Witam,
Jestem nowa na forum, zarejestrowałam się, ponieważ mam ostatnio małą zgryzotę.
Ale może od początku.
Jestem z moim facetem od 4 lat, ja23, on24 lata. Ogólnie jest nam razem dobrze, kocham go, ufam bezgranicznie że mnie nie zdradzi, ani świadomie nie skrzywdzi - część z was pewnie uważa, że nie można być wobec nikogo tak pewnym w 100%, no ale tak jest, widzę i wiem, że bardzo mnie kocha.
Czasem w dni, kiedy mamy dużo czasu dla siebie i mało innych stresów, mam wrażenie, że ciągle jest w fazie zakochania.
Jest typem faceta na życie, planuje ze mną przyszłość, mieszkanie razem, ciągle mówi jak to jego rodzina mnie lubi - on również jest lubiany, wręcz wychwalany przez moich rodziców i babcię - dalszej rodziny nie poznał, ale nie jestem z nimi blisko.
Problem, który mam, pojawia się już któryś raz z kolei i naprawdę nie wiem, co o tym myśleć, może ktoś z was pomoże mi dojść do sedna...
Mianowicie mimo tego wszystkiego, co napisałam wyżej, już 3 raz podczas trwania naszego związku "podoba" mi się ktoś inny. Nie wiem jak to inaczej sformułować, ale po prostu ciągle myślę o innym facecie.
Za pierwszym razem był to brat kolegi, który chodził ze mną do szkoły i w ogóle nie zwracałam na niego uwagi, ale pewnego razu spotkaliśmy się większą grupą
w knajpie i to był jak kop - miesiąc myślenia o nim i tylko o nim. potem wyjechał za granicę więc jakoś mi "przeszło".
Kolejny był facet, który uderzał do mnie, kiedy to ja zaczęłam się spotykać z moim obecnym chłopakiem - nie wyszło mu, wiec dał siana, ale po 2 latach zaczęliśmy razem pracować, może przez to, że spędzaliśmy razem b. dużo czasu, zaczęłam się zastanawiać, czy może nie lepiej byłoby mi z nim, wszystkie moje myśli zbiegały do niego.
Później długo nic, ale ostatnio znowu mam te same uczucia wobec kolejnego faceta. Najgorsze jest to, że wcale go nie znam, a myślę o takich rzeczach z nim związanych... Mamy wspólnych znajomych, i bywaliśmy wcześniej razem na imprezach w klubach, koncertach, ale ja go nawet nie zauważałam, nie wiedziałam kim jest, ani jak się nazywa.
Aż tu nagle ni z tego ni z owego od pewnego dnia nie może mi wyjść z głowy...
Wiem, że brzmię jak tępa laska, która nie wiadomo czego chce i prowadzi wielkie rozkminy... i tym bardziej mnie to przeraża, bo zawsze byłam pewna co do tego, czego chce. po kilku kompletnie nieudanych zwiazkach w liceum chciałam czegoś poważnego. zaczęłam się spotykać z obecnym i mam w sumie wszystko to, czego wtedy chciałam. Tyle, że to ja rozpoczęłam nasz związek, ja poszukałam kontaktu, "wyrwałam go" mówiąc skrótowo.
On potem powiedział, że ja też mu się podobałam ale nigdy nie był dobry w podrywaniu, a uważał, że jestem dla niego "za wysokie progi". a ja zawsze jak chciałam kogoś "mieć" to go miałam, chociaż czasami na krótko. Nie wiem sama dlaczego, bo nie jestem jakaś typowa ładna i zgrabna piękność, raczej przeciętna, niska, "kobiece kształty"
...ale jakoś zawsze udawało mi się zbliżyć do faceta, który mnie interesował.
Zmierzając do końca... nie wiem z czego to wszystko wynika...
Czy sprawia to nuda w aktualnym związku? nie da się ukryć, że wpadliśmy nieco w rutynę, ale tego chyba nie da się uniknąć. wychodzimy zarówno razem i osobno, nie ma kłótni o to, ze on idzie z kolegami na piwo, albo ja z dziewczynami... lubimy oboje tańczyć, chodzimy razem na któryś z kolei kurs tańca, jeździmy na rowerze, desce oraz inne sporty. Rozmawiamy o wszystkim i o niczym. Charaktery mamy różne. On- zasadniczy, konserwatywny, poukładany, zbiera i skanuje paragony
, poważnie podchodzi do obowiązków, finansów, jest pomocny. JA- raczej nierozgarnięta,spontaniczna, latawiec
gubie paragony, przywiązuję mało uwagi do detali, jestem leniwa, lubię się bawić i poznawać nowych ludzi, czasem przedkładam czyjeś dobro nad swoje, ogólnie jestem bardzo otwarta i chciałabym poznawać ludzi i świat spontanicznie, a on jest zachowawczy, zamknięty, jak kogoś poznaje, to ten ktoś musi sobie zaskarbić jego sympatię. Bywało to przyczyną wielu sporów między nami; o mój stosunek do innych, również facetów. Był zaborczy i zazdrosny - wg. mnie bez powodu - ale on uważał, że czasami zachowuje się jakbym była wolna i że nie to, że nie ufa mi, ale, że inni faceci mogą to źle odczytać, jako zachętę, flirt. Wydaje mi się, że była to kwestia po prostu innego podejścia do życia, ale uznałam, że związek to kompromisy, więc będę bardziej powściągliwa. Ale teraz, po jakmiś czasie widzę, że zdarza mi się, że lepiej się bawię przy piwie, czy na domówce u kogoś kiedy jego nie ma, bo mogę być sobą, a przy nim CZASAMI muszę się kontrolować, a raczej - Czasem mam ochotę zrobić coś, wyluzować się, ale tego nie robię, bo wiem, że by tego nie poparł, albo byłaby kolejna kłótnia. nie jest tak zawsze, ale nachodzą mnie takie myśli od czasu do czasu i bardzo się ich boję.
Problemem jest również intymność, ponieważ mięliśmy ciężkie początki z seksem i ja całkowicie straciłam ochotę na cokolwiek, no aktualnie prócz całowania i przytulania seks zdarza się niezmiernie rzadko - kilka razy do roku. Nie tak, że w ogóle nie mam ochoty i jestem oziębła, czasami sobie wyobrażam jak to by było jakbym np. ja i ten, który mi ostatnio siedzi w głowie... sami wiecie
Nie wiem co jest problemem. czy brak seksu w naszym związku - i przez to fantazjuję, bo tak to chyba trzeba ująć - o innych, w sumie przypadkowych osobach?
A nawet jeśli, to na ile takie fantazjowanie jest okay w stosunku do niego? wiadomo ktoś powie - faceci patrzą na cycki i dupy na ulicach, oglądają pornosy, to co kobieta nie może pofantazjować? może, ale czy powinna? i w którym momencie to już jest przesada?
czy może po prostu miłości w naszym związku już nie ma, a to co nas łączy to tylko przyjaźń i przyzwyczajenie?
Może podświadomie wiem, że to nie jest ten jedyny, dlatego myślę o innych, a z nim jestem już tylko dlatego, że nie wiem jak to zakończyć?
Ten facet, o którym fantazjuje nie pociąga mnie czysto fizycznie, nie uważam, żeby był przystojny, ale ma w sobie taki "zwierzęcy magnetyzm", mam wrażenie, że jest taki władczy, męski, zdecydowany... a chyba tego mi brakuje najbardziej. Mój chłopak jest zdecydowany, ale w tym złym sensie= zaborczy.
No właśnie, on jest dla mnie chłopakiem, a może potrzebuję faceta...?
Martwi mnie to ostatnio coraz bardziej, bo swojego czasu ja bardzo dużo mówiłam o wspólnym mieszkaniu, dzieciach (bardzo je lubię i nie chciałabym tego odwlekać), on był mniej entuzjastyczny, a teraz on ciągle napomyka zamieszkaniu razem, a ja nie wiem, czy tego chce, a nie chcę go zawieść jak się okaże, że mam maksymalnie nasra*e w głowie i krzywdzę go. Nie chcę tego, bo jest cudowną osobą i kocham go, ale czuję, że to co się dzieje w mojej głowie jest złe, ale kompletnie nie wiem jak nad tym zapanować... Boje się że kiedyś pod wpływem chwili podejmę decyzję o rozstaniu i potem będę tego żałować do końca życia. Ale z drugiej strony boje się, że jeśli coś się nie zmieni, to utknę w związku z kimś, kto chyba nie dokońca widzi świat tak, jak ja.
Zdaję sobię sprawę, że dla wielu z was problem, który opisałam jest błahy, ale już na prawdę nie wiem, co mam myśleć i robić..
Liczę na opinię i rady, może jest na sali psycholog albo psychiatra?
albo po prostu ktoś, kto coś doradzi.
Pozdrawiam,
B.