Nie wiem już co robić, dlatego chce poradzić się kogoś obcego. Może ktoś jest lub był w podobnej sytuacji.
Zacznę od tego, że jestem młodą mamą. Mam 26 lat i dwójkę dzieci. Starszy 1 rok 10 mies., młodszy prawie 7 miesięcy. Mam męża 9 lat starszego (po rozwodzie, ma syna 10 letniego-wpadka z poprzednią żoną). Na początku naszego związku była bajka. Przez pierwsze pół roku spotykaliśmy się a potem zamieszkaliśmy razem. Były kłótnie, ale w granicach normy. Z początku mąż bał się, że odrzucę go z powodu syna, ale mi to nie przeszkadzało. Moi rodzice, szczególnie mama pomimo oporów przed tym, że jest to rozwodnik po czasie zaakceptowała go. Z jego synem utrzymuję bardzo dobre relacje. Po 5 miesiącach związku partner oznajmił mi, że ma długi, bał się mi o tym powiedzieć, bo myślał, że go rzucę. Wzięłam dla niego kredyt na 6000 zł, żeby spłacić jego długi. Wtedy zaczęłam pracować, mieszkałam z rodzicami, co zarobiłam to spłacałam kredyt.
Potem jak zamieszkaliśmy razem składaliśmy się na rachunki. Z początku umowa ja płacę za jedzenie i prąd a on odstępne i czynsz. Mój mąż oświadczył mi się na wakacjach, już na początku związku rozmawiałam z nim o dzieciach i mówiłam mu, że zawsze chciałam mieć dwójkę, on mi mówił, że też.
Pytałam go o powód rozstania z poprzednią żoną. Mówił mi, że się nie dogadywali, ona kręciła z innymi facetami, odkrył to na jej portalu społecznościowym. Po czym stracił do niej zaufanie i ich związek zaczął się walić. Ich dziecko patrzyło na ich kłótnie i płakało. Od męża dowiedziałam się, że ona go biła.
Jak było pięknie przez pierwsze dwa lata tak nagle na miesiąc przed ślubem odkryłam drugie oblicze mojego męża którego nigdy nie znałam. Mój mąż był świeżo po zdaniu prawa jazdy(które mu opłaciłam) rozwoziliśmy zaproszenia dla gości. Ja zwykle prowadziłam i nigdy mu to nie przeszkadzało. Nagle gdy nie chciałam go puścić za kierownicę obraził się na mnie i zaczął mnie obrażać. Pomyślałam, że to może przez stres. Auto dostałam od mojej mamy gdy zmieniała je na nowe.
Gdy mój mąż był pierwszy raz za kierownicą skody popłakał się i mówił mi, że nie sądził, że kiedykolwiek będzie na takim miejscu. Mój mąż długo mówił mi, że jak chcemy mieć dzieci to musimy mieć własne mieszkanie i musimy wziąć kredyt. Ja po tym pierwszym kredycie który spłacałam powiedziałam sobie, że nigdy już kredytu nie wezmę. Mój mąż miał wtedy kiepski okres, mówił mi, że nie ma nic własnego, że wszystko żona mu zabrała i że chciałby mieć własny kąt. Co tydzień chodziłam do kościoła i modliłam się, aby był szczęśliwy, bo widziałam wtedy, że chodził zdołowany. Nagle moi rodzice oznajmili mi, że kupią nam mieszkanie jako prezent ślubny. Gdy powiedziałam o tym wtedy mojemu mężowi widziałam w jego oczach łzy szczęścia.
Naciskałam bardzo na męża, żebyśmy mieli psa. Całe życie wychowywałam się ze zwierzętami i jakoś nie wyobrażam sobie życia bez nich. W końcu zgodził się i znalazłam odpowiedniego pieska dla nas.
Miesiąc przed wzięciem psa zaszłam w ciążę. Staraliśmy się z mężem przez 2 miesiące ucieszył się. Potem zaczął się jakiś dramat remontował mieszkanie, co chwile coś mu nie pasowało, narzekał na psa, że wszystko niszczy (tylko, że to jest szczeniak, to trudno żeby nie niszczył). Co pies zniszczył wszystko mu kupowałam. Odkładałam pieniądze na remont mieszkania. Mój mąż nie zarabiał tyle żeby na coś odłożyć. Dużo rzeczy mu kupiłam. Jest to człowiek który patrzy się na markę, nie kupi byle czego. Dużo razy krytykował mój styl ubierania się. Gdy byliśmy przykładowo na zakupach i do botków nie miałam jakich skarpetek założyć to założyłam granatowe, wiedział o tym. Gdy byliśmy w sklepie i rozmawialiśmy o prezencie dla dziecka mojego brata. Mówił mi, że nie potrafi skupić się na tym co mówię, bo patrzy na moje fioletowe skarpetki które ubrałam do eleganckich butów. Było mi głupio przy ludziach, bo wszyscy w tym momencie się obrócili i patrzyli na moje skarpetki.
Przez ostatni czas 2 ciąż nie kupowałam sobie nic nowego, nie tylko ze względu na to, że byłam w ciąży, ale też, że chciałam oszczędzać i kupić sobie w późniejszym czasie coś ładnego. Mój mąż nie ma szacunku do pieniądza, wyda wszystko co ma. Było przez prawie rok tak, że co miesiąc mój mąż pożyczał ode mnie pieniądze 400-500 zł. Ja nie miałam pieniędzy na ubrania dla siebie, on sobie kupował. Inny przykład jego chrześniak miał komunię, on nie miał kasy ja dałam 700 zł, on 300 zł. Nie oddał mi z tego nic. Po pewnym czasie gdy pieniądze zaczęły mi uciekać i nie miałam oszczędności zaczęłam mu wypisywać ile ode mnie pożyczył i chciałam żeby mi oddał. Co miesiąc zbierały się pieniądze i w sumie miał u mnie dług 3.500 tys. Nie zarabiał na tyle, żeby mi oddać, bo musiał popłacić długi i alimenty, do tego składać się po pół na mieszkanie. Na koncie nie zostawało mu nic. W końcu zmienił pracę, zaczął zarabiać więcej. Co miesiąc słyszałam od niego, że go okradam, że jak on ma wyżyć za 200 zł (gdzie ja robię zakupy i wszystkie opłaty są popłacone).
Już samo to mnie nie dobija, bo mnie spłacił. Już przestałam nawet mu wypisywać co więcej wydałam i nie dzieliłam tego na pół. Sama opłacałam żłobek dziecka, nie dzieląc kosztów na dwóch, żeby tylko mógł spłacić dług. A i tak co miesiąc słyszałam, że go okradam.
Na razie pisałam o kwestii pieniędzy, która w sumie jest jeszcze do zniesienia. Gorzej jednak jest teraz ze stosunkiem mojego męża do mnie.
Otóż od ostatniego czasu stracił kompletnie do mnie szacunek. Od "maja" przed ślubem nagle przestałam mu pasować, wiele rzeczy jego zdaniem robiłam źle. Z początku słyszałam krytykę i ocenianie mnie 2-3 razy w tygodniu. Z początku mnie to bolało, potem to zlewałam i jakoś to było. Do czasu... Przy pierwszym dziecku non stop wytykał mi błędy co źle robię. Mam wrażenie, że on jest lepszą matką i ojcem ode mnie. Jest nadopiekuńczy jeżeli chodzi o starsze dziecko. Gdy syn zaczynał siadać zdarzało się, że lądował na główkę, gdy zaczynał raczkować zdarzało się, że spadł z kanapy. Gdy brałam płaczące dziecko na ręce i zaczęłam je uspokajać on wyrywał mi je z rąk, uspokajał je i zaczynał wytykać mi, że jestem złą matką, jak mogłam dziecko nie upilnować, jak mogłam nie przewidzieć, że on spadnie. Starałam się być obojętna na jego krytykę, nie rozumiał, że dziecko może czasem upaść, uderzyć głową. Nigdy nic poważnego mu się nie stało, wszystko było w granicach normy. Mąż przyczepił się do tego, że źle obcinam paznokcie dziecku i on będzie obcinać. Gdy karmiłam piersią mówił mi, że przekarmiam dziecko i nie mogę go karmić tak często. Gdy uspokajałam dziecko cyckiem gdy szły mu ząbki - źle robisz, będzie go brzuszek bolał. Gdy po miesiącu zaczęłam jeść normalnie i karmić syna. Mówił mi, że będę tego żałować, bo będzie miał kolki. Oczywiście syn nigdy kolki nie miał, ale jakikolwiek płacz wtedy - o to na pewno kolka, nie możesz tego jeść. Po tym jak skończyłam karmić piersią mąż uparł się, że on będzie karmić dziecko butelką i kłaść go do łóżka, bo ja nie potrafię, bo źle trzymam dziecko do karmienia, on to robi lepiej. Jak mogę nie odbijać dziecka kiedy ono śpi. Mąż budził dziecko, żeby mu się odbiło, a potem ja musiałam je usypiać. Po czym słyszałam, że płacze przez ciebie, bo mu nie odbiłaś wcześniej. Siedziałam z dzieckiem przez rok w domu, dorywczo pracowałam i zostawiałam go u mojego taty, który się nim zajmował. Po roku poszłam do pracy, w domu nie było zbyt czysto, ciężko było zadbać o porządek. Mój syn do czasu kiedy nie poszedł do żłobka zostawał z tatą. Gdy syn skończył 7 miesięcy zaszłam w drugą ciążę. Mój mąż z początku był w szoku, ale potem stwierdził, że super. Po czasie gdy nie radziłam sobie z porządkami domowymi zaczął mi wytykać, że jak ja sobie to wyobrażam, że nie poradzę sobie z drugim dzieckiem, bo z tym już sobie nie potrafię poradzić. Dzieci będą żyły w syfie. Odkąd pojawił się drugi syn przez długi czas nie zwracał na niego uwagi. Dużo pomagał mi przy starszym synu, gdyż zajmowałam się młodszym dzieckiem. Syn zaczął być wtedy bliżej z mężem niż ze mną, było mi przykro. Teraz mąż urywa się czasem popołudniami, przez co zostaje z dwójką sama.
Sedno problemu jest takie, że mąż jak kiedyś wytykał mi błędy kilka razy w tygodniu, to teraz jest to na początku dziennym 4-5 razy. Uwielbia mnie oceniać, mówi, że:
1) trzymając jedno dziecko w rękach nie potrafię złapać drugiego dziecka w locie spadającego z łóżka - nie potrafię przewidywać sytuacji, każda matka potrafi
2) dziecko ma głęboko zaschnięte kozy w nosie (jak każdy z nas) mój mąż upiera się, że trzeba je wyciągać patyczkiem do uszy, gdy mówię, że tego nie zrobię - jestem złą matką, każda matka dba o nos swojego dziecka
3) dziecko ma lekki katar, muszę zrobić zakupy bo inaczej nie miałabym dać dziecku co jeść, wysyłam go do żłobka - jestem nie odpowiedzialną matką, ważniejsze jest moje widzimisię niż zdrowie dziecka
4) starszy syn był inny od młodszego. Budził się w nocy rzadziej - to przez ciebie młodszy syn jest taki rozdrażniony. To ja wychowywałem starszego syna
5) nie założyłam dziecku rękawiczek przy 5 stopniach Celsjusza - co z ciebie za matka, jak możesz nie zakładać rękawiczek dziecku, nie dbasz o niego
6) myłam podłogę w salonie gdy on miał home office z pracy, kątem oka patrzył na to - źle myjesz podłogę powinnaś myć ją tak, wyrywa mi mopa i pokazuje, że powinnam mocniej tego mopa przyciskać.
7) wsadziłam naczynia do zmywarki, nie dałam tabletki - jak mogłaś nie dać tabletki do zmywarki, teraz wszystkie naczynia są brudne
8) zawsze zgniatam opakowania po mleku i daje do śmieci, raz zdarzyło mi się zapomnieć bo leciałam do dziecka - to ja tylko za każdym razem zgniatam te kartony naucz się to w końcu robić
9) gdy nie miał się o co czepiać nagle zaczął przeszkadzać mu pies - niepotrzebny obowiązek w domu, po co ten pies, czemu ja się na niego zgodziłem
10) miałam problem z usypianiem młodszego syna, mąż uparł się, że on go uśpi smoczkiem (syn nigdy go nie chciał, w dodatku nie można nad nim stać bo dostaje histerii). Mąż po 1,5 godzinie wychodzi z pokoju, masakra z tym dzieckiem, nie da się go uspokoić. Pewnie go brzuch boli, za dużo mleka mu dałaś.
Tych pretensji jest mnóstwo, ocenianie mnie i krytykowanie jest na porządku dziennym. Wyczerpał swój limit i teraz na każde zwracanie uwagi wybucham. W dodatku codziennie słyszę, zrób to, zrób tamto, podaj mi to, przynieś to, posprzątaj, poodkurzaj, wymień pościel. Załóż synowi rajstopy, wyczyść mu nos, nie ubieraj mu tych spodni, ubierz te.
Mam wrażenie, że jestem chodzącym robotem który ma spełniać wszystkie jego zachcianki. Codziennie gotuje, on już nawet w weekend nie ugotuje, bo w tygodniu pracuje, a w weekend musi wypoczywać. Gdy przyjdzie do domu i nie spasuje mu obiad - znowu nie ma nic na obiad. Gdy do skończenia obiadu zostaje mi pół godziny - jestem głodny, jadę po kebaba. Nie ma bułek jest chleb z dnia poprzedniego - nie kupiłaś bułek, nie ma nic na kolację.
Nie wiem co o tym wszystkim sądzić niby pierdoły, ale słysząc różne akcje codziennie mam dość i powiem szczerze, że wolę kiedy mojego męża nie ma w domu niż gdy jest. Gdy go nie ma potrafię nawet się relaksować przy dwójce dzieci. Gdy on jest i mnie krytykuje zaczynam się dobijać i z automatu nie potrafię się uśmiechać do dzieci, ani się z nimi bawić, bo łapię doła.
Ostatnio wiedziałam, że nie ma nic do jedzenia dla młodszego syna. Mówiłam mężowi, że muszę koniecznie jechać do sklepu. Syn nie mógł zasnąć. W końcu wydawało mi się, że usnął i powiedziałam mu, że chciałabym wyjść - chyba oszalałaś, że sama mnie z nim zostawisz. Mijał czas, a za chwile zamknięcie sklepu. Powiedziałam mu dobra wychodzę, na co on - "to wypierdalaj". Zatkało mnie, na następny dzień powiedziałam mu, że należą mi się przeprosiny, na co on powiedział mi, że go sprowokowałam. Ostatnim razem się dowiedziałam, że on uważa, że jeżeli kobieta bije mężczyznę, to dlaczego on miałby jej nie oddać. Jednym słowem dowiedziałam się, że on z byłą żoną regularnie się prali. Ja nigdy przenigdy nikogo bym nie uderzyła choćbym nie wiem jak była zła. Powiedziałam mu, że gdybym wiedziała o tym przed ślubem nigdy bym za niego nie wyszła - nic sobie z tego nie zrobił i powiedział, że przesadzam. Martwię się, że jak dzieci zobaczą, że mąż mnie nie szanuje, to same przestaną mnie szanować. Nawet jego 10 letni syn zauważył, że on cały czas mnie krytykuje i mówił mi, że mu się to nie podoba, że tata w wielu sytuacjach nie ma racji.
Mój mąż stwierdził, że on nie wytrzyma bez krytyki w moją stronę, bo jak się coś mu nie podoba, to musi o tym powiedzieć. Powiedzcie mi czy ta krytyka musi występować 3-5 razy dziennie? Gdy staram się robić to co on mówi, szybko wynajdzie inny problem. Co mam zrobić żeby on mnie zaakceptował taką jaką jestem?
Ja go od samego początku akceptuję w pełni, nie wytykam mu błędów. Gdy mu o tym powiedziałam, to stwierdził, że to dlatego, że nie mam co mu wytykać, bo on jest doskonały.
Ostatnio mąż stwierdził, że gdyby mógł nie mieć dzieci, to by ich nie miał, bo dzieci to jest tylko poświęcenie i wydatek. A mu się marzą podróże i spokojne życie.