Naszła mnie dzisiaj taka oto refleksja:
Wydaje mi się, że kwestia zapachu, jako elementu składającego się na atrakcyjność mężczyzny w oczach kobiety, jest bardzo przez mężczyzn niedoceniana. Mówi się o wzroście, urodzie, muskulaturze, statusie materialnym i społecznym et cetera et cetera ale bardzo niewiele o zapachu. Fakt, czasem jakaś kobieta wspomni, że "jego zapach jej nie pasował" - ale to dotyczy zapachu naturalnego, wytwarzanego przez ciało mężczyzny i wiele, jeśli cokolwiek, nie da się z tym zrobić. Ja natomiast mam na myśli zapach sztuczny - czyli perfumy, woda toaletowa, jak zwał tak zwał - chodzi mi o aromatyczny alkohol, którym rano skraplamy naszą mordę.
Nigdy nie zwracałem szczególnej uwagi na to czym konkretnie się psikam - najczęściej to były jakieś Bossy za sto kilkadziesiąt zeta. No i na początku 2012 roku dostałem od ówczesnej dziewczyny (a właściwie kochanki) w prezencie wypasioną wodę toaletową (nie będę oczywiście zdradzać marki, żebyście nie posądzili mnie o kryptoreklamę). Dużo droższą od preparatów, którymi dotychczas się psikałem. No i używałem jej przez cały chyba 2012 rok i tak jak pomyślę, to był to najbardziej bujny pod względem życia żwiązkowo-erotycznego rok mojego życia (liceum i studia schowajcie się). W 2013 roku rzuciłem fajki, ograniczyłem życie towarzyskie, wziąłem się za sporty, flakonik z cudownym płynem się skończył i jakoś tak życie wróciło na stare tory - to znaczy nie jest źle, ale dupy pod względem damsko-męskim nie urywa (innymi słowy dziewczyny inne niż te, które umyśliły sobie bawić się w rodzinę z dzidzią albo dwiema dzidziami i frajerem, który na to haruje, się nie łaszą).
No i dlaczego o tym piszę dzisiaj? Bo chodzę teraz wieczorami na pewien kurs, no i flirtuję delikatnie z taką jedną laską. Takie tam pitu pitu, nic szczególnego. No i brałem wczoraj po południu przed kursem prysznic i już miałem chwytać za to gówno czym się teraz normalnie psikam (nie pamiętam nazwy, jakieś niby markowe, letnie, ale tak wbijające się w pamięć, że właśnie nawet nie pamiętam nazwy), ale wzrok mój przykuł pusty flakonik tej zajebistej wody z 2012 roku, stojący na samym końcu szafki z kosmetykami (całe szczęście nie jestem pedantem ani czyściochem i go nie wyrzuciłem). Wziąłem go do łapy, poprzechylałem w lewo, w prawo i coś tam z niego wydusiłem, jakiś naprawdę mglisty opar. I albo ja w tym 2012 roku miałem jakiś problem z zatokami albo to przez te fajki, które wtedy paliłem (normalnie 30 dziennie, a na imprezie drugie tyle) ale ja dopiero teraz doceniłem ten zapach. Zniewalający po prostu. A skoro ja, zapachowy ignorant, się tak podjarałem tym zapachem, to co ma powiedzieć statystyczna kobieta, której, jak wiadomo, wrażliwość na zapachy przewyższa tylko wrażliwość na błyskotki? No i pojechałem na ten kurs, usiadłem obok tej laski, którą bajeruję i tak jej przez bite trzy godziny woniałem (mam nadzieję, że jest takie słowo - wonieć). No i mam wrażenie, że dziewczyna była na mnie dużo bardziej otwarta niż na wcześniejszych kilku spotkaniach - śmiała się głośno z moich żartów (no ale to o niczym nie świadczy, bo rzeczywiście jestem zabawny i miała prawo), zagadywała, bawiła włosami, no wiecie sami. No nie wiem, takie miałem wrażenie, że moja bliskość (czyli zapach) sprawia jej przyjemność. Po kursie kilka minut sympatycznego tet-a-tet na dworze zakończone życzeniami miłego weekendu. W przyszłym tygodniu ostatnie spotkanie na kursie, więc zaproponuję kawkę, żeby kontynuować znajomość. Aby zmaksymalizować swoje szanse kupuję nowy flakon tego ustrojstwa bo nic już z tego flakonu co mam w domu nie wycisnę. Aha, sprawdziłem dzisiaj w internecie i cena to ponad 700 zeta za 120 ml. Drogo, ale myślę, że warto. I wydaje mi się, że nie chodzi tutaj o konkretną markę (być może to co ja używam pasuje do mojej skóry) ale o przeskoczenie pewnego poziomu jakości. No i chciałem bardzo poprosić Panie o wasze zdanie/doświadczenia jeśli chodzi o zapachy męskich wód toaletowych. Nie chodzi mi o wskazywanie konkretnych marek ale raczej o znaczenie zapachu jako elementu atrakcyjności mężczyzny. Dzięki.

