Witam serdecznie.
Słoneczko świeci na dworze, więc zaparaszam wszystkie czytelniczki na kawę do mojego dworku.
Popijając kawusię, opowiem wam co było dalej.
Chory chłop w domu, to tragedia narodowa. To mi podaj, to mi przynieś, miałam naprawdę dość tego usługiwania. Na moje szczęście, ręka goiła się dość szybko, i po dwóch tygodniach zdjęto mu opatrunek.
Mijał dzień za dniem. Młodzi zajęci byli przygotowaniami do ślubu. Zaliczyli już nauki przedmałżeńskie i czekała ich tylko wizyta w Poradni Małżeńskiej. Dziewczyny, biegały na kolejne przymiarki swoich ślubnych sukien, a chłopcy wybrali odpowiednie fraki na tę okazję. Ja zajęłam się resztą. Zamówiłam zaproszenia w stylu Retro i udało mi się nawiązać kontakt, z jednym z okolicznych mieszkańców w sprawie dorożek, które miały nas zawieźć do kościoła. Teraz przyszła kolej na dopracowanie ogrodu. Śluby moich synów zaplanowane były na 20 sierpnia, więc miałam niewiele czasu. Wpadłam na pomysł postawienia stylowej altanki w leszczynowym zagajniku, ale szybko z niego zrezygnowałam. To szczególne miejsce, nie powinno być zmienione. Tu znaleźliśmy kosztowności, i tu sto lat temu, odpoczywała Antonina z córką. Zbyszek przyciął trochę leszczyny, a reszta została nienaruszona.
Zamówiłam prowizoryczne drewniane stoły i ławy do siedzenia. Kupiłam belę białego lnianego płótna. Mama obiecała, że uszyje mi obrusy, jak tylko podam jej wymiary stołów. W Internecie, znalazłam firmę która produkuje lampiony na różne okazje. Wybrałam kolorowe kule, wykonane z cieniutkiej bibuły. Na każdej z nich, wypisane miały być imiona młodych. Lampiony, miały być wypełnione gazem, który po wypuszczeniu wznosił je w górę. Wymyśliłam, że zamiast flakonów na kwiaty, kupię duże szklane misy. Wypełnię je, rzecznymi kamykami i wodą, oraz uciętymi główkami kwiatów, a w ogrodzie miałam ich wiele. Pozostały mi świeczniki, jednak tym się nie martwiłam. Można było je kupić w tanich sklepach za psie pieniądze. Grażyna dała mi namiary na kobietę z naszej okolicy, która piecze ciasta i torty na wesela. Znalazłam w Internecie restaurację zajmującą się, przygotowaniem posiłków na wesela. Po wstępnej degustacji, spisaliśmy umowę i wybrałam sobie menu. Zbyszek obiecał zainstalować oświetlenie w ogrodzie i miał się rozglądnąć w mieście, za jakimś zadaszeniem. Dlatego kiedy oznajmił mi, że wybiera się do Krakowa w tym celu i ma zamiar odwiedzić swoja mamę, nawet się ucieszyłam, że zostanę na chwilę sama w domu. Przyznam, że ostatnie dni, z chorym mężem nie były dla mnie najłatwiejsze.
- Myślę, Wanda, że zostanę na noc u mamy ? powiedział wsiadając do samochodu. Prosiła mnie już kilka razy, żeby poprawić coś na grobowcu taty. Podobno obramowanie się ukruszyło.
- No jasne ? powiedziałam z ulgą. Nie jestem małą dziewczynką i mogę zostać sama w domu ? dodałam z uśmiechem na twarzy.
- Polemizowałbym co do twojej dorosłości, he, he. Sądząc po tym co wyprawiasz, z tymi swoimi pomysłami, i tu wskazał ręką na piwniczkę, mam obawy czy mogę spokojnie cię tu zostawić ? dodał zamykając drzwi od samochodu.
Uff.... zostałam w końcu sama, no nie całkiem sama, bo Baruś był przecież ze mną. Ale on był tak mało absorbujący.
Popijając kawę w zagajniku, przypomniałam sobie o figurkach. Przez to całe zamieszanie z wypadkiem mojego męża, całkiem o nich zapomniałam. Wyciągnęłam skrzynię z werandy i zajrzałam tam ponownie.
Ustawiłam figurki na kamiennym stole i zaczęłam się im dokładnie przyglądać.
Zauważyłam, że wszystkie miały ze sobą coś wspólnego. Każda z nich, u podstawy, miała charakterystyczny wzór. To były uwypuklenia w kształcie kiści winogron. Takie samo wykończenie, miało drewniane serce.
Czyli......? Konstancja tym samym wzorem, jaki był na sercu wykonanym dla jej matki, oznaczała swoje rzeźby. Przerażała mnie postać mężczyzny bez twarzy i jedna z figurek z zaznaczonym garbem na plecach. Reszta z nich, miała normalny wygląd dziewczyny, o długich splecionych w gruby warkocz włosach.
Myślę, że Konstancja, rzeźbiąc kolejne figurki, chciała przynajmniej w taki sposób zapomnieć o swoim kalectwie.
Niezmącona cisza, panująca w leszczynowym zagajniku, sprzyjała moim rozmyślaniom na nurtujące mnie tematy. Zamknęłam oczy i próbowałam wyobrazić sobie, w jaki sposób, córka dowiedziała się o swoim ojcu. Zamknęłam oczy i przeniosłam się myślami w tamte klimaty.
*************************************************************************************************************
- Mamo, najwyższy czas, bym dowiedziała się coś na temat mojego ojca ? powiedziała Konstancja do Antoniny. Nie jestem już małą dziewczynką i chyba powinnam znać całą prawdę, bez względu na to, jaka ona by nie była ? dodała, siadając na kamiennej ławie, obok swojej matki.
Kobieta, odłożyła na stół książkę, którą właśnie czytała, i spojrzała smutnym wzrokiem na swoja córkę.
- To przykre wspomnienia ? powiedziała, usiłują ukryć przed Konstancją napływające do oczu łzy. Ale skoro nalegasz, to posłuchaj.
Kobieta, opowiedziała całą historię, jaką ja już znałam z przekazów Grażyny. Co jakiś czas, robiła przerwę, ocierając haftowaną chusteczką zapłakane oczy. Płakały obie, a i mnie się chyba udzieliło i poczułam jak moje oczy robią się wilgotne, bo nagle uświadomiłam sobie, jak nieszczęśliwa była Antonina, ile przeszła, jak bardzo cierpiała, myśląc, że ukochany o niej zapomniał. Kiedy skończyła, Konstancja przytuliła się do matki i powiedziała.
- Dlaczego dziadkowie tak postąpili? Dlaczego nie zaakceptowali waszego związku, dlaczego? ? zapytała.
- Takie czasy, córeczko, takie czasy ? odpowiedziała matka. Zawiodłam ich, naraziłam na wstyd, ale byłam przecież taka młoda ? dodała głaszcząc Konstancję po dłoni. Mieli prawo tak postąpić, honor był najważniejszy. Szlachciance nie wolno było popełnić mezaliansu, a związek z mężczyzną niewiadomego pochodzenia, był takim właśnie mezaliansem. I jeszcze ta ciąża. Kiedyś miałam wielki żal do swoich rodziców, ale teraz w pełni rozumem ich postępowanie.
- A, czy próbowałaś go odszukać mamo?? Zapytała dziewczyna.
- Wiele razy o tym myślałam, ale tak byłam tobą zajęta, że liczyłam na to, iż on mnie odnajdzie. I odnalazł, ale kiedy pojawił się u moich rodziców, oni skłamali, mówiąc mu, że zmarłam na gruźlicę. Niestety dowiedziałam się o tym od ojca, dopiero wtedy, gdy leżał na łożu śmierci. Wtedy zwrócił mi, listy od mojego ukochanego. Ty byłaś już dużą dziewczynką, a dla niego umarłam, więc postanowiłam zostawić to tak, jak było. Pozostały mi tylko wspomnienia i myśl, że ułożył sobie jakoś życie i jest szczęśliwy.
- Zadecydowałaś za nas dwie mamo ? dziewczyna wydawała się być bardzo wzburzona. Wstydziłaś się swojego kalekiego dziecka! Czy mam rację? Zapytała podniesionym głosem. Jeśli go kochałaś, to powinnaś zrobić wszystko, by go odszukać i przynajmniej wyjaśnić, dlaczego nie odpowiadałaś na jego listy. Ale ty bałaś się jego reakcji, kiedy dowie się, że jego córka jest garbata.
- Mylisz się Konstancjo ? powiedziała Antonina. Przecież minęło wiele lat, zanim dowiedziałam się prawdy. Czy miałam prawo, rujnować mu życie, czy miałam takie prawo? Pomyśl sama i nie osadzaj mnie źle. W tym czasie mógł się ożenić, założyć rodzinę, czy nadal myślisz, że źle zrobiłam? - Zapytała patrząc córce prosto w oczy. Ale Konstancja nie chciała słuchać już słów swojej matki. Zdenerwowana wstała z ławy i potykając się o wystające kamienie, którymi wyłożona była droga do domu, zamknęła za sobą drzwi od werandy, zostawiając zapłakaną matkę.
*****************************************************************************************************************
Czy tak było? Tego nie wiem, ale tak właśnie sobie to wyobraziłam. Być może, było całkiem inaczej. Może Antonina w inny sposób przekazała córce swoją historię, ale tego już nigdy się nie dowiem.
Odstawiłam figurki z powrotem do skrzyni i wróciłam do planów, związanych z weselem moich synów.
Zaplanowałam sobie wyjazd do Krakowa. Chciałam kupić jeszcze parę drobiazgów i odwiedzić studentki, którym wynajmowałam mieszkanie. Bo w miedzy czasie, córka kuzynki, mojej koleżanki, stwierdziła, że czynsz jest za wysoki i za moją zgodą, wprowadziły się tam jeszcze dwie dziewczyny.
Będąc w Krakowie, musiałam wstąpić na Plac Żydowski, gdzie prawie codziennie, można było, poszperać w starociach, które wystawiali kolekcjonerzy na swoich stołach.
Odszukałam mojego znajomego, u którego za niewielkie pieniądze, nabyłam nie jedno cudeńko do mojego dworku.
- Dzień dobry, panie Józiu ? zwróciłam się do starszego pana, który prowadził ożywioną rozmowę z jakąś kobietą.
- O, witam pani Wando ? powiedział, szczerze ucieszony moim widokiem.
- Ma pan coś dla mnie? Zapytałam spoglądając na stół zapełniony różnościami, z każdego okresu.
- Mam tu coś, co pewnie pani się spodoba ? powiedział tajemniczym głosem. Po czym, nachylił się nad swoją przepastną torbą i wyciągnął z niej starą kryształową cukiernicę
Istne cacko. Mosiężna postać kobiety, odziana raczej skromnie, trzymała w rękach kryształową różę. Naprawdę piękna robota.
- No..... panie Józiu, pan to wie czym mnie zachwycić ? powiedziałam. Aż boję się zapytać, ile pan sobie zakrzyczy za to cudeńko? Bo jak dużo, to zapomnijmy ? powiedziałam posyłając mężczyźnie zalotny uśmiech.
- No cóż, jak dla pani to sto złotych, niech będzie moja strata ? powiedział, udając łaskawego. Ale to była tylko taka poza, którą przybierał mój znajomy, za każdym razem, kiedy cos u niego kupowałam. Ja wiedząc, że jestem w jego typie, czyli postawna babka, mam czym oddychać i na czym siedzieć, miałam nad nim przwagę. Gdybym słyszała to z ust innego mężczyzny to, przyjęłabym takie określenia jako obraźliwe, ale w ustach pana Józia, brzmiały tak naturalnie, że mogłam mu na to pozwolić. Zatrzepotałam rzęsami, zrobiłam zmartwioną minę i odstawiając cukiernicę na stół, zwróciłam się do starszego pana.
- Sto zł, to dla mnie za dużo. Może kiedyś ją kupię, jeśli oczywiście nie znajdzie wcześniej nabywcy ? Powiedziałam, wpatrując się w pana Józia, z nadzieją, że zmieni zdanie co do ceny.
- Dobra ? machnął ręką. Niech będzie moja strata. Ostatecznie, sześćdziesiąt złotych i niech ją pani zabiera, zanim się rozmyślę.
Tym sposobem, cukiernica wyładowała w mojej torbie, a pan Józiu nie wyglądał na poszkodowanego, co nieco uspokoiło moje sumienie. Kiedy już miałam odchodzić od stoiska ze starociami, uwagę moją przykuła drewniana rzeźba.
Odłożyłam torbę na ziemię, i wzięłam figurkę do ręki. Był to sporej wielkości ptak, z rozłożonymi szeroko skrzydłami. Z bijącym sercem, dojrzałam znajomy mi motyw. To były kiście winogron, takie same, jak na sercu, wiszącym w naszym salonie i wszystkich figurkach, które znaleźliśmy w piwniczce.
- Panie Józiu, skąd pan to ma? Zapytałam drżącym z przejęcia głosem.
- A co? Interesują panią, takie rzeczy? Zapytał zdziwiony.
- Tak, właśnie jestem w posiadaniu podobnych figurek, z takim motywem ? wyjaśniłam, wskazując wzór na podstawie rzeźby.
- Był tu kiedyś taki starszy mężczyzna i zostawił mi to, w tak zwany komis. Powiedział, że ma jeszcze wiele takich figurek. Ale jak do tej pory, nie udało mi się znaleźć nabywcy ? dodał. Jeśli jest pani zainteresowana, to oddam ją za trzydzieści złotych.
- To ja biorę ? zwróciłam się do znajomego. Ale mam prośbę do pana. Jeżeli zjawi się u pana właściciel tej rzeźby, to proszę mu powiedzieć, że chciałabym się z nim spotkać ? powiedziałam, zapisując swój numer telefonu na kawałku gazety.
- Dobrze pani Wando. Jak tylko się tu pojawi, przekażę mu pani telefon.
Pożegnałam poczciwego Józia i nie zwracając uwagi na godzinę, pojechałam prosto do Lucyny. Pojawił się następny trop, a tylko z nią mogłam o tym porozmawiać.









