OD czego by tu zacząć by to nie był kolejny nudny tekst.Miłość. To całe słowo opisujące wszystko. Czasem piękno a czasem przekleństwo które zmienia całe nasze życie. Moje półtorej roku wyglądało jak nie jeden bardzo mocny i drastyczny film. Napiszę po krótce. Bo na opisanie wszystkiego potrzebowałbym min 200stron. Zaczeło się od romansu z kobietą mojego życia pod nosem mojego najlepszego kumpla. Potem próby samobójcze jego gdy go zostawila dla mnie. Szukanie po nocach gdy sie wykrwawial. Dość brutalne. Szantaże jego iż się zabije. Przez ten czas bedac ze swoja z zwiazku okazalo sie ze uprawiali czesto sex. Ból potem kolejny ból. Jej próby samobójcze (prawie skutecne) . Szukajaca ja policja wczesniej ciecia a na koniec lyłanie tabletek i tydzień w szpitalu psychiatrycznym. Kilka tygodni skrajnej zbyt mocnej miłości przerywane emocjonalnymi atakami na moją osobe. Zadrapania, Kopanie po ziemii. Mojeg przetrzymywanie jej w domu bojącego się ze sobie znów cos zrobi. Latanie do mnie z nożem. Póżniej wpadka z dzieckiem... A człowiek już stracił pewnosc siebie, zostaje tylko z niego plastelina. Bo na modeline i tak byłem zbyt silny. Mijaja kolejne tygodnie. Role sie odwracaja. Zakochuje sie tam bezpamietnie ze nie potrafie trzezwo myslec. Nastepuje pierwsze okaleczenie ( bardziej zadrapanie). Kolejne patologie. trzaskanei drwiami, rzucanie przedmiotami, szantaze. Zaczynam chowac jej klucze bojac sie ze odejdzie. Potem puszczam. Ona wraca i zneca sie psychicznie. Dzis za to ja jestem tak wytarty psychicznie ze sie przy niej mocno okaleczyłem na nogach. Ani to z szantazu. W sumie bardziej z bólu. Nasza trójka dokonywala no po prostu popierdolonych rzeczy. Zawsze niby w imie miłości. Kłótnie były głównie o uczucia, zazdrość itp.
Pytam tylko o jedno . Co tu sie dzieje? I kto jest chory...