Cześć!
Byliśmy ze sobą od 3,5 roku, od 1,5 byliśmy zaręczeni od 0,5 roku mieszkaliśmy ze sobą, na przyszły rok mieliśmy zaplanowany ślub, od dwóch miesięcy nie jesteśmy już ze sobą. Ona ma obecnie 24 lata, ja 25. To tak po krótce.
Nasz związek nie był łatwy, związane to było z licznymi problemami, które pojawiały się głównie po stronie mojej byłej narzeczonej. Ona (tak będę o niej pisał) pochodzi z rozbitej rodziny, rodzice rozwiedli się, gdy miała 8 lat, w dodatku w domu pojawiał się alkohol. Po rozwodzie rodziców zamieszkała z mamą, dziadkami i bratem, dziadek też nie stronił od alkoholu.
W momencie gdy się poznaliśmy mieszkała z mamą i babcią, po kilku miesiącach babcia zmarła, później mama ze względów finansowych wyjechała do Niemiec, przyprowadził się brat Onej z rodziną, jednak po prawie roku wyprowadzili się po poważnej kłótni z Oną (do dziś nie utrzymują kontaktu). Została sama w domu, ale pomagałem jej z tym domem, wprowadziłem się jednak dopiero pół roku temu.
Ostatnie miesiące były dla nas ciężkie, ja łączyłem pracę na pełny etat ze studiami zaocznymi, które kończyłem w lipcu, Ona pracowała zdalnie jako tłumacz i też miała obronę w lipcu (licencjat). Wiązało się to z ogromem pracy, stresem, do tego dochodził dom, który jest w kiepskim stanie i masa obowiązków z tym związana. W lipcu się obroniliśmy, ale przyszedł ciężki okres u mnie w pracy i nie było w zasadzie możliwości na odetchnięcie.
W naszym związku nie kłóciliśmy się zbyt wiele, było parę większych starć przez te 3,5 roku, ale szybko się godziliśmy i staraliśmy rozmawiać później o powodach kłótni, znajdować wspólne rozwiązania. Generalnie sporo rozmawialiśmy, też na trudne tematy, choć w ostatnich miesiącach trochę mniej, nakręcaliśmy się obowiązkami i nie było jakby czasu na pielęgnowanie związku.
Teraz przechodzę do sedna sprawy. Pod koniec lipca, po trudniejszym dniu w pracy usłyszałem, że Ona nie jest już pewna, że nie wie czy chce ze mną być. Tak nagle bez ostrzeżeń, mimo, że codzienie mówiła, że mnie kocha, że jest szczęśliwa. Trafiło to we mnie jak grom z jasnego nieba. Ustaliliśmy, że zrobimy sobie tydzień przerwy od siebie żeby sobie to wszystko przemyśleć i spotkamy się po tym tygodniu, żeby zastanowić się co dalej. Minęły trzy dni, a Ona czekała na mnie pod pracą i powiedziała, że chce żebyśmy byli razem i po prostu coś jej się pomieszało, był to piątek więc wpadłem na pomysł, żeby wyskoczyć na jakiś spontaniczny weekend. No i pojechaliśmy, było cudownie, jej też się podobało, ale 2 dni po powrocie usłyszałem znowu, że Ona raczej nie chce ślubu, a gdy trochę przycisnęłem, żeby się zdecydowała o co jej chodzi, to usłyszałem, że ten związek chyba nie ma sensu.
W pierwszych dniach po rozstaniu byłem totalnie załamany, ustaliliśmy (z mojej inicjatywy) żeby zerwać kontakt na jakiś czas i żeby tego związku nie przekreślać, jeszcze to przemyśleć, tym bardziej, że Ona cały czas mówiła, że nie jest pewna, że to jest dobra decyzja. Zerwać kontaktu się do końca nie udało, pozostaliśmy znajomymi na facebooku, czasem mijaliśmy się gdzieś w autobusie czy na mieście (moja droga do pracy prowadzi obok jej domu), raz trafiliśmy na siebie w autobusie i trochę porozmawialiśmy o bieżących sprawach. W końcu po 2 miesiącach takiego stanu postanowiłem się z nią spotkać, uznałem, że doszedłem już do siebie i minęło trochę czasu więc to będzie dobry moment. Przyznam, że miałem nadzieję, że uda się na nowo rozbudzić w niej uczucie. Wczoraj poszliśmy na "randkę", było świetnie, dobrze nam się rozmawiało i przez cały wieczór było bardzo przyjemnie, nie rozmawialiśmy o rozstaniu, o tym co było przed tym, można powiedzieć, że "randka" byłaby udana. Niestety moje oczekiwania względem tego wieczoru chyba wzrosły i przystałem na jej propozycję, żeby po powrocie pójść jeszcze na spacer. Powiedziała mi wtedy, i tu zwaliło mnie z nóg, że chodzi do terapeuty, ma podejrzenie depresji, cały wieczór wydawała się taka bez nadziei, mówiła, że praca jej już nie cieszy, nie wychodzi do ludzi, nic jej nie wychodzi, psycholog twierdzi, że depresja może być pochodną wydarzeń z dzieciństwa - dlatego o nich na początku napisałem. Przyznam, że nie wiedziałem jak zareagować, podłamał mnie ten "news", no i zaczęliśmy rozmawiać o tym czego chciałem uniknąć myśląc o naszym nowym początku, czyli o rozstaniu i związku, który się zakończył. Powiedziała, że żałuje, że nie pracowaliśmy nad tym związkiem, że nie dała mi wcześniej żadnego sygnału, ani szansy, że może byłoby inaczej, a tak zareagowała za późno. Przeprosiła za to, ale powiedziała, że nie myśli, że rozstanie było złą decyzją.
Przyznam, że dziś znowu jestem roztrzęsiony. Nie bardzo wiem jak do tego wszystkiego podejść. Z jednej strony płakać mi się chce na samą myśl, że osoba, dla której byłbym w stanie zrobić wszystko tak cierpi, a z drugiej nie wiem czy powinienem coś robić. Mam dylemat, z jednej strony rozsądek podpowiada, żeby odpuścić - w końcu chodzi do psychologa, powinno jej to pomóc, z innymi problemami (jak np. dom) też sobie może jakoś poradzi, z drugiej strony serce podpowiada, że powinienem być przy niej w takich ciężkich chwilach i jakoś jej pomóc. Boję się jednak, że to by mnie w końcu zabiło, bo wciąż ją kocham. Nie wiem czy ten związek da się jeszcze odnowić, czy może rozstanie było związane z depresją, Ona też tego nie wie, ale nie mogłem się powstrzymać przed zadaniem na koniec spotkania pytania:
- "Czy chciałabyś się spotykać?"
- "A czy Ty byś tego chciał?"
- "Chodziło mi, żeby spróbować się "spotykać""
- "Ale jako...? Eh, nie wiem, chyba lepiej nie"
Jeszcze jedno co mnie doprowadziło do skrajnych emocji, to gdy powiedziała, że umówiła się z ojcem na spotkanie (ma z nim raczej słaby kontakt), przyjechała na miejsce i czekała na niego pół godziny, a on nie przyszedł...
Trochę się rozpisałem, zdziwię się jeśli ktoś dotarł do końca
, a i tak nie zawarłem wielu istotnych wątków, ale chciałem się wygadać, bo przyznam, że to spotkanie zbiło mnie z toru i nie bardzo wiem co robić. Bo jeśli odpuścić, to już chyba na zawsze... Co byście zrobili w takiej sytuacji? Jak myślicie, mogę jej jeszcze jakoś pomóc, czy tylko życzyć szczęścia i udać się w swoją stronę?