Witam, mam na imię Maciek, mam 24 lata.
Postanowiłem napisać posta na tym forum [mam nadzieję, że jakiś % użytkowników to faceci
] ponieważ mam problem w swoim życiu, a nikt nie jest mi w stanie obiektywnie pomóc. Zacznę od początku. Jestem w związku od 3 lat z pewną kobietą. Zaręczeni jesteśmy ze sobą od 8 miesięcy. Mieszkamy osobno. Ona jest starsza o 2 lata. Po zaręczynach planowaliśmy ślub i wesele na styczeń 2017. Ostatnimi czasy między nami wkradła się pewna rutyna i pojawiły się problemy i to duże. Mieliśmy parę cichych tygodni, lecz obecnie wszystko wychodzi powoli na prostą. Nasza przyszłość jest nadal nie wiadoma, pomimo że wciąż jesteśmy razem jako narzeczeni. Czas pokaże co będzie z tego - ale zmierzając do celu mojej wypowiedzi. Moi rodzice jak i teściowie w jakimś stopniu (większym niż mniejszym) się cieszyli, że weźmiemy ślub i stworzymy rodzinę. Na ten moment ślub kościelny jest odłożony na 100% w niewiadomym czasie. Wspólnie z narzeczoną, stwierdziliśmy, że jeśli wyjdziemy z naszych problemów i dalej będziemy chcieli tworzyć trwały związek to najpierw ślub w USC i mała impreza do 20 os max, żeby zmniejszyć koszty, a za kilka lat ślub kościelny. Przedstawiłem swoim rodzicom ten pomysł, ale nie odebrali go zbyt dobrze. Oznajmili mi, że już większość rodziny wie o ślubie i teraz będą na nas dziwnie patrzeć, że z twarzy robimy dupę i jesteśmy niepoważni i chyba niedojrzali do takich decyzji, a ślub w USC to i tak życie w grzechu ( jesteśmy rodziną katolicką, ale nie podchodzimy fanatycznie do wiary w Boga). Wg nich powinienem szukać sobie nowej dziewczyny, bo jak twierdzą to moja narzeczona jest prowodyrem tej sytuacji, a wina jest wspólna. Zabolały mnie słowa rodziców i czuję żal do nich. Twierdzą, że chcą dla mnie dobrze, ale nie dało się odczuć tego po tej rozmowie. Co powinienem zrobić według was? Czy jest sens pokazywać im, że nie mają racji?