Mam totalny mętlik w głowie i potrzebuję Was żebyście spojrzały obiektywnie na moją sytuację, bo ja już nie wiem co mam myśleć.
Pisałam już tutaj, że od dwóch lat (a dokładniej to od prawie 26 miesięcy) jestem w związku. Nie będę rozwodzić się nad szczegółami, przejdę od razu do sedna: od dwóch miesięcy bardzo poważnie rozmawiamy na temat zaręczyn i ślubu. Obydwoje chcemy tego samego, do tego samego dążymy. Ale... im poważniej o tym myślimy, tym większe wątpliwości nas dopadają. Czy sobie poradzimy? Czy samodzielnie utrzymamy siebie, rodzinę, którą razem stworzymy?
Obydwoje studiujemy dziennie w obcym dla nas mieście. On ma niewielkie stypendium, ja za tydzień zacznę pracować (to będzie pierwsza w moim życiu praca) i jeśli się uda, to w lutym dostanę kredyt studencki. Jeśli zsumować te 3 źródła dochodów, to wyjdzie razem ledwie tysiąc złotych na miesiąc. Niby powinniśmy być samodzielni, ale w praktyce nie bardzo tak jest i mamy tego świadomość. Ja obawiam się tego czy poradzę sobie z prowadzeniem domu (wiem, że to wyda się żałosne, ale obecnie boję się głupiego prania w pralce! Mamy taką pralkę, że boję się ją ruszać, bo może się zepsuć. Kompletnie nie wiem jak się za nią zabrać, to dla mnie czarna magia). On znowu obawia się czy zdobędzie dobrze płatną pracę po swoich studiach (informatyka). Wspieram go, staram się motywować by się uczył (chodzi o naukę tego, czego ich nie uczą na studiach, a wymagane jest by zdobyć jakieś lepsze zatrudnienie), ale nie chcę przesadzić w tym, bo boję się, że poczuje dużą presję na sobie i moja motywacja przyniesie tylko odwrotny skutek.
Dodatkowo nasi rodzice tylko powtarzają nam jacy to nieporadni jesteśmy, nic nie pomagamy, nic nie umiemy zrobić itp. To strasznie boli i dołuje, zwłaszcza w momencie jak spędzi się pół dnia na wysprzątaniu całego mieszkania. Gdy sygnalizujemy im temat narzeczeństwa, to albo ignorują, albo wyśmiewają (tak najczęściej jest u mnie) albo w kółko powtarzają - najpierw studia, potem praca i dopiero ślub i dzieci. Człowiek jest rozdarty między tym czego chce i co mu w kółko powtarzają, że jest najważniejsze i że tak ma zrobić, bo oni na podstawie życiowego doświadczenia wiedzą lepiej.
Jednak, mimo wszystko, chcemy zrobić to po swojemu. Ja byłabym gotowa kombinować: tu kredyt studencki, tam jakaś praca dorywcza, w weekendy kończyć studia, ale on jest trochę oporniejszy i boi się takiej "spontaniczności" i niepewności. Ale byłby gotów pójść na takie ustępstwo, bo silniejsza jest miłość i chęć małżeństwa. Tylko czy faktycznie damy sobie radę? Czy to mądre wynajmować mieszkanie (nie mamy co marzyć o kupnie ani mieszkaniu z rodzicami, czy to u mnie, czy u niego), męczyć się w dorywczej pracy, byle tylko mieć za co płacić za mieszkanie i nie mieć pewności czy będziemy mieć za co żyć? Czy nie lepiej posłuchać rodziców i zaczekać jeszcze te 5 lat (o ile byłoby to tylko 5 lat) żeby mieć pewną i stabilną sytuację finansową?
Czy dobrym pomysłem byłoby na kilka miesięcy przed terminem ślubu zamieszkać razem żeby dotrzeć się i przekonać czy faktycznie sobie poradzimy?
Mam wrażenie, że mimo tych 21 lat jesteśmy małymi dziećmi, które nigdy nie dorosną, bo nic nie potrafią... a może przesadzam, bo to tak naprawdę żadne problemy?