Nie wiem od czego zacząć. Chce to z siebie wreszcie wyrzucić...
Witajcie jestem facetem 20-kilku letnim. Marzycielem z duszą romantyka.
3 lata temu poznałem w pracy pewna dziewczynę, kobietę. Wspólne obowiązki i rozmowy bardzo nas zbliżyły, ona niestety miała/ma męża i dziecko (historia pewnie jakich wiele)
Dlatego też niedopuszczałem do siebie myśli by pozwolić sobie na coś więcej mimo że mi się podobała.
Jednak po jakimś czasie między nami zaczęło się coś dziać, czułem ze wkradła się jakaś chemia.
Zostawienie dłużej w pracy, rozmowy na bardzo osobiste tematy. Ludzie plotkowali, nam to nie przeszkadzało. Po pracy spędziliśmy trochę czasu, odwiedzałem ją w domu, poznałem jej dziecko. Możecie pomyśleć że jestem śmieciem. Ale Ona mówiła o swoich planach, żeby zakończyć swoje małżeństwo, ja przez to pozwoliłem by to ziarenko które było na dnie serca, urosło i rozkwitlo. Pokochałam ją szalenie, bezopamietania stała się dla mnie najważniejsza osobą. Przez dwa lata nie było dnia, choćby jednego w którym bym o niej nie myślał. Gdy tylko ją widziałem uśmiech nie schodził mi z twarzy.
Trwało to przez jakiś czas a później czar prysł. Nagle i bez powodu.
Straciłem jakikolwiek sens życia. Wszyscy do okoła mówią mi ze się zmieniłem, że jestem innym człowiekiem. Kiedyś czerpiacym radość z życia z wieloma zainteresowaniami, wysportowanym.
Teraz, teraz jestem cieniem siebie. Czuje się jak śmieć. Wierzcie czy nie - potrafiłem po pracy niewychodzic z łóżka, płakałem jak małe dziecko. Jestem samotny mimo że mam przyjaciół i znajomych, jestem samotny.
Ktoś powiedział mi że mam wszystkie objawy depresji, ciężkiej. Przyjaciele zaczęli się o mnie bać.
Nie wiem co mam dalej z sobą zrobić, próbowałem poznać inne jednak myślami zawsze wracam do niej.
Niechce żyć, nie tak i nie w ten sposób.
Czy można żyć bez miłości?