Dziewczyny, muszę się wyżalić, bo totalnie nie mogę się pozbierać...
Znałam Z od wielu lat, związaliśmy się, byliśmy razem 3 lata, bywało różnie, ale generalnie byłam szczęśliwa, kochałam go. Zostawił mnie, robiłam wiele głupstw i po prostu w końcu nie wytrzymał. Tak to widziałam. Zmądrzałam, nie odzywaliśmy się kilka miesięcy, potem zeszliśmy się, ja zainicjowałam spotkanie. Byłam najszczęśliwszą osobą pod slońcem. Mieliśmy plany, wspólne mieszkanie, wyjazdy, rodzina, było super przez pół roku. Znowu coś nei grało, zachowywał się trochę olewczo, coś mu marudziłam ale potem się starał. Wiedziałam, że to ten jeden jedyny, że chcę poważnego związku, że jestem pewna uczuć. Było naprawdę dobrze, byliśmy szczęsliwi...
Z dnia na dzień zranił mnie, przestał się odzywać, powiedział, że nie może jechać ze mną na wycieczkę, na której mi zależało. Koniec końców powiedział, że czuje, że jestem jego przyjaciółką, ale nie czuje miłości, że się pomylił.
Byłam załamana, bo kiedy wszystko (moim okiem) układało się jak należy on nagle powiedział, że to koniec. Rozmawialiśmy, płakał, ja nie, było w miarę spokojnie, roztaliśmy się w dobrej atmosferze, chcieliśmy utrzymywać kontakt. Bolało, ale zaakceptowałam to. Nie miałam mu nic za złe, nie zmuszę go do miłości. Takie były moje emocje. Minęło 3 tygodnie a do mnie to dociera dopiero teraz. To, że plany na wspólną przyszłość legły w gruzach. To, że byłam szczęśliwa i nagle to się skończyło. Staraliśmy się oboje, mówił, że kocha, sam wychodził z inicjatywami odnośnie przyszłości. Po co?
Mieliśmy kontakt, częściej to ja się odzywałam, ale on też. Wykorzystał mnie jeszcze do jakiejś pomocy i mi bardzo dziękował, byłam zadowolona, że nasza relacja jest normalna, że nie palimy mostów. Bolało, ale chciałam by te rozstanei jakoś wyglądało... jestem zawiedziona, ale wiem, że zawsze o wiele rzeczy musiałam się prosić i czekałam na realizację planów, które ciągle były przypuszczeniami... od miłości nie oczekuje się przecież tego, wiem, że powinno być inaczej... dlatego zrozumiałam, że tak czy siak by nam nie wyszło. Ale potrzebuję go jak cholera. Jestem w mieście gdzie mam niewielu znajomych, byłam tu dla niego.
W pewnym momencie wkurzać zaczął mnie kontakt przez smsy, pisaliśmy o tym co czujemy, mówię, że nie chcę go stracić, on mnie też nie. Takie pierdzielenie. I potem cisza. Oczywiście odezwałam się ja, nei umiem wytrzymać... i była kłótnia... pierwsza od wielu miesięcy. Taka, że wiem, że go straciłam już jako osobę.
To skrót..
Nie wiem czemu się tak go uczepiłam, jak wiem, że ma wiele wad, jak mnie irytuje, nie jestem w stanie powiedzieć czy go kocham. Boli to, że byłam szczęśliwa, a teraz nie wiem co robić ze swoim życiem. mam 25 lat, koleżanki się zaręczają a ja zastanawiam się jak to im wychodzi, skoro ja tyle lat byłam w związku, byłam przekonana, że to miłość a nagle anioł mnie oszukał, jak mam uwierzyć, zaufać komuś w przyszłości? Zanim ja się z niego wyleczę...
Pogodziłabym się z rozpadem związku, bo faktycznie mimo ogólnego pięknego obrazka to wiele rzeczy czasem mi nie pasowało do siebie. Ale chciałam by po rozstaniu przyszedł i powiedział, że chce sie przytulić, że mu przykro, że nie mógł inaczej ale i tak będzie mu mnie brakować. on wie jak cierpię a ignoruje mnie... jest typem zamkniętym, zawsze był, nei tak uczuciowy i wylewny jak ja. sami widzicie ile ja tu piszę a on by to podsumował w kilku zdaniach.
Nie mogę się pogodzić z tyum że go nie ma, że nie mam go nawet jak kolegi. Obwiniam się, ale nie powinnam. teraz siedzę sama i płaczę...
nie wiem czy tęsknię za nim czy za kimkolwiek..chciałabym być szczęśliwa, mieć faceta-przyjaciela, kogoś kto jest obok i dla kogo warto się starać, kogos do ktorego wracam po pracy i czeka na mnie kolacja, kogoś dla ktorego ja robie wiele...było to wszytsko a nagle nie ma nic...