Wielokropek napisał/a:W swoich oczach (być może łatwiej znieść rozstanie, nie wiem) uczyniłaś go potworem, zimnym, wyrachowanym draniem, facetem bez serca. Stąd te Twoje pytania.
To nie tak, ja go tak nie postrzegam. Wydaje mi się, że w tym nawet moze byc problem, żałuje że utraciłam najlepszego człowieka jaki mógł się mną zainteresować. Mam tylko momenty kiedy jestem rozczarowana i potępiajaca jego zachowanie, ale za chwilę wraca wizja utraconej mozliwości. Mam problem żeby go znienawidzieć za to wszystko, racjonalnie powinnam czuć niechęć i o nim zapomnieć a ja nie mogę. Minął rok gdzie padło tyle rzeczy z jego ust ... stopniował ciosy, powinnam się zniechęcić, zachować godność i dać sobie spokój ale nie moje serce cały czas dla niego biło
- styczen'10 pierwsze negatywne wydarzenia w rodzinie, duże problemy i nasz brak porozumienia, brak seksu (chcialam dziecko, wiec to troche problem, wiec o tym mowiłam) ... nie chciał ze mną rozmawiać, siadał przed kompem i pił piwo ... momentami mówił że ma chyba z tym problem, po czym znowu mnie "odpychał" chciałam żeby zaczał się leczyc, na co odpowiadał żebym go nie męczyła
- kwiecień'10 wspolna decyzja (ale moj pomysł) o tymczasowej separacji, miał nastapic czas "randkowania", aby trochę od siebie odpocząć i zatęsknić (to jego słowa) ...widywaliśmy się 1 w tygodniu (ale miałam wrazenie że to wymuszone, 1-2 godz. i uciekał)
- czerwiec'10 "nie kocham ciebie", "malżeństwo było pomyłką", "nie wiem dlaczego sie z Toba ożeniłem", "nic do ciebie nie czuję", "nie wyobrażam sobie życia z Tobą", "nie poniżaj sie", "wiem że juz sie nie zmienie i daj mi spokój" itd. ..to było po smierci jego ojca, wiec tlumaczylam go stanem żałoby, depresji ... dodam że do mnie jako pierwszej zadzwonił powiedziec o śmierci, to ja go za reke trzymalam ... a 2 tyg pozniej powiedział to wszystko 
- sierpień'10 "chce rozwodu, bo chce spróbować z kimś innym" i tu padło nazwisko, jej zalety, moje wady jak bardzo się przyjaźnią itd. bardzo plakaliśmy, pierwsza oczyszczająca rozmowa
- listopad'10 odwołał że z nią nie jest, nie był i nie będzie (to inna dziewczyna, też dużo młodsza) ... nasze relacje od wrzesnia do grudnia były całkiem dobre, wiec miałam prawo wierzyć że może jednak, temat rozwodu ani razu juz sie nie pojawił
- styczeń'11 na moje (!) pytanie czy nadal chce rozwodu (spotykaliśmy się coraz czesciej, chciałam do niego wrócić, myślałam że już pomału kryzys sie konczy) a on: "jednak chce rozwodu, bo juz się nie zmienię" ... "to też Tw wina, ze teraz jestem złym człowiekiem", "myślałem o samobójstwie, ale to niczego nie rozwiąze ty tez nie mysl (?)" "daj mi wolność" .."nie mam nikogo, chce być sam"
- marzec'11 ostatnie spotkanie, informacja o papierach rozwodowych, że jutro sklada ... potem płacz, nie chciał oddac klucza, szukał obrączki, wracał się 2 razy, przytulał mnie i wył, a na koniec mnie pocałował ...oczywiście nadal "nie mam nikogo, to moja wina, bo bardzo się zmieniłem" ... nadal nie wierzyłam w to co się działo, jego gesty nie pasowały do tego co mówił ... i dopiero po tym przestaliśmy się kontaktować (wcześniej min. 1 sms/tel na tydz, stały kontakt)
- kwiecień'11 rozwód ... na wszystko się zgodziłam (jak opisałam to w 1 poście) ... gdzies w tyle głowy miałam wizję, że jak dam mu terraz spokoj to zateskni (jak zawsze) i wreszcie zrozumie, że jestesmy dla siebie stworzeni, ... chciał, żebysmy byli przyjaciółmi i prosił o spotkanie - odmowiłam ... ale w njagorszym wypadku zakladałam, że może za jakiś czas będziemy się spotykać jako bliscy przyjaciele ... o naiwności
- czerwiec'11 dowiedzialam się o mamie i pierwsze nasze spotkanie po rozwodzie wowczas miałam "przyjemnosć" poznać prawdę (o ile to jest już wszystko) - że ona (przyjaciolka siostry, młodsza od niego o 8 lat), że dopiero od grudnia (?), że w ciązy (od grudnia), że miał zakaz mi powiedzieć (?), że ją kocha, że nie chce małżeństwa bo wiadomo, że nie mieszkają razem, ale zamieszkają jak dziecko się urodzi (czyli teraz), że nie wie czy im wyjdzie, ale..., "no i co to zmienia?"
no i tak, chcialam to napisać aby oczyścić się, wyrzucić, a jednocześnie jest to odp na "Daj czasowi czas" ...już tyle minęło a ja wciąż mam dziwną nadzieję. nadal nie dociera do mnie to wszystko. większego ciosu już nie moge od niego (chyba) otrzymać a nadal go kocham, nadal nie mogę pomyslec o nim że jest zły, że jest dla mnie nieodpowiedni ...
pe napisał/a:Czy robisz z ex męża potwora ???? No właśnie nie...Idealizujesz wszystko. Postrzegasz go jako doskonałego faceta . I tym się ranisz...Próbujez tłumaczyć jego zachowanie...NIEPOTRZEBNIE.....!!!!!
Zrobił Ci ogromną krzywdę. I nic go nie usprawiedliwia.
no wlaśnie. niby to wiem (moja przyjaciołka to jest tak o to wściekla, że przestałam już z nią o tym rozmawiać), z drugiej strony to we mnie cały czas tkwi. chciałabym go znienawidzieć (nawet mu to powiedzialam), ale cholera nie umiem ...
i już nie wiem, czy to jest temat zastepczy żeby nie zadreczać i nie płakac po mamie, za mamą i nad bezsensem życia, czy może właśnie tamten temat ma przykryć największe rozczarowanie i porazke mojego życia. doprawdy nie wiem już co mnie bardziej boli. fakt, że te tematy przewijają się nieustanie. koncze myśleć o jednym, mam drugie.