Mam wrażenie, że za dużo dzieciaków pod koniec roku wyciąga się z ndst i zdaje do następnej klasy, chociaż nie powinny. Co wy o tym sądzicie?
Od razu powiem, nie mam złudzeń - kiblowanie w tej samej klasie, nie wpływa na wiedzę. Dzieciaki, które nie chcą się uczyć, powtarzając klasę dalej nie będą chciały się uczyć, ot może w kolejnej klasie trafią na łagodniejszego nauczyciela, dzięki czemu dostaną przepustkę do kolejnej klasy. Ten temat jednak nie jest o dzieciakach, tylko o min. wiedzy, jakie każdy powinien wynieść ze szkoły.
Kiedyś uczyłam matmy (do matury) moją siostrzenicę. Szybko zorientowałam się, że niestety muszę zacząć od podstaw - od tabliczki mnożenia, od ułamków - program nauczania z podstawówki. Nie da się tłumaczyć materiału do matury, jeśli ktoś nie ma sprawności w liczeniu, jeśli myli podstawowe reguły, jeśli nie pamięta / nie zna elementarnych zasad.
Było wiele dyskusji na temat dysleksji, nie ma co powielać argumentów, ale papierek pozwala przebrnąć przez szkółkę, a w pracy?... przecież nikt nie będzie się tłumaczył dysleksją, po prostu ośmieszy się zjadając litery, czy robiąc błędy ortograficzne. Dyslektycy na ogół nie czytają książek (literki przeskakują i wychodzą zupełnie inne słówka, które nie mają sensu z pozostałymi przeczytanymi wyrazami). W dorosłym życiu można żyć bez Kochanowskiego, Mickiewicza, Sienkiewicza, czy bardziej współczesnych pisarzy... no ale życie zupełnie bez literatury jest trochę ubogie.
Często młodzi ludzie chwalą się ocenami ze szkółki z języków (coś trzeba wpisać w CV), ale gdy dochodzi do rozmowy w obcym języku, to okazuje się, że jest to tylko teoretyczna wiedza, a komu potrzebny jest pracownik z 4 na świadectwie, skoro nie umie się dogadać w tym języku.
W dużej mierze to wina nauczycieli, że nie potrafią być skuteczni w tym co robią, ale prawdą jest, że jak komuś się nie chce, to nie da się wbrew jego woli, wcisnąć mu wiedzę do głowy.
Promować do następnej klasy czy jednak zostawiać na kolejny rok w tej samej klasie? Jakie jest wasze zdanie?