kiedyś filmik znanego dominikanina, Adama Szustaka, w którym tak powiedział o samotności:

2,457 2019-09-10 14:17:39
Hmmm... Rossanko, to może trochę smutne, ale czytywałam u psychologów, że pewne rzeczy, których nie dostaliśmy od rodziców, już się nam nie zwrócą, nie od innych ludzi.
Też słyszałam o tej teorii. Ciekawe dlaczego?
Oglądałam kiedyś filmik znanego dominikanina, Adama Szustaka, w którym tak powiedział o samotności:
A tego nie znałam, dzieki, to jest z Langusty na Palmie (czy coś takiego)?
Jest jeszcze jedna myśl księdza Kaczkowskiego, coś mówił o tym, żeby się "nie martwić, bo nagle moze się stać coś, co rozwiąże nasze problemy" - czy coś takiego, ale sens ten sam.
Gdzie ś trafiłam na ten cytat, co dziwne, bo nie jestem zbyt religijna i na ogół nie wchodzę na takie strony.
2,458 2019-09-10 14:26:23 Ostatnio edytowany przez feniks35 (2019-09-10 14:27:33)
Wychowanie na pewno w sporym stopniu determinuje nasze dalsze zycie. Ja rowniez borykam sie z nerwica i w trakcie psychoterapii doszlysmy z terapeutka do sedna problemu ktory mial swoje zrodlo w dziecinstwie, wychowaniu w rodzinie z problemem alkoholowym, braniu na siebie roli partnera matki itp. Ok to wszystko sie zgadza ale nie zgadzam sie z tym ze to jest wyrok. Jestem swiadoma problemu i nad tym pracuje. Nie szukam ukojenia w szukaniu winnych (w osobie rodzicow) nie analizuje co przez to stracilam. Ani tym obwinianiem przeszlosci nie zmienie ani mi to w terazniejszosci nie pomoze. Strace za tylko tylko czas, cenny czas w ktorym juz ja sama moge o sobie decydowac i zamiast robic dla siebie cos dobrego nurzam sie w przeszlosci zeby tym usprawiedliwic zla terazniejszosc. Jestesmy kowalami swego losu, zmiana jest mozliwa jesli sie chce. Poza tym gdyby nieudane dziecinstwo mialo byc gwarantem nieudanego zycia to co mieli powiedziec nasi dziadkowie ktorym wojna, bieda, niepewnosc jutra i smierc bliskich zabierala najlepsze lata mlodosci czy dziecinstwa? Jakos nie stoczyli sie zbiorowo na dno, nie zapili, nie zatracili. Pozakladali rodziny ktore starali sie prowadzic najlepiej jak umieli na swoje mozliwosci i to samo robily potem ich dzieci a nasi rodzice.
2,459 2019-09-10 14:36:25
Wychowanie na pewno w sporym stopniu determinuje nasze dalsze zycie. Ja rowniez borykam sie z nerwica i w trakcie psychoterapii doszlysmy z terapeutka do sedna problemu ktory mial swoje zrodlo w dziecinstwie, wychowaniu w rodzinie z problemem alkoholowym, braniu na siebie roli partnera matki itp. Ok to wszystko sie zgadza ale nie zgadzam sie z tym ze to jest wyrok. Jestem swiadoma problemu i nad tym pracuje. Nie szukam ukojenia w szukaniu winnych (w osobie rodzicow) nie analizuje co przez to stracilam. Ani tym obwinianiem przeszlosci nie zmienie ani mi to w terazniejszosci nie pomoze. Strace za tylko tylko czas, cenny czas w ktorym juz ja sama moge o sobie decydowac i zamiast robic dla siebie cos dobrego nurzam sie w przeszlosci zeby tym usprawiedliwic zla terazniejszosc. Jestesmy kowalami swego losu, zmiana jest mozliwa jesli sie chce. Poza tym gdyby nieudane dziecinstwo mialo byc gwarantem nieudanego zycia to co mieli powiedziec nasi dziadkowie ktorym wojna, bieda, niepewnosc jutra i smierc bliskich zabierala najlepsze lata mlodosci czy dziecinstwa? Jakos nie stoczyli sie zbiorowo na dno, nie zapili, nie zatracili. Pozakladali rodziny ktore starali sie prowadzic najlepiej jak umieli na swoje mozliwosci i to samo robily potem ich dzieci a nasi rodzice.
Właśnie też mnie to dziwi, że niektórzy są w stanie wyjść z emocjonalnych ograniczeń a inni tkwią w nich i kręcą się w kółko. Może to zależy od konstrukcji psychicznej?
Czasem mi się zdaje, ze kiedyś przestanę się kręcić w kółko, a czasami, ze nie.
I też mnie dziwi to, ze tyle ludzi, z różnych środowisk i z róznymi przeżyciami, pozakładali jednak rodziny, mają dziecko, dzieci, albo nie mają potomków tylko siebie nawzajem, ale jednak mają.
A mnie się to przez tyle lat nie udało, co jest dziwne. Chociaż, może jeszcze zdąże, nigdy używek akurat nie stosowałam, nie mam organizmu zniszczonego papierosami, narkotykami, alkoholem. Kto wie? A jak nie, to może zdążę mieć jeszcze partnera i razem sobie będziemy sami żyli.
W ostatnim wariancie nic się nie zmieni i będę sama jak do tej pory.
2,460 2019-09-10 15:20:21
Ale mężczyzna ma o wiele większe szanse na znalezienie kobiety, oby się tylko nie poddał w szukaniu. Mało tego, masz ten komfort, że możesz sobie znaleźć partnerkę młodsza no o 10 albo 15 lat. W drugą stronę to nie zadziała, ludzie dookoła zabiliby śmiechem, a i mało który facet chce mieć żonę 15 lat starsza. Ale w drugą stronę nie ma takich przeszkód.
Jakoś z prezydenta Francji się nie śmieją. Jego żona, Brigitte urodziła się w 1953 roku, a Emmanuel Macron urodził się w 1977 roku, czyli 24 lata różnicy. Macron poznał ją w wieku 15 lat, gdy ona miała 39 i była jego nauczycielką języka francuskiego w liceum jezuickim. Rok później zaczął się ich romans. Od 2017 roku są szczęśliwym małżeństwem
Jak naprawdę trafisz na bratnią duszę to różnica wieku nie gra roli.
Większe problemy maskuja te mniejsze - oj tak, tylko jak już większy problem się unormuje, to stary problem nagle znowu wy chodzi na wierzch.
Niestety smutna prawda. Sam się o tym niedawno przekonałem.
Ale jeszcze jedno: przydało by się chociaż raz w życiu odczuć, jak to jest dostać uczucie za to, jakim się jest, a nie za to, ze się będzie spełniało zachcianki i wyobrażenia innych. Ciekawe, jakie to jest uczucie. W sumie szukałam szukałam a nie znalazłam :)Ciekawe, jak to jest.
Mało jest ludzi którzy mieli to szczęście w życiu. Teraz wiem że sam tego nie doświadczyłem i mam poważne wątpliwości czy kiedyś doświadczę. W dużej części wynikało to z mojego pecha, ale też z mojej nieśmiałości kiedy byłem u progu życia mając te 18 - 22 lata.
2,461 2019-09-10 15:48:20 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-10 16:06:09)
Och, przepadł mi pracowicie zredagowany post. Spróbuje odtworzyć, choć bez "kopiuj - wklej" to nieco uciążliwe.
Rossanko, jeśli chodzi o wspomnianą teorię, tłumaczę to sobie tak, że po prostu zmieniamy się, płynie czas, ewoluują nasze potrzeby (choć paradoksalnie poczyniłam spostrzeżenie, że przez całe życie pragniemy tego samego - akceptacji, ciepła itp.). Żadna ze spotkanych osób nie zastąpi rodziców, bo nią po prostu nie jest, nie utuli tej małej smutnej dziewczynki w nas, bo jest to fizyczną niemożliwością. Wierzę jednak, że wiele luk można w sobie uzupełnić przez otwartość na cudzą życzliwość, a także przez życzliwość dla samych siebie. Wynotowałam sobie kiedyś zdanie wyczytane gdzieś w internecie, że JEDYNYM ZDROWYM SPOSOBEM NA UZUPEŁNIENIE DEFICYTÓW MIŁOŚCI JEST POKOCHANIE SAMEGO SIEBIE. A to się robi poprzez bycie z sobą w kontakcie nieuciekanie przed sobą i swoimi, również trudnymi emocjami (to jest właśnie to "wykrzycz, opłacz"), poprzez dbanie o siebie i dostarczanie sobie pozytywnych doznań. Mamy być swoimi najlepszymi przyjaciółmi, co wcale nie jest równoznaczne z samopobłażaniem i pozwalaniem sobie na wszystko w imię źle pojętej miłości własnej.
Film Szustaka podesłała mi kiedyś koleżanka, nie ma problemu ze znalezieniem go na Youtube, ale konkretnej strony nie pamiętam. Bardzo cenię ludzi mądrych, o otwartych głowach, wolnych od duchowej ciasnoty i fanatyzmu i nie ma dla mnie znaczenia, czy to ksiądz, czy ateista. Kaczkowski i Szustak, do takich osób należą.
Zewsząd zresztą, ale to zewsząd można czerpać mądre inspiracje, znajduję je nawet w przypadkowych rozmowach.
Właściwie jestem przeciwna podziałom ludzi według religii czy narodowości. Są dobrzy i źli, a i to względne. Jesteśmy wszyscy ludźmi po prostu "pod wielkim dachem nieba".
Kiedyś na przykład starszy człowiek, rolnik, hodowca owiec, do którego zaszłam jako akwizytor (bardzo przelotny, dwudniowy epizod w moim życiu
) opowiadał mi o swoich życiowych perypetiach, sukcesach i porażkach, a na koniec podsumował: "Używaj pani życia, bo tylko to jest coś warte". Interpretuję to znacznie szerzej niż jakieś "tańce, hulanki, swawole". To jest to wszystko, czemu wyraz daję w swoich postach o radzeniu sobie z życiem singla. Życie jest fantastyczne - kropka. Niełatwe, oczywiście, ale warte zachodu i warte samego w sobie.
2,462 2019-09-10 15:57:26 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2019-09-10 16:01:09)
Wychowanie na pewno w sporym stopniu determinuje nasze dalsze zycie. Ja rowniez borykam sie z nerwica i w trakcie psychoterapii doszlysmy z terapeutka do sedna problemu ktory mial swoje zrodlo w dziecinstwie, wychowaniu w rodzinie z problemem alkoholowym, braniu na siebie roli partnera matki itp. Ok to wszystko sie zgadza ale nie zgadzam sie z tym ze to jest wyrok. Jestem swiadoma problemu i nad tym pracuje. Nie szukam ukojenia w szukaniu winnych (w osobie rodzicow) nie analizuje co przez to stracilam. Ani tym obwinianiem przeszlosci nie zmienie ani mi to w terazniejszosci nie pomoze. Strace za tylko tylko czas, cenny czas w ktorym juz ja sama moge o sobie decydowac i zamiast robic dla siebie cos dobrego nurzam sie w przeszlosci zeby tym usprawiedliwic zla terazniejszosc. Jestesmy kowalami swego losu, zmiana jest mozliwa jesli sie chce. Poza tym gdyby nieudane dziecinstwo mialo byc gwarantem nieudanego zycia to co mieli powiedziec nasi dziadkowie ktorym wojna, bieda, niepewnosc jutra i smierc bliskich zabierala najlepsze lata mlodosci czy dziecinstwa? Jakos nie stoczyli sie zbiorowo na dno, nie zapili, nie zatracili. Pozakladali rodziny ktore starali sie prowadzic najlepiej jak umieli na swoje mozliwosci i to samo robily potem ich dzieci a nasi rodzice.
Feniks, zgadzam się z Tobą, że nie w tym rzecz, aby swoje porażki usprawiedliwiać dzieciństwem czy chorobą na przykład. Jest mnóstwo ludzi, którzy na przekór "przeznaczeniu" zbudowali sobie dobre, udane życie.
Jednak w moim przypadku pomogło zaprzestanie zaprzeczania, udawania, że nie miały na mnie wpływu pewne rzeczy, że ja to jestem taka dzielna i nic mnie nie rusza. O nie, jestem chyba wręcz wrażliwcem. Dziś nie chcę oszukiwać samej siebie.
A przykład z rodzicami jasno mi wskazuje, że warto rozpoznać swoje mechanizmy i np. uświadomić sobie, że to nie mama strofuje mnie za bałagan, że to ja projektuję to na mojego męża i reaguję złością, strachem, agresją. Oraz że nie jestem już małą, bezbronną dziewczynką i mogę asertywnie zakomunikować swoje racje. Nawet w kontaktach z dzisiejszą mamą to mi się przydaje. Nie ma już we mnie tej złości, którą kiedyś do niej czułam, widzę w niej człowieka, który też błądzi, miewa trudności, ale któremu wiele zawdzięczam. Jest dla mnie ważna i kocham ją pomimo wszystko.
Zastanawia mnie tylko, dlaczego niektórym z nas tak trudno "odkręcić" pewne sprawy nawet pomimo pomocy psychologów, pomimo wsparcia życzliwych. Znam ludzi, którzy dekadami kręcą się wokół własnej osi, międlą wciąż te same schematy. Czy pozbawieni są woli, by zmienić swoje życie? Czy tak głęboko uszkodzeni. A może nie mieli tyle szczęścia, a może siły charakteru?
Ja jestem głęboko przekonana, na własnym przykładzie, że można bardzo swoje życie poprawić.
P.S. Znacie historyjkę o słoniu i kornaku (takim hodowcy, poganiaczu tych zwierząt)?
Małego słonika przywiązuje się łańcuchem do drzewa, by nie mógł uciec. Gdy staje się dorosłym silnym słoniem, nie przychodzi mu nawet do głowy, że jednym pociągnięciem mógłby wyrwać wątłe drzewko i uwolnić się z więzów.
2,463 2019-09-10 16:09:47
Zastanawia mnie tylko, dlaczego niektórym z nas tak trudno "odkręcić" pewne sprawy nawet pomimo pomocy psychologów, pomimo wsparcia życzliwych. Znam ludzi, którzy dekadami kręcą się wokół własnej osi, międlą wciąż te same schematy. Czy pozbawieni są woli, by zmienić swoje życie? Czy tak głęboko uszkodzeni. A może nie mieli tyle szczęścia, a może siły charakteru?
Ja jestem głęboko przekonana, na własnym przykładzie, że można bardzo swoje życie poprawić.
Też mnie to zastanawia na moim przykładzie. Wiele rzeczy odkręciła w swoim życiu, nawet nie czułam potrzeby, by o nich pisać tu na forum, dogłowy mi to nie przyszło. Ale tej sprawy "związkowej" nie mogę. Mało tego, obcej osobie poradziłabym: odpuść sobie, nie myśl tyle o tym, ze szkoda czasu i energii, że żyj sobie, co ma być to będzie, że męzczyzna sie przytrafia w życiu ale nie jest to cel w życiu. Tak bym powiedziała komuś, ale sobie nie potrafię przetłumaczyć. Taka zagadka.
2,464 2019-09-10 16:22:21
Trudne pytania zadajesz
Ale skłaniają one do ciekawych refleksji dotyczących spraw, nad którymi nawet się nie zastanawiałam. Może nie będę pisać o wszystkim, ale co nieco spróbuję odpowiedzieć na Twoje pytania.
Jak to czułaś? Jak to dokładnie wygląda? Skąd czułaś, ze nie musisz zasługiwać?
To najtrudniejsze z Twoich pytań, bo zupełnie nie umiem na nie odpowiedzieć. Po prostu wiedziałam, że jestem kochana, było to dla mnie naturalne i oczywiste. Nie przyszło mi nawet do głowy, że rodzice mogliby mnie nie kochać. Nawet jak się zdarzały jakieś trudne sytuacje, nieporozumienia, konflikty, spięcia itd., to wewnętrznie nie poddawałam w wątpliwość miłości rodziców. A skoro tak było, to nie miałam poczucia, że muszę na tą ich miłość zasłużyć. Nawet mimo że tata w tygodniu wyjeżdżał w trasy i w domu był tylko na weekendy, a jak był, to też się zajmował swoimi sprawami i obowiązkami, jakoś nie pomyślałam, że mnie nie kocha, albo że nie ma dla mnie czasu, czy ma go za mało. Mama nie "bawiła się" w jakieś czułości i przytulania, a od czasów nastoletnich miewałam z nią konflikty i czułam się nierozumiana, a mimo to też wiedziałam, że mnie kocha.
Czyli też nie było tak, że oni musieli coś robić, żeby udowodnić, że nas kochają albo zasłużyć na naszą (swoich dzieci) miłość. Np. nie "kupowali" nas jakimiś prezentami, drogimi rzeczami, czy spełnianiem naszych zachcianek. Więc nie wiem, skąd ta pewność i poczucie kochania. Może stąd, że rzeczywiście kochają i to jakoś emanuje?
Jakie to były nieporozumienia? Np nie chciałaś wynościć śmieci, czy też chciałaś iść do koleżanki, a Ci nie pozwalała itp?
Może wydam się nudna, ale jeśli chodzi o domowe obowiązki, to było dla mnie oczywiste, że jak mama albo tata o coś prosi, to to zrobię. Teraz się zastanawiam, z czego to wynikało? Chyba z szacunku do nich. I z tego, że nie dawali mi powodów do buntu, bo czułam się kochana.
Te nieporozumienia, o których wspomniałam, były innej natury. Po prostu ja i mama nie umiałyśmy (i nadal nam trudno) ze sobą rozmawiać, choć ja jako młoda dziewczyna bardzo tych rozmów, takich o życiu, potrzebowałam... W szczegóły może się już nie będę wdawać, bo to długie i skomplikowane ![]()
A to dziwne. Tzn że tato był bardziej czuły. Jak to jest, jak używa takich drobnych i pieszszotliwych gestów, jak się wtedy czujesz?
Jak to jest? Cudownie
Czuję się wtedy szczęśliwa, otoczona czułością. I czuję też wzruszenie.
Domyślam się, że skoro o to pytasz, to tego nie doświadczyłaś? Szkoda...
Ale masz jakieś fajne wspomnienia, prawda? Może nam o nich opowiesz? ![]()
Małego słonika przywiązuje się łańcuchem do drzewa, by nie mógł uciec. Gdy staje się dorosłym silnym słoniem, nie przychodzi mu nawet do głowy, że jednym pociągnięciem mógłby wyrwać wątłe drzewko i uwolnić się z więzów.
Właśnie dlatego jak ktoś jest wychowywany w danej rodzinie czy środowisku, to często nie zdaje sobie sprawy, że może być inaczej. Bo myśli, że dana sytuacja jest normalna. A potem, jak się dowie, że jednak może być inaczej, albo że ma do czegoś prawo, to nagle najpierw takie niedowierzanie, a potem ulga i poczucie uwolnienia z więzów. Miałam w życiu kilka takich sytuacji, że reagowałam na zasadzie: "ale że naprawdę? to ja tak mogę? to tak może być?". Bezcenne ![]()
2,465 2019-09-10 18:11:40
rossanka napisał/a:Ale mężczyzna ma o wiele większe szanse na znalezienie kobiety, oby się tylko nie poddał w szukaniu. Mało tego, masz ten komfort, że możesz sobie znaleźć partnerkę młodsza no o 10 albo 15 lat. W drugą stronę to nie zadziała, ludzie dookoła zabiliby śmiechem, a i mało który facet chce mieć żonę 15 lat starsza. Ale w drugą stronę nie ma takich przeszkód.
Jakoś z prezydenta Francji się nie śmieją. Jego żona, Brigitte urodziła się w 1953 roku, a Emmanuel Macron urodził się w 1977 roku, czyli 24 lata różnicy. Macron poznał ją w wieku 15 lat, gdy ona miała 39 i była jego nauczycielką języka francuskiego w liceum jezuickim. Rok później zaczął się ich romans. Od 2017 roku są szczęśliwym małżeństwem
Jak naprawdę trafisz na bratnią duszę to różnica wieku nie gra roli.
Śmieją się... Tylko z prezydenta nie wypada śmiać się wprost.
Ale podoba mi się Twoje myślenie na ten temat, nie jest sztampowe. Związki starszych kobiet z młodszymi mężczyznami są często postrzegane wulgarnie albo wyśmiewane.rossanka napisał/a:Większe problemy maskuja te mniejsze - oj tak, tylko jak już większy problem się unormuje, to stary problem nagle znowu wy chodzi na wierzch.
Niestety smutna prawda. Sam się o tym niedawno przekonałem.
Wychodzi na to, że przed sobą nie da się daleko uciec.
rossanka napisał/a:Ale jeszcze jedno: przydało by się chociaż raz w życiu odczuć, jak to jest dostać uczucie za to, jakim się jest, a nie za to, ze się będzie spełniało zachcianki i wyobrażenia innych. Ciekawe, jakie to jest uczucie. W sumie szukałam szukałam a nie znalazłam :)Ciekawe, jak to jest.
Mało jest ludzi którzy mieli to szczęście w życiu. Teraz wiem że sam tego nie doświadczyłem i mam poważne wątpliwości czy kiedyś doświadczę. W dużej części wynikało to z mojego pecha, ale też z mojej nieśmiałości kiedy byłem u progu życia mając te 18 - 22 lata.
Należę do szczęśliwców, którzy doświadczyli. Co prawda też nie w wieku 18-20 lat, tylko trochę później, a ten wiek w życiu wydaje się być przełomowy i krytyczny, czasem trudno nadrobić braki z tego okresu.
Nie miałam wątpliwości, że jestem kochana za to, jaka jestem, a nie za zachowanie zgodne z oczekiwaniami. To była najbardziej znacząca relacja w życiu. Niestety, nawet wtedy nie ma gwarancji, że się nie zepsuje i nie rozleci... Nie ma ludzi bezbłędnych ![]()
2,466 2019-09-10 19:30:01
Żadna ze spotkanych osób nie zastąpi rodziców, bo nią po prostu nie jest, nie utuli tej małej smutnej dziewczynki w nas, bo jest to fizyczną niemożliwością. Wierzę jednak, że wiele luk można w sobie uzupełnić przez otwartość na cudzą życzliwość, a także przez życzliwość dla samych siebie. Wynotowałam sobie kiedyś zdanie wyczytane gdzieś w internecie, że JEDYNYM ZDROWYM SPOSOBEM NA UZUPEŁNIENIE DEFICYTÓW MIŁOŚCI JEST POKOCHANIE SAMEGO SIEBIE. A to się robi poprzez bycie z sobą w kontakcie nieuciekanie przed sobą i swoimi, również trudnymi emocjami (to jest właśnie to "wykrzycz, opłacz"), poprzez dbanie o siebie i dostarczanie sobie pozytywnych doznań. Mamy być swoimi najlepszymi przyjaciółmi, co wcale nie jest równoznaczne z samopobłażaniem i pozwalaniem sobie na wszystko w imię źle pojętej miłości własnej.
.
To ważny punkt, ale i bardzo trudny. Osobiście chyba nie potrafię znaleźć zdrowej granicy pomiędzy przesadnym karceniem siebie a przesadnym pobłażaniem sobie (ze szkodą dla siebie).
Mam wrażenie, że robię i jedno i drugie, przy czym nie wiem kiedy faktycznie powinnam wziąć d... w troki, bo przesadzam z mazgajstwem a kiedy właśnie nie jest to mazgajstwo tylko zdrowa akceptacja własnych słabości.
2,467 2019-09-10 20:00:47
Trumna w znaczeniu - tu zamieszkam i tu bede patrzyl sie przez okno az w koncu umrę. Nie mylic z radoscia tworzenia, kupowania, obmyslania projektowania itd. Droga do celu jest fajna a potem bym chetnie powiedzial adieu i pognal na kolejny front a noe tam zamieszkał. Pod tym wzgledem zadna znana kobieta mnie nie rozumie bo dla nich umoszczenie sie w gotowym gniezdzie jest glowna frajdą.
. Ze znalezieniem partnerki tez mam klopot bo za .... no wybredny jestem i tyle. Tak powaznie to mnie sieklo 3 razy w zyciu. Z pierwszego byl ślub z drugiego rozwod a z trzeciego nic nie bylo bo Pani byla w zwiazku (a przynajmniej tak powiedziała zaskoczona
)
2,468 2019-09-10 20:25:37
Śmieją się... Tylko z prezydenta nie wypada śmiać się wprost.
Ale podoba mi się Twoje myślenie na ten temat, nie jest sztampowe. Związki starszych kobiet z młodszymi mężczyznami są często postrzegane wulgarnie albo wyśmiewane.
Każdy ma prawo do życia tak aby był szczęśliwy, o ile nie zakłóca to spokoju i szczęścia innych osób. Zastanawiam się tylko co facet zrobi jak dobije powiedzmy 55 lat a ona będzie miała prawie 80. To oczywiście działa w obie strony.
Należę do szczęśliwców, którzy doświadczyli. Co prawda też nie w wieku 18-20 lat, tylko trochę później, a ten wiek w życiu wydaje się być przełomowy i krytyczny, czasem trudno nadrobić braki z tego okresu.
Nie miałam wątpliwości, że jestem kochana za to, jaka jestem, a nie za zachowanie zgodne z oczekiwaniami. To była najbardziej znacząca relacja w życiu. Niestety, nawet wtedy nie ma gwarancji, że się nie zepsuje i nie rozleci... Nie ma ludzi bezbłędnych
Zazdroszczę.
Chociaż, jeżeli chodzi o mnie, to może powinienem oceniać pewne rzeczy inaczej. Może nie powinno się analizować tego co było z perspektywy czasu jako całość, tylko na podstawie konkretnych wspomnień, tego jak człowiek się kiedyś czuł w danej chwili.
To ważny punkt, ale i bardzo trudny. Osobiście chyba nie potrafię znaleźć zdrowej granicy pomiędzy przesadnym karceniem siebie a przesadnym pobłażaniem sobie (ze szkodą dla siebie).
Mam wrażenie, że robię i jedno i drugie, przy czym nie wiem kiedy faktycznie powinnam wziąć d... w troki, bo przesadzam z mazgajstwem a kiedy właśnie nie jest to mazgajstwo tylko zdrowa akceptacja własnych słabości.
Trudno kochać swoje słabości, pewnych rzeczy człowiek nie chce akceptować ani godzić się z czymś co uważa za wadę. Chyba każdy musi znaleźć jakiś zdrowy punkt poniżej którego nie powinno się schodzić.
Nie mylic z radoscia tworzenia, kupowania, obmyslania projektowania itd. Droga do celu jest fajna a potem bym chetnie powiedzial adieu i pognal na kolejny front a noe tam zamieszkał.
Prawdziwy deweloper ![]()
Ze znalezieniem partnerki tez mam klopot bo za .... no wybredny jestem i tyle. Tak powaznie to mnie sieklo 3 razy w zyciu. Z pierwszego byl ślub z drugiego rozwod a z trzeciego nic nie bylo bo Pani byla w zwiazku (a przynajmniej tak powiedziała zaskoczona big_smile)
Fakt faktem, lepiej być samemu niż w niedopasowanym związku, już nie mówiąc o jakiejkolwiek miłości tych dwóch osób względem siebie.
2,469 2019-09-10 20:34:12
To najtrudniejsze z Twoich pytań, bo zupełnie nie umiem na nie odpowiedzieć. Po prostu wiedziałam, że jestem kochana, było to dla mnie naturalne i oczywiste. Nie przyszło mi nawet do głowy, że rodzice mogliby mnie nie kochać. Nawet jak się zdarzały jakieś trudne sytuacje, nieporozumienia, konflikty, spięcia itd., to wewnętrznie nie poddawałam w wątpliwość miłości rodziców. A skoro tak było, to nie miałam poczucia, że muszę na tą ich miłość zasłużyć.
rossanka napisał/a:A to dziwne. Tzn że tato był bardziej czuły. Jak to jest, jak używa takich drobnych i pieszszotliwych gestów, jak się wtedy czujesz?
Jak to jest? Cudownie
Czuję się wtedy szczęśliwa, otoczona czułością. I czuję też wzruszenie.
Domyślam się, że skoro o to pytasz, to tego nie doświadczyłaś? Szkoda...Ale masz jakieś fajne wspomnienia, prawda? Może nam o nich opowiesz?
Pewnie, lubiłam w lecie jak jezdziliśmy na działkę, taką warzywną z pomidorami i jabłkami i takimi tam ![]()
Przed altanką działkową rozkładaliśmy taki drewniany stół, przykrywali ceratą i przygotowali posiłki, zwykle były to kolorowe kanapki z tym, co urosło na działce (i z tym co zabraliśmy z domu), albo robiliśmy ogniska z kiełbaskami i pieczonymi ziemniakami. Grile nie były chyba jeszcze znane, to były lata 80 te. Trzeba było jeszcze uważać na osy czy pszczoły, sąsiad koło nas hodował wyjątkowo "nektarowe" kwiaty
. Czasami jeżdziliśmy w wakacje nad jezioro.To były piękne czasy, chciałam to powtórzyć z własną rodziną, ale chyba na samym chceniu się skończy. Nad jezioro jedynie mogę sobie sama pojechać. ![]()
[
Należę do szczęśliwców, którzy doświadczyli. Co prawda też nie w wieku 18-20 lat, tylko trochę później, a ten wiek w życiu wydaje się być przełomowy i krytyczny, czasem trudno nadrobić braki z tego okresu.
Nie miałam wątpliwości, że jestem kochana za to, jaka jestem, a nie za zachowanie zgodne z oczekiwaniami. To była najbardziej znacząca relacja w życiu. Niestety, nawet wtedy nie ma gwarancji, że się nie zepsuje i nie rozleci... Nie ma ludzi bezbłędnych
To musi być coś miłego, aczkolwiek trochę abstrakcyjne. I tak jak mówisz, nie ma nic trwałego i wszystko, nawet największe uczucie może się kiedyś skończyć.
Trumna w znaczeniu - tu zamieszkam i tu bede patrzyl sie przez okno az w koncu umrę. Nie mylic z radoscia tworzenia, kupowania, obmyslania projektowania itd. Droga do celu jest fajna a potem bym chetnie powiedzial adieu i pognal na kolejny front a noe tam zamieszkał. Pod tym wzgledem zadna znana kobieta mnie nie rozumie bo dla nich umoszczenie sie w gotowym gniezdzie jest glowna frajdą.
. Ze znalezieniem partnerki tez mam klopot bo za .... no wybredny jestem i tyle. Tak powaznie to mnie sieklo 3 razy w zyciu. Z pierwszego byl ślub z drugiego rozwod a z trzeciego nic nie bylo bo Pani byla w zwiazku (a przynajmniej tak powiedziała zaskoczona
)
Czyli dobrze to zrozumiałam, ze to mieszkanie TO jest miejsce DOCELOWE . Ale wiesz, że jeszcze może się wszystko zmienić?
A w czym jesteś wybredny? Możesz coś blizej napisać> Zawsze mnie ciekawi męski punkt widzenia, na co Oni właściwie zwracają uwagę.
3 razy? To mnie po ponownych obliczeniach 6. Z tego 2 to był okres od matury do ukończenia studiów, więc takie tam młodzieńcze zauroczenia, więc nie brałabym tego zbyt poważnie. ![]()
2,470 2019-09-10 20:58:35
Na co Oni zwracaja uwage to Ci nie powiem bo ja dziwak jestem , meski inaczej
.