kuradomowa166 napisał/a:MC MIODEK piszesz że sa mamuśki którym nigdy nic nie pasuje, co masz na myśli??? powiem ci jak u nas było. Stwierdzenie mam w klasie " no co wy chcecie od tej pani? przecież ona i tak jest świeta ze wytrzymuje z dziecmi" sytuacja dotyczyła wyzwisk pani pod adresem dzieci, szarpania, ogólnego rozdrażnienia pani i td.. więc pytam : co ta pani robi w szkole???
Uważam tez że jeśli interesuję sie swoim dzieckiem to również zalezy mi aby pomóc nauczycielce .. wiadomo zę to my rodzice siedzimy po lekcjach z dziećmi , my je uczymy często wiecej w domu, a nagle okazuje się ze jesteśmy roszczeniowi, wścibscy i td... a gdybyśmy nie interesowali się, to jak by o nas mówiono? olewatorskie mamuśki???
MAMAMAMUSIA piszesz o systemie angielskim, cąłkiem innej rzeczywistości. Badania nawet to wykazują ze tamten system jest o dużo niższym poziomie niż w Polsce. Tutaj 6-latki nie bawią sie w skzole jak u was , chociaż w pierwszej szumnej akcji tak miało być..
Mówiąc o takich mamuśkach mam na myśli kobiety, ktre własne dzieciaki traktują jak bogów, którym się wszytsko należy i za których samą obecność nauczycielki powinny dziękować niebiosom. Rozmawiam ze swoim dzieckiem o szkole, o nauczycielkach i ani razu nie poskarżyło się, że ktokolwiek dzieci wyzywa, czy się nad nimi pastwi. I ja mu wierzę.
Natomiast matki, które robią wiellkie halo o to, że ksiądz nie zaliczył dzieciakowi 3 cnót boskich, bo się ten nie nauczył, czy mają pretensje do nauczycielki angielskiego, że jakieś inne dziecko lepiej zna język, niż jej dziecię... które nie widzą problemu w tym, że dzieciak popycha, czy zabiera pieniądze innym, która ma postawę roszczeniową do wszystkiego, natomiast żeby opłacać składki klasowe, czy na Radę Rodziców, czy pomóc w organizacji jakiegoś wydarzenia... czy chociażby złożyć się na prezenty Mikołajkowe jest ostatnia- to własnie takie baby określam mianem "mamusiek, którym nigdy nic nie pasuje". i jeszcze ten glos oburzenia, że słaby rezent dzieci dostały na Mikołajki, czy Dzień Dziecka- no, dostały taki prezent, na jaki starczyło funduszów.. a że sa rodzice, którzy nie chcą płacić, to i pieniędzy na materiały klasowe, czy własnie na małe przyjemności dla dzieci jest mniej.
I to nie są wygórowane kwoty. Wielkosc składki klasowej była określana wspólnie, są organizowane zebrania, na których otwarcie można powiedzieć o finansowych problemach (wtedy dorzucamy się razem z wychowawczynią np dziecku do wycieczki i nikt z tym problemu nie ma), czy wychowawczyni pomaga zdobyć jakies dofinansowanie, czy świadczenie z MOPSu, czy chociażby pieniądze na wyprawke.. u nas z tego korzysta kilka rodziców, bo to żaden wstyd. Natomiast nigdy nie są to te matki z fochem.
I nie mowie tego też wyłącznie teoretycznie. W pierwszej klasie nad moim dzieckiem wlasnie się pastwił taki ekspert z klasy. Mały reagował gorączką na myśl o poniedziałku. Rozmowa z wychowawczynią, a później wychowawczyni z mamą tego dziecka nic nie dała. Pomogo dopiero, kiedy ja poszłam i wygarnęłam tej pani, co o tym wszystkim myślę i ostrzegłam, że pójdę z tym dalej. I też się nasłuchałam, że to moje dziecko prowokowało do zabierania mu pieniędzy, czy bicia i podkładania nóg, i że to wina mojego dziecka, bo sie bronić nie umie i nie pokazało temu drugiemu, że JEST COŚ WARTE. Stąd surowo oceniam takich rodziców- oczywiście że matka winna jest bronić swojego dziecka, ale winna jest też dac temu dziecku jakiś kregosłup moralny, oraz nie utrudniać mu życia między ludźmi, usprawiedliwiając go w każdej sytuacji.
Jest róznica miedzy roszczeniem, a chęcią współpracy. Można chcieć współpracować, patrzec obiektywnie na swoje dziecko i znać jego możliwości i problemy. A można się wykłócać nawet gdy się nie ma racji. To są tacy rodzice, o których napisala in_ka. Ciekawe, że najwięcej gderają matki, ojcowie jakoś chyba łatwiej przyjmują "na klatę" uwagi na temat dziecka.
Aha, no i jeszcze jedno- moje dziecko poszło do szkoly w wieku 6 lat- tutaj w Polsce. Sam chciał, więc go zapisaliśmy. I wierz mi, że pierwsza klasa dla sześciolatka to nie jest "zabawa" w szkołę. Uczył się dokładnie tego samego, co jego 7-letni koledzy, nie ma taryfy ulgowej i radzi sobie świetnie.
Nie uważam też, że moje dziecko jest chodzącym ideałem. Znam jego przywary, i nie wierzę mu w tłumaczenia, że on rozmawia na lekcji, bo go kolega z lawki zagaduje. Jasne. Wiem, że jest straszną paplą,więc wierzę nauczycelce, która zwróci na to uwagę. Natomiast jeśli jest coś, z czym się nie moge zgodzić, staram się problem zrozumiec, a nie najeżdzac od razu na wszystkich i szukać winnych dookoła i wszędzie, tylko nie w sobie.
Lusija, moje dziecko też czasami umie troszkę więcej, bo lubi matematykę i czasami zapyta o coś "nadprogramowego". To moze być dla nauczyciela jakimś problemem? Tak sobie o tym pomyślałam, bo kiedyś dawałam korki z matematyki i nauczyłam swoją uczenicę działania, które dało jej dobry wynik, natomiast nie zostało zaliczone na klasówce, bo nie było policzone jak psorka uczyła. Trochę nauczycielkę rozumiem... chociaż nawet nie zrobiłam tego celowo...chciałam dziewczynie życie ułatwic 
W każdym razie ja zawsze uznaję rozmowę i wzajemny szacunek za podstawę do tego, by mojemu dziecku w szkole było dobrze. Nauczyciel odwala taką robotę, że nie ma sensu jeszcze go dobijać
Podziwiam każdego, kto pracuje z dziećmi..bo ja bym nie udźwignęła takiej odpowiedzialności.