netkobietyWszystkie działy
Psychologia

Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?

157 odpowiedzi15 004 wyświetleniazałożony przez Miklosza, 07.10.2024

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?

Strony Poprzednia 1 2 3

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 131 do 158 z 158 ]

131

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?
złoto napisał/a:
New Me napisał/a:

Szkoda, ze w Polsce nie rozdaja mieszkan jak w Anglii to by Ci dali za darmo mieszkanie

A możesz je potem sprzedać i pieniądze sobie zatrzymać?

Tak,ale za kilka lat dopiero.  Musze je najpierw wykupic tez

132

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?
New Me napisał/a:
złoto napisał/a:
New Me napisał/a:

Szkoda, ze w Polsce nie rozdaja mieszkan jak w Anglii to by Ci dali za darmo mieszkanie

A możesz je potem sprzedać i pieniądze sobie zatrzymać?

Tak,ale za kilka lat dopiero.  Musze je najpierw wykupic tez

Jak wykupić, to znaczy, ze jednak nie dają sad
A już miałam pakować walizki.

133 Ostatnio edytowany przez Shinigami (2024-12-22 23:39:32)

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?
Jack Sparrow napisał/a:

Sam się wyprowadziłem nie mając partnerki. Po prostu znalazłem kolejną, lepiej płatną pracę, policzyłem, że mnie na to stać i wykonałem krok (przeprowadzając się do innego miasta). Tym bardziej, że znalazłem współlokatora, kolegę z pracy i we dwóch wynajęliśmy 3 pokojowe mieszkanie. Kolejne mieszkanie też wynająłem z kolegą, ale innym. W kolejnym mieście. Samodzielny najem to chyba dopiero 4 albo 5 mieszkanie było. Potem się popsułem i musiałem wrócić do domu rodzinnego, żeby podreperować zdrowie, bo w tamtym czasie nie dałbym rady nawet zrobić zakupów i zwyczajnie nie miałem innego wyjścia.

Masz kompletnie spaczone widzenie wyprowadzki. Dla ciebie to jakiś przymus i społeczna presja. Ja z kolei nie znam nikogo, kto by to tak widział.

PS duże miasto = większe możliwości > to się nie tyczy ciebie, ani twojej pracy, bo tu chodzi o możliwość znalezienia lepszej pracy w większej firmie, co wiąże się z opcjami awansów lub z posiadaniem bogatego życia prywatnego (muzea, wystawy, kina, eventy), którego również nie masz.

Ale wiesz, że zamieszkać z osobą znajomą to ogromna różnica niż z obcymi?

Wszystko zależy od tego jaka to wyprowadzka. Do swojego to luz, do kogoś z rodziny też luz, z kimś znajomym to mniejszy luz, z kimś całkowicie obcym to kompletna głupota lub właśnie przymus z braku innego wyboru.

Akurat takie życie prywatne jak tu przedstawiasz pewnie bez problemu mógłbym mieć tyle tylko, że samemu. Wejście do muzeum czy kina to są groszowe spraw ale nie czuję potrzeby odwiedzania takich miejsc zbyt często i samemu jest po prostu nudno. Nawet nie patrzę na możliwości pod kątem zarabiania, w moim przypadku chodzi o poznawanie nowych ludzi, rozwijanie niewielkich umiejętności społecznych i nabywanie obycia wśród ludzi.

Zastanawia mnie jedno, pisałeś w jednym z postów o doświadczaniu wszystkiego co oferuje młodość, o zapraszaniu dziewczyny do siebie, o popełnianiu błędów itd. Łączyłeś to z mieszkaniem w wynajętym pokoju i tego połączenia kompletnie nie rozumiem. Co mieszkanie w wynajętym pokoju z obcymi ludźmi w mieszkaniu ma wspólnego z korzystaniem z młodości poza chlaniem i imprezowaniem? Przecież to nie ma nic wspólnego wyżej wymienionymi rzeczami. W życiu bym nie zaprosił dziewczyny do wynajętego pokoju, szczerze mówiąc nawet nie chciałbym jej o tym mówić. Tak samo nie zostawiłbym laptopa czy pieniędzy w gotówce w pokoju. Dom czy mieszkanie to miejsce gdzie powinniśmy się czuć bezpiecznie, swobodnie, wyluzowani, miejsce do odpoczynku. Ja nie mógłbym odpocząć martwiąc się, że jak wrócę to nie wiadomo czy będę miał obiad bo przecież jacyś obcy ludzie mają dostęp do lodówki.

134

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?

Często w mieszkaniach z góry wynajmowanych na pokoje są normalne zamki w drzwiach do pokoju.

135

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?

Johny, nie z każdym da się dogadać. Kropka.

Istnieją choćby tacy rodzice, którzy oczekują od dzieci całkowitego podporządkowania się ich wizji. W ich domach nie ma miejsca na kompromisy, czy zdrową współzależność. Mamusia i tatuś wiedzą przecież lepiej, co powinieneś robić w życiu, jakiego znaleźć sobie partnera, jak wychowywać własne dzieci. Spróbuj zboczyć z wytyczonej przez nich ścieżki, to w najlepszym razie usłyszysz, jak okrutnie są zawiedzeni, w najgorszym postraszą wydziedziczeniem, albo zostaniesz wyrzucony na bruk.

Miałam kiedyś taką przyjaciółkę. Jedynaczka. Rodzice dobrze sytuowani, ojciec prowadził własną firmę. Trochę jej zazdrościłam, że ma z nimi tak dobry kontakt, zawsze może liczyć na wsparcie finansowe, regularnie dzwonią, szczerze interesują się jej życiem, doradzają. Tak było do czasu, aż dostrzegłam, jak ogromny wpływ na nią mają. Dziewczyna była dorosła, a bała się podjąć jakąkolwiek decyzję bez ich aprobaty. Nawet kota nie mogła wziąć ze schroniska, bo kochanym rodzicom się ten pomysł nie spodobał i ją dosłownie przeorali psychicznie, żeby tylko postawić na swoim. Jak chciała zmienić kierunek studiów, bo dotarło do niej, że ten pierwotnie wybrany był błędem, to i tak go skończyła. Ze względu na nich. Choć sama przyznała, że to dla niej strata czasu, bo zupełnie nie wiąże z nim przyszłości, no ale rodzice byliby niezadowoleni. Od czasu do czasu miewała próby buntu. Wymyślała argumenty, starała się tym razem przeforsować własne zdanie. Finalnie po takich dyskusjach kończyła zapłakana i roztrzęsiona. Oni po latach praktyki doskonale wiedzieli jak uderzyć w czuły punkt, ją z kolei za mocno przerażało, że mogliby być nią rozczarowani. Według mnie to idealny przykład kogoś, komu to całe odcinanie pępowiny mocno by się przydało. I nie chodzi mi o to, że powinna była zerwać z nimi kontakt na dobre. Po prostu ZAUFAĆ SOBIE, przejąć kontrolę nad własnym życiem, a rodzicom dać jasno do zrozumienia, że nie ma już dziesięciu lat, więc najwyższa pora, by dostosowali się do tych zmian i nie próbowali na siłę zatrzymywać czasu.

Na pewno trafiają się psychoterapeuci, którzy dają takie porady mocno na wyrost, jak również pacjenci mylnie interpretujący ich słowa. Generalnie od tego każdy z nas ma własny mózg, by z niego korzystać, a nie wiecznie być marionetką w rękach innych, czy to rodziców, czy lekarzy. Jeśli jest szansa, żeby wypracować zdrową relację z rodziną, to oczywiście idiotyzmem byłoby z tego rezygnować. Ten, kto nie miał jej w ogóle, albo miał taką, jak moja, wie, jak ciężko jest pogodzić się z pustką. Mimo to są ludzie, którzy wolą uciec, zamiast podjąć jakikolwiek wysiłek. Bo trzeba by się przecież skonfrontować i wyjść sobie naprzeciw, a to nie są łatwe rzeczy. Może kiedyś przyjdzie taki dzień, że pożałują podjęcia takiej decyzji, ale cóż. Tak bywa. Wszystko ma swoje konsekwencje.

136

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?
Mrs.Happiness napisał/a:

I nie chodzi mi o to, że powinna była zerwać z nimi kontakt na dobre. Po prostu ZAUFAĆ SOBIE, przejąć kontrolę nad własnym życiem, a rodzicom dać jasno do zrozumienia, że nie ma już dziesięciu lat, więc najwyższa pora, by dostosowali się do tych zmian i nie próbowali na siłę zatrzymywać czasu.

Jako, że całkiem dobrze rozumiem sytuację tej przyjaciółki i się z nią utożsamiam to odpowiem, że to co piszesz, że ona powinna zrobić jest niewykonalne. Z sytuacji takiej jak opisujesz mogłaby wyjść tylko całkowicie się odcinając od rodziców, dosłownie znaleźć się w innym miejscu tak by nie mogli się nawet spotkać. Ona tego nigdy nie zrobi z własnej woli bo jest zbyt uwięziona we własnym umyśle i wrodzonej bezradności. Obojętnie czy rodzice robili to świadomie czy nie faktem jest, że uczynili ją niezdolną do podejmowania własnych decyzji. Osobom takim jak ona czy też ja nie wolno było próbować tego czego sami chcieliśmy, nie wolno było popełniać błędów czy ogólnie robić coś niezgodnie z wizją i wolą rodziców. Takiego mindsetu nie da się zmienić w pojedynkę bo nie dopuszcza się do siebie nawet myśli, że tak mogłoby być. Tu mogłoby pomóc tylko siłowe wrzucenie kogoś wbrew jej woli w sytuację wymagającą uruchomienia instynktów i przystosowania się do tej nowej sytuacji albo właśnie terapia. Jeśli ktoś przez 20-30 lat bez przerwy miał wbijane do głowy, że na wszystko potrzebuje pozwolenia, że coś wypada lub nie, że ma być taki i taki nie wiedząc nawet dlaczego to nie ma szans by tak po prostu się to zmieniło. Jeśli ktoś został ukształtowany przez innych to sam nie zdoła tego zmienić bo nawet nie zrozumie, że tak się w ogóle da, a jeśli zrozumie to bezradność na to nie pozwoli.

137 Ostatnio edytowany przez JohnyBravo777 (2024-12-23 01:52:46)

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?

Ja nie mam problemu z rada "przestan kontaktowac sie z rodzicami" bo jest konkretna i mozna w prosty sposob zwalidowac jej implikacje i czy w danej sytuacji jest na wyrost czy nie.
Mam problem z frazesami typu "odciac pepowine" a ponizszy fragment oddaje sedno problemu.

Mrs.Happiness napisał/a:

I nie chodzi mi o to, że powinna była zerwać z nimi kontakt na dobre. Po prostu ZAUFAĆ SOBIE, przejąć kontrolę nad własnym życiem, a rodzicom dać jasno do zrozumienia, że nie ma już dziesięciu lat, więc najwyższa pora, by dostosowali się do tych zmian i nie próbowali na siłę zatrzymywać czasu.

Koncept "odciecia pepowiny" ma tylko sens w przypadku odcinania jej przy narodzinach dziecka - bo wiadomo dokladnie o co chodzi (bierze sie skalpel i przecina pepowine miedzy matka a noworodkiem).
W przypadku uzywania tego jako przenosnia to mamy jedynie narzedzie dla oszustow i wariatow.
Bo ktos Ci powie "przetnij pepowine", na probe wytlumaczenia dokladnie co to znaczy odpowie "no przeciez wiesz sama", po czym zrobisz jakas akcje, wyjda kiepskie rezultaty a ta osoba powie Ci, ze nie to miala na mysli.

Takie frazesy trzeba wyrzucic z glowy a gdy ktos ich uzywa to widziec to jako to czym jest - w najlepszym przypadku ktos nie wie co mowi i robi z siebie medrka a w gorszym probuje nas przekonac do czegos za co nie chce wziac odpowiedzialnosci.

To samo jest z "zaufac sobie". Co to znaczy? Rozumiesz koncept "zaufania"? Skad sie bierze zaufanie? Zaufanie to jeden z najrzadszych stanow kognitywnych u ludzi w naszym spoleczenstwie a Ty rzucasz tym terminem jakby to bylo zamowienie frytek w Maku.
To samo z "przejac kontrole nad wlasnym zyciem" i "dac do zrozumienia".
Ludzie na tym forum probuja sobie pewne rzeczy "dac do zrozumienia" od lat i im sie nie udaje.

Rada, ktora ma sens to "powiedziec A osobie B", "wykonac akcje C, ktora dana osoba potrafi wykonac", "w sytuacji D, zastosowac taktyke E, ktora dana osoba potrafi zastosowac".
A nie rzucanie frazesami "zaufaj sobie", "pokochaj siebie", "przetnij pepowine", "czas wylotu z gniazda", "przejmij kontrole nad wlasnym zyciem", "nie badz ratownikiem", "wybierz siebie" itp.

138 Ostatnio edytowany przez Mrs.Happiness (2024-12-23 02:51:12)

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?
Shinigami napisał/a:

Jako, że całkiem dobrze rozumiem sytuację tej przyjaciółki i się z nią utożsamiam to odpowiem, że to co piszesz, że ona powinna zrobić jest niewykonalne. Z sytuacji takiej jak opisujesz mogłaby wyjść tylko całkowicie się odcinając od rodziców, dosłownie znaleźć się w innym miejscu tak by nie mogli się nawet spotkać. Ona tego nigdy nie zrobi z własnej woli bo jest zbyt uwięziona we własnym umyśle i wrodzonej bezradności. Obojętnie czy rodzice robili to świadomie czy nie faktem jest, że uczynili ją niezdolną do podejmowania własnych decyzji. Osobom takim jak ona czy też ja nie wolno było próbować tego czego sami chcieliśmy, nie wolno było popełniać błędów czy ogólnie robić coś niezgodnie z wizją i wolą rodziców. Takiego mindsetu nie da się zmienić w pojedynkę bo nie dopuszcza się do siebie nawet myśli, że tak mogłoby być. Tu mogłoby pomóc tylko siłowe wrzucenie kogoś wbrew jej woli w sytuację wymagającą uruchomienia instynktów i przystosowania się do tej nowej sytuacji albo właśnie terapia. Jeśli ktoś przez 20-30 lat bez przerwy miał wbijane do głowy, że na wszystko potrzebuje pozwolenia, że coś wypada lub nie, że ma być taki i taki nie wiedząc nawet dlaczego to nie ma szans by tak po prostu się to zmieniło. Jeśli ktoś został ukształtowany przez innych to sam nie zdoła tego zmienić bo nawet nie zrozumie, że tak się w ogóle da, a jeśli zrozumie to bezradność na to nie pozwoli.

Widzisz, u niej to było o tyle pokręcone, że ona właściwie mieszkała poza domem. Nie widziała ich na co dzień. Na studia wyjechała do innego województwa, przy czym potrzebowała ich finansowego wsparcia, bo zajęcia były w trybie dziennym, a z weekendowych prac nie byłaby w stanie się utrzymać w dużym mieście. Skoro płacili, to pewnie czuli, że mają pełne prawo wciąż pociągać za sznurki i ona często ulegała najpewniej z tego samego powodu. Jakby za mocno fikała, to przelewy przestałyby wpływać na konto i co wtedy? Co innego, jak się jest pod tym względem niezależnym, wtedy ma się większą swobodę. Oczywiście, tam było znacznie więcej problemów, niż tylko kwestia pieniędzy. Zwłaszcza, że nie miała rodzeństwa, więc wszystkie te rodzicielskie emocje, zarówno pozytywne, jak i negatywne, spadały wyłącznie na nią.

Swoją drogą, ona to zachowanie rodziców z czasem zaczęła powielać.
Pamiętam jak byłam w klasie maturalnej. Ona trochę starsza ode mnie, więc miała to doświadczenie za sobą. Coś tam zaczęła podpytywać, czego się uczę, jak mi idzie, czy się tym stresuję. W sumie podeszłam do tematu mocno na luzie, dobrze się uczyłam, więc nie bałam się, że nie zdam, czy coś. Nie czułam presji. Gdy usłyszała moje słowa, to dosłownie wywołała kłótnię między nami. Bo ona nie mogła zrozumieć, jak ja mogę tak lekceważąco do tego podchodzić, że to przecież ważne, że tu chodzi o moją przyszłość. Potrafiła tak się nagle odpalić w różnych sytuacjach, stawiając siebie wtedy na pozycji niemal rodzicielskiej. Dziwne zjawisko, ale tak ją zaprogramowali.

Shini, powiem Ci tak.
Nie jest łatwo się wyrwać z jakiegokolwiek toksycznego środowiska.
Zwykle ludzie z takich domów są mocno uwikłani w siebie nawzajem.
Przy czym naprawdę WARTO. Mówię z własnego doświadczenia.
Nadal mam sporo problemów w życiu, nie wszystko się układa tak, jak sobie tego życzę.
Czasem bywam o krok od poddania się, gdy myślę o tym, z jak wieloma rzeczami muszę radzić sobie sama.
Ale cholera, jak dobrze jest budzić się rano w ciszy.

JohnyBravo777 napisał/a:

Bo ktos Ci powie "przetnij pepowine", na probe wytlumaczenia dokladnie co to znaczy odpowie "no przeciez wiesz sama", po czym zrobisz jakas akcje, wyjda kiepskie rezultaty a ta osoba powie Ci, ze nie to miala na mysli.

Prawda jest taka, że jak ludzie przychodzą do kogoś po poradę, to bardzo często wyłącznie po to, by usłyszeć dokładnie to, co pragną usłyszeć.
Ze zdaniem odmiennym polemizują, zarzucają komuś głupotę, kłamstwo, albo złe intencje. Ewentualnie ignorują.
Nic więc dziwnego, że jeśli pojawia się luka w interpretacji słów, to wybierają znaczenie pasujące do ich wizji.
To znaczy, że już wcześniej rozważali dane rozwiązanie, a nasze słowa przyjęli jako dodatkową zachętę.
Jak coś nie wyjdzie, to będzie przecież kogo obwinić. Oczywiście nie siebie, broń Boże.
To domena ludzi, którzy generalnie mają problem z braniem odpowiedzialności za własne czyny.
A jeśli ktoś bezrefleksyjnie podąża za każdą radą, którą usłyszy, to jego problem.

JohnyBravo777 napisał/a:

To samo jest z "zaufac sobie". Co to znaczy? Rozumiesz koncept "zaufania"? Skad sie bierze zaufanie? Zaufanie to jeden z najrzadszych stanow kognitywnych u ludzi w naszym spoleczenstwie a Ty rzucasz tym terminem jakby to bylo zamowienie frytek w Maku.
To samo z "przejac kontrole nad wlasnym zyciem" i "dac do zrozumienia".
Ludzie na tym forum probuja sobie pewne rzeczy "dac do zrozumienia" od lat i im sie nie udaje.

W przypadku tej koleżanki przykładowo adoptować tego kota.
Odpuścić sobie kierunek studiów, który okazał się błędem.
Samej decydować, czy jakiś chłopak jej się podoba.
Nie czekać ze wszystkim na aprobatę rodziców.
Po prostu, UFAĆ, że jest w stanie podejmować samodzielne decyzje. 
Jak popełni błąd, to istnieje naprawdę mała szansa, ze zawali się przez to świat.
Nikt nie mówi, że to jest proste, albo że łatwo jest wierzyć we własne wybory.
Zwłaszcza jak bliscy całe życie wpajają ci, że ktoś inny wie lepiej.
Ale jest to kluczowe, jeśli chce się normalnie żyć.

Coś czuję, że zaraz padnie pytanie, co to znaczy normalnie żyć, ale trudno. Niech tak zostanie.

A dać do zrozumienia, czyli usiąść i porozmawiać z nimi jak równy z równym.
Nie dać się zbyć, przegadać, czy zepchnąć do narożnika.
Przedstawić swój punkt widzenia. Następnie wysłuchać ich.
Finalnie postarać się znaleźć jakąś płaszczyznę porozumienia.
To chyba jedyne wyjście poza dalszą biernością, czy ostrym cięciem.

JohnyBravo777 napisał/a:

Rada, ktora ma sens to "powiedziec A osobie B", "wykonac akcje C, ktora dana osoba potrafi wykonac", "w sytuacji D, zastosowac taktyke E, ktora dana osoba potrafi zastosowac".
A nie rzucanie frazesami "zaufaj sobie", "pokochaj siebie", "przetnij pepowine", "czas wylotu z gniazda", "przejmij kontrole nad wlasnym zyciem", "nie badz ratownikiem", "wybierz siebie" itp.

No to wyżej podałam Ci konkretne rady, które kryły się pod słowami: zaufać sobie.

139 Ostatnio edytowany przez JohnyBravo777 (2024-12-23 14:23:46)

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?

Ja widze problem w tym, ze najwiecej o "braniu odpowiedzialnosci za wlasne czyny" mowia Ci, ktorzy jej nie biora.
Udzielaja rad (ktore sa czynami) a gdy ktos inny podazajac nimi zostanie skrzywdzony to radzacy zrzucaja cala odpowiedzialnosc na osobe, ktora ich posluchala bo ma "wlasny rozum" i nie musiala ich sluchac.

Nie widzisz absurdu tej sytuacji?

Ja polecam Ci spojrzec krytycznie na sam koncept "odpowiedzialnosci za wlasne czyny" bo to tez jest absurd.
Koncept odpowiedzialnosci ma sens jedynie w sytuacji gdy sa dwie grupy osob, ktore rozni mozliwosc poradzenia sobie w danej sytuacji.
Spolecznie w takiej sytuacji przyznaje sie odpowiedzialnosc grupie, ktora ma wieksze mozliwosci, za grupe, ktora ma mozliwosci mniejsze.

Prototypowym przykladem jest dziecko, ktore ma mniejsze mozliwosci przetrwania, dlatego odpowiedzialny za niego jest rodzic (dlatego, ze rodzic ma wieksze mozliwosci).
Jesli istnieje spora watpliwosc, ze rodzic ma takie mozliwosci (np. jest chory psychicznie) to zabiera sie mu dziecko i daje pod opieke i odpowiedzialnosc innego opiekuna lub instytucji.

Wiec uzywanie konceptu "odpowiedzialnosci" w kontekscie odpowiedzialnosci za siebie jest absurdem.
Bo jak ktos moze miec mniejsze i wieksze umiejetnosci jednoczesnie?

Odpowiedzialnosc za siebie to jest kolejny z frazesow, ktore byly dla ludzi oczywiste przed WWII i dopiero po niej przestraszeni ludzie dali sobie z glowy wybic zdrowy rozsadek przez chorych psychicznie ludzi jak Sartre (ktorego filozofia rozpromowala ten frazes).

Ps. ja moglbym ludzi wokol siebie sklasyfikowac na dwie kategorie:
Tych, ktorzy staraja sie budowac swoje umiejetnosci, relacje i warunki zycia - a gdy cos nie wychodzi to szukaja rozwiazan.
I tych, ktorzy przerzucaja sie wina - i Ci, ktorzy mowia innym, ze sa za cos odpowiedzialni naleza do tej grupy.

140 Ostatnio edytowany przez Mrs.Happiness (2024-12-23 15:01:30)

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?

Nie chodzi o to, że dający jakąś radę nie ma żadnej odpowiedzialności za własne słowa. Po prostu ten, który za nią podąży, powinien wziąć pod uwagę potencjalne następstwa, bo sprawa tyczy się jego życia, a w razie niepowodzenia nie zachowywać się, jakby ktoś przyłożył mu do gardła nóż. Zwłaszcza, gdy sam prosił kogoś o opinię. Tu na forum też doradzamy wielu ludziom, zwykle na podstawie szczątkowych informacji, które mogą mieć niewiele wspólnego z rzeczywistością, bo są relacjonowane wyłącznie przez jedną stronę konfliktu. Sama wiele razy byłam w sytuacji, gdy miałam jakieś konkretne intencje, a rozmówca odbierał mnie zupełnie inaczej. Albo odwrotnie, to ja błędnie interpretowałam czyjeś słowa, czy reakcje. Czy w takim razie powinniśmy się powstrzymać od wyrażenia swojego zdania, bo może nieświadomie upewnimy kogoś w jego mylnych przekonaniach? Osobiście staram się doradzać tylko takie rozwiązania, które szczerze uważam za słuszne i wierzę, że tak bym postąpiła w analogicznej sytuacji, ale nie jestem przecież nieomylna. Nikt nie jest.

Moim zdaniem wziąć odpowiedzialność za własne czyny oznacza przyjąć na siebie ich konsekwencje, zarówno te pozytywne, jak i negatywne. Czyli jak coś zawalę, to nie szukam wiecznie winy w innych, tylko uderzam się w pierś, bo finalnie to ja podjąłem taką a nie inną decyzję. Jeśli chcę w przyszłości uniknąć takich sytuacji, to muszę coś zmienić we własnym myśleniu, być bardziej rozważnym, a nie działać pod wpływem pojedynczych impulsów. Ale do tego trzeba też w pewnym sensie dorosnąć.

141

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?

Jak czytam po raz kolejny, kiedy rodzice niemal ubezwłasnowolniają swoje dzieci, mając nad nimi niemal całkowitą kontrolę, pod względem ekonomicznym czy psychicznym, to powinienem chyba również za każdym razem dziękować(nie wiem tylko komu), że moja Matka okazała się na tyle rozsądną i przytomną umysłowo osobą, że po ukończeniu przeze mnie 18stki przestała o czymkolwiek decydować, co dotyczy mojego życia. Stwierdziła, że skoro mam plan na swoją przyszłość, swój własny, którego zdecydowałem się podjąć, to nie ma prawa w niego ingerować.
Szczerze powiedziawszy, to nie mam pojęcia skąd się bierze ta rodzicielska toksyczność.. Czy to jakieś ich własne niespełnione ambicje, patologiczna chęć kontroli nad innymi czy owo słynne przekonanie, że sami wiedzą najlepiej, co jest dobre dla ich dzieci(tudzież chcą dla nich jak najlepiej). Wiadomo jednak, że w pewnym momencie sprawy przybierają wręcz tragiczny obrót.

142 Ostatnio edytowany przez JohnyBravo777 (2024-12-23 15:54:44)

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?
Mrs.Happiness napisał/a:

Nie chodzi o to, że dający jakąś radę nie ma żadnej odpowiedzialności za własne słowa. Po prostu ten, który za nią podąży, powinien wziąć pod uwagę potencjalne następstwa, bo sprawa tyczy się jego życia, a w razie niepowodzenia nie zachowywać się, jakby ktoś przyłożył mu do gardła nóż. Zwłaszcza, gdy sam prosił kogoś o opinię. Tu na forum też doradzamy wielu ludziom, zwykle na podstawie szczątkowych informacji, które mogą mieć niewiele wspólnego z rzeczywistością, bo są relacjonowane wyłącznie przez jedną stronę konfliktu. Sama wiele razy byłam w sytuacji, gdy miałam jakieś konkretne intencje, a rozmówca odbierał mnie zupełnie inaczej. Albo odwrotnie, to ja błędnie interpretowałam czyjeś słowa, czy reakcje. Czy w takim razie powinniśmy się powstrzymać od wyrażenia swojego zdania, bo może nieświadomie upewnimy kogoś w jego mylnych przekonaniach? Osobiście staram się doradzać tylko takie rozwiązania, które szczerze uważam za słuszne i wierzę, że tak bym postąpiła w analogicznej sytuacji, ale nie jestem przecież nieomylna. Nikt nie jest.

Moim zdaniem wziąć odpowiedzialność za własne czyny oznacza przyjąć na siebie ich konsekwencje, zarówno te pozytywne, jak i negatywne. Czyli jak coś zawalę, to nie szukam wiecznie winy w innych, tylko uderzam się w pierś, bo finalnie to ja podjąłem taką a nie inną decyzję. Jeśli chcę w przyszłości uniknąć takich sytuacji, to muszę coś zmienić we własnym myśleniu, być bardziej rozważnym, a nie działać pod wpływem pojedynczych impulsów. Ale do tego trzeba też w pewnym sensie dorosnąć.

Identyfikacja “winy” w systemach fizycznych projektowanych przez czlowieka (czyli znacznie prostszych niz zawiklane systemy spoleczne) jest bardzo skomplikowana aktywnoscia wymagajaca duzo wysilku i umiejetnosci.
Czesto zdarza sie, ze komponent A, B i C dzialaja calkowicie poprawnie w izolacji, tak samo gdy polaczy sie A i B, A i C oraz B i C - ale gdy polaczy sie A, B i C w jeden system, pojawiaja sie bledy, ktore prowadza do awarii.
I teraz powiedz mi, ktorego komponentu jest to wina? A, B, czy C?

Widzisz dlaczego rzucanie tym, ze ktos jest “winny” jest przede wszystkim wyrazem wlasnej ignorancji? Bo prawie zawsze taka osoba jest w bledzie a jednak to robi.
Inna sprawa to konstruktywnosc mowienia o winie.
Moim zdaniem zarowno osoba, ktora obwinia tego, kto jej doradzil, jak i ta, ktora doradzila obwiniajaca osobe, ktora ja posluchala, szkodzi sama sobie.
Bo gdyby osoba udzielajaca rady sama by sie w piers uderzyla to mialaby motywacje do zmiany aby kolejnym razem jej rady dawaly lepsze efekty.

A jednym z wnioskow, do ktorego by doszla bylaby motywacja do uzywania bardziej precyzyjnych konceptow, ktore maja mniejszy potencjal dowolnej interpretacji.
I oczywistym jest, ze precyzyjniejszymi (lepszymi) konceptami sa te doslowne zamiast przenosni.
I tym samym dochodzimy do problemu z frazesami o pepowinach, kotwicach i gniazdach.

Inna sprawa, ze radzacy celowo uzywaja przenosni zamiast precyzyjnych konceptow bo gdy zmuszaja sie do uzycia precyzyjnego jezyka to okazuje sie, ze sami nie sa pewni tego co dokladnie chca poradzic.

143 Ostatnio edytowany przez Mrs.Happiness (2024-12-23 16:25:41)

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?

Ale przecież ja mówiłam o ogóle ludzi, nieważne, po której są stronie: tej doradzającej, czy przyjmującej rady. Więc tak, każdy powinien brać pod uwagę, że jego decyzje mają konsekwencje, czasem wręcz nieodwracalne. Dlatego warto starać się nie być pochopnym w ocenie drugiego człowieka, czy sytuacji, w jakiej się on znajduje. Co nie zmienia faktu, że czasem popełni się błąd i tylko od nas zależy, czy weźmiemy za to odpowiedzialność i wyciągniemy wnioski na przyszłość. Jeśli nie, to zabraknie nam bodźca do zmiany i będziemy całe życie stać w miejscu, marudząc jak to cały świat jest przeciwko nam. 

Generalnie śmieszne i groteskowe zarazem jest, jak łatwo ludziom przychodzi obwinianie kogoś innego za swoje niepowodzenia, ale gdy za czyjąś radą podejmą właściwą decyzję, to jakoś mało kto pieje z zachwytu nad mądrością i przenikliwością tego człowieka. Bo oczywiście jak zrobimy coś dobrze, to chcemy przypisać to sobie, a jak źle, to otoczeniu. 

Nigdy nie spotkałeś się z tym, że byłeś precyzyjny w wyrażaniu swoich myśli, a druga osoba i tak zrozumiała coś na opak? Czasem to nie ma znaczenia, jakich słów użyjesz, bo ktoś jest tak mocno zafiksowany na swojej wizji, że i tak wszystko odbierze po swojemu. Z drugiej strony bywa, że doskonale zrozumiecie się nawzajem, mimo użycia jakiegoś skrótu myślowego. Mi osobiście takie frazesy same w sobie nie przeszkadzają, bo w ustach odpowiedniego człowieka wciąż mogą być wartościowe. A jak ktoś traktuje je jako puste słowa, które tak fajnie i mądrze brzmią, to łatwo można przecież taką osobę zweryfikować, ponieważ zwykle reszta jej wypowiedzi nie ma zbyt wiele sensu. Dlatego często powtarzam, że bez wewnętrznego filtra nie zajdziemy daleko w życiu.

144

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?
Mrs.Happiness napisał/a:

Widzisz, u niej to było o tyle pokręcone, że ona właściwie mieszkała poza domem. Nie widziała ich na co dzień. Na studia wyjechała do innego województwa, przy czym potrzebowała ich finansowego wsparcia, bo zajęcia były w trybie dziennym, a z weekendowych prac nie byłaby w stanie się utrzymać w dużym mieście. Skoro płacili, to pewnie czuli, że mają pełne prawo wciąż pociągać za sznurki i ona często ulegała najpewniej z tego samego powodu. Jakby za mocno fikała, to przelewy przestałyby wpływać na konto i co wtedy? Co innego, jak się jest pod tym względem niezależnym, wtedy ma się większą swobodę. Oczywiście, tam było znacznie więcej problemów, niż tylko kwestia pieniędzy. Zwłaszcza, że nie miała rodzeństwa, więc wszystkie te rodzicielskie emocje, zarówno pozytywne, jak i negatywne, spadały wyłącznie na nią.

Swoją drogą, ona to zachowanie rodziców z czasem zaczęła powielać.
Pamiętam jak byłam w klasie maturalnej. Ona trochę starsza ode mnie, więc miała to doświadczenie za sobą. Coś tam zaczęła podpytywać, czego się uczę, jak mi idzie, czy się tym stresuję. W sumie podeszłam do tematu mocno na luzie, dobrze się uczyłam, więc nie bałam się, że nie zdam, czy coś. Nie czułam presji. Gdy usłyszała moje słowa, to dosłownie wywołała kłótnię między nami. Bo ona nie mogła zrozumieć, jak ja mogę tak lekceważąco do tego podchodzić, że to przecież ważne, że tu chodzi o moją przyszłość. Potrafiła tak się nagle odpalić w różnych sytuacjach, stawiając siebie wtedy na pozycji niemal rodzicielskiej. Dziwne zjawisko, ale tak ją zaprogramowali.

Shini, powiem Ci tak.
Nie jest łatwo się wyrwać z jakiegokolwiek toksycznego środowiska.
Zwykle ludzie z takich domów są mocno uwikłani w siebie nawzajem.
Przy czym naprawdę WARTO. Mówię z własnego doświadczenia.
Nadal mam sporo problemów w życiu, nie wszystko się układa tak, jak sobie tego życzę.
Czasem bywam o krok od poddania się, gdy myślę o tym, z jak wieloma rzeczami muszę radzić sobie sama.
Ale cholera, jak dobrze jest budzić się rano w ciszy.

Faktycznie skoro na co dzień nie miała ich przy sobie to trochę inna sytuacja niż chociażby moja. To, że przejęła zachowanie rodziców do takiego stopnia, że zaczęła to przejawiać w stosuku do osób spoza rodziny brzmi już dość hardcorowo ale wiem co masz na myśli, też widziałem takie przypadki.

Oczywiście, że jest warto, a nawet w niektórych przypadkach może to być niezbędne do przetrwania w przyszłości. Problem tylko w tym, że jak już pisałem samemu raczej nie da się z tego wyjść. Skoro piszesz o własnym doświadczeniu to znaczy, że też byłaś w podobnej sytuacji i udało ci się to zmienić w pojedynkę?

145

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?
bagienni_k napisał/a:

Wiadomo, że ludzie na różnych etapach życia mają odmienne priorytety, ale nie znam osobiście nikogo w moim otoczeniu, kto przepracowuje cały ten okres, powiedzmy, 15 lat od końca studiów do 40stki wyłącznie na zasadzie umowy o pracę, otrzymując stałe wynagrodzenie co miesiąc.

A ja znam. Najczęściej to praca w państwowej firmie, nierzadko załatwiona przez rodzica.

Znam też sporo mundurowych, którzy zdecydowali się na służbę zaraz po szkole średniej. Część z nich studia robiła niestacjonarnie w późniejszym czasie.


Patrząc na dalsze ich losy spora grupa prowadzi działalność gospodarczą, polegającą zazwyczaj na wykonywaniu odrębnych zleceń dla różnych klientów.

I pod kątem kredytowym to najgorsza możliwa opcja.


To też nie jest tak, że osoby o słabszej ekonomii kredytu nie dostaną. Dostaną. Ale niższej wysokości, z wymogiem wyższej wpłaty własnej, albo na gorszych warunkach. Nie brakuje też ofert specjalnych, gdzie deweloper jest dogadany z konkretnym bankiem na kredytowanie mieszkań w tej konkretnej lokalizacji. I wtedy warunki też potrafią być bardzo dobre. Poza tym kupno od dewelopera to tylko jedna z możliwości. Są jeszcze aukcje mieszkań zajętych za długi, są mieszkania spółdzielcze - lokatorskie (wtedy w ogóle nie płacisz za mieszkanie, masz po prostu wyższy czynsz i po x latach możesz je wykupić za grosze), są mieszkania komunalne i tak dalej. Opcji jest naprawdę bardzo dużo.

146

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?
Shinigami napisał/a:

Ale wiesz, że zamieszkać z osobą znajomą to ogromna różnica niż z obcymi?

"Kolega z pracy" = tyle co typ, z którym pracowałem w tej samej firmie. Przed najęciem przez nas mieszkania gadałem z nim ze 2 razy. Z czego pierwsza pierwsza rozmowa była "słyszałem, ze szukasz czegoś do wynajęcia", a druga, jak sam do mnie zagadał "słuchaj, znalazłem mega okazje.....".


Akurat takie życie prywatne jak tu przedstawiasz pewnie bez problemu mógłbym mieć tyle tylko, że samemu.

Ale nie masz, bo.....mieszkasz z rodzicami.


Co mieszkanie w wynajętym pokoju z obcymi ludźmi w mieszkaniu ma wspólnego z korzystaniem z młodości poza chlaniem i imprezowaniem?


Nie w wynajętym pokoju, tylko w wynajętym MIESZKANIU ze współlokatorem. To po pierwsze. Po drugie - wyprowadź się i zacznij żyć samodzielnie to się przekonasz. Mieszkasz z rodzicami i nie masz żadnego życia prywatnego i póki to się nie zmieni, to można epopeje tutaj pisać, a ty i tak :
1) będziesz się dziwił
2) będziesz negował

Przez to, że ciągle żyjesz w pokoju z dzieciństwa u swoich rodziców i pracujesz u rodziny, to dla ciebie czas się zatrzymał gdzieś w podstawówce. I takie też masz rozkminy - bo co jak lapka zostawię, co jak gotówkę zostawię, a bo to obcy ludzie, a wstydziłbym się tego czy tamtego. Większość ludzi nie ma takich rozkmin, bo uczy się takich podstaw właśnie gdzieś w okolicach podstawówki, kiedy to zaczyna się chodzenie po kolegach i koleżankach, jakieś pierwsze nocowania itp. A ty tego nie przerabiałeś i chodzisz wiecznie zdziwiony i wszystko urasta do rangi problemu nie do pokonania. I gdybasz. "Nie zaprosiłbym dziewczyny do wynajmowanego pokoju". Ale nie bierzesz pod uwagę faktu, ze póki mieszkasz z rodzicami, to nawet jak zaprosisz, to nic z tego nie będzie, bo zdrowy 30letni prawiczek mieszkający u rodziców wywołuje u płci przeciwnej mieszaninę konsternacji i obrzydzenia.

147

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?
JohnyBravo777 napisał/a:

Ja widze problem w tym, ze najwiecej o "braniu odpowiedzialnosci za wlasne czyny" mowia Ci, ktorzy jej nie biora.

A ty jesteś funkkcjonalnym analfabetą, który chyba opuścił kilka lekcji języka polskiego w szkole i nie rozumie powszechnie znanego i używanego, metaforycznego powiedzenia "odcięcia pępowiny".

Płonne nadzieje, ale masz, doucz się i dopiero wtedy zabieraj głos w dyskusji:


https://pl.aleteia.org/2017/03/27/dlacz … -konieczne

148

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?
Jack Sparrow napisał/a:

A ty jesteś funkkcjonalnym analfabetą

Znowu sie pomyliles bo zacytowales mnie a nie siebie w tym wywodzie smile

149

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?
Jack Sparrow napisał/a:

"Kolega z pracy" = tyle co typ, z którym pracowałem w tej samej firmie. Przed najęciem przez nas mieszkania gadałem z nim ze 2 razy. Z czego pierwsza pierwsza rozmowa była "słyszałem, ze szukasz czegoś do wynajęcia", a druga, jak sam do mnie zagadał "słuchaj, znalazłem mega okazje.....".

Ale nie masz, bo.....mieszkasz z rodzicami.

Nie w wynajętym pokoju, tylko w wynajętym MIESZKANIU ze współlokatorem. To po pierwsze. Po drugie - wyprowadź się i zacznij żyć samodzielnie to się przekonasz. Mieszkasz z rodzicami i nie masz żadnego życia prywatnego i póki to się nie zmieni, to można epopeje tutaj pisać, a ty i tak :
1) będziesz się dziwił
2) będziesz negował

Przez to, że ciągle żyjesz w pokoju z dzieciństwa u swoich rodziców i pracujesz u rodziny, to dla ciebie czas się zatrzymał gdzieś w podstawówce. I takie też masz rozkminy - bo co jak lapka zostawię, co jak gotówkę zostawię, a bo to obcy ludzie, a wstydziłbym się tego czy tamtego. Większość ludzi nie ma takich rozkmin, bo uczy się takich podstaw właśnie gdzieś w okolicach podstawówki, kiedy to zaczyna się chodzenie po kolegach i koleżankach, jakieś pierwsze nocowania itp. A ty tego nie przerabiałeś i chodzisz wiecznie zdziwiony i wszystko urasta do rangi problemu nie do pokonania. I gdybasz. "Nie zaprosiłbym dziewczyny do wynajmowanego pokoju". Ale nie bierzesz pod uwagę faktu, ze póki mieszkasz z rodzicami, to nawet jak zaprosisz, to nic z tego nie będzie, bo zdrowy 30letni prawiczek mieszkający u rodziców wywołuje u płci przeciwnej mieszaninę konsternacji i obrzydzenia.

To faktycznie obcy, ta okazja musiałaby być na prawdę mega żebym się nad nią zastanawiał.

Nie mam bo mam za duże lęki przed podejmowaniem działań i nic więcej.

Użyć słowa "mieszkanie" można tylko wtedy kiedy jest ono twoje lub przynajmniej nie dzielisz go z nikim obcym. Wynajmując tylko pokój pojęcia takie jak "moje" albo "mogę robić co chcę" nie istnieją. Mieszkając z kimś zawsze trzeba się w jakiś sposób do tej osoby dostosować, do obcej zwłaszcza bo nie wiesz co może się jej nie spodobać albo czego nie akceptuje.

Nie wiem skąd ty ciągle bierzesz tą podstawówkę ale nawet ja jestem w stanie stwierdzić, że nie masz większego pojęcia o dzieciach z podstawówki. Piszesz jakby te dzieci będąc w podstawówce były na poziomie dużo dalszym, a to brednie i nie będę nawet próbował tego udowadniać bo to strata czasu. Do domu rodzinnego też bym jej nie zaprosił nie licząc bardziej oficjalnej sytuacji typu obiad czy przedstawienie jej rodzicom. Do takich spotkań służą miejsca publiczne typu hotele gdzie oboje jesteśmy na neutralnym gruncie. Albo swoje i tylko swoje mieszkanie lub dom gdziem mogę robić co chcę bez dostosowywania się do nikogo. Gdybym koniecznie musiał wybierać pomiędzy zaproszeniem jej do domu rodzinnego i wynajętego pokoju to wybrałbym pierwszą opcję i szczerze mówiąc nie rozumiem jak ktoś mógłby wybrać drugą. Ja na miejscu takiej dziewczyny po prostu czułbym się niepewnie, bez poczucia bezpieczeństwa, spięty i stale czujny, a to nie sprzyja temu co się zwykle robi w takich sytuacjach. Nie chce mi się wierzyć, że jakakolwiek normalna kobieta zareagowałaby w sposób jaki opisujesz na fakt, że ktoś mieszka z rodzicami, szczególnie w dzisiejszych czasach.

150 Ostatnio edytowany przez Mrs.Happiness (2024-12-27 20:59:14)

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?
Shinigami napisał/a:

Skoro piszesz o własnym doświadczeniu to znaczy, że też byłaś w podobnej sytuacji i udało ci się to zmienić w pojedynkę?

Zupełnie szczerze? Uważam, że sporo osiągnęłam sama, ale nie mogę przypisać sobie wszystkich zasług.

Bardzo mi pomogło, że przez kilka lat miałam możliwość w weekendy mieszkać w dużym mieście ze wspomnianą przyjaciółką. Dokładałam się jej do czynszu, a dzięki temu mogłam kontynuować edukację, bo pochodziłam z dziury zabitej dechami, w której nie było nawet liceum. Do dziś pamiętam, jak musiałam po raz pierwszy pojechać sama tramwajem i to z przesiadką. Niby coś prostego, a tak mi się trzęsły nogi, że nie wiedziałam, czy przejdę tych kilka kroków od drzwi do kasownika. Dla mojego mózgu to był kosmos. Serio. Nigdy nie wpadłabym na to, że można w ogóle czuć strach z powodu tak prozaicznych czynności, jak jazda komunikacją miejską, dopóki sama tego nie przeżyłam. Z drugiej strony, całe życie w malutkiej mieścinie, gdzie znało się każdy kąt na pamięć i w większość miejsc można było w krótkim czasie dotrzeć na piechotę. A na dokładkę rodzina, która wiecznie ciągnęła w dół i wbijała w poczucie, że i tak nic w życiu nie osiągniesz, ani nic nie jesteś wart. Początkowo czułam się więc jak jakiś dziki zwierz puszczony na wolność po latach niewoli. Jednocześnie zaczęłam dostrzegać możliwości, jakie daje świat, do którego, tkwiąc po uszy w toksycznym środowisku, nigdy nie miałam dostępu. Jak już minął pierwszy szok, to zahukaną dziewczynę zaczęła powoli zastępować ta bardziej pewna siebie wersja.

Była też druga osoba, której poznanie niezaprzeczalnie wpłynęło na moje dalsze losy. Partner, z którym zamieszkałam już po szkole.
Ta zmiana była bardziej drastyczna niż poprzednia, bo tym razem przeprowadzałam się kilkaset kilometrów od domu, mimo to zniosłam ją lżej. Raz już się przekonałam, że daję sobie radę, więc nie czułam się tak sparaliżowana nieznanym. Choć nie mogę powiedzieć, że było mi łatwo. Z domu wyszłam dosłownie z jedną walizką. Na miejscu nie znałam nikogo poza partnerem i jego rodziną. Musiałam znaleźć nową pracę. Zacząć życie tak naprawdę od zera. Co z jednej strony budziło lęk, ale miało również swoje plusy. Ja nikogo nie znałam, ale też nikt nie znał mnie. Nie wiedział o mojej przeszłości, więc nie oceniał mnie przez jej pryzmat. Mogłam być tylko sobą, a nie córką alkoholiczki, czy przemocowego ojca. Właśnie wtedy nadszedł ten przełomowy moment, gdy wyszłam z roli ofiary, a to pociągnęło za sobą lawinę wewnętrznych przemian. Zrozumiałam, że naprawdę mogę mieć od życia coś więcej, nawet jeśli do niedawna miałam niewiele.

Nie wiem jeszcze, czy to opowieść z happy endem, ale miała kilka dobrych zwrotów akcji. Wszystkie z nich działy się poza rodzinnym domem, co jasno pokazuje, że wyprowadzka się mocno opłaciła. Nawet jeśli w okresie takim jak ten wciąż czuję lekkie ukłucie żalu, bo ostatnie święta z nimi spędziłam pewnie z siedem lat temu, a od własnej matki dostaję co najwyżej wiadomość z lakonicznymi życzeniami. Mam jednak świadomość, że tak naprawdę to nie jest tęsknota za konkretnymi osobami, tylko wizją kochającej, ciepłej rodziny, której i tak nigdy bym nie miała.

Choć trzeba brać poprawkę na to, że u mnie sytuacja była raczej skrajna. Nie każdy trafia na rodzinnej loterii tak źle. Dlatego moim zdaniem WARTO się wyprowadzić, jeśli czujemy, że w domu nie jesteśmy w stanie się do końca rozwinąć, bo przykładowo mamusia biega za nami i wykonuje za nas wszystkie podstawowe czynności, przez co stajemy się bezradni życiowo. Albo gdy bliscy za mocno ingerują w nasze decyzje, próbują kontrolować, wpędzają w poczucie winy, jeśli wyjdziemy z narzuconej nam roli i tak dalej. Przy czym NIE WARTO ucinać całkowicie kontaktów, jeśli istnieje szansa, że z czasem uda się w miarę dogadać. A bywa tak, że jak rodzice zauważą, że dziecko nie odpuściło, poszło na swoje i co więcej, doskonale radzi sobie bez nich, to wreszcie akceptują taki stan rzeczy i naprawdę można mieć z nimi super relację.

151

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?
Mrs.Happiness napisał/a:

Zupełnie szczerze? Uważam, że sporo osiągnęłam sama, ale nie mogę przypisać sobie wszystkich zasług.

Bardzo mi pomogło, że przez kilka lat miałam możliwość w weekendy mieszkać w dużym mieście ze wspomnianą przyjaciółką. Dokładałam się jej do czynszu, a dzięki temu mogłam kontynuować edukację, bo pochodziłam z dziury zabitej dechami, w której nie było nawet liceum. Do dziś pamiętam, jak musiałam po raz pierwszy pojechać sama tramwajem i to z przesiadką. Niby coś prostego, a tak mi się trzęsły nogi, że nie wiedziałam, czy przejdę tych kilka kroków od drzwi do kasownika. Dla mojego mózgu to był kosmos. Serio. Nigdy nie wpadłabym na to, że można w ogóle czuć strach z powodu tak prozaicznych czynności, jak jazda komunikacją miejską, dopóki sama tego nie przeżyłam. Z drugiej strony, całe życie w malutkiej mieścinie, gdzie znało się każdy kąt na pamięć i w większość miejsc można było w krótkim czasie dotrzeć na piechotę. A na dokładkę rodzina, która wiecznie ciągnęła w dół i wbijała w poczucie, że i tak nic w życiu nie osiągniesz, ani nic nie jesteś wart. Początkowo czułam się więc jak jakiś dziki zwierz puszczony na wolność po latach niewoli. Jednocześnie zaczęłam dostrzegać możliwości, jakie daje świat, do którego, tkwiąc po uszy w toksycznym środowisku, nigdy nie miałam dostępu. Jak już minął pierwszy szok, to zahukaną dziewczynę zaczęła powoli zastępować ta bardziej pewna siebie wersja.

Była też druga osoba, której poznanie niezaprzeczalnie wpłynęło na moje dalsze losy. Partner, z którym zamieszkałam już po szkole.
Ta zmiana była bardziej drastyczna niż poprzednia, bo tym razem przeprowadzałam się kilkaset kilometrów od domu, mimo to zniosłam ją lżej. Raz już się przekonałam, że daję sobie radę, więc nie czułam się tak sparaliżowana nieznanym. Choć nie mogę powiedzieć, że było mi łatwo. Z domu wyszłam dosłownie z jedną walizką. Na miejscu nie znałam nikogo poza partnerem i jego rodziną. Musiałam znaleźć nową pracę. Zacząć życie tak naprawdę od zera. Co z jednej strony budziło lęk, ale miało również swoje plusy. Ja nikogo nie znałam, ale też nikt nie znał mnie. Nie wiedział o mojej przeszłości, więc nie oceniał mnie przez jej pryzmat. Mogłam być tylko sobą, a nie córką alkoholiczki, czy przemocowego ojca. Właśnie wtedy nadszedł ten przełomowy moment, gdy wyszłam z roli ofiary, a to pociągnęło za sobą lawinę wewnętrznych przemian. Zrozumiałam, że naprawdę mogę mieć od życia coś więcej, nawet jeśli do niedawna miałam niewiele.

Nie wiem jeszcze, czy to opowieść z happy endem, ale miała kilka dobrych zwrotów akcji. Wszystkie z nich działy się poza rodzinnym domem, co jasno pokazuje, że wyprowadzka się mocno opłaciła. Nawet jeśli w okresie takim jak ten wciąż czuję lekkie ukłucie żalu, bo ostatnie święta z nimi spędziłam pewnie z siedem lat temu, a od własnej matki dostaję co najwyżej wiadomość z lakonicznymi życzeniami. Mam jednak świadomość, że tak naprawdę to nie jest tęsknota za konkretnymi osobami, tylko wizją kochającej, ciepłej rodziny, której i tak nigdy bym nie miała.

Choć trzeba brać poprawkę na to, że u mnie sytuacja była raczej skrajna. Nie każdy trafia na rodzinnej loterii tak źle. Dlatego moim zdaniem WARTO się wyprowadzić, jeśli czujemy, że w domu nie jesteśmy w stanie się do końca rozwinąć, bo przykładowo mamusia biega za nami i wykonuje za nas wszystkie podstawowe czynności, przez co stajemy się bezradni życiowo. Albo gdy bliscy za mocno ingerują w nasze decyzje, próbują kontrolować, wpędzają w poczucie winy, jeśli wyjdziemy z narzuconej nam roli i tak dalej. Przy czym NIE WARTO ucinać całkowicie kontaktów, jeśli istnieje szansa, że z czasem uda się w miarę dogadać. A bywa tak, że jak rodzice zauważą, że dziecko nie odpuściło, poszło na swoje i co więcej, doskonale radzi sobie bez nich, to wreszcie akceptują taki stan rzeczy i naprawdę można mieć z nimi super relację.

Widzę w tej historii całkiem sporo podobieństw do mojej, jest jednak kilka kluczowych różnic. Ciągnięcie w dół i wieczne utwierdzanie, że "nic z ciebie nie będzie" było zawsze i wciąż jest. Ja nie miałem aż tak toksycznie w domu, twoja sytuacja faktycznie była trochę skrajna ale poziom skrajności czy w ogóle poziom toksyczności nie ma aż tak dużego znaczenia jak ich efekty, które mogą być podobne niezależnie od poziomu. Zmierzając do sedna te kluczowe różnice to te dwie osoby dzięki, którym ci się udało wyjść z tego toksycznego środowiska. Mieć taką przyjaciółkę i móc mieszkać u niej nawet tylko w weekendy to już coś o czym wiele osób może tylko pomarzyć. Nie piszę tu o sobie bo ja akurat też miałbym podobną możliwość nawet teraz. Druga osoba czyli partner to jest właśnie to o czym piszę tu na forum od dawna. W dwie osoby jest realna możliwość zamieszkać w dużym mieście i żyć na jakimś tam poziomie. Osobiście znam bardzo podobny przypadek. Moja koleżanka miała w domu niezłą patolę, alkohol itd i gdyby nie partner dzięki, któremu mogła się wyprowadzić z tego domu to dziś jak sama mówi stoczyłaby się totalnie. A co najciekawsze po tym jak ona i jej siostra się wyprowadziły, obie stworzyły własne rodziny i zaczęły po trochu wspierać rodziców oni też się ogarnęli i dziś wszyscy są względnie normalną rodziną. Móc się wyprowadzić i zamieszkać z kimś, już nawet niekoniecznie z partnerem/partnerką tylko w ogóle z kimś znajomym czyni to przedsięwzięcie nieporównywalnie łatwiejszym niż robić to całkowicie samemu. Gdybym ja teraz się wyprowadził kilkaset kilometrów od domu do miejsca, w którym nikogo nie znam, nie znam okolicy, nie wiem co gdzie jest itd to najprawdopodobniej skończyłoby się jak historie z forów incelskich. Ich użytkownicy w dużej części na tych forach mają jedyny kontakt ze światem zewnętrznym bo w realu dosłownie nie mają nawet z kim porozmawiać. Podobnie jest na przykład z wyjazdami zagranicznymi. Gdybym ja miał kogoś z kim chociaż jeden raz mógłbym gdzieś wyjechać, obserwować i uczyć się jak to wszystko ogarnąć to drugi raz już potrafiłbym to zrobić sam i co ważniejsze nie czułbym tak paraliżującego lęku przed tym.

152 Ostatnio edytowany przez Mrs.Happiness (2024-12-28 20:59:07)

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?

Nie no, jasne, ja też uważam, że to mi dużo ułatwiło i już zawsze będę im wdzięczna, niezależnie od tego, jak dalej potoczyły się te relacje. Ale z drugiej strony żadna z tych rzeczy by się nie wydarzyła, gdyby nie moja decyzja, żeby spróbować i późniejsza ciężka praca nad sobą, by się w tej nowej rzeczywistości odnaleźć. Na każdym etapie mogłam się poddać, tak byłoby przecież wygodniej, a co to za problem znaleźć wymówkę. Albo dziesięć. Tyle, że ja już w podstawówce wiedziałam, że nie pasuje mi to życie, nigdy się z nim nie pogodzę i że prędzej czy później wyniosę się z domu. Generalnie mnie sytuacja niejako zmusiła do tego, by się w pewnych kwestiach bardzo szybko usamodzielnić, bo trafiały się dni, kiedy to ja byłam bardziej opiekunem dla mojej matki, niż ona dla mnie. Ojca z kolei zawsze się trochę bałam i wiele interakcji z nim mocno mnie stresowało, więc nie zaznałam przy nich zbytnio poczucia bezpieczeństwa. Takie coś mocno ryje banię i zaciera granicę między dzieciństwem a dorosłością. To wszystko razem sprawiło, że stałam się mocno zachowawczym dzieckiem, takim nadmiernie dojrzałym i niepodejmującym ryzyka. Do teraz odczuwam tego skutki.

Shinigami napisał/a:

Nie piszę tu o sobie bo ja akurat też miałbym podobną możliwość nawet teraz.

Co masz przez to na myśli? Mógłbyś rozwinąć?

Shinigami napisał/a:

Móc się wyprowadzić i zamieszkać z kimś, już nawet niekoniecznie z partnerem/partnerką tylko w ogóle z kimś znajomym czyni to przedsięwzięcie nieporównywalnie łatwiejszym niż robić to całkowicie samemu. Gdybym ja teraz się wyprowadził kilkaset kilometrów od domu do miejsca, w którym nikogo nie znam, nie znam okolicy, nie wiem co gdzie jest itd to najprawdopodobniej skończyłoby się jak historie z forów incelskich. Ich użytkownicy w dużej części na tych forach mają jedyny kontakt ze światem zewnętrznym bo w realu dosłownie nie mają nawet z kim porozmawiać.

Kwestia tego, jak łatwo ktoś nawiązuje nowe znajomości. Jeśli ma z tym duże problemy, to faktycznie, takie całkowite odcięcie się od poprzedniego życia może szybko obrócić się przeciwko niemu. Toksyczne środowisko zastąpi samotność, która w dłuższej perspektywie również sieje ogromne spustoszenie w ludzkiej psychice. Finalnie trafi więc z deszczu pod rynnę. Dlatego trzeba do każdego przypadku podchodzić indywidualnie i zastanowić się, co dla konkretnej osoby będzie najlepszą opcją, a jak się ma kogoś zaufanego, to skonsultować z nim swoje przemyślenia, bo może sytuacja nie jest tak beznadziejna, jak nam się wydaje. Mamy wszak jako ludzie taką brzydką tendencję do czarnowidzenia. Gdy już wyznaczysz cel, to przychodzi najtrudniejsza część. Trzeba się wysilić. Najlepiej nie narzucać sobie na tym etapie zbyt dużej presji, bo istnieje duża szansa, że nie osiągnie się sukcesu za pierwszym podejściem. To nie znaczy, że coś jest z nami nie tak. Pewne rzeczy po prostu są trudne, zwłaszcza jeśli nikt nie pokazał, jak radzić sobie z przeciwnościami. Porażka jest gorzka, ale musimy ją przełknąć, żeby podnieść się z klęczek i postawić kolejny krok. To zawsze jeden bliżej mety.

Najgorzej, jak człowiek staje się taką marionetką losu, która płynie tylko tam, gdzie poniesie ją prąd. Marudzi przy tym bez przerwy, jak mu z tym źle, ale jak przyjdzie co do czego, to nie robi nic, by było lepiej, bo przecież to bezsensu, nie da rady, ojciec mu ciągle powtarzał, że jest porażką, matka nie kochała, koledzy w szkole wyśmiewali, a w ogóle cały świat jest wstrętny i zawsze przeciwko niemu. Oczywiście to są okropne rzeczy, lecz nie muszą kształtować całego naszego życia, jeśli im na to nie pozwolimy.
Nie jesteśmy już bezbronnymi dziećmi. Mamy wpływ na to, co się z nami dalej stanie.
Wiem, totalny banał, ale moim zdaniem warto to sobie uświadomić.

153 Ostatnio edytowany przez bagienni_k (2024-12-28 21:45:09)

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?

Dzieciństwo i wczesne doświadczenie niezmiennie kształtują nasz byt i późniejsze podejście do życia. Nie zmienia to jednak faktu, że wszystko można z czasem zmieniać, modyfikować i ulepszać. Na pewno nie można się trwale zamykać na wszystkie możliwe możliwości, jakie nam życie oferuje. Mam wrażenie, że dużo ludzi oczekuje natychmiastowych zmian, zamiast uzbroić się w cierpliwość i stopniowo zyskiwać potrzebne nam umiejętności. W moim przypadku niezwykle istotne okazały się   same studia czy też całokształt realiów związanych z podjęciem nowego etapu w życiu. Całe szczęście, możliwości rozwoju zawodowego i osobistego nie przedstawiały się zbyt obiecująco, więc niejako musiałem po prostu wyjechać z domu i zacząć żyć samodzielnie. Okazało się to przysłowiowym krokiem milowym w moim życiu smile
Sam określiłbym siebie przed tym okresem, jako osobę nieśmiałą, wycofaną czy introwertyczną, tymczasem po tylu latach odczuwam znaczące zmiany w swojej osobowości, co znalazło potwierdzenie w relacjach znajomych. Może nie spędzam każdej wolnej chwili w tłumie ludzi na masowych imprezach ani nie czuję się przysłowiowym wodzirejem, lecz zdecydowanie lepiej przychodzi mi nawiązywanie kontaktów z ludźmi. Reszta przychodzi dużo łatwiej wink

154

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?
Shinigami napisał/a:

Piszesz jakby te dzieci będąc w podstawówce były na poziomie dużo dalszym,

Jakim dużo dalszym? U mnie po osiedlu dzieci z PRZEDSZKOLA odwiedzają się wzajemnie nawet w tygodniu. Sam będąc w przedszkolu też odwiedzałem kolegów mieszkających po sąsiedzku, a oni odwiedzali mnie. W podstawówce jak byłem to normalną sprawą były np weekendowe posiadówy, bo robiliśmy sobie zawody w contre na pegazusie, a to nie każdy miał. Albo wymienialiśmy się komiksami, bo ktoś miał Kajko i Kokosza, ktoś inny zbierał Giganta, a ktoś Asterixa. Albo pokazywaliśmy sobie kolekcje kolorowych karteczek (był na to szał w latach 90tych), kolekcje fotek samochodów z gum turbo, tazosów, albo uczyliśmy się wzajemnie sztuczek bawiąc się jojo czy riki-tiki (albo tiki-tiki? takie dwie kulki na sznurku). Na późniejszych etapach było słuchanie muzyki na kasetach, oglądanie filmów z wypożyczalni VHS, sesje D&D, lan party w kafejkach internetowych i inne rzeczy tego pokroju. Oczywiście, czasy są inne, ale pewne rzeczy pozostają bez zmian, bo jestem w wieku, gdzie duża część moich równolatków już dawno jest dzieciata i rozmawiam też z sąsiadami na żywo jak i na grupie sąsiedzkiej. Nie wszystkich stać na opiekunki, nie każdy ma rodzinę na wezwanie. Takie sprzedawanie sobie wzajemne dzieciaków to najprostsza okazja dla rodziców, żeby mogli mieć czas dla siebie - a to żeby porobić w spokoju zakupy czy pójść na randkę. A jednocześnie dzięki temu dzieci uczą się życia w społeczeństwie. Myślisz, że co się dzieje z dziećmi moich dzieciatych znajomych jak się umawiamy na jakiegoś browca czy imprezę z okazji urodzin itp? Ty myślisz, że mając lat ~40 to się nie imprezuje? Tylko grzeczna kawka i ciastko o 17?


Do takich spotkań służą miejsca publiczne typu hotele gdzie oboje jesteśmy na neutralnym gruncie.

Żyjesz wyobraźnią. Nikt nie spina dupy, bo mieszkanie jest wynajmowane/kredytowane, a nie własnościowe i spłacone.

155 Ostatnio edytowany przez Mrs.Happiness (2024-12-29 19:18:31)

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?
Jack Sparrow napisał/a:

Jakim dużo dalszym? U mnie po osiedlu dzieci z PRZEDSZKOLA odwiedzają się wzajemnie nawet w tygodniu. Sam będąc w przedszkolu też odwiedzałem kolegów mieszkających po sąsiedzku, a oni odwiedzali mnie. W podstawówce jak byłem to normalną sprawą były np weekendowe posiadówy, bo robiliśmy sobie zawody w contre na pegazusie, a to nie każdy miał. Albo wymienialiśmy się komiksami, bo ktoś miał Kajko i Kokosza, ktoś inny zbierał Giganta, a ktoś Asterixa. Albo pokazywaliśmy sobie kolekcje kolorowych karteczek (był na to szał w latach 90tych), kolekcje fotek samochodów z gum turbo, tazosów, albo uczyliśmy się wzajemnie sztuczek bawiąc się jojo czy riki-tiki (albo tiki-tiki? takie dwie kulki na sznurku). Na późniejszych etapach było słuchanie muzyki na kasetach, oglądanie filmów z wypożyczalni VHS, sesje D&D, lan party w kafejkach internetowych i inne rzeczy tego pokroju. Oczywiście, czasy są inne, ale pewne rzeczy pozostają bez zmian, bo jestem w wieku, gdzie duża część moich równolatków już dawno jest dzieciata i rozmawiam też z sąsiadami na żywo jak i na grupie sąsiedzkiej. Nie wszystkich stać na opiekunki, nie każdy ma rodzinę na wezwanie. Takie sprzedawanie sobie wzajemne dzieciaków to najprostsza okazja dla rodziców, żeby mogli mieć czas dla siebie - a to żeby porobić w spokoju zakupy czy pójść na randkę. A jednocześnie dzięki temu dzieci uczą się życia w społeczeństwie. Myślisz, że co się dzieje z dziećmi moich dzieciatych znajomych jak się umawiamy na jakiegoś browca czy imprezę z okazji urodzin itp? Ty myślisz, że mając lat ~40 to się nie imprezuje? Tylko grzeczna kawka i ciastko o 17?

O widzisz, u mnie też mnóstwo dzieciaków odwiedzało się nawzajem. W moim rodzinnym domu wiecznie były tłumy, zwłaszcza, że jako jedni z pierwszych w mieście mieliśmy swój komputer, więc niekiedy dziesięć osób ślęczało nad jedną gierką, czekając aż ten poprzedni skusi i wreszcie nadejdzie jego kolej. Poza tym spotykaliśmy się w dużych grupkach, by grać w dwa ognie, podchody, pojeździć na zmianę na hulajnodze, albo deskorolce. Właściwie nigdy nie było nudy, latem często wychodziło się z domu z samego rana, wracało na obiad, po czym szło się bawić dalej, aż do późnych godzin wieczornych. Co do zbierania różnych rzeczy, to osobiście miałam mega fazę na karteczki. Super sprawa, bo nie dość, że były idealnym pretekstem, by się spotkać i powymieniać, to jeszcze uczyły sztuki targowania się. Czasem za jedną dostawałam nawet dwadzieścia innych. Zaczynałam z jednym malutkim segregatorem po starszej siostrze, a finalnie nazbierałam kolekcję kilku tysięcy sztuk, z której byłam bardzo dumna. Zresztą zostawiłam sobie większość do dziś, na pamiątkę.

Tyle fajnych wspomnień, nie?
Tak łatwo zapomnieć, że mnóstwo osób nigdy tego nie zaznało.
Marzyło, tęskniło, zazdrościło, ale na nic więcej nie mogło liczyć.

Miałam takiego kolegę, mój rówieśnik. Mieszkał z rodzicami i dziadkami na tej samej ulicy, co my. Śmiem twierdzić, ze gdyby nie fakt, że jego matka była w podstawówce wychowawczynią mojego brata i trochę go wtedy polubiła, to chłopak by całe dzieciństwo spędził samotnie. Nawet z nami mógł wychodzić tylko KILKA KROKÓW od domu. Mieli malutkie podwórko, na którym najczęściej SAM ZE SOBĄ grał w koszykówkę. Bez uprzedniego pytania dorosłych nie mógł wyjść za bramkę. A jak już się udało wyprosić, żeby go puścili, to co i rusz babcia zerkała z okna, co robimy. I to nie był żaden upośledzony, niepełnosprawny człowiek, który wymagał całodobowej opieki. Normalny, zdrowy chłopak. Bardzo inteligentny, swoją drogą. W szkole miał przez lata średnią ocen sześć zero, wywoływano go na apelach jako najlepszego ucznia. Jak sądzisz, jakim kosztem to osiągnął, zważywszy na to, co przed chwilą napisałam? Rodzice pewnie byli przekonani, że to wszystko dla jego dobra. Po co miał się rozpraszać pierdołami, marnować czas na skakanie po drzewach, jak mógł wykuć na pamięć kolejną regułkę i dostać szóstkę z polskiego. Mega mi go było szkoda, jak wracaliśmy razem ze szkoły w gimnazjum, on całą drogę nawijał, ewidentnie pragnął towarzystwa, a pod koniec drogi się rozdzielaliśmy i wiadomo było, że reszta jego dnia upłynie w izolacji.

Takich dzieci było w okolicy znacznie więcej. Nie wszystkie żyły w odosobnieniu z tych samych powodów, co on, wiadomo. Były też osoby głuchonieme, autystyczne, na wózkach inwalidzkich, uzależnione od gier komputerowych, wyśmiewane, czy nawet prześladowane z powodu wyglądu, stanu majątkowego, inteligencji, wstaw dowolne, co sprawiało, że zamykały się w skorupie, przez którą ciężko się przebić nawet po wielu latach. Dlatego nie oceniałabym nikogo pochopnie w tej kwestii, bo to, że coś jest łatwo dostępne, nie znaczy, że każdy może sobie na to pozwolić. Czasem otoczenie mu to zwyczajnie uniemożliwia.

156

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?
Mrs.Happiness napisał/a:
Jack Sparrow napisał/a:

Jakim dużo dalszym? U mnie po osiedlu dzieci z PRZEDSZKOLA odwiedzają się wzajemnie nawet w tygodniu. Sam będąc w przedszkolu też odwiedzałem kolegów mieszkających po sąsiedzku, a oni odwiedzali mnie. W podstawówce jak byłem to normalną sprawą były np weekendowe posiadówy, bo robiliśmy sobie zawody w contre na pegazusie, a to nie każdy miał. Albo wymienialiśmy się komiksami, bo ktoś miał Kajko i Kokosza, ktoś inny zbierał Giganta, a ktoś Asterixa. Albo pokazywaliśmy sobie kolekcje kolorowych karteczek (był na to szał w latach 90tych), kolekcje fotek samochodów z gum turbo, tazosów, albo uczyliśmy się wzajemnie sztuczek bawiąc się jojo czy riki-tiki (albo tiki-tiki? takie dwie kulki na sznurku). Na późniejszych etapach było słuchanie muzyki na kasetach, oglądanie filmów z wypożyczalni VHS, sesje D&D, lan party w kafejkach internetowych i inne rzeczy tego pokroju. Oczywiście, czasy są inne, ale pewne rzeczy pozostają bez zmian, bo jestem w wieku, gdzie duża część moich równolatków już dawno jest dzieciata i rozmawiam też z sąsiadami na żywo jak i na grupie sąsiedzkiej. Nie wszystkich stać na opiekunki, nie każdy ma rodzinę na wezwanie. Takie sprzedawanie sobie wzajemne dzieciaków to najprostsza okazja dla rodziców, żeby mogli mieć czas dla siebie - a to żeby porobić w spokoju zakupy czy pójść na randkę. A jednocześnie dzięki temu dzieci uczą się życia w społeczeństwie. Myślisz, że co się dzieje z dziećmi moich dzieciatych znajomych jak się umawiamy na jakiegoś browca czy imprezę z okazji urodzin itp? Ty myślisz, że mając lat ~40 to się nie imprezuje? Tylko grzeczna kawka i ciastko o 17?

O widzisz, u mnie też mnóstwo dzieciaków odwiedzało się nawzajem. W moim rodzinnym domu wiecznie były tłumy, zwłaszcza, że jako jedni z pierwszych w mieście mieliśmy swój komputer, więc niekiedy dziesięć osób ślęczało nad jedną gierką, czekając aż ten poprzedni skusi i wreszcie nadejdzie jego kolej. Poza tym spotykaliśmy się w dużych grupkach, by grać w dwa ognie, podchody, pojeździć na zmianę na hulajnodze, albo deskorolce. Właściwie nigdy nie było nudy, latem często wychodziło się z domu z samego rana, wracało na obiad, po czym szło się bawić dalej, aż do późnych godzin wieczornych. Co do zbierania różnych rzeczy, to osobiście miałam mega fazę na karteczki. Super sprawa, bo nie dość, że były idealnym pretekstem, by się spotkać i powymieniać, to jeszcze uczyły sztuki targowania się. Czasem za jedną dostawałam nawet dwadzieścia innych. Zaczynałam z jednym malutkim segregatorem po starszej siostrze, a finalnie nazbierałam kolekcję kilku tysięcy sztuk, z której byłam bardzo dumna. Zresztą zostawiłam sobie większość do dziś, na pamiątkę.

Tyle fajnych wspomnień, nie?
Tak łatwo zapomnieć, że mnóstwo osób nigdy tego nie zaznało.
Marzyło, tęskniło, zazdrościło, ale na nic więcej nie mogło liczyć.

Miałam takiego kolegę, mój rówieśnik. Mieszkał z rodzicami i dziadkami na tej samej ulicy, co my. Śmiem twierdzić, ze gdyby nie fakt, że jego matka była w podstawówce wychowawczynią mojego brata i trochę go wtedy polubiła, to chłopak by całe dzieciństwo spędził samotnie. Nawet z nami mógł wychodzić tylko KILKA KROKÓW od domu. Mieli malutkie podwórko, na którym najczęściej SAM ZE SOBĄ grał w koszykówkę. Bez uprzedniego pytania dorosłych nie mógł wyjść za bramkę. A jak już się udało wyprosić, żeby go puścili, to co i rusz babcia zerkała z okna, co robimy. I to nie był żaden upośledzony, niepełnosprawny człowiek, który wymagał całodobowej opieki. Normalny, zdrowy chłopak. Bardzo inteligentny, swoją drogą. W szkole miał przez lata średnią ocen sześć zero, wywoływano go na apelach jako najlepszego ucznia. Jak sądzisz, jakim kosztem to osiągnął, zważywszy na to, co przed chwilą napisałam? Rodzice pewnie byli przekonani, że to wszystko dla jego dobra. Po co miał się rozpraszać pierdołami, marnować czas na skakanie po drzewach, jak mógł wykuć na pamięć kolejną regułkę i dostać szóstkę z polskiego. Mega mi go było szkoda, jak wracaliśmy razem ze szkoły w gimnazjum, on całą drogę nawijał, ewidentnie pragnął towarzystwa, a pod koniec drogi się rozdzielaliśmy i wiadomo było, że reszta jego dnia upłynie w izolacji.

Takich dzieci było w okolicy znacznie więcej. Nie wszystkie żyły w odosobnieniu z tych samych powodów, co on, wiadomo. Były też osoby głuchonieme, autystyczne, na wózkach inwalidzkich, uzależnione od gier komputerowych, wyśmiewane, czy nawet prześladowane z powodu wyglądu, stanu majątkowego, inteligencji, wstaw dowolne, co sprawiało, że zamykały się w skorupie, przez którą ciężko się przebić nawet po wielu latach. Dlatego nie oceniałabym nikogo pochopnie w tej kwestii, bo to, że coś jest łatwo dostępne, nie znaczy, że każdy może sobie na to pozwolić. Czasem otoczenie mu to zwyczajnie uniemożliwia.

Karteczki do segegatora? Tez to zbieralam.  Pozniej sprzedawalam za 20 groszy mala i 50 groszy duza big_smile

157

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?
Mrs.Happiness napisał/a:

Nie no, jasne, ja też uważam, że to mi dużo ułatwiło i już zawsze będę im wdzięczna, niezależnie od tego, jak dalej potoczyły się te relacje. Ale z drugiej strony żadna z tych rzeczy by się nie wydarzyła, gdyby nie moja decyzja, żeby spróbować i późniejsza ciężka praca nad sobą, by się w tej nowej rzeczywistości odnaleźć. Na każdym etapie mogłam się poddać, tak byłoby przecież wygodniej, a co to za problem znaleźć wymówkę. Albo dziesięć. Tyle, że ja już w podstawówce wiedziałam, że nie pasuje mi to życie, nigdy się z nim nie pogodzę i że prędzej czy później wyniosę się z domu. Generalnie mnie sytuacja niejako zmusiła do tego, by się w pewnych kwestiach bardzo szybko usamodzielnić, bo trafiały się dni, kiedy to ja byłam bardziej opiekunem dla mojej matki, niż ona dla mnie. Ojca z kolei zawsze się trochę bałam i wiele interakcji z nim mocno mnie stresowało, więc nie zaznałam przy nich zbytnio poczucia bezpieczeństwa. Takie coś mocno ryje banię i zaciera granicę między dzieciństwem a dorosłością. To wszystko razem sprawiło, że stałam się mocno zachowawczym dzieckiem, takim nadmiernie dojrzałym i niepodejmującym ryzyka. Do teraz odczuwam tego skutki.

Co masz przez to na myśli? Mógłbyś rozwinąć?

Kwestia tego, jak łatwo ktoś nawiązuje nowe znajomości. Jeśli ma z tym duże problemy, to faktycznie, takie całkowite odcięcie się od poprzedniego życia może szybko obrócić się przeciwko niemu. Toksyczne środowisko zastąpi samotność, która w dłuższej perspektywie również sieje ogromne spustoszenie w ludzkiej psychice. Finalnie trafi więc z deszczu pod rynnę. Dlatego trzeba do każdego przypadku podchodzić indywidualnie i zastanowić się, co dla konkretnej osoby będzie najlepszą opcją, a jak się ma kogoś zaufanego, to skonsultować z nim swoje przemyślenia, bo może sytuacja nie jest tak beznadziejna, jak nam się wydaje. Mamy wszak jako ludzie taką brzydką tendencję do czarnowidzenia. Gdy już wyznaczysz cel, to przychodzi najtrudniejsza część. Trzeba się wysilić. Najlepiej nie narzucać sobie na tym etapie zbyt dużej presji, bo istnieje duża szansa, że nie osiągnie się sukcesu za pierwszym podejściem. To nie znaczy, że coś jest z nami nie tak. Pewne rzeczy po prostu są trudne, zwłaszcza jeśli nikt nie pokazał, jak radzić sobie z przeciwnościami. Porażka jest gorzka, ale musimy ją przełknąć, żeby podnieść się z klęczek i postawić kolejny krok. To zawsze jeden bliżej mety.

Najgorzej, jak człowiek staje się taką marionetką losu, która płynie tylko tam, gdzie poniesie ją prąd. Marudzi przy tym bez przerwy, jak mu z tym źle, ale jak przyjdzie co do czego, to nie robi nic, by było lepiej, bo przecież to bezsensu, nie da rady, ojciec mu ciągle powtarzał, że jest porażką, matka nie kochała, koledzy w szkole wyśmiewali, a w ogóle cały świat jest wstrętny i zawsze przeciwko niemu. Oczywiście to są okropne rzeczy, lecz nie muszą kształtować całego naszego życia, jeśli im na to nie pozwolimy.
Nie jesteśmy już bezbronnymi dziećmi. Mamy wpływ na to, co się z nami dalej stanie.
Wiem, totalny banał, ale moim zdaniem warto to sobie uświadomić.

Ja patrzę na to od drugiej strony. Przyjaciółka i partner umożliwili wprowadzenie tych zmian, bez nich nie byłoby o czym decydować i nad czym pracować. Tak samo dla mnie to "Na każdym etapie mogłam się poddać" nie ma racji bytu. Ja jak już coś zacznę to zawsze dokańczam, nawet jeśli to jest coś czego nie lubię i nie chcę robić to i tak jak zacznę to skończę. Ja też dość szybko się nauczyłem by nie podejmować ryzyka choć powody tego były inne niż twoje. Zawsze byłem i wciąż jestem nadmiernie ostrożny. Pamiętam, że jeszcze w latach szkolnych kiedy zdarzał się jakiś wypadek czy było choćby ryzyko jego wystąpienia o wiele bardziej się bałem, że ktoś się dowie i konfrontacji z tą osobą niż fizycznych obrażeń. Do dziś pamiętam scenę jak byłem z kilkoma osobami na szkolnej siłowni, oczywiście nie mogliśmy tam nawet wchodzić bo to było coś koło 4 klasy szkoły podstawowej. Ze sztangi spadł ciężar, a ja podstawiłem pod niego nogę bo się bałem, że nauczyciel usłyszy i nawet nie pomyślałem, że to mogło uszkodzić nogę. 

Mam na myśli, że moja babcia mieszka sama w mieście ale to też niewiele by pomogło. Tak na prawdę to by się niewiele różniło od mieszkania z rodzicami.  Wciąż nie byłoby ani prywatności ani samodzielności.

Nawet nie chodzi o to, że porażka jest gorzka bo gdyby chodziło tylko o poradzenie sobie z nią samemu, o własne przepracowanie tej porażki to nie byłby aż taki problem. Prawdziwy problem jest wtedy gdy ktoś nigdy nawet nie miał prawa do porażki. Gdy każda nawet najmniejsza porażka od razu była karana i utożsamiana wyłącznie jako coś złego co nie ma prawa się wydarzyć. Z takiego czegoś nie da się wyciągnąć żadnej nauki czy nawet wniosków bo po kilku takich sytuacjach zaczynasz się bać nawet spróbować.

Oczywiście, że warto to sobie uświadomić, niestety sama świadomość to za mało, szczególnie jeśli ktoś już dawno tkwi w tych "okropnych rzeczach". Ten ostatni fragment niemal idealnie mnie opisuje z tą różnicą, że zamieniłbym słowo "bezbronny" na "bezradny". Nigdy nie miałem realnego wpływu na swoje życie i wciąż go nie mam, a przynajmniej nie mogę tego dostrzec.

Co do kwestii tego co się robiło będąc w szkole podstawowej to nawet ja jakoś bardzo nie odstawałem. Nawet mi się zdarzało kilka razy nocować u kolegów ale to zawsze było duże przedsięwzięcie wymagające zaplanowania z kilkudniowym wyprzedzeniem. To co Jack opisał było możliwe tylko mieszkając w jakiejś wspólnocie mieszkaniowej, w typowym blokowisku czy chociaż na jednej ulicy. Mieszkając na wsi do najbliższego kolegi były ponad 2km co dla dziecka z podstawówki było odległością nie do przebycia bez samochodu rodziców. Pierwsze samotne wyjazdy rowerowe dalej niż 1km od domu były dopiero jak miałem jakieś 13-14 lat. Jeśli rodzice nie mogli wozić to można było zapomnieć o jakichkolwiek aktywnościach poza szkolnych. Praktycznie wszyscy moi koledzy i koleżanki z podstawówki mieli relacje koleżeńskie ograniczone do jednej ulicy, na której mieszkali albo do miejsc gdzie mogli ich zawieść rodzice. Zabawy od rana do wieczora zdarzały się tylko wtedy gdy rodzice mogli gdzieś zawieść i przywieść bo na samotną wyprawę kilka kilometrów od domu nikogo by nie puścili. Tym bardziej, że komórki dopiero zaczynały wchodzić do powszechnego użytku. Zdecydowana większość rodziców mojego pokolenia dostawała zawału na samą myśl o puszczeniu dziecka gdzieś samego na cały dzień bez kontaktu. Ja i tak nie miałem najgorzej, pamiętam kilka osób, których rodzice bali się puścić nawet na wycieczkę szkolną i nauczyciele nieźle się męczyli by tych rodziców przekonać bo dzieci chciały jechać.

158

Odp: Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?

Shini, jeśli masz chęć na dalszą dyskusję, to zapraszam smile

https://www.netkobiety.pl/t134557.html

Posty [ 131 do 158 z 158 ]

Strony Poprzednia 1 2 3

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Jak długo mieszkaliście mieszkacie u rodziców ?

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026