Czyli jednym słowem, jak nie ma prawdziwych problemów, to je sobie tworzymy, mniej lub bardziej świadomie? ![]()
Podobne tematy
Myślę, ze problemy, trudne życie zahartowują ludzi. Nie są mięczakami.
Ja mam wrażenie, ze dziś kobiety są po prostu zguptaczone; chciałyby kochać i byc kochanymi, co jest rzeczą naturalną, ale media im wciskają do mózgów: Masz PRAWO, Jesteś tego warta, itd., i jak to pogodzić? W porównaniu z tym, zycie małżeńskie jawi się jako nuda, jako coś co zniewala.
Czyli jednym słowem, jak nie ma prawdziwych problemów, to je sobie tworzymy, mniej lub bardziej świadomie?
Dlatego zgadzam się z dziewczyną która stwierdziła że dzieci majętnych ludzi, to trzeba byłoby najpierw zagonić do porządnej fizycznej roboty, żeby znormalniały i życia posmakowały...
Macie rację dziewczyny, że się nam w doooopach poprzewracało od tego dobrobytu i to co napisała Marena7 w 200% się zgadzam!!
Niemniej, nasz rozwój cywilizacyjny jest duuużo szybszy i dynamiczniejszy niż rozwój intelektualny...
Co do sexu, fakt, teraz mamy pod tym względem wszechobecny fastfood sexualny, łatwo, szybko, prosto... Ale ktoś kto myśli, ma jakieś wartości, wie i czuje że tak naprawdę najlepsze i chyba najzdrowsze "sex- żarełko" jest w domu...
Niemniej faktem jest że czasami człowiek ma chęć na "świńskie żarcie"... Kwestia czy potrafi go sobie odmówić, lub... pogadać w domu z pratnerem... Może akurat tego dnia partner też ma chęć na "świństwa" ![]()
Odpuszczamy, bo za łatwo przychodzi...
134 2012-08-09 17:11:36 Ostatnio edytowany przez Entropia (2012-08-09 17:12:04)
Catwoman zgadzam się w 100%, zwłaszcza że sprzedaje się taką jedyną słuszna drogę nowoczesnej kobiety, jakby tylko na jeden sposób można było być szczęśliwym i spełnionym. Jesteś z jednym facetem całe życie, pewnie jesteś stłamszona przez społeczeństwo.
Nie wiem, czy wiek ma coś do tego. Kiedyś zawieranie małżeństw w wieku lat 19 to była norma i takie małżeństwa trwało po 50 lat. Jakoś teraz ci ludzie chyba wolniej dorastają. Ciało 20-latki a mózg czternastki. Niedługo się to dzieciństwo wydłuży do czterdziestki.
Jak wychodziłam za mąż to mi co chwilę, ktoś mówił, że jestem za młoda. Na co odpowiadałam, że dojrzałość nie zależy od wieku, można mieć trzydziestkę i dalej być nieodpowiedzialnym dzieciakiem.
Młodość niczego nie usprawiedliwia, bezmyślnych decyzji, zdrad... Cały czas jesteśmy tymi samymi ludźmi i nie rozumiem takiego podejścia, że najpierw się wyszaleję, czyli mówiąc wprost będę puszczać na prawo i lewo, a dopiero potem będę porządnym człowiekiem.
Ja moja babcia była w wieku, w którym ja wychodziłam za mąż, to już miała dwójkę dzieci i została wdową, bo jej UB zabiło męża. I jakoś dała radę. A teraz młodzi ludzie nawet nie dają rady chodzić do pracy i być wiernymi w małżeństwie. Nie ma tak dobrze, zdrada jest zdradą, głupota głupotą, a zło złem, nieważne ile ma się lat.
Popieram w 100%
A być może ludzie po prostu podejmują decyzję o małżeństwie nie dowiedziawszy się własciwie, kim są, czego chcą? Może częściej "Co z tego będę miał?".
Dodatkowo bardzo często nie do końca też wiedzą, kim tak na prawdę jest przyszły mąż czy przyszła żona.
Nie o to tu chodzi, żeby żyć przed ślubem 10 lat, by móc się poznać w różnych sytuacjach. Ważne by mieć czas na poznanie dojrzałej osoby, z która chce się przeżyć resztę życia, a nie poznać młodą bratnią duszę i zakładać, że skoro jest teraz tak sielsko, to będzie też tak w przyszłym dorosłym życiu.
Nie neguję ślubów osób młodych, ale tylko w niektórych przypadkach niestety wizja radosnej przyszłości się sprawdza. No nie da się po prostu nakarmić związku naiwnymi gadkami, że wszystko się ułoży, gdy młodzi zderzą się z prozą życia po ślubie.
Pamiętam siebie sprzed lat, gdy z ówczesnym chłopakiem planowałam przyszłość. Tak się to wszystko potoczyło, że związek zakończył się po 5 latach. Okazuje się, że bardzo dobrze się stało, bo jak teraz się widujemy, dogadując się jak dobrzy znajomi, chyba obydwoje wiemy, że z naszego małżeństwa nic by nie wyszło. Gdybyśmy się pospieszyli i powędrowali do ołtarza, nie byłby to szczęśliwy wybór.
Choć jako młodzi ludzie świata poza sobą nie widzieliśmy, to gdy staliśmy się dojrzalszymi jednostkami, okazało się, że mamy inne priorytety i inne podejście do życia dorosłych ludzi.
ja z moim eks identycznie ![]()
od czasu do czasu gadam z różnymi ludźmi, przeważnie facetami na temat seksu w małżeństwie, zdrady, w ogóle szczęścia małżeńskiego.
Co się okazuje.... faceci zdradzają ale nie tak jak to sobie człowiek wyobraża; facet jest po 40tce, pierwsze siwe włosy, potrzebuje sie dowartościować więc zaczyna prowadzić z premedytacją podwójną gre.
Otóż zdradzają się.... młodzi małżonkowie. faceci, którzy nawet nie skończyli 30-35 lat, poznają kogoś w pracy/ na czacie/ na wyjeździe i zaczyna się niewinnie a kończy...jak zwykle.Przyznają, że w małżeńskim łożu "nie jest tak jak kiedyś" -a nie robią NIC (i ich partnerki również) by to zmienić. To trwa, ten impas, latami.
Co się tyczy małżeństwa, jest powiedzenie, że kiedyś się naprawiało to co zepsute, dziś wymienia się na nowe.
Czy tylko ja to widzę?
moje stwierdzenie dotyczące sexu traktowanego jako towar tyczyło się tego postu proszę o czytanie ze zrozumieniem. Stwierdziłam iż nie prawdą jest zdanie że ludzie nic nie robią by to zmienić a jedynie że partnerzy tego nie dostrzegają bo sex jest towarem
A czym się różnią ludzie od partnerów?
Nie chciałam pisać dwa razy tego samego określenia ![]()
Znam wiele kobiet które , próbowały na nowo rozpalić swoich mężów różnymi sposobami a kończyło się na stwierdzeniach ile kosztowała ta haleczka lub stara zwariowałaś nie masz co robić pranie leży w koszu. Oczywiście i panowie żalili się na młode żony z chroniczną migreną a powód był zupełnie inny.
Koliber napisał/a:przysięga to jedno a życie to drugie
Tak i jest jedna rzecz ktora laczy te dwa czynniki. Wolny wybor
![]()
Nikt cie sila nie wlecze do kosciola czy do urzedu i nikt ci pistoletu nie przyklada do czola zmuszajac do przysiegi...Tak samo drugiej strony.
Jesli swiadomie podejmuje sie decyzje o zamazpojsciu to i walczy sie o swoj wybor. No chyba ze druga strona ma to totalnie w dupie.
Choc bardzo sie staram to nie rozumiem sytuacji w ktorej chodzili mlodzi ze soba 2,3,4 lata a w 8 mcy po slubie juz sie szykuja do rozwodu. Przez te kilka lat przed slubem sie nie zdazyli poznac i zorientowac czy to jest to czy nie? No to tylko wspolczuc....
a ja jestem to w stanie zrozumieć i uważam że to pokolenie jest mądrzejsze właśnie dlatego że nie zaciaga się w lata w zwiazek, małżeństwo z kimś z kim się meczy i nawet gdy pewne sytuacje czy cechy ujawnią sie zaraz po slubie...hmm walka, tą walką jeszce jesteśmy skażeni przez wczesniejsze pokolenie, przecież tu kobiety piszą, te po rozwodach, rozstaniach że czego najbardziej załują, że tyle czasu straciły, a przecież mogły kopnąc w dupę jak pierwsze symptomy zobaczyły...i to nie zawwsze jest tak że widziały gały co brały, bo jak się trafi na jakiegoś dupka czy dupencje co własnie pokazuje nam to co chcemy widzieć to wdepniemy z myślą że to jest to i na całe życie...ja nie piszę o celebrytach czy tam ludziach co mają zachciewajki, nie sądzę by ktoś parę miesięcy po ślubie stwierdził że bierze rozwód bo partnerowi zaczęło z gęby śmierdzieć, to musi być coś poważniejszego,tak uważam...
a odnosnie poznwania się, moje zdanie jest takie, ok jakoś da się poznać druga stronę, moze i ludzie na przestrzeni lat tak bardzo się nie zmieniają ale życie sie zmienia , sytuacje, okolicznosci sie zmieniaja i wiele czynników wpływa na to że czasami osoba której byliśmy sto procent pewni stała się inna...ja tam nigdy sobie ręki uciąć nie dam za swojego, nawet gdyby mnie pod niebiosa wynosił, bo to tylko człowiek...
marena7 pisała tu o wspólnych zobowiązaniach, dzieciach itd.
Ja sądzę, że ludzie wtedy się mniej rozwodzili, bo nie mieli dokąd pójść i rozwodnicy byli bardziej piętnowani społecznie. Dzieci- ludzie po prostu z czasem zauważyli że bez sensu tkwić w bezsensownym związku ze względu na dzieci, któe wcale nie są przez to emocjonalnie zdrowsze.
Natomiast uważam, że ludziom brak wspólnego celu. Jedno, ze są słabi i załamuje ich byle pierdoła (chociaż być może dzsiejsze kredyty na 30 lat będą znów czymś łączącym
) drugie, za bardzo zaczynają się zastanawiać nad kwestiami przyjemności, radości, jakby ktoś im to w małżeństwie zagwarantował.
143 2012-08-09 21:09:51 Ostatnio edytowany przez Koliber (2012-08-09 21:33:46)
kiedyś to szybko się żenili i od razu dzieci mieli, nie kalkulowali za bardzo to i nie myśleli o rozwodach byleby do przodu, a tera to się myśli na zasadzie czy stac mnie na mieszkanie, czy stac mnie na dziecko, czy ten partner będzie odpowiedni na męża/żone czy nie bedzie odpowiedni...jakos tak mniej sercem a bardziej rozumem się patrzy teraz
ja się powinnam urodzić w tych czasach co marena czy moja mama, zawsze mi sie podobało jak opowiadała o czasach swojej młodości, moze i nic nie było na półkach ale ludzie byli bardziej skupieni na życiu a nie na sobie, więcej spontanu i wiary a teraz to nudda, ciągle sie tylko myśli i myśli i z tego myślenia nic nie wynika tylko jeszcze większe problemy...
kiedyś zapytałam mamy co według niej jest najważniejsze w małżeństwie aby było udane. roześmiała się potem nabrała poważnego tonu i powiedziała "córcia, nie wiem. każdy jest inny. ale jedno jest pewne, jeśli dwoje ludzi ze sobą nie rozmawia to będzie koniec." zapytałam więc "no dobra ale jeśli jedna ze stron nie chce rozmawiać albo nie umie albo unika tematów" ona wtedy mi na to "jeśli jedna osoba nie chce rozmawiać to albo jej nie zależy, albo boi się konfrontacji na tematy o których nie ma pojęcia i wyjdzie z niego idiota"
zapytałam więc czy ma na to receptę. mama mi na to "CIERPLIWOŚĆ I DUŻO WÓDKI
. nic tak nie rozluźnia języka jak wódka. ale nie taka wypijana na imprezie, ale w domowym zaciszu we dwoje po kolacji wspólnej w łóżku". przetestowałam działa.
wiele się zmieniło od tamtych czasów gdzie 21 latkowie zakładali rodziny i stawali się naprawdę odpowiedzialnymi ludźmi. jedyne co możemy zrobić, to wychować nasze dzieci tak, aby były ludźmi silnymi odpowiedzialnymi, ceniącymi wartości rodzinne partnera oraz dom.
kiedyś zapytałam mamy co według niej jest najważniejsze w małżeństwie aby było udane. roześmiała się potem nabrała poważnego tonu i powiedziała "córcia, nie wiem. każdy jest inny. ale jedno jest pewne, jeśli dwoje ludzi ze sobą nie rozmawia to będzie koniec." zapytałam więc "no dobra ale jeśli jedna ze stron nie chce rozmawiać albo nie umie albo unika tematów" ona wtedy mi na to "jeśli jedna osoba nie chce rozmawiać to albo jej nie zależy, albo boi się konfrontacji na tematy o których nie ma pojęcia i wyjdzie z niego idiota"
zapytałam więc czy ma na to receptę. mama mi na to "CIERPLIWOŚĆ I DUŻO WÓDKI. nic tak nie rozluźnia języka jak wódka. ale nie taka wypijana na imprezie, ale w domowym zaciszu we dwoje po kolacji wspólnej w łóżku". przetestowałam działa.
wiele się zmieniło od tamtych czasów gdzie 21 latkowie zakładali rodziny i stawali się naprawdę odpowiedzialnymi ludźmi. jedyne co możemy zrobić, to wychować nasze dzieci tak, aby były ludźmi silnymi odpowiedzialnymi, ceniącymi wartości rodzinne partnera oraz dom.
Fajną masz mamę ![]()
Nie wiem czy wówczas ci 21-o latkowie byli odpowiedzialnymi ludźmi, ale jakoś próbowali sobie radzić jednak inne były okoliczności zewnętrzne, tak jak Catwoman napisała, rozwód był postrzegany społecznie jako porażka i w jakiejś mierze piętnowany.
Pod wieloma względami dziś żyje się dużo łatwiej niż naszym rodzicom, czy dziadkom, ale z drugiej strony dużo trudniej. Nasi przodkowie brali to co było i cieszyli się że COKOLWIEK jest, my zaś mamy możliwość wyboru, a sztuki podejmowania decyzji nie uczyli nas, uczymy się jej sami.
Nawet gdy idziecie do sklepu, powiedzmy po nową bluzkę, niejednokrotnie wybieracie 2-3 i nie wiecie tak naprawdę którą wziąć, albo w końcu bierzecie wszystkie, bo nie możecie podjąć decyzji. A nasze matki, babcie, jak dopadły jakąś, to przez lata była w domu i była przerabiana, przeszywana, pożyczana przez siostry, etc, etc...
Z drugiej strony, o wielu trudnych sytuacjach wówczas nie mówiło się, bo to wewnętrzna sprawa rodziny, bo co ludzie powiedzą, wiele jakichś patologii nie ujrzało nigdy światła dziennego skrywane milczeniem za dobrem rodziny.
Niemniej i to tworzyło pewną wspólnotę...
Chyba wcześniej bardziej dbano o to jak żyć, a dziś dba się o rzyć...
kiedyś zapytałam mamy co według niej jest najważniejsze w małżeństwie aby było udane. roześmiała się potem nabrała poważnego tonu i powiedziała "córcia, nie wiem. każdy jest inny. ale jedno jest pewne, jeśli dwoje ludzi ze sobą nie rozmawia to będzie koniec." zapytałam więc "no dobra ale jeśli jedna ze stron nie chce rozmawiać albo nie umie albo unika tematów" ona wtedy mi na to "jeśli jedna osoba nie chce rozmawiać to albo jej nie zależy, albo boi się konfrontacji na tematy o których nie ma pojęcia i wyjdzie z niego idiota"
zapytałam więc czy ma na to receptę. mama mi na to "CIERPLIWOŚĆ I DUŻO WÓDKI. nic tak nie rozluźnia języka jak wódka. ale nie taka wypijana na imprezie, ale w domowym zaciszu we dwoje po kolacji wspólnej w łóżku". przetestowałam działa.
wiele się zmieniło od tamtych czasów gdzie 21 latkowie zakładali rodziny i stawali się naprawdę odpowiedzialnymi ludźmi. jedyne co możemy zrobić, to wychować nasze dzieci tak, aby były ludźmi silnymi odpowiedzialnymi, ceniącymi wartości rodzinne partnera oraz dom.
Potwierdzam. Nawet to o wódce. W tamtych czasach dużo się gadało. Świat zewnętrzny niewiele miał do zaoferowania, więc prowadziło się "długie nocne rodaków rozmowy". Ileż my się z mężem nagadaliśmy przy jakiejś butelczynie. O wszystkim. O sobie, o swoich marzeniach, o przyszłości dzieci, o polityce, o książkach, o tym co boli i cieszy. Oprócz tego, że byliśmy mężem i żoną, to byliśmy też najlepszymi przyjaciółmi.
I choć minęło 30 lat, dzieci dorosły, czasy się zmieniły, to ten nasz zwyczaj pozostał. Raz na jakiś czas wyłączamy telewizor, odkładamy na bok laptopy, siadamy przy kominku przy butelce francuskiego wina i puszczamy języki w ruch. Jest o czym gadać, tyle wspomnień.
Ale my też często z mężem tak gadamy przy butelczynie przez pół nocy. Chociaż mieszkamy w centrum Warszawy i dookoła pełno rozrywek. Gadanie jest ciekawsze. To sztuka wyboru.
No to rzeczywiście masz poważny problem w związku... Brak fajnego wazonika i ramki. Nie powiem, co sobie pomyślałam czytając to, bo się obrazisz.
nie chodzi tutaj o problem wazonik czy ramki, tylko o jego zachowanie i podejscie do zyci,a ale jak wiadac nie potrafia niektorzy czytac ze zrozumieniem
ale wytlumacze pokrotce : ze wszystko jest niepotrzebne ,a to czasami przytlacza czlowieka, kiedy przyjdzie do domu uradowny z zakupow i tylko wypominanie slyszy .... a myslec sobie mozesz rozne rzeczy
Nie wiem, czy wiek ma coś do tego. Kiedyś zawieranie małżeństw w wieku lat 19 to była norma i takie małżeństwa trwało po 50 lat. Jakoś teraz ci ludzie chyba wolniej dorastają. Ciało 20-latki a mózg czternastki. Niedługo się to dzieciństwo wydłuży do czterdziestki.
Jak wychodziłam za mąż to mi co chwilę, ktoś mówił, że jestem za młoda. Na co odpowiadałam, że dojrzałość nie zależy od wieku, można mieć trzydziestkę i dalej być nieodpowiedzialnym dzieciakiem.
Młodość niczego nie usprawiedliwia, bezmyślnych decyzji, zdrad... Cały czas jesteśmy tymi samymi ludźmi i nie rozumiem takiego podejścia, że najpierw się wyszaleję, czyli mówiąc wprost będę puszczać na prawo i lewo, a dopiero potem będę porządnym człowiekiem.
Ja moja babcia była w wieku, w którym ja wychodziłam za mąż, to już miała dwójkę dzieci i została wdową, bo jej UB zabiło męża. I jakoś dała radę. A teraz młodzi ludzie nawet nie dają rady chodzić do pracy i być wiernymi w małżeństwie. Nie ma tak dobrze, zdrada jest zdradą, głupota głupotą, a zło złem, nieważne ile ma się lat.
Super ze jestes taka rowazna i dorosla, ale czasami ludzie popleniaja bledy ,nie uwierze ze ty nie ?
Dla ciebie pewien problem bedzie błachy dla innych moze miec wielkie znaczenie
Kazdy jest inny i kazdy ma prawo do swoich decyzji, ty jak widac myslisz ze jestes rozwazna i dorosla, oby twoje malzenstwo wytrzymalo te wszystkie proby, ale masz dopiero 23 lata a przed toba jeszcze sporo zycia ..... Wiec zanim kogos skrytykujesz nie wiesz co bedziesz czula za 2,3,4,5 lat do swojego meza ? Nie wiesz co on bedzie czul do ciebie ??
Myslisz ze myslisz jak kobieta dojrzala ale nie wiesz jaki "boom" cie czeka w zyciu
I za naszych rodzicow czasow byli rozwodnicy tylko wtedy to byl wstyd, dzisiaj otwarcie sie o tym mowi ze nie wyszlo ....
Lepiej wziasc rozwod nizeli narobic dzieci i plakac wyczekujac na meza ktory pijany przyjdzie i zrobi jeszcze awanture ,tylko dzieci ciepria puzniej bo taki nie wie co to odpowedzialnosc
zdarza sie tak ze kiedy juz przychodzi na swiat dziecko, faceta to przerasta i szaleje a my kobiety musimy sie meczyc puzniej ...
Ona sama pisala ze sie nie wyszlal ,ze koledzy byli mu w glowie, mozliwe ze dziewczyna chciala czegos wiecej a tu sie nie dalo, moze chciala sie doksztalcac,rozwijac a ten nic ,moze nie mogla na nim polegac wogule ....
Owszem jestem za rozmowa, próbami utrzymania zwiazku, ale tylko silne kobiety zwyciezaja i ukladaja sobie wszytko na nowo, bo jak mozna maronwac sobie zycie przez bawidamka.
A moze ona jeszcze miala siedziec w domu i wyczekiwac az facet sie wyszlaleje ??
Niestety rozmowy przy wódce nie są panaceum na udany związek. Ile ja wieczorów przegadałem i przetańczyłem sam na sam z żonką przy 0,7 wódeczki. Gadaliśmy o wszystkim i bawiliśmy się jak za studenckich czasów. Nie przeszkadzało to żonie znaleźć sobie fagasa na boku po 13 wsólnych latach i z dnia na dzień zostawić mnie z 5 letnim synem.
Rufio a jak sądzisz, czemu z nim odeszła?
Myśle ze nie ma recepty na udany zwiazek ,jesli ktos ma z kims byc to bedzie, jesli ktos ma wdac sie w romans to sie wda, jesli ktos jest komus przeznaczony to nawet po paru innych zwiazkach kochankiwe wroca do siebie, do tej pierwszej milosci .......
Los naprawde plata nam figle
Wydaje sie ze jestesmy szczesliwi (w udanych zwiazkach), ze druga polowa czuje to samo a z czasem przychodzi wielkie roczarowanie...
niewiadomo skad i co jest tego przyczyna
Rufio a jak sądzisz, czemu z nim odeszła?
Zadaje sobie to pytanie codziennie po tysiac razy. Nie mam na to odpowiedzi
Myśle ze nie ma recepty na udany zwiazek ,jesli ktos ma z kims byc to bedzie, jesli ktos ma wdac sie w romans to sie wda, jesli ktos jest komus przeznaczony to nawet po paru innych zwiazkach kochankiwe wroca do siebie, do tej pierwszej milosci .......
Los naprawde plata nam figle
Wydaje sie ze jestesmy szczesliwi (w udanych zwiazkach), ze druga polowa czuje to samo a z czasem przychodzi wielkie roczarowanie...
niewiadomo skad i co jest tego przyczyna
Właśnie... Ja jestem z tego starego pokolenia / małżeński staż 30+ / i stoję przed dylematem... rozwodu. A przyczyna? Wiele lat krytykowania mnie przez współmałżonka i dodatkowo kompletna różnica zdań na wiele tematów. Między innymi na temat naszej dorosłej pociechy, jej życia i problemów. Bo ile można znosić ciągłe uwagi? W końcu człowiek nie wie co robi dobrze, a co źle! Ile lat znosić można uwagi typu : jest to czy tamto, bo TAK wychowałaś nasze dziecko! Tak wychowałam, bo nie pozwalałam bić. I widzicie młodzi ludzie, że ja, choć z poprzedniego pokolenia, też myślę o rozwodzie.. Nie chcę już nic naprawiać. I pomimo swoich lat, /na które się zresztą nie czuję /, chcę podjąć życiową decyzję. Może słuszną, może nie. Ale już za bardzo mam dość.. A moje pokolenie, rzeczywiście miało w porównaniu z wami - super. Była praca, pieniądze, co uważam za podstawę. A że na półkach bywało pusto.. cóż, ale mając pieniądze, można było "załatwić" wiele spraw. Często "po znajomości". Na telefon czekało się 20 { ! } lat, na mieszkanie i ze 30. A dziś co? Kredyt i to też na 30 lat.. Ogromne zobowiązanie! Bo ile przez te lata może się wydarzyć!
Jednego nie rozumiem, jak czytam te historie. Źle mnie traktował, ciągle krytykował, na wszystko mieliśmy inne zdanie... A przed ślubem to co? Był innym człowiekiem? Wyszłyście za obcego, czy co? Jak się kogoś dobrze zna, to chyba się wie, jakie ma zdanie na różne tematy. A chyba nie wychodzi się za kogoś, kogo się nie zna.
Entropia o własnie, cieszę się, że poruszasz temat PRZED i PO ślubie bo jak się okazuje, różnica potrafi być drastyczna. I z niecierpliwością czekam na odp. ![]()
Jednego nie rozumiem, jak czytam te historie. Źle mnie traktował, ciągle krytykował, na wszystko mieliśmy inne zdanie... A przed ślubem to co? Był innym człowiekiem? Wyszłyście za obcego, czy co? Jak się kogoś dobrze zna, to chyba się wie, jakie ma zdanie na różne tematy. A chyba nie wychodzi się za kogoś, kogo się nie zna.
Bingo!!
To jest pytanie za million dolarow!!
Sama je sobie zadaje czytajac po raz tysieczny historie pt: "zmienil sie po slubie" czy "to juz nie to samo" ![]()
Czesto mam wrazenie ze przed slubem dziewczyny chodzily z plastrami na oczach i usunely je dopiero przed oltarzem. Tudziez machnely reka w mysl "jakos to bedzie" zasady a potem jest szloch i zgrzytanie zebow.
Naprawde nie rozmawiacie z facetami przed slubem??
A jesli juz to czy BIERZECIE ICH NA SERIO?? (on mowi: nie chce miec dzieci: ona mysli: po slubie mu sie zmieni)
Ja po zareczynach wyciagnelam flaszke i kilka piw i przeprowadzilam wywiad jak do "Randki w ciemno"
Na liscie pytan znalazly sie takie tematy jak stosunek do aborcji, kary smierci, eutanazji, ewentualnych dzieci i ich wychowania, wizji opieki nad nimi, roli jego rodzicow w naszym zwiazku, podejscie to inwalidztwa czy kalectwa. Plany na przyszlosc dlugoterminowa i krotkoterminowa. Przeprowadzki, praca, ksztalcenie. Rowniez poruszalam temat zdrady mojej, jego. Hiv, smierci mojej/jego, przeszczep narzadow, religie, polityke...Wszystko co mi przyszlo na mysl.
Jego tak bralam powaznie jego nie bralam powaznie...
Sadie, teoretycznie to sobie można mówić, wiesz na pewno jak się zachowasz w danej sytuacji dopiero jak coś się wydarzy.
przykład:
mój mąż: chcemy mieć dzieci? - tak! on wie, chce, zdaje sobie sprawę z obowiazków ( miał dużo młodsze rodzeństwo) będzie kopał piłę, jeźdźił z dziećmi na rowerze, chodził na spacery, uczył, pokazywał, wychowywał... itd...itd...
ja: dzieci? buuuu nie umiem, nie chcę, boję się, nie świruję na widok niemowlaków jak większość mioch koleżanek, och chyba będę złą matką, chęć na macierzyństwo w skali 1-10 tak około 2.
tak było przed ślubem. 5 lat po ślubie jedno potem drugie dziecko. Role się odwróciły, bycie mamuśką to super sprawa a tatuś od czasu do czasu przyniesie dzieciaczkom batonika i to by było na tyle. I ja byłam pewna tego co mówię wcześniej i on.
To jak robienie prawa jazdy: teoria zdana, a jazdę oblewasz raz po raz.
Anik38 Masz rację, bo i ja znam takie przypadki, dokładnie takie (również dotyczyły dzieci) ![]()
Oczywiscie zgadzam się całkowicie z tym, że życie jest życiem, czasem człowiek naprawdę szczerze czegoś chce, a po kilku latach okazuje się, że jednak nie- ot, fenomen radzenia sobie w związku "w toku":)
Jedyne co może Ci pozostać: powołanie się na wcześniejsze słowa partnera:)
Jednego nie rozumiem, jak czytam te historie. Źle mnie traktował, ciągle krytykował, na wszystko mieliśmy inne zdanie... A przed ślubem to co? Był innym człowiekiem? Wyszłyście za obcego, czy co? Jak się kogoś dobrze zna, to chyba się wie, jakie ma zdanie na różne tematy. A chyba nie wychodzi się za kogoś, kogo się nie zna.
Mam koleżankę psychologa, która już wiele lat temu mi powiedziała że nie rozumie gdzie te kobiety mają oczy. Przecież wszystko widać przed ślubem !!! Tylko trzeba patrzeć, bo jej zdaniem decyzję o ślubie już trzeba podjąć świadomie, a nie z klapkami na oczach. A potem łzy, że okrutnik, psychol, leń, brudas, pijak itp.
161 2012-08-14 16:35:40 Ostatnio edytowany przez Anik38 (2012-08-14 16:37:36)
Catwoman, się powołuję. Czasami pomaga ale na krótko.
Eh, facet jest skomplikowany jak diabli, dzieci to nie jedyny problem, to temat na osobny wątek, jak będę miała więcej czasu to sobie popiszę, bo właśnie jestem na dobrej drodze, żeby odpuścić.
Sadie, teoretycznie to sobie można mówić, wiesz na pewno jak się zachowasz w danej sytuacji dopiero jak coś się wydarzy.
przykład:
mój mąż: chcemy mieć dzieci? - tak! on wie, chce, zdaje sobie sprawę z obowiazków ( miał dużo młodsze rodzeństwo) będzie kopał piłę, jeźdźił z dziećmi na rowerze, chodził na spacery, uczył, pokazywał, wychowywał... itd...itd...ja: dzieci? buuuu nie umiem, nie chcę, boję się, nie świruję na widok niemowlaków jak większość mioch koleżanek, och chyba będę złą matką, chęć na macierzyństwo w skali 1-10 tak około 2.
tak było przed ślubem. 5 lat po ślubie jedno potem drugie dziecko. Role się odwróciły, bycie mamuśką to super sprawa a tatuś od czasu do czasu przyniesie dzieciaczkom batonika i to by było na tyle. I ja byłam pewna tego co mówię wcześniej i on.
To jak robienie prawa jazdy: teoria zdana, a jazdę oblewasz raz po raz.
Anik, dzieci sie przypadkowo nie produkuje. Zdecydowalas sie na ciaze. Zdecydowalas sie na urodzenie dziecka. Nie win meza za swoje wlasne czyny. Przeciez jakbys kontracepcje stosowala to on Cie do niczego by zmusic nie mogl. Wiem co mowie, ciaze dwa razy usunelam bo dzieci mnie nie interesuja. Chlopacy nic nie mieli do powiedzenia bo macica i cialo moje.
Anik, dzieci sie przypadkowo nie produkuje. Zdecydowalas sie na ciaze. Zdecydowalas sie na urodzenie dziecka. Nie win meza za swoje wlasne czyny. Przeciez jakbys kontracepcje stosowala to on Cie do niczego by zmusic nie mogl. Wiem co mowie, ciaze dwa razy usunelam bo dzieci mnie nie interesuja. Chlopacy nic nie mieli do powiedzenia bo macica i cialo moje.
No to rzeczywiście wzór odpowiedzialności z ciebie do naśladowania. Jak ten post nie jest prowokacją to bardzo Ci współczuję.
164 2012-08-14 16:57:58 Ostatnio edytowany przez Anik38 (2012-08-14 16:59:59)
Entropia podpisuję się obiema rękami.
aldernewman czytaj ze zrozumieniem, ja nie winię męża za to, że mamy dzieci, mogę mu ewentulanie podziękować bo sama bym ich nie miała. Pomimo moich obaw to była całkiem świadoma decyzja, obie ciąże były planowane, i nie chodzi mi o posiadanie dzieci, tylko o zmianę jego podejścia do roli ojca jak już przyszło co do czego, mojego podejścia zresztą też choc w moim wypadku na lepsze.
adlernewman napisał/a:Anik, dzieci sie przypadkowo nie produkuje. Zdecydowalas sie na ciaze. Zdecydowalas sie na urodzenie dziecka. Nie win meza za swoje wlasne czyny. Przeciez jakbys kontracepcje stosowala to on Cie do niczego by zmusic nie mogl. Wiem co mowie, ciaze dwa razy usunelam bo dzieci mnie nie interesuja. Chlopacy nic nie mieli do powiedzenia bo macica i cialo moje.
No to rzeczywiście wzór odpowiedzialności z ciebie do naśladowania. Jak ten post nie jest prowokacją to bardzo Ci współczuję.
Moim zdaniem, jest to odpowiedzialność: nie dopuszczać do narodzin dzieci, na które nie jesteśmy gotowi. Po co przysparzać kolejnych pacjentów psychoterapeutom?
klarek ja jestem tego zdania, że widać. Tylko trzeba zdjąć różowe okulary i chcieć zobaczyć WSZYSTKO.
Entropia napisał/a:adlernewman napisał/a:Anik, dzieci sie przypadkowo nie produkuje. Zdecydowalas sie na ciaze. Zdecydowalas sie na urodzenie dziecka. Nie win meza za swoje wlasne czyny. Przeciez jakbys kontracepcje stosowala to on Cie do niczego by zmusic nie mogl. Wiem co mowie, ciaze dwa razy usunelam bo dzieci mnie nie interesuja. Chlopacy nic nie mieli do powiedzenia bo macica i cialo moje.
No to rzeczywiście wzór odpowiedzialności z ciebie do naśladowania. Jak ten post nie jest prowokacją to bardzo Ci współczuję.
Moim zdaniem, jest to odpowiedzialność: nie dopuszczać do narodzin dzieci, na które nie jesteśmy gotowi. Po co przysparzać kolejnych pacjentów psychoterapeutom?
klarek ja jestem tego zdania, że widać. Tylko trzeba zdjąć różowe okulary i chcieć zobaczyć WSZYSTKO.
Oczywiscie. Bylabym okropna matka i dobrze o tym wiem, dlatego usunelam jak sie tylko dowiedzialam. Wystarczy mi tylko popatrzec na moja mamusie- wiecej ja kosmetyki interesuja w wieku szescdziesieciu kilku lat niz jej wlasna, jedyna corka. Nie jestem taka narcysystka jak ona ale moj tryb zycia nie jest odpowiedni dla wychowywania dzieci.
Moi drodzy odpowiedzialność to nie dopuszczać do poczęcia dzieci, na które nie jesteśmy gotowi.
Proponuję wrócić do tematu wątku.
Moi drodzy odpowiedzialność to nie dopuszczać do poczęcia dzieci, na które nie jesteśmy gotowi.
Proponuję wrócić do tematu wątku.
To też, ale jeśli już doszło, jest wyjście.
Ale OK, oczywiście również proponuję wrócić do tematu.
Podtrzymuje zgodę z wypowiedzia klarek.
Entropia napisał/a:Nie wiem, czy wiek ma coś do tego. Kiedyś zawieranie małżeństw w wieku lat 19 to była norma i takie małżeństwa trwało po 50 lat. Jakoś teraz ci ludzie chyba wolniej dorastają. Ciało 20-latki a mózg czternastki. Niedługo się to dzieciństwo wydłuży do czterdziestki.
Jak wychodziłam za mąż to mi co chwilę, ktoś mówił, że jestem za młoda. Na co odpowiadałam, że dojrzałość nie zależy od wieku, można mieć trzydziestkę i dalej być nieodpowiedzialnym dzieciakiem. Młodość niczego nie usprawiedliwia, bezmyślnych decyzji, zdrad... Cały czas jesteśmy tymi samymi ludźmi i nie rozumiem takiego podejścia, że najpierw się wyszaleję, czyli mówiąc wprost będę puszczać na prawo i lewo, a dopiero potem będę porządnym człowiekiem. Ja moja babcia była w wieku, w którym ja wychodziłam za mąż, to już miała dwójkę dzieci i została wdową, bo jej UB zabiło męża. I jakoś dała radę. A teraz młodzi ludzie nawet nie dają rady chodzić do pracy i być wiernymi w małżeństwie. Nie ma tak dobrze, zdrada jest zdradą, głupota głupotą, a zło złem, nieważne ile ma się lat.
Popieram w 100%
100 proc prawdy.
W tych czasach zawsze znajda sie chetni na psie zarcie ....
Niby mamy czasy pelne ,swiadome ,rozwojowe ,a jednak czlowiek sie cofa ...
Rufio napisał/a:Entropia napisał/a:Nie wiem, czy wiek ma coś do tego. Kiedyś zawieranie małżeństw w wieku lat 19 to była norma i takie małżeństwa trwało po 50 lat. Jakoś teraz ci ludzie chyba wolniej dorastają. Ciało 20-latki a mózg czternastki. Niedługo się to dzieciństwo wydłuży do czterdziestki.
Jak wychodziłam za mąż to mi co chwilę, ktoś mówił, że jestem za młoda. Na co odpowiadałam, że dojrzałość nie zależy od wieku, można mieć trzydziestkę i dalej być nieodpowiedzialnym dzieciakiem. Młodość niczego nie usprawiedliwia, bezmyślnych decyzji, zdrad... Cały czas jesteśmy tymi samymi ludźmi i nie rozumiem takiego podejścia, że najpierw się wyszaleję, czyli mówiąc wprost będę puszczać na prawo i lewo, a dopiero potem będę porządnym człowiekiem. Ja moja babcia była w wieku, w którym ja wychodziłam za mąż, to już miała dwójkę dzieci i została wdową, bo jej UB zabiło męża. I jakoś dała radę. A teraz młodzi ludzie nawet nie dają rady chodzić do pracy i być wiernymi w małżeństwie. Nie ma tak dobrze, zdrada jest zdradą, głupota głupotą, a zło złem, nieważne ile ma się lat.
Popieram w 100%
100 proc prawdy.
W tych czasach zawsze znajda sie chetni na psie zarcie ....
Niby mamy czasy pelne ,swiadome ,rozwojowe ,a jednak czlowiek sie cofa ...
Jak ktoś ma ku.....wski charakter to czy w takich czy w innych czasach niezależnie od wieku i tak z niego wylezie i tyle !
Właśnie miałam to napisać ![]()
W każdych czasach były rozwody, zdrady i oszczerstwa. Były małżeństwa zawierane po to, by uciec z domu, dla wygody, dla majątku.
Wydaje mi sie, ze malzenstwo powinno byc zawierane kiedy ludzie sa dojrzali, w wieku 27-30 lat. Z doswiadczenia zauwazylam wczesniejsze zwiazki czesto koncza sie porazka bo obie partie siebie dobrze nie znaja, i niestety czesta dzieci sa ofiarami.
Chce wyjsc za maz. Mam bardzo powazny stosunek do tego bo jest to prawny kontrakt, ktory trzeba szanowac. Nie jest to inne od kupienia mieszkania czy wziecia kredytu. Jest to wiecej niz erotyczna pasja czy romantyczne uniesienia- jest to powazny kontrakt dyktujacy powinnosci moralne i materialny podzial wspolnoty majatkowej. Dla mnie malzenstwo jest jak napisanie konstytucji dla wyspy, ktora nigdy rzadu nie miala, jak budowa panstwa (na mala skale).
No dość fajnie powiedziane z tą wyspą. Małżeństwo to decyzja przede wsyztskim.
Wydaje mi sie, ze malzenstwo powinno byc zawierane kiedy ludzie sa dojrzali, w wieku 27-30 lat. Z doswiadczenia zauwazylam wczesniejsze zwiazki czesto koncza sie porazka bo obie partie siebie dobrze nie znaja, i niestety czesta dzieci sa ofiarami.
Chce wyjsc za maz. Mam bardzo powazny stosunek do tego bo jest to prawny kontrakt, ktory trzeba szanowac. Nie jest to inne od kupienia mieszkania czy wziecia kredytu. Jest to wiecej niz erotyczna pasja czy romantyczne uniesienia- jest to powazny kontrakt dyktujacy powinnosci moralne i materialny podzial wspolnoty majatkowej. Dla mnie malzenstwo jest jak napisanie konstytucji dla wyspy, ktora nigdy rzadu nie miala, jak budowa panstwa (na mala skale).
Wyjątkowo się z koleżanką zgodzę
Dla wyspy - jednej wyspy (jedno terytorium), połączonej z dwóch mniejszych wysepek, gdzie każdy ma swoje małe terytorium.
A tak zupełnie na poważnie, ja chyba jestem zbytnią idealistką (już dzisiaj to chyba drugi raz powtarzam). Mój chłopak też do instytucji małżeństwa podchodzi tak na "sztywno" jak ja to określam, ale jest prawnikiem, wiec zrzucam to na karb zawodowych zboczeń
a ja z kolei bardziej "romantycznie" podchodzę na zasadzie, że małżeństwo to miłość, chęć spędzenia życia z drugą osoba, bycie z nią na dobre i złe ...
Chociaż gdzieś ostatnio przeczytałam, że małżeństwo to dożywocie z możliwością warunkowego zwolnienia za "złe" zachowanie ...
Pytajka bo małżeństwo jest zarówno miłością (przynajmniej powinno być, nie wyobrażam sobie, ze można wytrzymywać wszystkie fochy drugiej osoby, nie kochając jej i tak do usranej śmierci dzień w dzień:) ) jak i zobowiązaniem prawnym wobec państwa ![]()
Pytajka bo małżeństwo jest zarówno miłością (przynajmniej powinno być, nie wyobrażam sobie, ze można wytrzymywać wszystkie fochy drugiej osoby, nie kochając jej i tak do usranej śmierci dzień w dzień:) ) jak i zobowiązaniem prawnym wobec państwa
No taaak
Ale wiesz Catwoman, nie kalkuluję tego tak na chłodno. Być może to błąd. A może to dobrze, że mam partnera, który na chłodno do życia podchodzi. Dla mnie małżeństwo to przede wszystkim zobowiązanie wobec partnera, państwo szczerze powiedziawszy mam w poważaniu. Deklaracje, że na dobre i złe chcę składać mężczyźnie, którego kocham, z którym chcę mieć dzieci, stworzyć rodzinę, dom pełen ciepła.
Chyba jestem niereformowalna ![]()
Pytajka, jesteś reformowalna, a do tego wcale na chłodno nie trzeba podchodzić! Po prostu o miłość dbać, a formalności nie zaniedbywać!
Właśnie miałam to napisać
W każdych czasach były rozwody, zdrady i oszczerstwa. Były małżeństwa zawierane po to, by uciec z domu, dla wygody, dla majątku.
JednaK tylko w naszych czasach tak latwo o zdrady ,rozwody .Zona z nudow zalozy sobie sex fotke czy cos innego .
Zawsze byly ale teraz za kilkanascie lat beda sie p.......c na ulicy . Jak za kamienia lupanego)))..Dawniej ludzie jesli robili co robili to sie ukrywali ,walczyli o rodzine itd .itd.
Taka prawda
Sadie, teoretycznie to sobie można mówić, wiesz na pewno jak się zachowasz w danej sytuacji dopiero jak coś się wydarzy.
przykład:
mój mąż: chcemy mieć dzieci? - tak! on wie, chce, zdaje sobie sprawę z obowiazków ( miał dużo młodsze rodzeństwo) będzie kopał piłę, jeźdźił z dziećmi na rowerze, chodził na spacery, uczył, pokazywał, wychowywał... itd...itd...ja: dzieci? buuuu nie umiem, nie chcę, boję się, nie świruję na widok niemowlaków jak większość mioch koleżanek, och chyba będę złą matką, chęć na macierzyństwo w skali 1-10 tak około 2.
tak było przed ślubem. 5 lat po ślubie jedno potem drugie dziecko. Role się odwróciły, bycie mamuśką to super sprawa a tatuś od czasu do czasu przyniesie dzieciaczkom batonika i to by było na tyle. I ja byłam pewna tego co mówię wcześniej i on.
To jak robienie prawa jazdy: teoria zdana, a jazdę oblewasz raz po raz.
Zrobilas cos wbrew sobie to teraz ponosisz tego konsekwencje ![]()
Mysmy z mezem co ustalilismy to tak jest. I to sa jak dla mnie nienaruszalne zasady. Powiedzialam mu: "jesli zaczniesz je zmieniac i naginac, poczuje sie cholernie oszukana i bede zmuszona odejsc." Bo jak dla mnie umowa slowna ma takie samo znaczenie jak na papierze z pieczatka i podpisem. I w przypadku tak powaznej decyzji jak malzenstwo nie dopuszczam zmian w regulaminie w polowie. Jesli taka potrzeba zaistnieje to usiadziemy i o tym porozmawiamy. Ale nie dopuszczam mozliwosci ze maz mi nagle powie: "od dzisiaj zmieniam w zwiazku to" i juz.
Sadie, nie wiem czy zrozumiałaś sens mojej wypowiedzi.
Nie ponoszę konsekwencji tego, że zrobiłam coś wbrew sobie, raczej zrobiłam coś pomimo moich obaw, że się nie sprawdzę.
Sprawdziłam się i z mojej strony jest OK. Nie narzekam, że mam dzieci, jeżeli o to ci chodzi.
Cały problem z tego,że mój mąż wbrew deklaracji jakim będzie super tatusiem ( a wiem,że był szczery) zupełnie się w tej roli nie sprawdza.
I wracamy do początku: teoria to jedno a praktyka to co innego.
"Wydaje mi sie, ze malzenstwo powinno byc zawierane kiedy ludzie sa dojrzali, w wieku 27-30 lat."
aldernewman tu sie z tobą zgadzam.
Przydałyby się jakies testy dojrzałości, bo czasem dwudziestolatek jest bardziej dojrzały niż powiedzmy trzydziestopięciolatek
Sadie, nie wiem czy zrozumiałaś sens mojej wypowiedzi.
Nie ponoszę konsekwencji tego, że zrobiłam coś wbrew sobie, raczej zrobiłam coś pomimo moich obaw, że się nie sprawdzę.
Sprawdziłam się i z mojej strony jest OK. Nie narzekam, że mam dzieci, jeżeli o to ci chodzi.Cały problem z tego,że mój mąż wbrew deklaracji jakim będzie super tatusiem ( a wiem,że był szczery) zupełnie się w tej roli nie sprawdza.
I wracamy do początku: teoria to jedno a praktyka to co innego.
No to widocznie maz zlozyl obietnice ktorej nie powinien. Wbrew pozorom ludziom sie to czesto zdarza
Obiecuja zlote gory a potem d..a
Normalka.
Albo po prostu rozmija sie on z twoimi wyobrazeniami dobrego ojca ![]()
Moze to tylko ja, ale w wieku dwudziestu kilku lat siano mialam w glowie. Prawie za maz wyszlam za prawnika z Kanady. Dzieki Bogu, rozum mi sie odezwal i jak dorosla osoba...ucieklam do Bostonu dwa tygodnie przed slubem (sorry Richard). Wiedz widzicie, nie za bardzo rozgarnieta bylam. Jezeli bym sie hajtnela wtedy, rozwod bylby murowany.
Po trzydziestce ciagle jestem szalona i glupia, ale przynajmniej wiem czego chce i co moge zaoferowac.
Po 30tce punkt patrzenia i widzenia zmienia się o jakieś 180 st.
Absolutnie.
Poświęcanie się jest głupotą!!!! Oznacza oddanie większego dobra za mniejsze. Bez sensu. Co jest złego w rozwodach z powodu niedopasowania charakterów? Ja miałam zamiar być z exem całe życie. On był po prostu głupi, nie rozumiał i nie chciał zrozumieć, że ja wiem lepiej czego potrzebuję, ale nie mam siły ani ochoty walczyć o to codziennie. Chciał, żebym doceniała postępy. A w cholerę z postępami!
Teraz mam mężczyznę, którego nie muszę wychowywać, nie muszę mu tłumaczyć i błagać, żeby zauważył mnie. Gdybym pracowała nad tamtym związkiem, już bym nie żyła, albo bym cierpiała jak poprzednio. Po co? Jak jestem w bagnie po uszy, to czy nie lepiej z niego wyjść niż brnąć dalej?
Rozwód jest strasznym przejściem, ale życie z wrogiem jest jeszcze gorsze. Teraz radzę - nie brać ślubu zbyt szybko. Przyjrzeć się wybrankowi i jego rodzinie. Pilnie obserwować jaki jest. Nie zamykać oczu. Nie odpuszczać. I CENIĆ SIĘ WYSOKO. A w razie, gdyby się pogorszyło, nic nie naprawiać! Uciekać jak najdalej. Nie marnować czasu.
DOBRY ZWIĄZEK JEST ŁATWY. Nie wymaga męczenia się, rezygnacji z siebie. Jeśli on lgnie do mnie a ja do niego, nie musimy sobie wypominać, że nie wysłaliśmy smsów, bo wysyłamy nie zmuszając się do pamiętania. Tak, jak nie musimy pamiętać o oddychaniu. Nikt nie ma pretensji - nie przytuliłeś/aś się, bo przytulamy się często i chętnie.
ALE MĘŻCZYZNA MUSI BYĆ MĘŻCZYZNĄ A NIE PIOTRUSIEM PANEM. Bo inaczej nie uniesie zmienności nastrojów kobiety, będzie wszystko brał do siebie, niepotrzebnie. Będzie się nabzdyczał, stroił fochy... Nie, to nie dla mnie. I nie spotkałam Kobiety, która by tego chciała.
Artemida dobrze prawisz. Szczególnie podobały mi się słowa "DOBRY ZWIĄZEK JEST ŁATWY". Lepszego podsumowania nie widziałam, serio.
Tylko wyjaśnijmy sobie granice pracy nad związkiem: nawet dobry związek tworzą nieidealni ludzie, każdemu zdarzają się gorsze dni czy gorszy czas po prostu- i uważam, że nad tym warto pracować stale, rozmawiac, wyjaśniać.
Z tym niedopasowaniem charakterów: najlepiej by było wiedzieć to PRZED slubem, który z tego powodu doprowadzi do rozwodu.
DOBRY ZWIĄZEK JEST ŁATWY. Nie wymaga męczenia się, rezygnacji z siebie. Jeśli on lgnie do mnie a ja do niego, nie musimy sobie wypominać, że nie wysłaliśmy smsów, bo wysyłamy nie zmuszając się do pamiętania. Tak, jak nie musimy pamiętać o oddychaniu. Nikt nie ma pretensji - nie przytuliłeś/aś się, bo przytulamy się często i chętnie.
Amen.
To dokladnie tak jak sie czuje bedac z moim mezem.
Poswiecenie przestaje byc poswieceniem jesli sprawia nam obojgu przyjemnosc.
i wynika z checi a nie przymusu.
Sporo czasu minęło od mojej ostatniej wizyty i dużo miałam w związku z tym do czytania.. Ale podsumowując wasze posty powiem : łatwo powiedzieć - poznaj partnera przed ślubem! Jak ma się 18 lat, świat inaczej wygląda! A podobno zmieniamy się co 7 lat... I inaczej to wszystko wygląda, jak spotyka się człowiek nawet codziennie, ale potem każdy wraca pod swój dach, a inaczej razem pod jednym dachem.. Będąc przed ślubem, nie do pomyślenia było wtedy bym zamieszkała razem z chłopakiem! Dziś to śmieszne. Takie zacofanie? Przecież to nie 100 lat temu! No więc poznać tak do końca swego partnera nie jest chyba możliwe. Każdy się zmienia! A życie przynosi i uśmiech i łzy. W zdrowiu, chorobie, na dobre i złe - jak mówi przysięga. Zobaczycie za jeszcze parę lat.. Ale tutaj, wszystkim wam życzę szczęścia w waszych związkach!
beata19959 dziękuję.
Oczywiście w wieku 18 lat trudno jest poznać partnera dobrze-jako kandydata na męża, ale jednocześnie kamikaze zdecydowałby się na coś trwałego w tym wieku.
Przeczytałam cały ten wątek i już wcale nie dziwi mnie, czemu małżeństwa tak łatwo się rozpadają.
Smutno mi, kiedy czytam takie rzeczy. Jeśli ktoś kocha tylko siebie, nie jest w stanie pomyśleć o dobru drugiego człowieka bardziej niż o swoim, albo chociaż na równi, robienie coś dla drugiego człowieka, poświęcenie i oddanie nazywa głupotą to chyba po prostu nie jest zdolny do miłości, nie kocha nikogo poza sobą. A bez tego nie ma co myśleć o małżeństwie i rodzinie.
Jak widać w tym wątku, wielu dziś nie widzi nic złego w traktowaniu ludzi jak rzeczy, które można zostawić, oszukać, wyskrobać, wymienić na lepszy model. Tylko czemu później dziwią się, że ktoś ich potraktował jak rzeczy?
Nie wierzę w te wszystkie wymówki, przyzwoitość, miłość i szacunek do człowieka nie są kwestią wieku, mody, czasów.
Według mnie to jest bardziej jak u Herberta:
"To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
mieliśmy odrobinę niezbędnej odwagi
lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
Tak smaku
który każe wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo
choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała
głowa"
Entropia a dlaczego Ty byś odpuściła ?
Entropia a dlaczego Ty byś odpuściła ?
Entropia, a trwala bys w zwiazku z facetem, ktory okazal sie alkoholikiem, damskim bokserem, zagrozeniem dla Waszych dzieci, pijawka finansowa, ktory by Cie ponizal i wykorzystywal?
albo maminsynkiem?
Zastanawia mnie niepokojące zjawisko w obecnych czasach: mnóstwo ludzi się rozwodzi, mnóstwo ludzi się zdradza i zatrzymam się na tym drugim: od czasu do czasu gadam z różnymi ludźmi, przeważnie facetami na temat seksu w małżeństwie, zdrady, w ogóle szczęścia małżeńskiego.
Co się okazuje.... faceci zdradzają ale nie tak jak to sobie człowiek wyobraża; facet jest po 40tce, pierwsze siwe włosy, potrzebuje sie dowartościować więc zaczyna prowadzić z premedytacją podwójną gre.
Otóż zdradzają się.... młodzi małżonkowie. faceci, którzy nawet nie skończyli 30-35 lat, poznają kogoś w pracy/ na czacie/ na wyjeździe i zaczyna się niewinnie a kończy...jak zwykle.Przyznają, że w małżeńskim łożu "nie jest tak jak kiedyś" -a nie robią NIC (i ich partnerki również) by to zmienić. To trwa, ten impas, latami.
Co się tyczy małżeństwa, jest powiedzenie, że kiedyś się naprawiało to co zepsute, dziś wymienia się na nowe.
Jednak..... gdzie jest ta granica?? Bo widzę, że ludzie rozstają się z powodu "niedopasowania charakterów' (mimo, że chodzą ze sobą przed ślubem po 6-10 lat) z powodu pieniędzy. Czesto nawet nie pójdą do psychoterapeuty czy seksuologa, a składają papiery rozwodowe.Czy tylko ja to widzę?
jako kobieta 36 letnia i już troszkę doświadczona moim skromnym zdaniem myślę że te rozstania ii "odpuszczania" sobie spowodowane są tym że nie potrafimy być cierpliwi i wyrozumiali, w związkach brak jest kompromisu, jedna i druga strona ma swoje racje i chce na nich bazować,
poza tym chyba po jakimś czasie zapominamy kogo pokochaliśmy i z kim się związaliśmy,chcemy tę drugą osobę zmieniać na siłę według własnych upodobań,
przed ślubem razem chodzili na piwo, imprezy, bawili się, często uprawiali sex
później np. przyszło dziecko , zmęczenie i nadmiar obowiązków , problemy , dzień powszedni i związane z tym komplikacje, a jeszcze jak dojdą problemy finansowe to w ogóle mogiła,
a nie można zamknąć się w czterech ścianach i bazować tylko na tym że jest mój czy moja i inaczej nie będzie , nie ma w życiu niczego pewnego na 100%,
mężczyzna patrzy na kobietę , która przed ślubem była elegancka , wesoła itd. a teraz np. widzi kobietę zaniedbaną , bez makijażu , w której jakby życie stanęło,
taj samo z mężczynami , kobieta widziała wcześniej eleganta a teraz zaniedbanego , nie ogolonego , itd.
tak nie powinno być
nie zdajemy sobie sprawy , że dzieci urosna , nie będą wciąż małe , pójda swoją drogą , w swoje towarzystwo i swój świat
dlatego też nie należy zapominac o tej drugiej osobie obok nas,