Droga koleżanko
wbrew pozorom ta historia jak każdego innego, niestety nieświadomie jedziemy wszyscy z takimi problemami po bandzie,(faceci, kobiety) piszę to ogólnie, momentami z perspektywy faceta po przejściach 
czarno1oka napisał/a:Zanim jednak zaszlam w ciaze, wszystko ukladalo sie super. Spontaniczne wycieczki, spotkania ze znajomymi.
super sielanka, okres że tak powiem brak obowiązków 
czarno1oka napisał/a:I tak bylo, do czasu az nie przyszlo do rozwiazania. Kiedy juz corka przyszla na swiat, to JEGO swiat(dodam ze rodzilam w Polsce i mieszkamy z moimi rodzicami) i postrzeganie mnie jako kobiety zmienilo sie o 180stopni.
zderzenie z obowiązkami, konsekwencjami decyzji, brak akceptacji nowej sytuacji, albo po prostu bezradność wywołana np wychowaniem,
czarno1oka napisał/a:W nocy do dziecka wstawalam tylko ja (byłam po cesarce i cierpialam 2 miesiace), kazde mleko musialam sama zrobic z dzieckiem na reku albo w nocy latajac z kuchni do łózeczka i ją uspokajać. Kiedy prosilam go, zeby chwile zajal sie mala, to slyszalam tekst, ze matka jest od wychowywania a ojciec od zarabiania pieniedzy. Oczywiscie pieniedzy tych prawie wcale nie widzialam, bo moj partner nie kwapił sie ani do wychowywania ani do zarabiania. Ogladal TV do polnocy, spał do poludnia, a jak przyszlam go wczesniej budzic to slyszalam tekst ze "jak bede sie tak zachowywac to sama sobie bede dziecko wychowywala". Kiedy juz poznal kolegów(jestesmy z innych regionow)to wracal do domu tylko spac, wstawal, jadl, kapal sie i tyle go widzialam. jesli probowalam go do domu sciagnac to slyszalam ze po co skoro dziecko i tak sie go boi. Nie zalezalo mu w ogole na nas. To trwalo jakies 1,5 roku. Psychicznie byłam WYKONCZONA! Do czasu az nie wyjechal znowu (po raz 4 albo 5) za granice. Tym razem na pol roku, bez zjezdzania do Polski i widzenia sie nawet na glupim skype, tylko telefony.
jedna wielka lista, spierdzielonych zachowań, uciekania od obowiązków, brania w swoje ręce odpowiedzialności przez Ciebie, brak współpracy, pewnie normalnej rozmowy, czyli tak zwany kierunek w "dół w związku
użyję też słowa "komfort" dałaś partnerowi komfort, robienia co chce, ucieczki od domu, obowiązków, Ty dałaś komfort a on to wykorzystał, może nie świadomie może częściowo świadomie nie potrafił się z tym co jest pogodzić, zrozumieć,
czarno1oka napisał/a: bez zjezdzania do Polski i widzenia sie nawet na glupim skype, tylko telefony. On zrozumial ze ma rodzine i zaczal sie interesowac. ja glupia mu wybaczylam wczesniejsze krzywdy, a on przyznal ze nie chcialo mu sie byc wczesniej tatusiem i zapewnial ze juz taki nie bedzie. CHYBA ZART! zmienila sie tylko nasza sytuacja finansowa, wreszcie odbilismy troche od dna i zaczal cos przynosic do domu, kiedy poprosze to zajmie sie corka, potrafi nawet wczesniej wstac. A koledzy? sa nadal, tyle ze nauczylam sie miec to gdzies, ze po pracy jeszcze gdzies jezdzi. a awantury? sa nadal.
Ja nie wiem czy On zrozumiał, nie sądzę, po prostu uległ Twoim naciskom, to taka wersja topornego nauczania, nawet najbardziej toporni jednak coś się "uczą", coś zmieniają, generalnie dążymy ku temu dobremu
podobno, kwestia co kto za "dobre" pojmuje
awantury są i będą, bo poszliście tylko na ustępstwa drobne, tak naprawdę nic się za dużo nie zmieniło, niestety
czarno1oka napisał/a: I tu dogie panie moje pytanie. Jak saadzicie, to tylko chwilowa zmiana na "lepsze"? Kazda kłotnia konczy sie albo moim placzem albo jego ucieczka z domu. Jak dlugo mozna to ciagnac? Myslalam o terapii, ale ja jestem w troche lepszej sytuacji niz niektore z was. I czy sms-y, w ktorych pisal mi jaka to nie jestem zla, ze glupia, poje****, ze jak jestem taka mądra to zeby mi rodzice pomogli utrzymac dziecko, mogą być dowodem w sadzie? Bardzo jestem zwiazana z corka i nie wyobrazam sobie ze ON moglby mi ja zabrac.
po pierwsze zagalopowaliście się w tych kłótniach za daleko, i pędzicie wciąż tak sądzę, udowadnianie racji, obrona, atak, itd itp
po drugie, kręcicie sobie sami "bata" na siebie, w końcu ktoś będzie musiał udowodnić że to co mówi, też realizuje!!!(piszesz o rozwodzie, o dziecku, do tego jeszcze daleko, no chyba że ..)
bo myślę że na słowach tylko potraficie zakończyć te sprzeczki, to można by rzec jest zaburzona komunikacja w szerokim tego pojęciu
Ty emocjonalnie nie wyrabiasz, on emocjonalnie nie umie, ty płacz bo nie osiągasz tego co chcesz, On bo pewnie w środku się z tym nie potrafi pogodzić, więc najlepiej wyjść, czytaj "uciec"
tylko ani Twój płacz ani jego "wyjście" czy niskiego lotu słowa, nie zbliża Was do rozwiązania problemu, próbujecie każde na swój wyuczony sposób
tutaj potrzeba rozmowy jednym językiem, ja osobiście dziś o czymś takim myślę w kontekście, nie dojrzałości emocjonalnej
jedni to przechodzą, drudzy nie, warto spróbować pójść do jakiegoś psychologa, są terapie par, potrzeba tylko dwóch chętnych osób w tym wszystkim 
pomyśl jak będzie wyglądać, sytuacja że Ty pójdziesz sama, a On zostanie w miejscu, zrozumienie, akceptacja się polepszą??, czy dalej będziesz to ciągnąć sama, już z inną świadomością
p.s.
z obserwacji moich też wynika, że można to materialnym dobrobytem załatać, jednak w większość przypadków na dłuższą metę, nic to nie zmienia, a kiedyś tak czy siak, któraś ze stron chce czegoś więcej w związku, jak to się mówi wszystkiego za pieniądze nie kupisz!!!
poruszasz też swój problem w wątku "jak udowodnić przemoc psychiczną", chcesz mieć rację czy chcesz żyć normalnie?? mieć rację przynajmniej dla mnie to dziś strata energii, jest tyle fajniejszych sposobów na jej marnowanie 
czarno1oka napisał/a:Jak dlugo mozna to ciagnac?
- do usranej śmierci, bez świadomości tego, godząc się na to
- do rozwodu, i później to powielać z kimś innym, powielanie historii
- do momentu aż nas olśni, że coś nie tak i spróbujemy pracować nad sobą
pozdr pogodnie