Pozwolę sobie napisać o swoich przemyśleniach i spostrzeżeniach odnośnie współczesnych małżeństw i powodów szybkiego odpuszczania.
W czasach mojej młodości ludzie się szybko pobierali. Dlaczego? Dla miłości i seksu. Tylko w małżeństwie mógł być regularny. Nie, nie z powodu moralności, ale z powodów prozaicznych, nie było gdzie się kochać. Wynajęcie czegoś graniczyło z cudem, bo prawo było takie, że każda rodzina mogła mieć tylko jedno mieszkanie. Hotel? Raz, że to połowa pensji, a po drugie nie zameldowali cię w hotelu jeśli mieszkało się w tym samym mieście. A było też tak, że jeden pokój wspólny mogło dostac tylko małżeństwo. U rodziców w domu? Tylko kradzione chwile, gdy poszli na działkę, czy gdzieś wybyli, pod strachem. Sypiać z chłopakiem, gdy byli za ścianą? NIEMOŻLIWE. No, można było pod namiotem. My tak robiliśmy z przyszłym mężem. Jechaliśmy gdzieś na pustkowie, no ale on miał auto, towar deficytowy w tamtych czasach. Ale to też było rozwiązanie tylko na lato. No więc ślub. Żyło się w pokoiku przy rodzicach, ale miesiącami nie wychodziło się z łóżka. Małżeństwo rozpoczynało się taką namiętnością, że do dzisiaj się czerwienię na samo wspomnienie. Tak jakoś miękko wchodziło się w dorosłe zycie. Szybko były dzieci, bo antykoncepcja kulała. Były oczywiście awantury wynikające z docierania się, ale noc godziła, bo namiętność przez te pierwsze lata sięgała szczytów. A gdy już opadła, to były dzieci, wspólny dorobek, zabieganie wokół zaspakajania potrzeb bytowych, bo o wszytko było trudno. Kupienie masła, mięsa, butów dla dzieciaków było wyzwaniem. Na telewizor trzeba bylo odkładać bardzo długo, a automatyczna pralka kosztowała w 1979 roku 10,5 tysiaca (mąż zarabiał 2.400) i wystać ją trzeba było tydzień (dzień i noc odhaczając się na liście kolejkowej). A gdy ją już kupiliśmy, to pierwsze pranie spędziliśmy w łazience, siedząc objęci i wpatrując się w okienko.Takie to były szczęścia.
Dzisiaj jest inaczej. Mam wrażenie, że początek dzisiejszych małżeństw przypada na jakiś szósty czy siódmy rok naszego "po ślubie". Dzisiaj ślub jest zakończeniem czasu wielkiej namiętności, nasz ślub był początkiem. Dzisiaj ludzie mieszkają ze sobą latami, zanim się pobiorą. Pewnie ma to i dobre strony, ale temperatura związku małżeńskiego nie jest tak wysoka jak dawniej i małżeństwo kojarzy się już bardziej z ciężką pracą niż z uniesieniami i poczuciem szczęścia.
U nas wszystko było na raz. W ciagu trzech lat po ślubie urodziło nam się dwoje dzieci. Wyjechaliśmy z rodzinnego miasta za pracą, która gwarantowała służbowe mieszkanie. Pierwszym naszym dorobkiem było dziecinne łóżeczko i tapczan. I zasłony do jednego pokoju. Reszta była pusta, nic nie mieliśmy, ale byliśmy bardzo szczęśliwi, bo się kochaliśmy namiętnie. Ta namiętność była lekiem na braki i problemy. Ona łagodziła nasze sprzeczki, niedosyt przynoszonych kwiatów, skarpetki rzucone w kąt, nieudane próby kulinarne, to że któreś z nas nie dosłyszało, nie zgadło, ze to drugie czegoś potrzebuje, itd.
Można powiedzieć, że to wspólne mieszkanie przed ślubem, to przecież jak małżeńskie życie. Czy tak jest, nie wiem, nie mieszkałam z mężem przed ślubem. Ale wydaje mi się, że to nie to samo. Bo jednak nie było przysięgi i w każdej chwili można odwrócić się i wyjść. To próba małżeńskiego życia, a nie samo małżeństwo. A gdy już ślub się odbędzie, ślubna suknia i welon pójdą do szafy, ostatni weselni goście rozjadą się do domów, pozostaje tylko wrócić do tego co się już zna. Tylko że to już nie jest próba, ale formalny związek. Niektórzy mają wrażenie, że podpisali cyrograf. A zmiany w życiu nie ma. To ta sama kobieta czy ten sam mężczyzna, z którym od lat noc w noc śpi się w jednym łóżku. Nie ma euforii poślubnej. Nie ma zaskoczeń, nie ma ekscytacji. Namiętność też już nie taka jak parę lat temu. Jak wyraźnie widzi się wtedy wady swieżo poślubionego człowieka. Nic dziwnego, że parę miesięcy po ślubie przychodzi kryzys. W dawnych małżeństwach też przychodził, ale ludzie byli już ze sobą związani dziećmi, obowiązkami i wspólnym dorobkiem. Było o co powalczyć. Teraz, 8 miesiecy po ślubie rutyna i nuda, bo wszystko co ekscytujące już było. Lata całe przed nim, w wynajętym mieszkaniu. A czegoś co bardzo wiąże, dzieci, wspólnoty jeszcze nie ma. Łatwo wtedy odpuścić? Myślę, że łatwo. Łatwo zostawić to za sobą i ruszyć na ponowne poszukiwanie namiętności.
Namiętność w związku jest bardzo ważna, ale trwa krótko, kilka lat zaledwie. A małżeństwo to związek na kilkadziesiąt lat. Jeśli w ciągu tych pierwszych lat nie zbuduje się fundamentów na dalsze życie we wspólnocie i to nie tylko emocjonalnych, ale i materialnych, to ludzie nie mają motywacji by nie odpuszczać. Zużyło się, więc na śmietnik.