Witam!
Mam mnóstwo różnych myśli w głowie. Spróbuje to uporządkować.
Od jakiegoś czasu żyjemy z mężem w separacji, ale to tajemnica poliszynela. Gdy na niedzielny obiad przychodzą dzieci, rodzice, znajomi. Siadamy obok siebie, jesteśmy wobec siebie serdeczni, wcześniej ustalmy wspólną wersje różnych spraw, żeby z rozmowy nie wyszło co innego. Wiem, że to nie jest do końca normalna sytuacja. Ale to zabrnęło za daleko i straciliśmy nad tym kontrole.
To już trwa ponad rok. I jest mi coraz trudniej, coraz bardziej przeżywam to, że po skończonym przyjęciu on musi wrócić do siebie i znów jest po staremu.
On teraz mieszka w swoim mieszkaniu. I prawdopodobnie kogoś ma. Wiem, że miał, ale czy teraz ma nadal, chyba nie. Wiem, że na początku intensywnie romansowali, ale z czasem te kontakty osłabły, nie wprowadziła się do niego, widują się znacznie mniej. Może zerwali, może zrobili sobie przerwę, cholera wie. Wiem głupia i naiwna jestem, że wiem o tym wszystkim, a mimo wszystko nadal go kocham i robię sobie nadzieje. Po jego wyprowadzce chwilowo mi ulżyło, bo już sobie nie mogłam poradzić, poszłam na terapie, skoncentrowałam się na swoim zdrowiu, pracy, przyjemnościach. Ale sama myśl, o innych facetach czy związkach mnie odrzucała. Poza tym nadal jakby nie było mam męża. Zarazem czułam się bardzo samotna, niedoceniona jako kobieta. Co rekompensowałam sobie drogimi ciuchami, kosmetykami, wyjazdami do SPA, ale to wszystko na nic, chwilowa odskocznia. W sumie niedługo po rozstaniu, zaczęliśmy się kontaktować. On przyjeżdżał do domu, ja do niego dzwoniłam z różnymi sprawami i on o dziwo chętnie pomagał. Przyznam szczerze, ja też mu wiele razy robiłam zakupy, pranie, sprzątanie. To był taki niepisany układ. Tylko sobie sama zrobiłam trochę krzywdy bo ta więź emocjonalna zamiast słabnąć tylko się umacniała. To niby sztuczne udawanie przed rodziną, nad którym straciliśmy kontrolę, stało się swojego rodzaju grą. Jakże by inaczej poszliśmy razem do łóżka. Na początku ja się przed tym broniłam, ale to silniejsze ode mnie. Było wspaniale, i to chyba właśnie źle, bo to rozbudziło na nowo wszystkie uczucia, emocje, nadzieje. I nie wiem dlaczego sobie to robię. Bo sama sobie stwarzam pretekst do wylewania łez, przeżywania. Z drugiej strony sama myśl, że z nami definitywny koniec wszystkiego jest jeszcze gorsza. Ten układ coraz bardziej mnie wyniszcza. Nie chce rozwodu, ale tak jak jest, też nie jest mi dobrze, jest coraz gorzej. I tak ani w lewo ani w prawo, miotam się i nie wiem co robić. Jak żyć?