W ciągu roku zburzyło się moje życie. Rok temu mąż wyprowadził się z domu, mieliśmy ratować nasz kilkunastoletni związek, poprzez tymczasową separację. Miesiąc później zmarł nagle jego ojciec, wspierałam, pomagałam jak mogłam w takiej sytuacji. Kilka tyg. później poinformował mnie, że już nie wróci bo dobrze mu samemu. Przeżyłam to bardzo, bo między nami nie było źle i nie było planu na rozstanie, chodziło o wzmocnienie uczuć które podgasły. Zaczęłam chodzić do psychologa, rozpoczęłam terapie dda z nadzieją że to chwilowe załamanie z jego strony. psychicznie ledwo to przeżyłam. W tym czasie zaczęły się u mnie pierwsze objawy chorób, na skutek dużego stresu. On pojawiał się, smsy, rozmowy i miałam nadzieję, że może coś się odmieni. Pojawiał się i znikał, a ja walczyłam ze sobą żeby rano wstać i żeby nic sobie nie zrobić. W sierpniu pierwszy raz wspomniał o rozwodzie, że ma ochotę na spróbowanie z kimś innym. Potężny cios, który nasilił myśli samobójcze. Pomogło trochę wsparcie psychologa, psychotropy, ale i tak czułam się jak wrak. Poza tym nic nie warta, przegrana, upokorzona kobieta.
Okazało się jednak, że pozorne wzmocnienie i pogodzenie się z problemem, przełożyło się na choroby psychosmoatyczne. Pod koniec roku byłam już leczona na zaawansowaną astmę, silną alergię, wrzody ... A on po normalnym kontakcie, po rodzinnych spotkaniach , w grudniu jednak ponownie wspomniał o rozwodzie, ze już mnie nie kocha, że jest na mnie zablokowany, że musi żyć sam, że z nim jest coś nie tak. Bałam się o niego, cierpiałam, ale nie chciałam robić mu już takich problemów, skoro nie odpowiadał na moje sugestie wspólnej terapii, zadbania o nasz związek. Gdy rozmawialiśmy on zawsze strasznie płakał, liczyłam że to są uczucia, że może jest jednak nadzieja. Wierzyłam, że zgodnie z sugestią psychologa jest on w kryzysie, że musimy tylko nauczyć sie komunikować. Ja uczyłam się tego, próbowałam wałczyć ze swoimi słabościami. Najważniejsze dla mnie było że on jest dobrym człowiekiem, zagubionym, okresowo potrzebującym wolności, ale jednak wartościowy, mój ideał.
2 miesiące temu trafiliśmy do sądu (jego pozew), rozwód otrzymaliśmy wciągu 2 tygodni, bez orzekania o winie. Zgodziłam się, bez szarpania, choć w trakcie procesu przeżyłam skrajny poziom załamania, emocjonalne apogeum, ale tez w jakimś stopniu katharsis. Od tego czasu nie kontaktowaliśmy się ze sobą bo chciałam wyzerować się i wrócić do normalności, nabyć jakąś formę dystansu. Choć było trudno i moje myśli krążyły wokół niego, to jednak jakoś żyłam.
Niestety okazuje się, że może być znacznie gorzej od kilku dni wiem, że moja mama (zaledwie 50 lat) ma zaawansowanego raka z licznymi przerzutami i bez szans na wyleczenie. Załamałam się zupełnie, kolejna (ostatnia) osoba odchodzi z mojego życia. Nie daje rady. Mam być silna, a czuje że rozpadam się. W akcje desperacji i nadziei na jakieś zrozumienie zadzwoniłam do ex-męża. Oczekiwałam odrobiny współczucia w końcu byliśmy razem prawie 15 lat. Tyle lat też moja mama była w jego życiu. Przyszedł, powiedziała że współczuje, że w ostatnio jakoś tak wszyscy umierają .... a na deser powiedział że od kilku miesięcy (juz w trakcie małżeństwa) jest z inna kobietą i mało tego ona jest z nim w ciąży. Eksplodowałam. To już dla mnie stanowczo za dużo. Płacze, płacze, płacze , od 3 dni prawie nic nie jem, bo nie mam siły, przy życiu trzyma mnie tylko myśl żeby jeszcze pomoc mamie. Nie umiem nawet wyrazić jak mnie to zabolało. Po rozwodzie i całej serii wcześniejszych klęsk - ktoś powiedział, wierz że już będzie lepiej, a tu każdy dzień rzuca mnie brutalnie o ziemie.
((((((((((