A co jeżeli już nauczymy się być sami, ale zapomnimy jak to jest być z kimś?...
Patrz punkt 4.
Jeśli ktoś nie jest pustelnikiem ani nie mieszka na bezludnej wyspie, to chyba niemożliwe ![]()
Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!
Forum Kobiet » SAMOTNOŚĆ » Zanim zdecydujesz sie być z kimś - naucz się BYĆ SAM
Strony Poprzednia 1 … 5 6 7
Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź
A co jeżeli już nauczymy się być sami, ale zapomnimy jak to jest być z kimś?...
Patrz punkt 4.
Jeśli ktoś nie jest pustelnikiem ani nie mieszka na bezludnej wyspie, to chyba niemożliwe ![]()
Podobne tematy
No... Nie jestem pewna.
Jest zdecydowana różnica w byciu towarzyskim i posiadaniu przyjaciół, a w posiadaniu partnera.
Przyjaciele nie maja wpływu na twoje życie czy otoczenie, partner - tak.
Raczej miałam na myślę, że TEGO się nie zapomina... (jak i życia towarzyskiego). Jak umiejętności pływania, jeżdżenia na rowerze, mówienia czy jedzenia w sposób kulturalny.
Życie bez pary to nie uszkodzenie mózgu.
Nie wiem. Mi sie tak nie zdarzylo.
Mialam okresy kiedy bylam sama, sama tez mieszkajac, a jakos nie zdziczalam
Chyba dlatego, ze nie zamykalam sie na cztery spusty, ale bylam otwarta na wszelkie wypady towarzyskie, takze randkowe. I nie, zanim mi ktos napisze, ze to domena mlodych siks, mialam 33 lata. Tak w sumie nie szukalam nikogo, ale tez sie nie odcinalam od facetow. Bez presji zagadywalam, umawialam sie, wiedzac, za jak cos nie teges, to zawsze czeka na mnie moje przytulne mieszkanko ![]()
Wydaje mi sie, ze podstawa jest nieuzaleznianie swojego zycia od opinii innych/ od facetow, ale tez nie jakas pustelnicze zaciecie, ktore odgranicza nas od reszty swiata.
"7 TAJEMNIC szczęśliwych singli
1. Patrzą do wewnątrz. To ważny krok w kierunku poznania siebie. Kiedy jesteśmy w relacji, zazwyczaj skoncentrowani jesteśmy na tym, żeby działała ona w określony sposób a partner spełnił nasze potrzeby i oczekiwania.
Jego osobą pragniemy zaspokoić nasze deficyty psychiczne, oswoić własne lęki. O własnych wewnętrznych przeżyciach dowiadujemy się dopiero gdy jesteśmy sami, kiedy nie projektujemy swoich przeżyć na drugą osobę. Dojrzały psychicznie singiel wykorzystuje czas, kiedy jest sam, na dogłębne poznanie siebie.
Aha, czyli yyy... Partner jest nam niepotrzebny, bo w zasadzie jesteśmy samowystarczalni - sami dla siebie jesteśmy Perpetum Mobile. Tak? Dogłębnie poznając siebie można osiągnąć jakiś stan ducha/ciała, który sprawia, że stwierdzamy "a po co mi ta partnerka/ten partner"? Tak z tego wynika, że skoro kierujemy uczucia "do siebie" to partner jest nam zbędny, niczym balast. Co więcej - obciąża nas, bo nauczyliśmy się żyć sami z sobą dogłębnie się poznając i tym samym wypracowując swoje mechanizmy zwalczania takich myśli jak "znajdź partnera", "ustatkuj się".
2. Postawili na inne ważne dla siebie relacje.
Miłosny związek jest [TYLKO (przypis mój)]jedną z relacji, którą można się cieszyć. Samotność nie musi oznaczać osamotnienia. Są jeszcze przyjaźnie, relacje z dziećmi, rodzeństwem, współpracownikami, sąsiadami. Szczęśliwy singiel wcale nie jest sam.
Zgoda. Samotność (rozumiana jako bycie "bez pary") =/= osamotnienie. Tylko, że wszystko ma swoje granice - pewnych spraw, tematów czy zachowań nie uświadczymy w rodzinie, przyjaźni czy w pracy. Nie mówię, że to nie jest ważne - zawsze coś tam wnosi do życia. Ale to właśnie związek, partnerstwo wnosi to wszystko w jednym. Mamy taki wielopak jednym słowem. Poza tym - przyjaźń czasami gorzej boli niż związek a to dlatego, że jak chce się o to zadbać, pielęgnować to "przyjaciel" najczęściej postawi MUR, GRANICĘ takie, które powodują, iż ta osoba zamiast się rozwinąć w tej przyjaźni - cofa się.
3. Uważają, że bycie samemu nie jest niczym wstydliwym. Nie wiążą z tym swojego poczucia własnej wartości. Mają oni przekonanie, że jest to dla nich ważne doświadczenie, służące ich rozwojowi.
Mówię za siebie w tym momencie. Dla mnie jest to w ogóle nieważne doświadczenie - uczę się, robię kursy bo muszę, bo wiem, że z czegoś chleb jeść muszę i tylko taki rozwój w tym widzę - intelektualny. ŻADEN INNY. A doświadczenie ważne, bo hartuje człowieka. Uczy samotności i oswajania tego w sobie, wyprucia z siebie układu nerwowego, uczuć.
4. Potrafią godzić bycie samemu z towarzyskością. Oni wiedzą, że dla ludzkiej psychiki dobre są zarówno samotne chwile, jak i te spędzone wśród ludzi. Potrafią korzystać i z jednej, i z drugiej opcji.
Najtrudniejsza rzecz w tym wszystkim. Związek zapewnia to wszystko. Przecież nie jest się z kimś 48 godzin na dobę przez 14 dni w tygodniu... A jak się powinien czuć człowiek samotny pośród np. 5-6 par? Ja bym udał, że przyszedł mi SMS i muszę pilnie iść do <wpisać stosowne>. Z kolei spotkania z kumplami, kumpelami itp to jak najbardziej - nawet w związku jest to wskazane i to bardzo.
5. Chcą być samowystarczalni. Potrafią samodzielnie podejmować decyzje i brać za nie pełną odpowiedzialność. Badania wskazują, że ludzie samowystarczalni cieszą się dobrym samopoczuciem, są mniej narażeni na przeżywanie negatywnych emocji. Niezależność wcale nie musi oznaczać braku zainteresowania różnymi perspektywami czy opiniami innych ludzi. To wewnętrzne rozeznanie się w sobie.
Wcześniej to już komentowałem, więc nie ma sensu powtarzać. Takie "wewnętrzne rozeznanie" pozwala właśnie na blokowanie tych emocji i oswajanie z tym wszystkim. "Nauczenie się siebie" pozwala w takim stopniu poznać własne zakamarki, że wiemy gdzie uderzyć, w jaki czuły punkt, żeby "sobie dopiec" oraz jak się uszczęśliwić, dodać sobie otuchy, odwagi, radości. A z racji tego, że chcemy być zawsze szczęśliwi, bo to sprawia, że czujemy się dobrze - to się uszczęśliwiamy (to dobre samopoczucie). Tylko po co nam interesowanie się innymi perspektywami, opiniami innych skoro jesteśmy samowystarczalni? Bez sensu.
6. Mają kontakt ze swoim sercem. Chociaż nie mają partnera, potrafią kochać i zachwycać się światem. Miłość ma dla nich charakter uniwersalny i bezwarunkowy.
Patrz wyżej. Sami sobie dajemy tą miłość, więc wtedy partner to "piąte koło u wozu".
7. Żyją pełnią życia.
Szczęśliwi single nie mają poczucia, że czas im ucieka i że zmniejszają się ich szanse na ułożenie sobie życia we dwójkę. Jest odwrotnie ? oni mają przekonanie, że z wiekiem ich życie staje się ciekawsze i bardziej pełne smaku. Dzieje się tak dlatego, że wysysają je do dna. Często nie mają czasu zastanawiać się nad tym, że są singlem, bo tak bardzo zajęci są życiem
Bo życie sobie układają "pod siebie", przyzwyczajają do tego życia w samotności. To zajęcie życiem właśnie powoduje, że nie w głowie jakieś tam partnerstwa, związki czy inne... Bo się tego nauczyli.
W kontekście tego tekstu - skonkludować by go należało słowami, że "najlepiej żyć samemu, bo się wie z czym ma się do czynienia". Więc po co ludzie łączą się w związki? Po co wychodzą za mąż/żenią się? Pewnie nie dlatego, że wtedy jest łatwiej, że jest do kogo się odezwać, że jest z kim pogadać o wszystkim, że.... Można by tak długo. A recepta na to - samotność.
W jednym z moich ostatnich tematów napisałem, że wybuduję w okół siebie mur i otoczę kokonem samotności. Oczywiście odpowiedź była momentalna i taka, która... No w kontekście w/w tekstu miejsca mieć nie powinna. Człowiek chce oswoić samotność a tu doradzanie typu: nie poddawaj się, jeszcze kogoś znajdziesz itp. Dlaczego? Spójrzcie nawet na liczbę tematów/działów na tym forum. Dział dotyczący samotności jest tylko JEDEN a działów dotyczących życia "w parze" lub dążenia do takiego życia jest co najmniej CZTERY. Z jakiegoś powodu tak jest - samotność o jakiej pisze w tym tekście dobra nie jest. Nigdy.
... Dział dotyczący samotności jest tylko JEDEN a działów dotyczących życia "w parze" lub dążenia do takiego życia jest co najmniej CZTERY. Z jakiegoś powodu tak jest - samotność o jakiej pisze w tym tekście dobra nie jest. Nigdy.
Nigdy nie mów nigdy ![]()
I nie należałoby skonkludować TAK, jak Ty to zrobiłeś. Przeciwnie.
To CO nie jest dobre dla Ciebie, może być dobre dla kogo innego...
Warto by zauważać ODMIENNOŚĆ innych osób NIE oceniając, czy ich tryb życia NIGDY nie jest dobry a przeciwna opcja ZAWSZE dobra.
Ja osób będących w związkach nie oceniam. Byłam, sprawdziłam, mam swoje zdanie. Wokół siebie widzę to co widzę. Życie singla (nie SAMOTNOŚĆ!) to nie jest RECEPTA żadna - to wybór. NIE dobry bądź niedobry - WOLNY wybór
Po prostu życie samemu bądź w parze JEST równoprawne - ani lepsze ani gorsze.
I nie należy osób wybierających inaczej niż my sami uważać za gorszych lub ułomnych, ani ich oczerniać czy nad nimi litować...
Tak jak wszystko inne, OBA stany mają plusy i minusy ![]()
Niemniej warto nauczyć się ŻYĆ zanim wejdzie się w związek i wskutek tej nieumiejętności spaskudzi się jemu, sobie, bądź obojgu egzystencję w parze
BO może DLATEGO (jak sam zauważasz): "działów dotyczących życia "w parze" lub dążenia do takiego życia jest co najmniej CZTERY. Z jakiegoś powodu tak jest" ![]()
Kerty qrde chłopie...
7. Żyją pełnią życia.
Szczęśliwi single nie mają poczucia, że czas im ucieka i że zmniejszają się ich szanse na ułożenie sobie życia we dwójkę. Jest odwrotnie ? oni mają przekonanie, że z wiekiem ich życie staje się ciekawsze i bardziej pełne smaku. Dzieje się tak dlatego, że wysysają je do dna. Często nie mają czasu zastanawiać się nad tym, że są singlem, bo tak bardzo zajęci są życiem
Poszukaj życiowej definicji szczęścia! Ale nie w encyklopediach, leksykonach, słownikach, na kozetkach psychologów a w sobie!!! Sekret się kłania! Sekret Panie Kerty!
Szczęśliwi - Ci prawdziwie - single nie przejmują się ani ucieczką czasu ani byciem z kimś; zwłaszcza na siłę. Nie wysysają życia do cna, a korzystają pełnymi garściami z jego dobrodziejstw, zostawiając coś dla innych. Taka mała a zarazem wielka różnica.
Z tej prostej przyczyny, że wolą/są przygotowani do wejścia w związek - zmienić swoje "zero - jedynkowe" - życie dobrowolnie, zgodnie z sobą samym i nie na siłę. Cenią sobie bycie sobą i tego samego oczekują od partnera jako współtwórcy związku. To się zwie partnerstwo, w przeciwnym wypadku masz dyktaturę/wampira energetycznego i etc.
Bo życie sobie układają "pod siebie", przyzwyczajają do tego życia w samotności. To zajęcie życiem właśnie powoduje, że nie w głowie jakieś tam partnerstwa, związki czy inne... Bo się tego nauczyli.
Tacy ludzie to toksyki i bez względu na to, czy są sami czy w otoczeniu - i tak zdemolują wszystko co popadnie. Są tak samotni, że czasem ich samych przy nich nie ma. A wtedy szukają nowego "mięsa armatniego" nawet do wytworu zwanego ich zdaniem związkiem. Ale wytworu tylko po to, by mieć co demolować i u kogo, bo sami w sobie są pokiereszowani do cna.
Wyjatkiem są zagorzali single, którzy są w swoim jednoosobowym stylu bycia i w takowych przekonaniach utwierdzeni, potrafiąc zarazem szanować odmienność innych.
W kontekście tego tekstu - skonkludować by go należało słowami, że "najlepiej żyć samemu, bo się wie z czym ma się do czynienia". Więc po co ludzie łączą się w związki? Po co wychodzą za mąż/żenią się? Pewnie nie dlatego, że wtedy jest łatwiej, że jest do kogo się odezwać, że jest z kim pogadać o wszystkim, że.... Można by tak długo. A recepta na to - samotność.
Stron medalu zmiany singlowego trybu życia są dwie: albo demolka innych albo partnerstwo, nie dyktatura "pod siebie".
W jednym z moich ostatnich tematów napisałem, że wybuduję w okół siebie mur i otoczę kokonem samotności. Oczywiście odpowiedź była momentalna i taka, która... No w kontekście w/w tekstu miejsca mieć nie powinna. Człowiek chce oswoić samotność a tu doradzanie typu: nie poddawaj się, jeszcze kogoś znajdziesz itp. Dlaczego? Spójrzcie nawet na liczbę tematów/działów na tym forum. Dział dotyczący samotności jest tylko JEDEN a działów dotyczących życia "w parze" lub dążenia do takiego życia jest co najmniej CZTERY. Z jakiegoś powodu tak jest - samotność o jakiej pisze w tym tekście dobra nie jest. Nigdy.
A kochasz na tyle siebie i potrafisz być na tyle sam ze sobą, by nie zwariować?
Czy potrzebujesz mieć obiekt westchnień, kogoś w kim będziesz mógł się przejrzeć i od czasu do czasu - z nadmiaru emocji - worek treningowy dla własnych niedoskonałości?
Z Twoich postów bije i zazdrość i desperacja s(i)łowa - jak nie porównując jeden z klasyfikatorów dołów wczesnoporonnych: "niech mnie ktoś przeleci, bo ocipieję".
Nie tędy droga...
]!!! Sekret się kłania! Sekret Panie Kerty!
Szczęśliwi - Ci prawdziwie - single nie przejmują się ani ucieczką czasu ani byciem z kimś; zwłaszcza na siłę. Nie wysysają życia do cna, a korzystają pełnymi garściami z jego dobrodziejstw, zostawiając coś dla innych. Taka mała a zarazem wielka różnica.
Tu muszę wtrącić, że to nie Kerty wymyślił to "wysysanie" a źródło
może faktycznie nieco niezgrabnie wyszło ale SENS jest właśnie taki jak bags piszesz ![]()
Z tej prostej przyczyny, że wolą/są przygotowani do wejścia w związek - zmienić swoje "zero - jedynkowe" - życie dobrowolnie, zgodnie z sobą samym i nie na siłę. Cenią sobie bycie sobą i tego samego oczekują od partnera jako współtwórcy związku. To się zwie partnerstwo, w przeciwnym wypadku masz dyktaturę/wampira energetycznego i etc.
Bo życie sobie układają "pod siebie", przyzwyczajają do tego życia w samotności. To zajęcie życiem właśnie powoduje, że nie w głowie jakieś tam partnerstwa, związki czy inne... Bo się tego nauczyli.
To WŁAŚNIE jest takie cholernie trudne... żeby w żadną ze skrajności nie popaść. Ktoś to nawet nazwał utopią w wątku "szanuj się kobieto!"
...
Tacy ludzie to toksyki i bez względu na to, czy są sami czy w otoczeniu - i tak zdemolują wszystko co popadnie. Są tak samotni, że czasem ich samych przy nich nie ma. A wtedy szukają nowego "mięsa armatniego" nawet do wytworu zwanego ich zdaniem związkiem. Ale wytworu tylko po to, by mieć co demolować i u kogo, bo sami w sobie są pokiereszowani do cna.
Chwalebnie TAKIE skrajności to tylko nieliczne przypadki...Nazywa się socjopatami?
O "czarnych wdowach" już zapomniano obecnie, ale bywały w owej drugiej opcji TEŻ takie wynaturzenia ![]()
Wyjatkiem są zagorzali single, którzy są w swoim jednoosobowym stylu bycia i w takowych przekonaniach utwierdzeni, potrafiąc zarazem szanować odmienność innych.
Może wystarczy mieć TEGO świadomość i ku temu dążyć? (gdy nasz wybór oscyluje w tym a nie odwrotnym kierunku)?
W kontekście tego tekstu - skonkludować by go należało słowami, że "najlepiej żyć samemu, bo się wie z czym ma się do czynienia". Więc po co ludzie łączą się w związki? Po co wychodzą za mąż/żenią się? Pewnie nie dlatego, że wtedy jest łatwiej, że jest do kogo się odezwać, że jest z kim pogadać o wszystkim, że.... Można by tak długo. A recepta na to - samotność.
Już pisałam. NIE recepta.
A o antropologicznych źródłach zachowań płci warto poczytać. Mężczyźni musieli być lojalni względem swej płci (ze względu na większe możliwości grupy w czasie polowań i wojen) a kobiety już niekoniecznie. Tylko, że powody tych pierwotnych zachowań już zanikły a "piętno" jakby pozostało... (Te niekończące się teksty o stadnym charakterze gatunku
)
W jednym z moich ostatnich tematów napisałem, że wybuduję w okół siebie mur i otoczę kokonem samotności. Oczywiście odpowiedź była momentalna(...) Człowiek chce oswoić samotność a tu doradzanie typu: nie poddawaj się, jeszcze kogoś znajdziesz itp.
Dziwisz się? Każdy patrzy ze swojego "punktu siedzenia"...
Nie napisałeś: "PRAGNĘ oswoić samotność", tylko sprowokowałeś, więc odpowiadający założyli, że wyjesz z TĘSKNOTY za byciem z kimś. Jak WIĘKSZOŚĆ.
"Jak to w stadzie" - nie "wystaje się", RÓWNA do średniego. Jest się (stereo)TYPOWYM, "stadnym" członkiem, problemy ma się (stereo)TYPOWE i rozwiązuje się je (stereo)TYPOWO.
NO to Cię zwyczajnie chcieli pocieszyć. W najprostszy ZNANY sposób i bez zadawania sobie trudu wgłębiania w jakieś głębsze pokłady czy aspekty.
A kochasz na tyle siebie i potrafisz być na tyle sam ze sobą, by nie zwariować?
I TO jest bagsiu NAJWAŻNIEJSZE pytanie we wszystkich kontekstach
ukłon z mojej strony.
Człowiek który w zdrowy sposób sam siebie kocha i szanuje, będzie analogicznie kochał i szanował osobę z którą postanowią spleść swoje losy
NIKOMU od takiego singelstwa nic nie ubędzie. Ot tylko taki etap życia będzie (za nim), z przeszłości, w którym NAUCZYŁ się jak żyć. Bez różnicy - samemu czy w parze, bo bez uszczerbku dla kogokolwiek... ![]()
....
Kerty napisał/a:Bo życie sobie układają "pod siebie", przyzwyczajają do tego życia w samotności. To zajęcie życiem właśnie powoduje, że nie w głowie jakieś tam partnerstwa, związki czy inne... Bo się tego nauczyli.
To WŁAŚNIE jest takie cholernie trudne... żeby w żadną ze skrajności nie popaść. Ktoś to nawet nazwał utopią w wątku "szanuj się kobieto!".
...
Ano nazwał.
Wszelkie stany idealne są w praktyce nieosiągalne.
Co nie znaczy, że nie należy próbować.
To nie jest tak Kerty, ze zycie single jest jakims idealem. Wlasciwie niewielka liczba osob naprawde chce zyc sama, w zupelnej harmonii ze soba, cale zycie, bez jakiegokolwiek wzdychania do drugiej polowki. Ale tacy ludzie istnieja, tylko nie nalezy ich mylic z toksycznymi wykrzyw- mordkami, ktorzy z roznych powodow sa sami, dusza sie w tym, ale nie sa zdatni do zadnego zwiazku.
Zdrowa mentalnie osoba, generalnie, nie ma problemu z byciem sama (nie samotna!), bo sie najzwyczajniej w swiecie lubi, co nie znaczy, ze nie jest gotowa zaprosic kogos nowego do swojego zycia.
...
Wszelkie stany idealne są w praktyce nieosiągalne.
Co nie znaczy , że nie należy próbować.
...
Zdrowa mentalnie osoba, generalnie, nie ma problemu z byciem sama (nie samotna!), bo sie najzwyczajniej w swiecie lubi, co nie znaczy, ze nie jest gotowa zaprosic kogos nowego do swojego zycia.
Ślicznie WAM razem wyszło to podsumowanie
dziękuję
Bo fakt, że są takie osoby (i pragną tylko tego by dano im wreszcie spokój oraz nie próbowano "nawracać" ich na "stadne", a im obrzydłe zwyczaje) nie znaczy (również), ŻE stan taki jest wieczny i permanentny. Ponoć TYLKO krowa na łące się nie zmienia...
A życie człowieka to jakiś ciąg wydarzeń, spotkań, potrzeb i pragnień... i one i dana osoba mogą się zmienić (nie jest ów wszak tępym betonem
)
ALE milej i łatwiej jest żyć i znosić wyzwania tegoż życia z jakimś spokojem wewnętrznym i akceptacją własnej egzystencji. Cóż bowiem daje nieefektywne walenie głową w mur? Siniaki i ewentualne wstrząśnienie tego co w puszce mózgowej znajdować się powinno
może stąd i moje dążenie do ZRÓWNOWAŻENIA
czyli utopii. Myślę, że każdy ma taka "utopię", jaką sam sobie sprawi
Do jakiś celów w życiu trzeba dążyć. Ja mogę (zamiast do "i żyli długo i szczęśliwie") do tej utopii. Ona jakoś bardziej mi się podoba ![]()
Mnie psycholożka namawiała do szukania sobie nowego partnera, jak jeszcze nie byłam rozwiedziona. Znajoma, też z zawodu jest psychologiem, gdy zapytałam się jej, dlaczego nie mogę być sama, odpowiedziała, że rozmowy z ludźmi, bycie wśród nich, pomaga dojrzeć, ale dodała, że nie musi to być partner, ale znajomi, rodzina, przyjaciele...
Kolejna sprawa jest też taka, że ja nie szukam teraz męża na siłę. A przecież nie wezmę pierwszego lepszego z ulicy, który się napatoczy, tylko po to by być w związku i zaspokoić ŚWIAT, a nie siebie.
Męczy mnie czasami to, że otoczenie ma takie parcie na bycie z kimś. Męczy mnie, bo nie zawsze jest łatwo być samej, zwłaszcza gdy ludzie starają się mi na siłę dopiec, tak jakbym wyrządzała komuś krzywdę tym, że jestem sama.
Anstawia, ignoruj ludzi. Liczy sie to co dla Ciebie w danym momencie jest dobre. Znam ludzi, ktorzy jechali na miesieczne cwiczenia Sw Ignacego (zero gadania, tylko modlitwa) i jakos sie lepiej w zyciu odnalezli. Nie ma jednej recepty na zycie. Za to parcie na cos wbrew wlasnym uczuciom jest zwykle porazka.
...Męczy mnie czasami to, że otoczenie ma takie parcie na bycie z kimś. Męczy mnie, bo nie zawsze jest łatwo być samej, zwłaszcza gdy ludzie starają się mi na siłę dopiec, tak jakbym wyrządzała komuś krzywdę tym, że jestem sama.
Widocznie starasz się być milsza bardziej niż to komukolwiek służy.
Anstawia napisał/a:...Męczy mnie czasami to, że otoczenie ma takie parcie na bycie z kimś. Męczy mnie, bo nie zawsze jest łatwo być samej, zwłaszcza gdy ludzie starają się mi na siłę dopiec, tak jakbym wyrządzała komuś krzywdę tym, że jestem sama.
Widocznie starasz się być milsza bardziej niż to komukolwiek służy.
Hola, hola - nie SZUKAJ winy w autorce powyższych słów - to STADO narzuca "kolejność dziobania", osławiona "lepszość" grupy niż "pojedyńczość" ![]()
Dawno wymyślono "homo homini lupus" - ale na ogół ignoruje się tę stronę medalu (pod niebiosa wychwalając wyższość życia stadnego
)
MNIE TEŻ męczy to bezmyślne parcie... to dążenie do zunifikowania wszystkich w czambuł, uśrednienie - "niech nikt nie śmie wystawać ponad tłum" bo inaczej jest postrzegany jako upośledzony albo dziwadło-mutant. No BO jakże można czuć się dobrze samemu z sobą! TO NIEDOPUSZCZALNE... jeszcze by trzeba zacząć myśleć... (dlaczego np.)
Nie szukam winnych.
Fukam, gdy kury dziobią za blisko.
Gdybym tego nie robił, zadziobały by moje myśli.
A jak która kura nie zrozumie na czas, to i pazurki wystawiam.
Nie będą mi kury deptać po ogonku. ![]()
Anstawia też fuknąć może. ![]()
...
Fukam, gdy kury dziobią za blisko.
Gdybym tego nie robił, zadziobały by moje myśli.A jak która kura nie zrozumie na czas, to i pazurki wystawiam.
Nie będą mi kury deptać po ogonku.
WSZYSCY słyszeli?
Tak właśnie: żyję jak chcę I NIKOMU NIC DO TEGO (póki nie wchodzę komuś w "szkodę") ![]()
POPIERAM
Ps. Tak mi się spodobały słowa Snake'a w innym wątku, że postanowiłam wkleić je tu "ku pamięci":
"Nie mam presji należeć do jakiejś większości w myśleniu. Większość Niemców wybrała NSDAP i Adolfa Hitlera do rządzenia w 1933r.
Pewien gość zrobił takie badania na temat inteligencji grupowej i doszedł do wniosku, że im większa grupa tym mniejszy jej iloraz... Co należało udowodnić, bo nie od dziś wiadomo, że masy są głupie z natury i podatne na manipulacje. Sztuka rządzenia zaś od wieków polega na stosowaniu tej manipulacji w praktyce".
Tyle w kwestii tego, że "WSZYSCY" i za wszelką cenę MUUUUUUUszą żyć w związkach
tudzież "stadalnego" charakteru naszego gatunku
FAJNE (aczkolwiek chyba nieco obraźliwe?)
Cytat z blogu Malinowa tv
"Kiedy Cię poznałem, byłaś inna
Niektórym kobietom związek nie służy. No naprawdę nie służy. Im mocniej przywiązują się, tym bardziej się zmieniają ? zwykle w ?marudy? albo ?biedactwa?. W wyniku czego mężczyzna ostatecznie czuje się oszukany.
I nie chodzi mi o to, że po ślubie trochę im się przytyło albo zrzuciły szpilki na rzecz kapci, które przecież też mogą być seksi. Ani nawet nie chodzi o osłabienie wzajemnego zainteresowania, wynikające z codzienności, z przyzwyczajenia czy zaniedbania.
Mam na myśli zmianę, jaka zachodzi w parze, w układzie sił między dwojgiem. Niepokoi mnie fakt, że niektóre kobiety wchodząc w relację, pozwalają otoczyć się opieką, automatycznie stają się ?miękkie? i jakby bezwładne. Podporządkowują się, rozpływają, zatracają siebie. Na własne życzenie.
Pewnie myślisz sobie, że przecież to nic złego przyzwolić na spokojny, przyjemny stan i trwać w nim. Jednak niestety gdzieś w tej błogości dziewczyny zaprzepaszczają swoją indywidualność, gubią spontaniczność, a nawet samodzielność ? cechy, które zachwyciły partnera. I które zresztą kobiety same w sobie też lubią i cenią. A wraz z tymi cechami znika przyjemne napięcie, takie codzienne, życiowe napięcie między nim a nią.
Zaczyna się związkowy letarg. ?Przyczyną konfliktów małżeńskich jest nie tylko niedostatek, lecz również i luksus? (Miroslav Plzák). Kiedy jest źle, wszystko psuje się, ale kiedy jest dobrze albo ?sennie?, to też nie najlepiej.
Typ osobowości ?uwiązanej?
Upatruję przyczyn tego zjawiska w czynnikach osobowościowych. Taka kobieta wiąże się, zatracając swoją tożsamość.
Kiedy jest zdana na siebie, funkcjonuje w porządku, wręcz rewelacyjnie. Kiedy wchodzi w związek, zaczyna zachowywać się jak dziecko, które wyrusza eksplorować otoczenie, ale co chwilę musi spojrzeć na mamę, aby upewnić się, czy dobrze robi.
Chłonie otoczenie przefiltrowane przez partnera. Pyta go o zdanie za każdym razem, kiedy musi podjąć decyzję. Szuka opieki, wsparcia, czasem zwolnienia z odpowiedzialności. Nie potrafi patrzeć na świat własnymi oczami. Oglądając film, kupując buty, zawsze będzie się zastanawiać, czy spodobają się partnerowi.
Kiedy w trakcie trwania związku, mężczyzna oddala się, strasznie cierpi, nie może normalnie pracować, skupić się. Bez niego się nudzi. Bez niego nie lubi wychodzić. Jest bardzo lojalna i oddana.
Co zrobić, aby być taką jak dawniej?
?Przede wszystkim uczyć się wychodzenia z ?uwiązania?. Czasem to temat na całą terapię.
?Jest też druga możliwość ? nie wchodzić w związek. Może kogoś to zdziwi, ale to całkiem często stosowane rozwiązanie. Widzę wśród kobiet aktywnych, artystek czy bizneswoman wiele takich, które zdążyły przez lata zorientować się, że wszystko wychodzi im lepiej, jeśli nie są związane. Nie wiem, czy to na dłuższą metę skuteczne rozwiązanie, ale doraźnie zwykle funkcjonuje i sprawdza się.
Owe kobiety zorientowały się, że kiedy szczerze angażują się w relację, natychmiast tracą swoją siłę. Czują, że za chwilę znowu uwikłają się, zatracą granicę, osłabną. A w ich profesjach, zawodach, działalnościach nie mogą i nie chcą sobie na to pozwolić.
Mówią: ?facet nie jest mi potrzebny?, ?z mężczyznami są same kłopoty?. Tymczasem problem nie leży w nim, lecz w samym sposobie bycia z nim. A dokładniej w braku umiejętności oddzielenia, oderwania się od niego. Zwyczajnie, nie potrafią być na równi. Stapiają się. Te silne kobiety, wchodząc w związek, tracą pazur, moc, swoją ?przedzwiązkową? energię.
Taki typ.
Kobieta zmienną jest. I to jak!
?Przed nawiązaniem bliższej relacji
On poznaje ją jako super fajną kobietkę ? energiczna, samodzielna, dziarska dziewczyna. Kiedy jest sama (nie jest związana), radzi sobie świetnie, chociaż zwykle marzy, aby wejść w relację. No i czasem wchodzi?
?W trakcie związku
Zbliżają się, poznają, a ona z dnia na dzień traci swoją dotychczasową ?moc?, łagodnieje, oddaje się pod opiekę. Przekazuje części swojej decyzyjności, samodzielności drugiej osobie. Kiedy jest sama wie, że ma ogarniać swoje życie i robi to. Rewelacyjnie jej to wychodzi. Kiedy poznaje mężczyznę i wchodzi z nim w głębszą relację, każde zdanie jest już na starcie inaczej rozpatrywane, każde zachowanie w inny sposób podejmowane (np. Trzeba zrobić zakupy. Nie jedzie do marketu, ale odkłada to na wieczór, na weekend, na później ? pojadą razem; Wsiadają do auta ? od dziesięciu lat prowadzi i świetnie jej to idzie, teraz skoro jest z mężczyzną, to wiadomo, kto siada za kółkiem; Kiedyś miała swoje zdanie. Dzisiaj co chwilę prosi go o radę. Ale też ma oczekiwania. Choć zwykle łatwe do przewidzenia).
?Po rozstaniu
Dawna, cudowna dziewczyna nie znika na zawsze. Nie znika bezpowrotnie. Kiedy tylko dochodzi do rozstania, początkowo bardzo cierpi, wali jej się świat, ale po pewnym przejściowym okresie mniejszego lub większego obniżenia nastroju, w zależności od okoliczności zerwania kontaktu, zaczyna ?żyć na nowo?. Otrzepuje się z letargu, włącza guzik ?działanie? i staje się znowu superwoman. Założę się, że jej partner byłby zauroczony niemniej niż dawniej, w końcu taką ją uwielbiał, w takiej się zakochał.
Ale to niczego nie zmienia. Gdyby do siebie wrócili, prawdopodobnie znowu stałaby się uległa. Ona po prostu musi być sama, zdana na siebie, aby osiągnęła ponownie autonomię.
Co robić? Jak odzyskać dawną moc?
Wracając do początku, ?uwiązanym? kobietom związek nie służy. Podobnie jest zresztą z ?uwiązanymi? emocjonalnie mężczyznami. A szkoda, bo przedzwiązkowe cechy i energia, w połączeniu ze świetną relacją, mogłyby zapewnić fajerwerki na lata. No cóż? pozostaje albo podjąć terapię albo unikać wiązania się i pozwalać sobie tylko na płytkie, chwilowe relacje, o czym też już wspominałam.
Jednak, jeśli to nie jest nasilony zestaw cech i zachowań, wynikających z osobowości, i jeśli jesteś jeszcze w stanie świadomie nad sytuacją zapanować, zapanuj.
I nie chodzi mi o to, aby na pokaz odróżniać się, na przekór trzymać swoją stronę, usilnie szukać dystansu i upierać się przy swoim zdaniu, pokazując ?niezależność?. Przede wszystkim trzeba zrozumieć, że nie tylko bliskość zbliża. Szkoda, że nie zawsze udaje się zawczasu pojąć to i wdrożyć siłą własnej woli. Czasem potrzebna jest pomoc z zewnątrz.
Jakież to zdradliwe i podstępne, że w stanie zakochania, chcąc się dotrzeć, dopasować, stapiamy się i tracimy coś, co jest jednym z największych filarów związku ? odrębność. Super pociągającą odrębność."
To by dużo wyjasnialo.Przynajmniej jak dla mnie.Człowiek uczy się przez cale życie.
Mam sporo zajęć własnych.
Gdy się nawinie naiwna, będę zmuszony nieco inaczej dysponowac czasem.
Jednak najbardziej boje się kury domowej, co nie ma żadnych pasji.
Ja nie chcę by moja kobieta gotowała, sprzątała, prała, prasowała etc.
Nie potrzebuję tego.
Jest to niepożądane, bo zakłóci mi rozmaite rozrywkowe konstrukcje.
Wystarczy, by była obok i robiła swoje.
Moja ex potrafiła zrobić większy bałagan w chacie niż mój bałagan jest.
Czasem ciężko było się do kuchni dostać, bo panna umyśliła coś rzeźbić.
To było fajne.
Tak czytam sobie - dziewczyna pisze, że była złą żoną, bo nie gotowała i nie prasowąła i coś tam jeszcze nie.
Skąd takie bzdury wam się w głowach lęgną?
Co to w ogóle za pomysł, by tracić czas na _codzienne_ bełtanie w garach?
Ja nie wiem jakie szmatki wymagają prasowania. Mam dwa żelazka, ale używam ich zupełnie niezgodnie z przeznaczeniem. Kto wyjaśni przygłupowi do czego należy?
W chacie nie ma kurzu - zostaje wyfiltrowany, a okien praktycznie nie otwieram. Znacznie mniej roboty i much.
Tylko futro z futrzaka się uwidacznia na płaskich powierzchniach.
Po co sobie życie utrudniać - są ciekawsze zajęcia.
Widać mnie przywieźli nie z Marsa czy z Wenus, lecz z Alfa Centauri.
Kiszka - daleko do domu. ![]()
...
Niektórym kobietom związek nie służy. No naprawdę nie służy. Im mocniej przywiązują się, tym bardziej się zmieniają ? zwykle w ?marudy? albo ?biedactwa?. W wyniku czego mężczyzna ostatecznie czuje się oszukany.
(...)
Zaczyna się związkowy letarg. ?Przyczyną konfliktów małżeńskich jest nie tylko niedostatek, lecz również i luksus? (Miroslav Plzák). Kiedy jest źle, wszystko psuje się, ale kiedy jest dobrze albo ?sennie?, to też nie najlepiej.
(...)
Wracając do początku, ?uwiązanym? kobietom związek nie służy. Podobnie jest zresztą z ?uwiązanymi? emocjonalnie mężczyznami. A szkoda, bo przedzwiązkowe cechy i energia, w połączeniu ze świetną relacją, mogłyby zapewnić fajerwerki na lata. No cóż? pozostaje albo podjąć terapię albo unikać wiązania się...
(...)Przede wszystkim trzeba zrozumieć, że nie tylko bliskość zbliża. Szkoda, że nie zawsze udaje się zawczasu pojąć to i wdrożyć siłą własnej woli. Czasem potrzebna jest pomoc z zewnątrz.
(...)
Co zrobić, aby być taką jak dawniej?
?Przede wszystkim uczyć się wychodzenia z ?uwiązania?. Czasem to temat na całą terapię.
?Jest też druga możliwość ? nie wchodzić w związek. Może kogoś to zdziwi, ale to całkiem często stosowane rozwiązanie. Widzę wśród kobiet aktywnych, artystek czy bizneswoman wiele takich, które zdążyły przez lata zorientować się, że wszystko wychodzi im lepiej, jeśli nie są związane. Nie wiem, czy to na dłuższą metę skuteczne rozwiązanie, ale doraźnie zwykle funkcjonuje i sprawdza się.
(...)
Jakież to zdradliwe i podstępne, że w stanie zakochania, chcąc się dotrzeć, dopasować, stapiamy się i tracimy coś, co jest jednym z największych filarów związku ? odrębność. Super pociągającą odrębność."
Znaczy mam się uważać za "artystkę"? Serio
? Ale ja już raczej niczego nie stworzę...
Bardzo Ci dziękuję za TEN tekst. Tak czy owak, mogę z czystym sumieniem powiedzieć: "taki MÓJ wybór" i TAK mi dobrze. Myślę, że NIE MNIE JEDNEJ.
Terapii podejmuje się TEN, któremu z własnym stanem ŹLE
- jeśli ma rozum... oraz chęć do zmiany. (inaczej TYLKO siedzi, labidzi i INNYM ŚWIAT OBRZYDZA)
...
Jednak najbardziej boje się kury domowej, co nie ma żadnych pasji.
Ja nie chcę by moja kobieta gotowała, sprzątała, prała, prasowała etc.
Nie potrzebuję tego.
Jest to niepożądane (...) Wystarczy, by była obok i robiła swoje.
No myślę... jakbyś chciał powyższe to byś ogłosił ranking na GOSPOSIĘ... "pół światu tego kwiatu" ![]()
Widać mnie przywieźli nie z Marsa czy z Wenus, lecz z Alfa Centauri.
Kiszka - daleko do domu.
Albo jesteś przybyszem z przyszłości i gubisz się nieco w mrokach tutejszego zacofania ![]()
Dziękuję Wam obojgu za cenne wypowiedzi. Rzucają światło z różnych "punktów siedzenia"
Zawsze warto rozszerzać swoje horyzonty. I dzięki Wam to się udaje ![]()
Wracając do początku, ?uwiązanym? kobietom związek nie służy. Podobnie jest zresztą z ?uwiązanymi? emocjonalnie mężczyznami. A szkoda, bo przedzwiązkowe cechy i energia, w połączeniu ze świetną relacją, mogłyby zapewnić fajerwerki na lata. No cóż? pozostaje albo podjąć terapię albo unikać wiązania się i pozwalać sobie tylko na płytkie, chwilowe relacje, o czym też już wspominałam.
Jednak, jeśli to nie jest nasilony zestaw cech i zachowań, wynikających z osobowości, i jeśli jesteś jeszcze w stanie świadomie nad sytuacją zapanować, zapanuj.
Sama świadomość tego problemu to już dużo.Inaczaj w następnych relacjach schemat ten ma ogromną szansę się powtórzyć. Jednym słowem do dzieła, czas na zmiany.
I nie chodzi mi o to, aby na pokaz odróżniać się, na przekór trzymać swoją stronę, usilnie szukać dystansu i upierać się przy swoim zdaniu, pokazując ?niezależność?. Przede wszystkim trzeba zrozumieć, że nie tylko bliskość zbliża. Szkoda, że nie zawsze udaje się zawczasu pojąć to i wdrożyć siłą własnej woli.
I wtedy związek się wali.Pozostaje nadzieja, ze kiedyś może być inaczej, lepiej.
W chacie nie ma kurzu - zostaje wyfiltrowany, a okien praktycznie nie otwieram.
Jak to możliwe? U mnie kurzy się cały czas.Oszalec można.
Jestem na ukończeniu Kursu "Zanim zdecydujesz sie być z kimś - naucz się BYĆ SAM" - tzn. mojego prywatnego ![]()
"Kiedy Cię poznałem, byłaś inna
I vice versa... zaczyna się ![]()
Niektórym kobietom związek nie służy. No naprawdę nie służy. Im mocniej przywiązują się, tym bardziej się zmieniają ? zwykle w ?marudy? albo ?biedactwa?. W wyniku czego mężczyzna ostatecznie czuje się oszukany.
j/w.
I nie chodzi mi o to, że po ślubie trochę im się przytyło albo zrzuciły szpilki na rzecz kapci, które przecież też mogą być seksi. Ani nawet nie chodzi o osłabienie wzajemnego zainteresowania, wynikające z codzienności, z przyzwyczajenia czy zaniedbania.
A facet odrzucił pilota od tv i browarek pozostawił na sklepowej/marketowej półce... ![]()
Mam na myśli zmianę, jaka zachodzi w parze, w układzie sił między dwojgiem. Niepokoi mnie fakt, że niektóre kobiety wchodząc w relację, pozwalają otoczyć się opieką, automatycznie stają się ?miękkie? i jakby bezwładne. Podporządkowują się, rozpływają, zatracają siebie. Na własne życzenie.
A facet to nie? Co? ![]()
Potrzebują energii, zastrzyku emocji "na sępa" z partnera. Inaczej nie są sobą. Są tak samotni, że nawet Ich przy Nich nie ma. ![]()
Wracając do początku, ?uwiązanym? kobietom związek nie służy. Podobnie jest zresztą z ?uwiązanymi? emocjonalnie mężczyznami. A szkoda, bo przedzwiązkowe cechy i energia, w połączeniu ze świetną relacją, mogłyby zapewnić fajerwerki na lata. No cóż? pozostaje albo podjąć terapię albo unikać wiązania się i pozwalać sobie tylko na płytkie, chwilowe relacje, o czym też już wspominałam.
Tu problem leży raczej głębiej niż w cechach i energiach potocznego przedzwiązkowego singielstwa. (Nie)odciętą pępowinę podłączają do partnera lub terapii, szukając w tej ostatniej "desce ratunku" pierwotnego punktu zaczepienia.
Ciężko jest samemu wypłynąć w rejs w towarzystwie partnera, będąc uwiązanym do portu jak do matczynej bazy.
Jeśli w tej ostatniej nie doszło do "drastycznych" cięć, tak poprzez "uwiązanie" się z partnerem szukają w nim tej namiastki dawnego, "zespolonego" siebie.
Mam sporo zajęć własnych.
Gdy się nawinie naiwna, będę zmuszony nieco inaczej dysponowac czasem.
Jednak najbardziej boje się kury domowej, co nie ma żadnych pasji.
Ja nie chcę by moja kobieta gotowała, sprzątała, prała, prasowała etc.
Nie potrzebuję tego.
Jest to niepożądane, bo zakłóci mi rozmaite rozrywkowe konstrukcje.
Wystarczy, by była obok i robiła swoje.Moja ex potrafiła zrobić większy bałagan w chacie niż mój bałagan jest.
Czasem ciężko było się do kuchni dostać, bo panna umyśliła coś rzeźbić.
To było fajne.Tak czytam sobie - dziewczyna pisze, że była złą żoną, bo nie gotowała i nie prasowąła i coś tam jeszcze nie.
Skąd takie bzdury wam się w głowach lęgną?
Co to w ogóle za pomysł, by tracić czas na _codzienne_ bełtanie w garach?Ja nie wiem jakie szmatki wymagają prasowania. Mam dwa żelazka, ale używam ich zupełnie niezgodnie z przeznaczeniem. Kto wyjaśni przygłupowi do czego należy?
W chacie nie ma kurzu - zostaje wyfiltrowany, a okien praktycznie nie otwieram. Znacznie mniej roboty i much.
Tylko futro z futrzaka się uwidacznia na płaskich powierzchniach.
Po co sobie życie utrudniać - są ciekawsze zajęcia.Widać mnie przywieźli nie z Marsa czy z Wenus, lecz z Alfa Centauri.
Kiszka - daleko do domu.
Amen. ![]()
Anstawia napisał/a:Mam na myśli zmianę, jaka zachodzi w parze, w układzie sił między dwojgiem. Niepokoi mnie fakt, że niektóre kobiety wchodząc w relację, pozwalają otoczyć się opieką, automatycznie stają się ?miękkie? i jakby bezwładne. Podporządkowują się, rozpływają, zatracają siebie. Na własne życzenie.
A facet to nie? Co?
Potrzebują energii, zastrzyku emocji "na sępa" z partnera. Inaczej nie są sobą. Są tak samotni, że nawet Ich przy Nich nie ma.Anstawia napisał/a:Wracając do początku, ?uwiązanym? kobietom związek nie służy. Podobnie jest zresztą z ?uwiązanymi? emocjonalnie mężczyznami. A szkoda, bo przedzwiązkowe cechy i energia, w połączeniu ze świetną relacją, mogłyby zapewnić fajerwerki na lata. No cóż? pozostaje albo podjąć terapię albo unikać wiązania się i pozwalać sobie tylko na płytkie, chwilowe relacje, o czym też już wspominałam.
Tu problem leży raczej głębiej niż w cechach i energiach potocznego przedzwiązkowego singielstwa. (Nie)odciętą pępowinę podłączają do partnera lub terapii, szukając w tej ostatniej "desce ratunku" pierwotnego punktu zaczepienia.
???
A to samo, lecz BARDZIEJ zrozumiałymi słowami?
Jaką/którą nieodciętą pępowinę? Bo nie każdy jest maminsynkiem czy mamusiową córeczką a PROBLEM kwitnie i tak.
bags napisał/a:Anstawia napisał/a:Mam na myśli zmianę, jaka zachodzi w parze, w układzie sił między dwojgiem. Niepokoi mnie fakt, że niektóre kobiety wchodząc w relację, pozwalają otoczyć się opieką, automatycznie stają się ?miękkie? i jakby bezwładne. Podporządkowują się, rozpływają, zatracają siebie. Na własne życzenie.
A facet to nie? Co?
Potrzebują energii, zastrzyku emocji "na sępa" z partnera. Inaczej nie są sobą. Są tak samotni, że nawet Ich przy Nich nie ma.Anstawia napisał/a:Wracając do początku, ?uwiązanym? kobietom związek nie służy. Podobnie jest zresztą z ?uwiązanymi? emocjonalnie mężczyznami. A szkoda, bo przedzwiązkowe cechy i energia, w połączeniu ze świetną relacją, mogłyby zapewnić fajerwerki na lata. No cóż? pozostaje albo podjąć terapię albo unikać wiązania się i pozwalać sobie tylko na płytkie, chwilowe relacje, o czym też już wspominałam.
Tu problem leży raczej głębiej niż w cechach i energiach potocznego przedzwiązkowego singielstwa. (Nie)odciętą pępowinę podłączają do partnera lub terapii, szukając w tej ostatniej "desce ratunku" pierwotnego punktu zaczepienia.
???
A to samo, lecz BARDZIEJ zrozumiałymi słowami?
Jaką/którą nieodciętą pępowinę? Bo nie każdy jest maminsynkiem czy mamusiową córeczką a PROBLEM kwitnie i tak.
Chłopy niewieścieją a babeczki dziadzieją
A gdzie ich pierwotna odwaga, moc, pazur? W Red Bull'u???
Problem jest u obu płci praktycznie identyczny i z reguły generalizacja jest ukierunkowana na kobiety - tak jak tu w oryginale tekstu - albo na facetów, wróć mężczyzn. ![]()
Tu nie musi być koniecznie syndrom pępowiny, tu też wchodzi w grę system powielenia schematu relacji matka-ojciec i przełożenia tego na własną relację, bo inaczej samemu "nie potrafię" funkcjonować w związku.
...Jak to możliwe? U mnie kurzy się cały czas.Oszalec można.
Wentylacja mechaniczna z dwustopniową filtracją i regulacją wydajności + klima (potrzebna tylko w upały).
Konstrukcyjnie proste rozwiazanie. Sprawdza się niemal od 10 lat.
...Problem jest u obu płci praktycznie identyczny (...)
Tu nie musi być koniecznie syndrom pępowiny, tu też wchodzi w grę system powielenia schematu relacji matka-ojciec i przełożenia tego na własną relację, bo inaczej samemu "nie potrafię" funkcjonować w związku.
Ha!
I otóż TO... znaczy JEDNAK: primo - świadomość, że dotąd obowiązujące "wzorce" takie bardziej do kitu i powielać ich nie warto, a secundo (właśnie) NAUKA nowych, bardziej korzystnych, zadowalających dla obojga zachowań i postaw?
CNU
Anhedonio - zauważ jak wielkie bariery stoją przed malutkim człowieczkiem.
Najpierw kolosalny wysiłek, by uzyskać świadomość.
Niektórym się nawet udaje, lecz nie wystarczy już mocy na wypracowanie projektu zmian.
Część z nich nawet znając drogę prowadzącą do pozytywnych zmian, nie ma mocy na jej realizację.
Wykonanie obu punktów udaje się tylko nielicznym.
W każdym punkcie tej drogi kusi łatwizna przełączenia w tryb narzekająco-roszczeniowy i zrzucenia odpowiedzialności na "okoliczności" zewnętrzne.
A braliście pod uwagę odwrotną sytuację ? Facet nie uniezależnił się w porę od rodziców i teraz, gdy matka nie pracuje, a ojciec popadł w zdziecinnienie nie może odciąć pępowiny która niespodziewanie odwróciła swój przepływ. Nie założy nowej rodziny bo gdy zostawi teraz starą to ona skończy pod mostem :] Spotkałem się z opiniami nt. Niemców, że u nich dzieci właśnie czasami postępują w taki sposób, potrafią całkowicie odciąć się od rodziców, lub nawet na siłę posłać ich do domu starców żeby tylko mieć z nimi spokój, z tym że np. dla mnie to jest bezduszne i podłe.
Niemcy nie różnią się od nas niczym szczególnym.
Może Ci wydać to bezduszne i podłe, ale nie poświęcę własnego życia zmieniając się w opiekunkę 24/7.
Istnieje granica, której nie przekroczę.
Nie wiem gdzie ona jest, bo sytuacja mnie w obecnej chwili nie dotyczy.
>N4VV
Tak, w sumie masz rację, ale ja chciałbym zwrócić uwagę że nie można popadać ze skrajności w skrajność. Spójrzmy na pozytywne aspekty takiej sytuacji, na pewno taka opieka uczy odpowiedzialności za drugą osobę, zaradności i empatii, ofiarności a nie jak teraz się powszechnie lansuje samolubstwa karierowicza który koniecznie musi do czegoś dojść w życiu, nawet po trupach. Trzeba też oczywiście umieć znaleźć czas by przeżyć swoje własne życie. W tej przedstawionej sytuacji fajnie gdyby istniała możliwość połączenia obu światów, ewentualny partner życiowy powinien wspierać oczywiście w równym stopniu jak być wspieranym.
W dzisiejszym świecie lansuje się mocno niezależność jak nie singla to pary. Wyprowadzanie się na swoje itp. Może mi się wydaje ale dawniej rodziny były jakoś bardziej zżyte pokoleniowo, nie rozumiem dlaczego teraz miałoby być to złe :] Czy sukces zawodowy i finansowy jest więcej wart niż szczęśliwe życie rodzinne ? Szczególnie mnie to zastanowiło po przeczytaniu kilku wpisów na forum gdzie osoby piszą że mimo udanego związku, dobrego męża czują się samotne.
"Dojść do czegoś w życiu" - dla mnie pusty i nadużywany slogan, którego znaczenie jest mętne.
Może dlatego, że nie mam potrzeby dochodzenia do czegokolwiek.
Można sobie ten brak potrzeby zinterpretowac dwojako:
- jestem minimalistą bez ambicji
- już doszedłem do tego co istotne
Jak komu wygodnie.
Anhedonio - zauważ jak wielkie bariery stoją przed malutkim człowieczkiem.
Najpierw kolosalny wysiłek, by uzyskać świadomość.
Niektórym się nawet udaje, lecz nie wystarczy już mocy na wypracowanie projektu zmian.
Część z nich nawet znając drogę prowadzącą do pozytywnych zmian, nie ma mocy na jej realizację.
Wykonanie obu punktów udaje się tylko nielicznym.W każdym punkcie tej drogi kusi łatwizna przełączenia w tryb narzekająco-roszczeniowy i zrzucenia odpowiedzialności na "okoliczności" zewnętrzne.
Tu nie chodzi o to,ze ktoś kto doszedł do pewnych wniosków,cos sobie uświadomił, nie ma mocy by pewne rzeczy zrealizować. Tylko o to,ze jeśli człowiek osiągnął pewien punkt to nagle się okazuje,ze właściwie to wszystko (ok,może znacząca większość)tak naprawdę zależy od niego samego.Podejmując dana decyzje, nie będzie można juz powiedzieć ,ze nie udało mi się,bo wszyscy są źli,bo PAN x jest przeciwko mnie,bo w Polsce to.....,bo wszyscy tak maja. Pojawi się slogan 'brać życie we własne rece'-a to znaczy,ze nie będzie mozna zrzucić ewentualnych niepowodzeń na innych.Jak się powie A,to trzeba być na tyle odpowiedzialnym by powiedzieć B(Znowu banał,ale tak jest). A z reszta co znaczy 'nie da się'? Wszystko się da ,jeśli nie dotyczy chorób,życia i śmierci. A jak się nie spróbuje,to faktycznie się nie da.
> N4VV
Wiesz, ja mam chyba bardzo podobne podejście do Ciebie ;P W pewnym sensie jestem minimialistą, albo po prostu umiem się cieszyć z tego co mam, nawet z małych rzeczy, a na większe mam cierpliwość by poczekać, finansowo odłożyć bo jestem oszczędny.
A czy doszedłem w życiu do tego czego chciałem ? W wielu aspektach już tak, nawet jeśli zajęło to lata to mam teraz z tego wielką satysfakcję, ale nie poprzestaje na tym, idę dalej, wyznaczam sobie nowe cele, jednym z nich jest szczęśliwa własna rodzina ![]()
"Dojść do czegoś w życiu" ? przestaje być pustym sloganem jeśli za cel postawimy sobie założenie rodziny. No chyba że komuś naprawdę wygodnie żyć samemu lub tylko w kręgu przyjaciół :] Ale mnie się wydaje że nie po to na ziemi żyją mężczyźni i kobiety by egzystować oddzielnie.
Anhedonio - zauważ jak wielkie bariery stoją przed malutkim człowieczkiem.
Najpierw kolosalny wysiłek (...)Wykonanie obu punktów udaje się tylko nielicznym.
W każdym punkcie tej drogi kusi łatwizna przełączenia w tryb narzekająco-roszczeniowy i zrzucenia odpowiedzialności na "okoliczności" zewnętrzne.
ZAUWAŻAM
w końcu przez dłuuuuuugie lata, uchetałam się jak koń za pługiem, by dojść do takich a nie innych przemyśleń (w nawiasie można przyjąć, że długo "dojrzewałam"
)
ALE czy ktoś obiecywał, że będzie "lekko, łatwo i przyjemnie"?
Jak zwykle - powyższe to INTEGRALNA decyzja i wybór jednostki.
NIE ma obowiązku myśleć... Ani drążyć. Ani zmieniać NIE SATYSFAKCJONUJĄCEGO życia. NIE MA...
A co do Niemców i "bezdusznego oddawania rodziców..."
Sorry - oddawać to można przedmioty lub jakąś własność.
Jeżeli, w nastawionym na najbardziej zadowalające z możliwych życie (ludzi starszych) ośrodku, RODZICE mieli by LEPSZE warunki (towarzystwo, zajęcia itp) niż JA je mogę im zapewnić, to POMYŁKĄ jest skazywanie ich na samotne siedzenie w oknie.... bo "ja nie mam czasu, ja muszę zarabiać".
Mówię to jako rodzic, bo moi już zeszli z tego świata. Osobiście wolę dokonać żywota wśród ludzi w takiej samej sytuacji a nie jako "kula u nogi" ![]()
Widzę, że zebrali się tu w większości minimaliści ![]()
Można żyć w parach, można pojedynczo - byle nie wmawiać innym, że któryś sposób jest GORSZY
Ale jeżeli już we dwoje, to na tyle umiejętnie, by sobie i drugiemu nie zrobić kuku. Stąd taki a nie inny tytuł wątku.
Kurcze, żeby była dyskusja, wypadało by się z czymś nie zgadzać. ![]()
Nic to - idę na imprezkę w miasto.
Później może bagsa prześwietlę, bo coś ostatnio podpadł... ![]()
Później może bagsa prześwietlę, bo coś ostatnio podpadł...
Obyś tylko nie wyszedł z tego za bardzo naz..... naświetlony i rozpromieniony ![]()
N4VV napisał/a:Później może bagsa prześwietlę, bo coś ostatnio podpadł...
Obyś tylko nie wyszedł z tego za bardzo naz..... naświetlony i rozpromieniony
Grozisz mi. ![]()
(W końcu nigdzie nie poszedłem.)
Kurcze, żeby była dyskusja, wypadało by się z czymś nie zgadzać.
Nic to (...) Później może bagsa prześwietlę, bo coś ostatnio podpadł...
Wiesz... jak JUŻ doszliśmy do określenia kształtu/obrazu satysfakcjonującego TRYBU życia (dla każdego wedle potrzeb
) - to zawsze można podyskutować o tym JAK do tego dojść (by po drodze nie było "strat w ludziach i sprzęcie...")?
Miłego weekendu ![]()
Zajebiste ![]()
Po staropolsku:"jak se pościelesz...
" i po dyskusji.
Ale jak ktoś uważa, że ci jacyś ONI (np. wszyscy faceci") mu przychodzą i złośliwie pościel targają?
Czy kiedykolwiek będzie umiał żyć zadowalająco?
Strony Poprzednia 1 … 5 6 7
Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź
Forum Kobiet » SAMOTNOŚĆ » Zanim zdecydujesz sie być z kimś - naucz się BYĆ SAM
Warto przeczytać w tym dziale
Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności
© www.netkobiety.pl 2007-2026