Cześć wszystkim...
Jestem mamą 2,5 letniej dziewczynki. Do stycznia tego roku żyłyśmy z tatą mojej córki, byliśmy rodziną, planowaliśmy ślub. Zaszłam w drugą ciążę, a z dnia na dzień nasz związek prysnął. Mój partner odszedł i poza krótkimi rozmowami nic nas nie łączyło. Zmienił się nie do poznania, na gorsze. Skupiłam się na ciąży i córce, ale los nie był dla nas łaskawy. Od początku ciąża rozwijała się źle, co jakiś czas trafiałam do szpitala, badania za badaniami, diagnozy coraz trudniejsze do przyjęcia. Wsparciem był dawny przyjaciel, który poza pustymi słowami nic nie mógł nam tak naprawdę dać, bo zaangażowanie psychiczne w znajomość było dla niego nierealne. Od czasu do czasu odzywał się tata dziewczynek, zatruwając nam życie, zachowując jak obłąkany, nękając nas, obrażając, później błagając o szansę. Odcięłam się od wszystkiego, zmagałam się z depresją z powodu zagrożonej ciąży, choroby starszej córki, która nas spotkała, poczucia własnej beznadziejności. W moim życiu z dnia na dzień pojawiła się stara miłość, ale nigdy niespełniona. Łączyła nas przyjaźń, ponieważ każde miało inne zobowiązania i nie myślało o zmianach, a romanse nie są w naszej naturze. Moje uczucia odżyły, znów ktoś traktował mnie jak kobietę, a nie jak przedmiot. Rozumieliśmy się bez słów, gesty mówiły same za siebie. Pokochał moją córkę, dał mi pełne wsparcie we wszystkich trudnych chwilach, jakie mnie spotkały... Kilka tygodni przed porodem leżałam w szpitalu, urodziłam wcześniaka, w 31 tygodniu ciąży. Płuca i serce córki nie funkcjonowały. Leżała na intensywnej terapii tydzień... A wtedy spotkał mnie największy ból mojego życia... Minęły 2 tygodnie, od kiedy jej nie ma, jestem kłębkiem nerwów, jestem załamana, wyczerpana... Nic mnie nie cieszy, wszystko mnie przerasta. Świadomość powrotu do pracy, do dzieci, to myśl nie do przetrwania. Czuję się beznadziejna. Jakby moją winą było, że jej zabrakło... Po wszystkim wyjechałam z córką do mej dawnej miłości, która była z nami, pomagała mi w opiece nad córką, zbieraniu myśli. Nie potrafię sobie poradzić. Pokochałam mężczyznę, który odwzajemnia moje uczucia, ma swoje zobowiązania rodzinne, również ma córkę, a choć z byłą partnerką nie łączą go uczucia, ona ciągle wchodzi mu w drogę... Straciłam moje ukochane dziecko, które nosiłam pod sercem, z miłością, szczęściem, oczekiwaniem. Jestem wrakiem człowieka... Gdybym mogła cofnąć czas...
1 2015-08-15 08:48:11 Ostatnio edytowany przez paula_1991 (2015-08-15 08:49:33)
Podobne tematy
Witaj. Czasu nie cofniesz. Ja również straciłam dziecko (urodziłam córkę w dniu swoich urodzin) miała 3 tygodnie. Tylko czas zabliźni rany. Nie wyleczy ich całkiem. Czasem myślę,ze chciałabym żeby ktos mi wymazał to wspomnienie z pamięci,ale też się nie da. Pozdrawiam.
Tak, to jest najgorsza rzecz kiedy umiera wlasne dziecko. Moje narodzilo sie martwe i przez 14 lat nie moglam sobie z tym poradzic mimo,ze potem przyszla na swiat trojka Wspanialosci. Po pierwsze: daj sobie czas na zalobe, to potrwa minimum rok. radze udac sie do specjalisty i wesprzec depresantami ale z grupy inhibitorow. To mozesz zrobic jesli bedziesz widziala,ze coraz gorzej z Toba i depresja sie nasila. Psychoterapia moze pomoc ale musialby byc dobry specjalista, nie ma jednak pewnosci co do rezultatu. Mnie pomogly Konstelacje Hellingerowskie. Pozniej jeszcze zrobilam pogrzeb dziecku bo przeciez nie bylo mnie gdy chowano go do grobu pradziadkow. Pozegnalam go wtedy w glowie bo w sercu jest zawsze z nami. W tej chwiii mozesz tylko plakac i wylewac swoj zal-to tez jest terapeutyczne. Jesli jestes katoliczka mozesz probowac zrozumiec sens tej tragedii i modlic sie oraz prosic innych o modlitwe. U mnie po dwoch m-cach od smierci dziecka odeszla wiara, sama, bez pytania. Po prostu poczulam sie wystrzelona w kosmos sama samiuska. Bez oparcia, bez Boga-okropnosc! I tak trwalo to pare lat. Jedni przyblizaja sie do Boga w takich chwilach inni oddalaja, nie ma reguly. Wazne bys znalazla wlasna droge do uzdrowienia. Jesli moge byc jeszcze w czyms pomocna pisz smialo. Przytulam.