Przeczytałam cały wątek i nie wiem co powiedzieć... Najbardziej w tym wszystkim uderza mnie fakt, że Iga zastanawiając się nad podjęciem decyzji o oddaniu dziecka, w całej tej dyskusji chyba nie poruszyła ani razu tematu dobra dziecka. Inne rozmówczynie martwią się o jej maleństwo, natomiast ona widzi tylko "ja", "moje plany", "moje potrzeby", "moje uczucia"...
Nie potrafię tego zrozumieć... Przecież ona nosiła to dziecko przez 9 miesięcy, urodziła, dostała szansę na bycie kochaną bezwarunkowo i szczerze. Nawet jeżeli nie potrafi tego docenić, nie potrafi zaopiekować się swoim dzieckiem, pokochać go, to niech się zdobędzie na tyle przyzwoitości i odwagi, żeby je oddać. Wydaje mi się, że skoro przez jej decyzje, jej błędy to dziecko przyszło na świat, to chyba jest mu winna choć tyle, żeby zapewnić mu przyszłość z ludźmi, które je zaakceptują.
Jak wiele innych przede mną ja tez zadaje sobie pytanie czemu winne jest takie bezbronne, "zaprogramowane" na miłość maleństwo. Los jest okrutny skoro maleńki człowiek pojawia się przez lekkomyślność swoich rodziców, nie jest tolerowany, nie jest kochany, nikt o niego nie dba, nikt go nie chce, a przecież on nie miał an to żadnego wpływu. Być może nawet kiedy urośnie, nabierze świadomości, a nadal będzie traktowany jako zbędny dodatek i przykry obowiązek to samo będzie sobie myślało, że lepiej było się nie urodzić, nie istnieć...
Nie mogę się pogodzić z tym, że rodzicami zostają ludzie tak skrajnie nieodpowiedzialni i kompletnie bez serca, że nawet nie mogą ulżyć sobie i swoim dzieciom i po prostu je oddać. Sami wyzbyliby się kłopotu, a dzieciom podarowałyby nowy dom i lepsze życie.