Poznaliśmy się w 2010 roku, w okolicznościach które obojga doprowadziły do skraju nerwów, otóż to mój ukochany zanim mnie zdążył poznać prawie mnie zabił, przechodziłam sobie spokojnie przez ulicę a on jadąc jak wariat prawie mnie rozjechał, kurcze jak ja wtedy na niego krzyczałam, na bank pomyślał o mnie 'wariatka', w sumie miał prawo, tak się wtedy zachowywałam.
Moja pierwsza myśl to była 'debil, no k... debil', a dziś kocham tego 'debila' ponad wszystko, choć wtedy rozeszliśmy się w gniewie. On mieszkał w wiosce gdzie moi rodzice, ja 50 km dalej - po jakimś czasie dostałam od niego sms'a (zdobycie numeru oczywiście było bardzo proste), zaczęliśmy pisać, gdy znów pojechałam do rodziców spotkaliśmy się, tym razem zachowywaliśmy się jak dwie pizdy, od wrzasków do ciszy.
Wróciłam do siebie, po krótkim czasie zadzwonił do mnie z pytaniem czy może przyjechać, zgodziłam się - tego wieczoru pocałował mnie po raz pierwszy, w pewnej dzielnicy miasta na środku chodnika, mój świat zaczął wirować, zakochałam się wtedy w nim. Przez jakiś czas nie jeździłam do rodziców, on dużo pracował i mieliśmy kontakt telefoniczny jedynie, po następnej mojej wizycie już byliśmy razem, do teraz pamiętam jego nieśmiale wypowiedziane zdanie; 'Nie wiem czy umiem to jeszcze robić, ale czy chciałabyś ze mną być?' - zgodziłam się od razu i od tamtego dnia minęło już prawie 5 lat. I nie, wcale nie było zawsze tak pięknie, ta historia ma także swoje mroczne strony.. Po wspaniałych kilku miesiącach zaczął się 'koszmar' - on stał się despotyczny, chłodny itp, a ja zołzowata, z obojga w tym samym czasie wylazły drugie oblicza i tak oto powstał nasz toksyczny związek, kłótnie o wszystko, w prawdzie to nawet o nic.. Ale jakoś mimo to nie mogliśmy bez siebie wytrzymać - nie potrafiliśmy żyć razem, ale osobno też nie, wszystko naprawiło się dopiero po 2 latach związku, musieliśmy się rozstać żeby zrozumieć swoje postępowania i to jak niszczyliśmy samych siebie. Dla jasności to wszystko nie trwało non stop, czasami byliśmy 'normalni' a potem znów okropni dla siebie nawzajem. Kilka dni po naszej 2 rocznicy napisał mi sms'a, że to koniec - tak zrobił to przez telefon, lecz 'zmusiłam' go do rozmowy w 4 oczy, znalazł w sobie odwagę i mi to powiedział jak się spotkaliśmy, zawalił mi się świat, zostałam sama, przez dwa tygodnie wegetowałam, bo to nie było życie, nie wychodziłam z domu, prawie nie jadłam... Dosłownie rzecz biorąc najbardziej nie zabolało mnie to, że mnie zostawił tylko to, że te wszystkie powody z jakich to zrobił były ściemą, czułam wewnętrznie, że kłamie i tak było, do myślenia dało mi nasze pożegnanie, spytałam czy mogę się ostatni raz przytulić, zgodził się - przytulił mocno i miałam wrażenie że nie chce mnie puścić, na koniec pocałował mnie w czoło, wcześniej robił to często, prawdy dowiedziałam się od jego szwagierki, nie nie miał innej, chodziło o coś zupełnie innego. Po tych 2 tyg moja przyjaciółka stwierdziła, że mam ruszyć dupę z łóżka, przestać ryczeć i do niej przyjechać, pojechałam. Wyciągnęła mnie na imprezę, tam poznałam pewnego chłopaka, fajnie mi się z nim rozmawiało i wg, zaczęliśmy się spotykać we 4, bo był to kuzyn kumpla mojej przyjaciółki. Zaczęłam żyć, cieszyć się - mój wtedy eks na fb odkrył, że już nie rozpaczam, wtedy zaczął się odzywać - zlewałam go tak bardzo jak tylko umiałam, nic nie dawało. Pewnego dnia napisał mi, że mnie kocha... Postanowiłam się z nim spotkać, ale tylko po to by oddać mu resztę jego rzeczy, lecz w tym czasie już wiedziałam, że chyba chce wrócić od szwagierki. Przyjechał po mnie na dworzec i pojechaliśmy do mnie, rozmawialiśmy, tłumaczył że był kretynem i jest nadal - z grzeczności nie zaprzeczyłam, przepraszał, mówił jak bardzo mnie kocha i że nigdy nie przestał, że chce się ze mną ożenić i mieć ze mną dzieci - dałam mu szansę, postanowiłam że możemy jeszcze raz spróbować i nie żałuję. Zawsze sądziłam, że muszę jego zmienić, żeby było inaczej, ale ja musiałam zmienić siebie, bo to przez moje zachowanie on stał się takim człowiekiem jakim był, oczywiście to nie tylko moja wina, ale kiedyś jego obwiniałam o całe zło, a tak naprawdę to zło w większej mierze tworzyłam ja. On także przez ten czas zrozumiał coś, przemyślał - oboje jesteśmy teraz inni, kochamy się i nie mamy nawet powodów do kłótni, od tamtego czasu pokłóciliśmy się aż 2 razy... Jesteśmy szczęśliwi. Może jesteśmy nudną parą, ale nam do pełni szczęścia wystarcza nasza obecność w czasie oglądania filmów na kanapie przed tv, wygłupianie się, czasem nawet zachowywanie jak małe dzieci, wspólne kolację, pomaganie sobie nawzajem, nawet w duperelach. Kiedyś nie rozumiał, że mnie boli w trakcie @ brzuch, dziś to szanuje - przytula, podaje tabletki a kiedy trzeba zostawia w spokoju, nasz związek po prostu jest taki jaki powinien być, to nie atrakcje powodują, że związek kwitnie, to powodują ludzie, którzy cieszą się swoją obecnością, dają drugiemu swój czas i szanują ten czas, który dla nas poświęca. W miłości nie trzeba codziennie mówić, że się kocha, bo można to wyrazić w inny sposób.
Drogie Panie rada ode mnie - jeśli coś jest nie tak w związku to nie wincie za to tylko swoich partnerów i nie próbujcie ich na siłę zmieniać, bo efekt będzie odwrotny - koszmar stanie się większy. Spójrzcie czasem na same siebie, przeanalizujcie siebie, swoje zachowanie i jak już macie coś zmieniać to zacznijcie od samych siebie. Ale mówię o relacjach gdzie facet nie jest sadystą, bo od takiego to trzeba uciekać, a nie się jeszcze 'dla niego' zmieniać. Ale naprawdę jeśli jest coś nie tak to zacznijmy od siebie. Może to także dotyczyć odwrotnej sytuacji, bo nie tylko faceci potrafią być okropni.