Witajcie,
Od mojego ostatniego postu tutaj minęło już prawie 4 lata. Trochę się u mnie pozmieniało... Poznałam pół roku temu mężczyznę, który znowu obudził we mnie ogromną potrzebę miłości... Wszystko układało się dobrze, on i ja podobne wartości, charaktery, poczucie humoru.... On się starał ja również. Poznawaliśmy się, docieraliśmy się... taki normalny związek. Nie czułam wielkiej miłości ale przecież miłość nie rodzi się po pół roku (tak przynajmniej mi się wydawało). Po jednej z kłótni postanowiłam porozmawiać o naszych wyobrażeniach o byciu w związku. Powiedziałam mu, że chce budować związek opary na miłości, założyć kiedyś dom, mieć z ukochanym dzieciaki. I tu pojawił się "mały" problem... Przyznał się, że on nie czuję do mnie tego co czuł do swojej ex. Dopiero wtedy wyznał, że zerwał z nią 2 miesiące przed spotkaniem mnie. Była to podobno jego pierwsza miłość (a on ma 35lat!). Będąc ze mną podobno nawet pojechał do niej się pożegnać bo wylatywała do USA. Sam mówi, że ona była bardzo zazdrosna i zaborcza i nie wrócą do siebie bo to nie ma szans. Bardzo zabolały mnie te jego wyznania... Tym bardziej, że dawałam mu przestrzeń i raczej jestem osobą nastawioną na związki partnerskie. Nie chciał żebym odeszła, walczył... ale ja się nie mogłam męczyć się w takim związku... Poprosiłam go o to, żeby już nie pisał, nie dzwonił, że może się kiedyś jeszcze spotkamy. I tak nie mamy już kontaktu ponad tydzień. A mi jest tak ciężko znowu kogoś tracić... Tak sobie czasem myślę, że może kiedyś jak już opłaczę tą swoją byłą to wróci do mnie z czystym sercem... Tak mi jest szkoda, bo wiem, że mogło się nam udać. Niestety los znowu chciał inaczej...
Pozdrawiam
MC