Hrefi napisał/a:Też mnie dziwi że nagle każdy taki mądry i pisze "To nie wiedziałeś co robisz?". Ale ludzie co tak piszą są dla mnie niewiarygodni. Nie wierzę im że są tacy mądrzy. Rozumiem tych co przeżyli romans, ale Ci skolei by tak nie napisali. Inaczej mówiąc tak jak 20 lat temu kiedy jako nastolatek zaczynałem poruszać się po usenecie (poprzednik forów dyskusyjnych) tak i dzisiaj mędrców internetowych nie brakuje. Zmienila się technologia ale ludzka natura ani trochę.
Zgadzam się z powyższym w 100%. Dlatego też próbowałam tu rozwinąć dyskusję na temat tej granicy, która przynajmniej za pierwszym razem nie jest taka jasna i oczywista. Zwykle zaczyna się od niewinnej przyjaźni, sympatii.
Dziś rozmawiałam z przyjaciółką... gadamy sobie o tym i o tamtym, nagle ona zaczyna, że od 7 msc jest u niej nowy facet, jej przełożony... (ogólnie dziewczyna po karierze w wielkiej 3-ce, odeszła tuż przed najwyższym szczeblem partnera by odpocząć od korpo i teraz jest dyrektorem finansowym w mniejszej firmie, także żadna szara gąska. Tzn piszę to by uciąć ew spekulacje, że niby schemat: szef i dziewczyna zaczynająca karierę... itd.)
Do sedna.. opowiada, że od razu złapali fajny kontakt, okazało się, że mają wiele wspólnego, skończyli te same licea, studia itd. Wiele wspólnych tematów, podobne zainteresowania, poczucie humoru...Poza tym w sprawach biznesowych świetnie im idzie współpraca, oboje sobie imponują wiedzą, profesjonalizmem. No ale oczywiście jak się można domyślić on ma żonę i dziecko, ona z kolei wolna, po nieudanych związkach. Z jednej strony mówi, że od dawna żaden facet nie zrobił na niej takiego wrażenia, że lubi jego towarzystwo, rozmawiają coraz częściej na tematy prywatne, że zaczyna czuć że ma do niego słabość, czuje że on do niej też, ale z drugiej wie, że nic ją z nim więcej nigdy nie będzie łączyć, bo on jest żonaty a ona nie zamierza być niczyją kochanką itd. Poza tym nie chce sobie komplikować życia w pracy i psuć reputacji. Ja do niej, że ok, wierzę, ale granica w tej sytuacji jest bardzo cienka i w miarę rozwoju znajomości, świadomie bądź nie człowiek tą granicę przesuwa... Rozmowa nawet służbowa zaczyna się przeplatać z niewinnym flirtem, czasem docinkami, sarkazmem i nawet jeśli nie myślisz o romansie, to robisz to bo zwyczajnie sprawia ci to przyjemność. Albo zwyczajnie chcesz tej osobie sprawić przyjemność choćby kupując jej te pączki w drodze do pracy, o czym wspomniałeś. Myślisz, że nad wszystkim masz kontrolę ale... do czasu.
Ona akurat zna moją historię z Z. I mówię do niej... kochana, u mnie początek był identyczny. Myślisz, że wtedy myślałam, że chcę być kochanką, że w ogóle taka rola kiedykolwiek mnie satysfakcjonowała czy mogłaby satysfakcjonować? NIE. Gdybyśmy rozmawiały ze sobą kilka lat temu też bym to samo mówiła co Ty, i wręcz się oburzyła, żeby ktoś mi próbował powiedzieć, że to zmierza w tym kierunku. Przecież mam swoje zasady, dumę i wartości... Ale popatrz, znacie się zaledwie od 7 msc, a Ty już teraz non stop o nim mówisz. Wiadomo, że nie podejrzewam, że on się rzuci na Ciebie w biurze czy zaproponuje ot tak spotkanie w pokoju hotelowym, ale ta znajomość jeżeli w taki sposób będzie się rozwijać, będziecie się stawali coraz bliżsi sobie, coraz więcej rzeczy będzie was łączyło, osoby które mają się ku sobie zaczynają też inaczej ze sobą porozumiewać, ma się świadomość bratnich dusz, rozumienia bez słów, a wtedy już niewiele trzeba by 'popłynąć'. Do tej pory pozornie będzie wszytko ok, żadne nie będzie chciało się zdradzić ze swoimi uczuciami, ale chwila zero prędzej czy później na 90% nastąpi. Za nią wyznania i schody nie do przeskoczenia i bez odwrotu.
Sytuacja jak z kalki... podobna do mojej. I ponowię moje pytanie, gdzie tu i kiedy została przekroczona granica? Sądząc po wcześniejszych rozmowach w tym wątku, już bo przynajmniej jedna, a najprawdopodobniej obie osoby mają do siebie słabość choć na tym etapie żadna między sobą do tego nie przyzna.
Zatem za radami z nawet z tego forum mówię jej, że ochłodź relacje w pracy. Co w odpowiedzi usłyszałam? Staram a nawet czuję potrzebę bo już nie potrafię z nim rozmawiać jak z innymi. Z drugiej jednak strony lubię te rozmowy, sprawiają mi one satysfakcję i radość. Poza tym wiem, że do niczego więcej nie dojdzie bo on żonaty a ja nie chcę być kochanką. Więc o co chodzi? No i to takie błędne koło.
Także już na tym etapie, nie potrzeba nawet iść do łóżka, by zacząć mieć 'objawy' związane z romansem. Nie chcę ale potrzebuję, unikam ale mi go brakuje... Zaczyna się tłumaczenie siebie, że przecież (póki co) nic złego nie robię i nie chcę przecież... itd, itd.
Potem przychodzi kolejny etap, o którym wspomniałeś, że przestajemy wierzyć samemu sobie, bo uczucie przejmuje kontrolę nad zdrowym rozsądkiem.
I tu zacytuję Excopa z kilku postów wyżej:
"Roxann. Jesteś mądrą ogólnie i świetnie wykształconą, młodą kobietą.
To jednak, nie chroni od braku trzeźwego spojrzenia na pewne rzeczy."
Mądrość czy wykształcenie nie jest gwarancją ochrony przed uczuciem, 'ślepą miłością'.
Moja przyjaciółka zrobiła może nawet większą karierę niż ja i naprawdę kobieta ogarnięta, atrakcyjna, mająca głowę na karku a jest na 'idealnej' drodze by powtórzyć mój 'błąd'. 