Cześć.
Postanowiłam tutaj napisać, bo nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć, co robić... mam nadzieję, że tutaj cokolwiek mi doradzicie.
W zasadzie od 3 tygodni żyję w zawieszeniu. Nie wiem o co chodzi, co się stało, co dalej... Wielka miłość, wielkie uczucia, 6 miesięcy i nagle bum. Koniec. Powód? Nieznany. Kochałam i nadal bardzo go kocham. Ale od początku...
Poznaliśmy się i od razu wiedzieliśmy, że to jest to. Ja mam 25 lat, on 2 lata starszy. Mimo, że podobał mi się i pomału się w nim zakochiwałam - zachowywałam spory dystans. Uprzedziłam go, że się boję tego wszystkiego, że się nagle skończy i boję się tego bólu, dlatego mogę stosować taktykę "krok do przodu, krok do tyłu". Zrozumiał i podziękował, obiecał, że zrobi wszystko żeby ten dystans zmniejszyć, udowodni mi, że mu zależy i za mną szaleje. Prosił żebym uwierzyła w to uczucie i przestała się bać, bo on mnie nie skrzywdzi. Udowodnił, ja uwierzyłam i zakochałam się. On robił wszystko żebym czuła się jak księżniczka, żebym się do niego przekonała i uwierzyła, że jestem całym jego światem. I tak też było z wzajemnością. Szanował mnie, ubóstwiał, powtarzał jaka jestem piękna i żebym w końcu w to uwierzyła (niska samoocena). A ja się otwierałam coraz bardziej. Wiedziałam, że to co nas łączy jest wyjątkowe i magiczne. Podobało mi się to wszystko, promieniałam i wręcz unosiłam się pod wpływem tego uczucia nad ziemią. Wszystko przychodziło mi łatwiej - i praca, i projekty, i egzaminy... miałam taką moc jak nigdy:) On też, wiem, był szczęśliwy. Widziałam jego spojrzenia - nikt tak nigdy na mnie nie patrzył. Nikt nie mówił mi tyle pięknych rzeczy. Nikt się tyle o mnie nie starał. Stał się nie tylko partnerem, ale i przyjacielem. Widywaliśmy się średnio 1-2 razy w dni robocze i weekend. Codziennie rozmawialiśmy przez telefon po 2-3 h. Chyba ze 100 smsów w ciągu dnia. Przyjeżdżał wieczorami żeby chociaż spotkać się na 15 min.
Planowaliśmy wspólną przyszłość - taką najbliższą, na wakacje itp. On momentami za bardzo wybiegał w przyszłość, co dla mnie było za szybko, bo mówił o pierścionku, wspólnej przyszłości, dzieciach. Nie brałam tego do końca na serio, bo za wcześnie, ale... miła była świadomość, że w ten sposób o mnie myśli. Potem poznałam jego rodzinę, a on moją. Powtarzał, że przecież jestesmy dorośli i jesteśmy ze sobą na serio.
Potem wyjechaliśmy na tydzień i było super. Pierwszy wspólny wyjazd. Zaczęliśmy układać wstępne plany na weekend majowy albo inną okazję żeby sobie gdzieś wyskoczyć.
Jak wróciliśmy coś zaczęło zgrzytać. Niby ok, ale... on zaczął studia od semestru letniego (w dodatku 5-letnie). Dzienne. Facet mający własną działalność w wieku 28 lat zaczął studia dzienne. Bo tak lepiej będzie. Miałam jakieś dziwne przeczucia, bo wiadomo na dziennych jest sporo pracy. Może poczuł, że musi mi 'dorównać'? jedne studia skończyłam, prawie kończę drugie (ale te już zaocznie) i pracuję. Nigdy przenigdy mu tego nie wypominałam ani mi to nie przeszkadzało (że on ma licencjat, a ja prawie podwójny mgr). Jestem zorganizowana i daję radę z egzaminami na ciężkim kierunku. A on ma taką pracę, że kończył czasami o 22 i był wykończony. Przez zajęcia w ciagu dnia tracił zlecenia (bo musiał odwoływać mnóstwo swoich poprzednich zajęć zawodowych) i starał się to odpracowywać później. Więc kiedy nie miał zajęć - pracował. Poza tym musiał codziennie się uczyć na zajęcia, wejściowki, kolokwia, projekty, robił prezentacje... - i tak w dzień w dzień. Moje życie od marca wyglądało tak, że w ciągu dnia moze dwa smsy, a potem czekanie na sms ok. 23, że wrócił do domu. Potem rozmawialiśmy przez telefon, ale z reguły max. 15 min. albo tylko sms na dobranoc, bo był zmęczony, bo praca, bo musi coś poczytać na następny dzień.
Czułam, że w jego życiu zaczyna brakować czasu dla mnie. Potem spotkania ograniczyly się do weekendów (a to samo miasto!). Przyjeżdżał w sobotę wieczorem albo późnym popołudniem i wyjeżdżał ok. 11/12 w niedzielę (wcześniej zostawał dłużej). Bo nauka. Albo jego mama coś chciała. I tak mijały tygodnie, a ja mimo, że starałam się coś robić (bo przecież też pracuję i studiuję) i tak ten czas miałam. Jeszcze bardziej dla niego się zaczęłam starać. On wiedział, że tęsknię i że czekam na te spotkania, telefony, informacje od niego. Na początku semestru też powtarzał, ze tęskni i interesował się co u mnie, a potem mi powiedział wprost, że nawet nie ma czasu na tęsknotę za mną, bo ma tyle zajęć. A studia zaczęły go coraz bardziej pochłaniać, chociaż narzekał, że ma momentami dosyć. A co ja robiłam? Ja go wspierałam, dodawałam otuchy, pisałam miłe smsy kiedy miał zaliczenie, robiłam mu niespodzianki (on mi też), starałam się być taka kochana. Rozmawiałam z nim o tym i nawet lubiłam jak mi o tym opowiada. Tyle, że z czasem tylko o tym mówił... już nie było wspólnych planów. Skończyły się te wszystkie drobne gesty, które dawały mi poczucie, że coś znaczę - rzadko całował w czoło (wiedział, że to dla mnie sporo znaczyło), buziaki i całusy, przytulanki. Skończyło się 'kochanie', 'skarbie', 'moja najdroższa'. Stał się mniej czuły (wcześniej to aż za bardzo był), momentami wręcz oschły, powtarzał, że te fajerwerki już się skończyły i tak cały czas nie może być, ale dalej mnie kocha. A ja kochałam bardziej z czasem i mu to okazywałam.
Miał pretensje, że chce/chciałabym spędzać z nim więcej czasu (bo związek się rozwijał, więc to chyba normalne?), a on przecież nie zrezygnuje z pracy i studiów. Powtarzał, że na nic przez to nie ma czasu, że nawet mnie rozumie, ale nie może nic zrobić. Wiedział, że sam się zmienil i inaczej zachowuje. Nie chciał na ten temat ze mną rozmawiać, bo ja płakałam. Z jednej strony rozumiał, a z drugiej miał pretensje, że "tyle" oczekuję (i potem przyznawał, że bardzo mało oczekuję i on zawala sprawę)... a ja chciałam po prostu spędzać z nim więcej czasu (tydzień trudno streścić w parę godzin) i czuć się kochana/ważna. I że jak jesteśmy razem to na serio, a nie wyliczanie czasu, a on i tak myślami był odległy (bo studia itp.). Mówił, że widzi, że głupio się zachowuje, widzi, że mnie rani i to zmieni, bo ja jestem wspaniała, cudowna, przekochana i się staram.
Gdy zapytałam czemu już nie mówi do mnie 'kochanie' itp. powiedział, że to stało się dla niego trudne... po prawie 6 miesiącach. Ostatni raz kiedy się widzieliśmy było niby ok, poszliśmy na spacer i... miałam wrażenie jakbym była z kolegą (oprócz trzymania się za ręce). Spacer niedzielny - niecała godzina i już koniec, bo on musi się pouczyć i przecież widzieliśmy się dzień wcześniej. Popłakałam się, bo zrobiło mi się przykro. Widzimy się tak rzadko, a tu z łaską odpowiedział na moje przytulenie czy pocałunek w policzek. Powiedziałam mu o wszystkich swoich żalach, że go potrzebuję, że na codzień, brakuje mi jego czułości, że męczy mnie taki 'weekendowy związek', że boję się tego jego oddalenia, że nie rozmawiamy o "nas"... Powiedział, że rozumie, zależy mu i na serio się postara.
I tak zaczął się weekend majowy. 1 maja miał przyjechać, bo miał wolne - okazało się, że musi w czymś pomóc mamie, a potem ma jeszcze jakąś pracę wieczorem. No ok. Zadzwonił wieczorem i umówiliśmy się, że nastepnego dnia (pt) albo w sobotę się spotkamy. Okazało się, że jednak ma pracę i spotkamy się w sobotę. W nocy z piątku na sobotę pisaliśmy smsy i zrobiło się tak dziwnie... bo w końcu pękłam i napisałam mu coś w stylu 'co się z nami dzieje? czy ja zrobiłam coś złego?'. On odpowiedział, że to wszystko jego wina, że wszystko robi źle ostatnio. Że mnie kocha i ma nadzieję, że to wiem, chociaż zawala na wszystkich innych płaszczyznach. Pomyślałam, że nastapił jakiś przełom i będzie lepiej...bo napisałam mu, że jak obydwoje chcemy to wszystko się uda, że musimy o to razem dbać i będzie dobrze.
W sobotę rano wysłałam smsa. Cisza. Potem kolejny. I następny. I cisza. Dzwonię raz, drugi, trzeci. Sms od niego, że boli go głowa i musi się położyć. Dałam mu spokój, coś miłego napisałam. I znowu napisałam 2h później, bo umawialiśmy się na ten dzień. Nic. To dzwonię. Nic. Odczekałam i znowu dzwonię. Automatyczna sekretarka. Potem znowu. I już tak na całą sobotę... smsy dochodziły, więc wyłączył połączenia przychodzące. Pisałam rozpaczliwe smsy i dwa razy się nagrałam (aż się dziwę, że mówiłam spokojnie). Pytałam co się stało, co dalej z nami, co to ma znaczyć. Prosiłam żeby nie zachowywał się jak smarkacz. Spróbowałam w niedzielę - sygnał, ale nie odbiera. Za drugim razem znowu sekretarka. Żył, bo logował się na facebooka. Potem dzwoniłam w poniedziałek - to samo. Pisałam smsy i wiadomości na fb przez cały tydzień, ale z mniejszą intensywnością. Nic. Wiadomo jak się poczułam...
Po tygodniu dostałam maila. Tak, maila. Informacja, że musiał przemyśleć, zdystansować się, spojrzeć na to tylko z własnego punktu widzenia. I że jeszcze mu to nie wychodzi, więc musi poczekać. Że musiał zastosować taką sobie terapię, chociaż wie, że nie jest to miłe dla mnie. Ponoć bardzo potrzebował żeby ten dystans był... Że na razie nie wyjaśnia, bo nie chce mnie martwić (??!). Że jak coś mu odpiszę to on odpisze na pewno (nie zaraz,ale to zrobi...). Że ten dystans zacznie zmniejszać.
Odpisałam po paru dniach zapytałam co z nami... Cały czas czekam na odpowiedź. Napisałam znowu do niego w sobotę - jak długo to ma jeszcze trwać i o co chodzi... żebyśmy porozmawiali i żeby w końcu przestał myśleć o sobie, bo doskonale wie, że to bardzo przeżywam i zachował się jak dorosły facet, a ja po tylu miesiącach razem zasługuję na wyjaśnienie.
Już kilka razy chciałam do niego jechać, ale skoro nie odbiera, nie odpisuje... - to nie zdziwiłabym się już gdyby nie otworzył mi drzwi. Może za jakis czas to zrobię - jak się 'wzmocnię'. Może niepotrzebnie, ale chce wiedzieć co się stało... pisze, że kocha, a potem przestaje się odzywać. Ktoś kogo tak kochałam i kogo nigdy bym o takie coś nie posądziła. Może się pogubił, ale przecież o takich rzeczach się rozmawia i szuka się rozwiązania, a nie ucieka... dorosły facet:/ co by było gdyby poważniejszy problem się pojawił ![]()
Już minął 3 tydzień odkąd to trwa. Niby wiem, że to chyba koniec, a z drugiej strony cały czas się łudzę, że coś do niego dotrze i do mnie wróci... Wpadłam teraz w fazę, że to moja wina, chociaż inni próbują mi to wybić z głowy. I że nigdy nie zaufam nikomu, bo i tak zostanę porzucona... że nigdy się nie zakocham, nie pokocham tak mocno, ani tym bardziej nikt się mną nie zainteresuje, że zawsze będę sama ![]()
Nigdy nie kochałam nikogo tak jak jego... chociaż zachowuje się tak podle teraz...
gdybym chociaż wiedziała o co chodzi mogłabym się odciąć... a tak czekam:/ gdyby wcześniej powiedział, że potrzebuje przerwy, cokolwiek...
Pierwsze dni - w zasadzie noce przepłakałam. Nic nie jadłam. Nie mogłam się otrząsnąć. Na codzień, w pracy itp. - chodzę uśmiechnięta, a wewnątrz cierpię. Zapisałam się na fitness, inne zajęcia, niedługo sesja, więc się uczę. W pracy kolejny projekt i nowe wyzwanie - mam więc czym się zająć... spotykam się ze znajomymi, coś robię, ale... wracam myślami do niego cały czas i tych wszystkich wspaniałych chwil... chociaż jak sobie pomyślę - ostatni miesiąc bycia razem ciagle płakałam (ale sama, nie w jego obecności), bo czułam się taka 'samotna w związku', że on się oddala, nie jestem dla niego taka ważna... teraz już nie płaczę. Wszyscy powtarzają, że dobrze, że teraz to się skończyło, a on nie 'wpędził mnie w lata'. I że to i tak nie miałoby sensu, skoro on nie miał czasu i gdyby to tak miało trwać następne 5 lat... Nie wiem co mam robić, myśleć
totalny mętlik, sama jestem pogubiona i zdezorientowana. Nie wiem jak to wszystko się potoczy...
Jak długo ten ból będzie trwał?:(
(przepraszam, że takie to długie, ale krócej nie dało się - a chciałam nakreślić całą sytuację)