Nie lubię grzebać w tym, co było. Ale chciałbym znać Wasze zdanie o tym, co poniżej napiszę. Co Wy byście czuli, zrobili na moim miejscu?
Historia jednej znajomości.
Było to zimą. Poznałem kobietę. Fakt, miałem opory czy wchodzić w głębszą relację... było wiele niewiadomych, gdybań, wątpliwości. Fakt, faktem, była spora różnica wieku, ok. 9 lat.
Ale było pięknie. Zimowo. Były spacery, rozmowy. I mimo mrozu było ciepło.
Powoli angażowałem się w tę znajomość, z oporami. Przyszły Walentynki i uznałem,że to dobry moment, by powiedzieć jej co czuję. Wiem, banał i tandeta. Wiem... ale... Chciałem jednak, by mimo tandety i banału tego dnia, było romantycznie. Kupiłem różę, tomik wierszy Poświatowskiej... jej ulubiony.
Pojechałem do niej. Było miło. Już wracałem do siebie do domu... Odprowadziła mnie na przystanek. I palnęła... „Wiesz, łatwo tobą manipulować!”... Czar prysł. Zatrzęsło mną. Jakby mi napluła w twarz! Nagle stała mi się obca, daleka. I co by nie było... zabolało. Cholernie zabolało. Wkurzyła mnie. Nienawidzę manipulacji. To takie obrzydliwe, przedmiotowe traktowanie drugiej osoby, pozbawione drobiny szacunku, uczucia, lekceważące jego uczucia, wartość i potrzeby. I egoistycznie nastawiona relacja, czyli „manipulant podstępnie maksymalizujący swój zysk czyimś kosztem”.
Przyznaję, odszedłem, i fizycznie i w sposób najważniejszy... sercowy. Nie mogłem się znów przekonać do niej. Ona uważała że nic się nie stało. Ale stało się. Po jakimś czasie... dałem jej szansę. Jednak jej manipulowanie stało się podstawą relacji i związku w ogóle. To było męczące. Na nic zdały się prośby, że to mnie rani, krzywdzi, że czuję się jak przedmiot... że zatruwa związek, że go niszczy.
Przyznaję, było mi trudno znów się do niej przekonać, uwierzyć. Ale zostałem. Choć każdy mi to odradzał. Zawsze przecież trzeba dać szansę. Z czasem.. pokochałem ją. Tak, tak, idiota ze mnie. Pokochałem ją. Tak zwyczajnie i po prostu. Kochałem czysto, bez kłamania, oszukiwania, manipulowania... bo tylko wtedy to całe bycie razem ma to sens. Bywało różnie. Jednak to, że zostałem nic w niej nie zmieniło, choć naiwnie na to liczyłem. Jednak nawyk manipulowania tej panny, pogrywania na uczuciach pozostał. Wściekałem się. Bo i przecież żadna to przyjemność być marionetką, żadna przyjemność być lekceważonym, być osobą, której uczucia i wartość nie są szanowane. Ani się nie spostrzegłem, a zacząłem błądzić w tej mgle manipulacji. Wściekałem się. Nazwała to „syndromem”.
I kłamała. Usprawiedliwiałem, czekałem na zmianę, prosiłem... Na nic.
Tak mijały tygodnie, miesiące. Przełom przyszedł, gdy pojechałem do pracy. Dość daleko. Tęskniłem za nią jak cholera. Pisała listy... które z czasem stały się przesiąknięte durną, chorą wręcz podejrzliwością. Tyrałem tam jak wół, byłem zmęczony. A ta wyskakiwała mi, ze ją zdradzam. Ręce opadały. Bywało tak, że jej list leżał kilka dni, aż się nastawiłem, by go przeczytać.
Wyjeżdżałem było ok. Po powrocie nie było już ok. Jej wytwory wyobraźni mnie wykańczały, te rojenie głupot, ataki, podejrzliwość. Po powrocie cieszyłem się, że jestem, że ona jest... ale przy powitaniu czułem się tak, jakbym przytulał manekina.
I to był początek... wydarzeń.
Tamta praca była daleko, była jedną z tych ciężkich. Tyranie po 12 godz. i sen w kanciapie. Jej to nie obchodziło. Nie wiem czemu. Padałem ze zmęczenia. Niby wspierała ale jakoś.... inaczej. Zawsze ta podejrzliwość, chora wręcz.
Zawsze tak jest, że czujesz, że coś jest nie tak, coś, czego nie umiesz nazwać, ale czujesz, że coś jest na rzeczy. Tak było i tym razem.
Zaczęło się niewinnie. Miałem urodziny. W tym dniu miałem zjazd na uczelni. Było miło po zajęciach. Ludzie z grupy pamiętali o mnie. Była mała imprezka. Jednak tęskniłem do niej, co by nie było. Chciałem spędzić ten wieczór z nią. Wróciłem. Jednak na dworcu... zatkało mnie. Była zimna, obca, pełna złości. Zaczęła mnie szarpać za rękaw kurtki, jak worek ziemniaków. Potem w drodze pod jej blok znów to samo. Plus połajanka. Pod klatką szarpanie za rękaw i półgodzinna połajanka. Nie wiadomo o co, za co, za kogo. Żadnych życzeń, przytulenia, pamięci. Nic. Stałem tam jak ten głupek. Było mi cholernie przykro. Olała mnie w całości.
Wtedy zacząłem się zastanawiać... po kiego mi to wszystko? Nie pamiętała o mnie, choć domagała się pamięci. Nie szanowała, choć obsesyjnie domagała się szacunku, nie dbała, ale wymagała, bym o nią dbał, nie wspierała, ale domagała się wspierania... itd. Od tego się zaczęło. Potem wydarzenia potoczyły się jak lawina.
Po jakimś czasie wyszły jej kłamstwa, kłamstewka. Nogi się pode mną ugięły. Poczułem się tak, jakby wyrwała mi serce. Nagle się okazało, że tęskniła za kimś innym i za czymś innym, za niebieskookim brunetem, za jej były, którego uznawała za "miłość swego życia", a który traktował ją jak gówno... choć wysłuchiwałem przez 5 mieś. jej „kocham”. Zrobiła sobie ranking swych miłości, a w nim ja, na 4 miejscu i po miesiącach wysłuchiwania „kocham”. I że jej rodzice obrabiali mi tyłek na całego, w sposób poniżający i cholernie krzywdzący. Że wpędzę ją w pieluchy, postawię przy garach... podłe i chore. Upodlenie. Z jednej strony podawali rączkę, „witaj”, a wystarczyło zamknąć drzwi by mieć obrobiony tyłek.
Bolało jak cholera. A ta dalej swoje manipulacje. „Chciałabym byś mnie kochał”...Tylko jak kochać kogoś, kto kłamie, rani, krzywdzi? Chyba już nie umiałem. Po roku czekania na zmiany... nie umiałem.
I ..”kto kocha ten wybacza, a ty kochasz, więc wybaczysz”... Tylko jakoś nie umiała odnieść tego do siebie, że jak ktoś kocha, ten nie zachowuje się w ten sposób, bo wie, że to druga osobę rani, i niszczy relacje, miłość, zaufanie...
Potem był czas, ze każde spotkanie było takie samo. Jej ciągłe fochy, humory, połajanki, wyżywanie się nie wiadomo za co, za kogo... I to ciągłę czegoś chcenie, wszystko miało się kręcić wokół niej. Zacząłem się dusić. Wściekałem się, każde zwrócenie uwagi uznawała za totalną krytykę i atak. Znudziło mi się to. Właściwie wkur... W końcu nie jestem workiem ziemniaków do kopania! Nie wytrzymałem. Po kolejnej „imprezce” wygarnąłem, co leżało na sercu. "Że nie będzie już dobrze, że nie warto się poświęcać dla kogoś, kto traktuje mnie jak gówno, i że czas pomyśleć o sobie..." Wychodząc od niej czułem się lekko. Ta dostała histerii. Nazajutrz próbowałem rozmawiać. Co by nie było... zależało mi, myślałem, naiwnie, że coś się zmieni. Jednak rozmowa była pasmem jej żądań, wymagań, chcenia. Ja nie byłem ważny. I gdy odwróciła się do nie plecami mówiąc „mów to co chcę usłyszeć”... Coś się skończyło. Nagle nie wiedziałem po co i do kogo idę. Stała mi się jakoś dziwnie obca i daleka.I przyszedł ten czas, ta chwila, która zmieniła wszystko. Jest zawsze tak, że słowa są piękne. Ale to życie weryfikuje związek.
Potrzebowałem pomocy... to była ta chwila, czas, który zmienia wszystko. Czasem wystarczy minuta. Słowo.
Miałem zawirowanie w życiu. Miałem problemy, z którymi zwyczajnie sobie nie radziłem. Szukałem pomocy. I powiedziałem jej, że jej potrzebuję, jej miłości, wsparcia, zrozumienia... Jedyne co usłyszałem to, że "byłoby jej zbyt ciężko mi pomóc". Potem cała masa pierdół. Że bała się że odejdę, gdy mi się polepszy, że bała się, że świat się o mnie upomni, że znajdę sobie inną... Duperele. Chciałem pomocy. Ale uciekła. Jednak za nim to zrobiła, upokorzyła mnie, wypomniała wszystko, obwiniła za wszystko, dokopała, poniżyła... Dała mi swoje majtki twierdząc, że tylko na tyle zasługiwałem. Dałem sobie z nią spokój. Kij jej w oko.
Fakt faktem było mi ciężko, cholernie ciężko. Jakby było mało, zmarło mi w rodzinie dwoje dzieciaczków, które kochałem jak własne.. Cierpiałem.
Po roku olewki „przypomniała” sobie o mnie. Odezwała się jakimś debilnym anonimowym smsem, infantylnym i głupim. Myślała chyba, że padnę na kolana lub rzucę się jej na szyję. Pytałem kim był ten ktoś. I nic. Cisza. Znów zabawa. Moim kosztem. Brałem pod uwagę, że to mogła być ona, te same głupie zachowania. Jednak zwątpiłem, że ten człowiek przez rok mógł się zmienić. Nie zmieniła się. Drażniła mnie, była mi obca i daleka. Kazałem się jej zwyczajnie ...odpieprzyć.
Ta znajomość, i "związek"... coś mi zabrały. Były potem kobiety w moim życiu, ale ich nie zatrzymałem. Bałem się, zwyczajnie się bałem. Jest we mnie jakaś zadra, lęk... Nie umiem tak się zaangażować, tak pokochać, tak się otworzyć...