Zaczną od początku 8 grudnia 2007 roku pojawiła sie w moim życiu nadzieja na zmianę nędznego bardzo samotnego życia... koleżanka mamy z pracy poznała mnie z kimś miłym z Łukaszem... 14 grudnia zeszliśmy się... układało się nam wspaniale, pokochałam go... myślałam ze on mnie i że będzie tak zawsze... ale mam trudny charakter bardzo martwie sie o moich bliskich i to zmieniło się w zaborczość, wtedy tego nie wiedziałam, 14 października po 22 miesiącach nic się nie spodziewając "zadając pytanie "czy ty nadal chcesz ze mną być" usłyszałam odpowiedź "nie wiem, nie kocham Cie już" (okłamywał mnie kilka miesięcy) byłam w stanie to wybaczyć, widzieliśmy sie jeszcze parę razy... myślałam ze jeszcze skleimy to bo mu sie podobam i mnie lubi ale po 2 tygodniach nadeszła bomba zszedł się z dziewczyną poznaną parę dni wcześniej na imprezie
zboczyłam ich na korytarzu naszej wspólnej uczelni... po tym było już tylko gorzej... on twierdził ze żałuje naszych błędów dawał nadzije i jednocześni je odbierał... a ja cigle bardzo dobrze się z nim dogadywałam... pomyślałam dam jakoś radę, ale sytuacja okazała się dla mnie trudniejsza, bo wraz z nim straciłam jego znjomych czyli jedyny kontakt z ludźmi, nie mam znajomych(gdy z nim byłam to miałam jeszcze możliwości wyjścia z nim i jego znajomymi a teraz nic), na uczelni ludzie mają sowich znajomych i nie szukają nowych, jestem miła i otwarta ale to nic nie daje, od dzieciństwa ludzie mnie olewają, a teraz nawet śmieją się ze mnie ze studiuje pracę socjalną (bo przecież po co uczyć sie pomagać) mam tylko przyjaciółkę ale ona jest tylko do rozmów, nigdzie razem nie chodzimy, nie chodzę na piwo na imprezy nigdzie, nawet sylwestra spędzę w domu sama... nic nie daje odzywanie się do ludzi ze starych szkół czy kogokolwiek bo nikt nawet nie odpisuje... a po za tym nikt mnie tam nie lubił, lubią mnie tylko znajomi rodziców....
strasznie to wszytko boli, bo tkwię w wirtualnym świcie bez żadnych możliwości, nie mam jak poznać nowych ludzi czy chłopaka...
marze by on wrócił ale woli tamtą bo ona ma znajomych i nie ma problemów... a ja obiecałam sobie wrócić w miejsce naszej pierwszej randki tego samego dnia (tego już nie zmienię chodź mówił nie raz ze mnie nie chce już)z nadzieją ze wróci i on i będziemy razem bo przecież zniłam się teraz już nie zrobiłam bym tego co wtedy...
boje się, ostnio mam same dziwne myśli... a wychodząc z domu staram się nie okazywać tego wszystkiego...
nie mam nic zero możliwości i na dodatek straciłam miłość, mimo że mam nadzieję to zdaję sobie sprawę że ta moja nadzieja to iluzja...
zbliżają się święta sylwester, a ja znów nie mam sensu życia, codziennie od półtora miesiąca płaczę, i wychodząc do ludzi ukrywam wszelki ból... mam tylko internet... czuje się nie potrzebna i bez sensu...
i nawet nie wiem czy powinnam zadać pytanie co zrobić...
mam nadzieje że ktoś zrozumie tego posta...
PS dziś też załamałam sie doszczętnie bo rozmawiałam z nim i zaczęłam wyrzucać żale(bo mamy stosunki ala przyjacielskie trudno to zdefiniować) w tym smutku i usłyszłam od niego ze mysle o sobie a tak wcale nie jest... wszystkie lata poświęcałam ludzią piszą tylko gdy mają problem, pomagam im, rodzice mówią pomysl o sobie, gubię się ;(
PS2 sytułacja z chłopakiem to uczucie a nie chęc zaspokojenia samotności, bo wiem że ją bym przeżyła gdby był on, ale i w drugą stroną że rozstnie było by latwijsze gdbym miła jak zacząc nowe życie...
zalezy mi na nim ale jesli nie moge go mieć to na tym by życ jak młoda osoba a nie wegetować