Siemaneczko.
Mam takie trochę pytanko zarówno do dziewczyn jak i do facetów. Otóż zauważyłem u siebie pewien problem, jako że jestem dość aktywnym gościem to przebywam w różnych towarzystwach wykonując jakąś robotę, robiąc swoją pasję, czy współpracując z jakąś grupą ludzi. No i tutaj mam pewne wątpliwości czy jest ze mną ok. Ogólnie jestem osobą taką dość stabilną, choć właśnie ... ciężko określić. Jak wchodzę w jakieś grupy to nie jest tak, że od razu jestem na pierwszym planie jakiś lider, muszę się z kimś poznać, jak nabiorę do kogoś zaufania z wzajemnością to po czasie czuję się swobodnie, żartuję z nimi i ogólnie wręcz ekstrawertyk. Natomiast potrafię też wejść w takie grupy (zazwyczaj to takie, gdzie już się ktoś zna z kimś uprzednio), w których czuję się jak taka brzydko mówiąc "ciota" w sensie widzę że nie liczą się z moim zdaniem, waflują się między sobą i ogólnie ciężko mi się z nimi jakoś dogadać. Czy macie może takie sytuacje, że w niektórych społecznościach, dajmy na to wśród jakichś konkretnych kumpli czujecie się jak normalni, fajni ludzie, którzy nawet potrafią w jakiś sposób "rządzić grupą", a w jakichś kręgach powiedzmy innego grona znajomych jak takie leszcze, co fatalnie się czują w takim towarzystwie i są z nimi tylko dlatego że np. współpracują czy coś. Czy to jest normalne? Czy takie zachowanie to dwulicowość? Czy waszym zdaniem da radę przełamać lody z ludźmi, którzy z góry są dla Ciebie na "nie?" Czekam na opinie.
Ostatnio gadałem nawet na ten temat z kumplem (sam go wywołał) który jest ... dresem. No dobra, może za dużę słowo, ale wiecie - wychowany na ulicy, zawsze pierwszy cwaniak do bitki. Opowiadał, że jak dostał się do technikum to kompletnie nie mógł siebie poznać i się odnaleźć. Kumacie, tu z jednej strony czuł się jak pan swojego osiedla, a z drugiej w technikum jak koleś, który nie pasuje, nie nie gadał za dużo z tymi kumplami (możliwe, że ze strachu przed tym że wyjdzie, że jest od nich mniej inteligentny, ogólnie wszyscy się zdziwili że trafił do technikum bo nie był dobrym uczniem, mówiąc łagodnie) i czuł się wyobcowany. Wychodził z założenia, że jak oni nie chcą z nim gadać, to on z nimi też gadać nie będzie. A na ośce pierwszy wariat do bęcek.