Prostytutka 1. ma przyrząd 2. nic złego sobie nie pomyśli. Ale musisz się odważyć i do niej zadzwonić.
Po drugie -- niektóre fantazje powinny zostać fantazjami, bo w realu wypadają gorzej niż w naszej głowie. Np. nie rozumię dlaczego sztuczny penis wg Ciebie jest lepszy niż prawdziwy... Myślałem, że twoje fantazje to seks grupowy raczej...
Co do Madonny przypomniała mi się Catherine Millet... Cytat z "Życie seksualne Catherine M" Catherine Millet:
Znajdowaliśmy się w podziemiu, a światło sączyło się od strony basenu, na który wychodziła jaskinia. Przez szybę, która wy- glądała jak ogromny ekran telewizyjny, widać było nurkujące ciała. Opisuję to miejsce, choć nigdy zbyt dokładnie go nie poznałam. Skala rzeczy zmieniła się, lecz moja sytuacja nie bardzo różniła się od tej sprzed lat, z kolegami w Lyonie. Erie, stosując się do dość niewyraźnie określonego zwyczaju, lokował mnie na jednym z łóżek lub na jakiejś kanapie w alkowie i zaczynał rozbierać. Pieścił mnie i całował, i już po chwili zastępowali go inni. Prawie zawsze leżałam na plecach; może dlatego, że druga najczęściej stosowana pozycja, polegająca na tym, że kobieta aktywnie dosiada okrakiem mężczyzny, nieszczególnie pozwala kochać się jednocześnie z kilkoma osobami, zakładając mogłam przyjmować pieszczoty wielu mężczyzn, podczas gdy jeden z nich, wyprostowany, by mieć trochę wolnej przestrzeni i lepiej widzieć, był moim głównym kochankiem. Byłam brana po kawałku; jedna dłoń pocierała starannymi, okrężnymi ruchami dostępną część mojego wzgórka łonowego, inna szerokim gestem muskała mi piersi lub drażniła brodawki sutków... Doznawałam większej rozkoszy podczas pieszczot niż w czasie penetracji. Podobał mi się dotyk penisów, które wędrowały po całej powierzchni mojej twarzy lub ocierały żołądź o moje piersi. Lubiłam w przelocie chwytać któryś z nich ustami, przesuwać po nim wargami tam i z powrotem, gdy tymczasem inny dopominał się o swoje z drugiej strony, ocierając się o mój naprężony kark. Lubiłam też odwracać głowę, by przyjąć nowo przybyłego. Albo trzymać jeden w ustach, a drugi w dłoni. Moje ciało otwierało się bardziej pod wpływem tych dotknięć, ich względnej przelotności i powtarzalności niż w czasie penetracji. A co do spółkowania, pamiętam zwłaszcza zesztywnienie krocza po czterogodzinnym niekiedy seksie, szczególnie że większość mężczyzn ma tendencję do trzymania ud kobiety w zbyt dużym rozwarciu, zapewne po to, by napawać się widokiem i by sięgać głębiej. W chwili gdy zostawiano mnie w spokoju, uświadamiałam sobie, że mam odrętwiałą pochwę. I to dopiero było rozkoszne: czuć jej napięte, ciężkie, nieco obolałe ścianki w jakimś stopniu zachowujące wspomnienie wszystkich facetów, którzy się w niej znaleźli.
Odpowiadała mi taka rola aktywnego pająka pośrodku swojej sieci. Zdarzyło mi się raz - ale nieu Victora, tylko w saunie przy placu Clichy - że przez cały wieczór praktycznie rzecz biorąc nie opuściłam rozłożystego fotela, w którego czeluści zapadłam, mimo że ogromne łoże zajmowało środek pomieszczenia. Z głową na wysokości prezentowanych mi części ciała mogłam ssać i obciągać do woli, podczas gdy wspartymi o poręcze dłońmi pieściłam dwa członki równocześnie. Nogi miałam wysoko zadarte i ci, którzy byli wystarczająco podnieceni, podchodzili jeden za drugim, by dokończyć w mojej cipie.
Niewiele się pocę, ale wówczas byłam zlana potem moich partnerów. Zresztą zawsze strużki spermy zasychają na udach, czasami na piersiach czy na twarzy, a nawet we włosach, zaś mężczyźni uczestniczący w orgii bardzo lubią spuszczać się w pochwę już wymoszczoną spermą. Od czasu do czasu, pod pretekstem wyjścia do toalety, udawało mi się wyrwać z grupy, żeby się podmyć. W domu Victora znajdowała się łazienka, gdzie niebieskawe światło nie oślepiało, a jednocześnie było wystarczająco jasne. Lustro nad wanną zajmowało całą ścianę, odbijając głęboki i rozmyty, łagodny obraz. Widziałam w nim swoje ciało: inaczej je teraz czułam: ze zdziwieniem odkrywałam, że jest drobniejsze, niż wydawało mi się kilka chwil wcześniej. Tutaj również dochodziło do zbliżeń. Zawsze znalazł się ktoś, kto prawił mi komplementy, mówiąc o mojej smagłej skórze lub zręczności, jakiej dawałam dowody, posługując się ustami. Teraz brzmiało to inaczej niż wtedy, gdy zagrzebana pod stosem ciał słyszałam, że w grupie wymieniane są wrażenia na mój temat. Wówczas czułam się podobnie jak chory, który odbieraw półśnie rozmowę lekarza i studentów podczas obchodu. Strumień wody na moją otwartą i obolałą cipę. Rzadko ten, który też tutaj przychodził, żeby się wysiusiać, nie korzystał z okazji, aby - gdy pochylałam się nad bidetem - przesuwać mi po wargach zwiotczałym, a jednak nadal gotowym do działania chujem. I wielokrotnie, ledwo się odświeżyłam, stojąc oparta rękoma o brzeg umywalki, nadstawiałam pochwę coraz to bardziej zdecydowanemu naporowi penisa, który w końcu dawał radę zadać jeszcze kilka pchnięć. Jedną z przyjemności, do których najbardziej lubię powracać, jest rozkosz, jakiej dostarcza mi członek, który wślizguje się pomiędzy moje większe wargi sromowe, nabiera pewności siebie, powoli je rozchylając, a potem zagłębia się w przestrzeni, której rozwarcia przez cały czas mogłam doświadczać.
Nigdy nie musiałam cierpieć z powodu jakiegoś nieopatrznego lub gwałtownego ruchu; zawsze spotykałam się raczej z przejawami atencji. Jeśli byłam zmęczona albo pozycja stawała się niewygodna, wystarczyło, bym to zasygnalizowała - często zresztą za pośrednictwem Erica, który zawsze był w pobliżu - by dano mi chwilę wytchnąć albo pozwolono wstać. W gruncie rzeczy nieostentacyjna uprzejmość, niemal obojętność, towarzysząca mi podczas orgii, doskonale odpowiadała niezdarnej w kontaktach z otoczeniem bardzo młodej kobiecie, którą wówczas byłam. Bywalcy Lasku wywodzili się z rozmaitych środowisk, wy-daje mi się, że niekiedy musiałam mieć do czynienia z mężczyznami jeszcze bardziej niż ja nieśmiałymi. Niezbyt dobrze widziałam twarze, ale wyłapywałam spojrzenia, w których było jakieś wyczekiwanie, niekiedy nawet zdumienie. Niektórzy mężczyźni doskonale znali miejsce i z grubsza aranżowali przebieg wydarzeń, byli tacy, których obecność zdawała się bardziej ukradkowa, jak również ci, którzy przyglądali się tylko i nie przyłączali do grupy. Otoczenie i bohaterowie na darmo zmieniali się za każdym razem; Erie wychodził ze skóry, by działo się coś nowego - ja towarzyszyłam mu zawsze z odrobiną obawy - paradoksalnie czerpałam rozkosz z odnajdowania w tych nieznanych okolicznościach znajomych odruchów, postaci i więzi.
Kiedyś przytrafiło mi się dziwne, dwuznaczne doświadczenie. Położyłam się na jednej z tych betonowych, wyjątkowo chropowatych ławek. Wokół mnie zebrała się grupa mężczyzn: z obu stron głowy miałam podbrzusza trzech czy czterech facetów, którzy podchodzili, żebym wzięła im w usta. Kątem oka mogłam też dostrzec jasny ślad rąk tych, którzy tworzyli drugi krąg i którzy potrząsali swoimi pytami podobnymi do sprężyn wprawianych w wibrację. Z tyłu, za nimi, znajdowało się jeszcze kilka uważnych i wyczekujących cieni. W chwili gdy mężczyźni zaczynali mnie rozbierać, rozległ się huk wypadku samochodowego. Zostawili mnie. Znajdowaliśmy się w jednym z zagajników przy bulwarze Amiral-Bruix, niedaleko Porte Maillot. Odczekałam kilka chwil, a potem przyłączyłam się do grupy stojącej przy wjeździe pomiędzy szpalerami żywopłotu. Miniaustin wjechał na podświet-lany słup pośrodku alei. Ktoś powiedział, że wewnątrz znajduje się młoda kobieta. Mały piesek biegał jak szalony. Słup i reflektory samochodu nadal były zapalone, tworząc dziwną mieszaninę żółtego i białego światła. Chyba dość szybko usłyszeliśmy syreny wozów pomocy drogowej i pogotowia, gdyż wróciłam na ławkę. Jak gdyby przestrzeń wokół ławki była z gumy, krąg znowu się utworzył i aktorzy zajęli swoje miejsca na scenie tam, gdzie przerwano spektakl. Wymieniono kilka słów; obraz wypadku ujawnił nagle więź między ludźmi, jaka dotychczas pozostawała utajona, a ja odnalazłam moją ulotną maleńką wspólnotę, całkowicie zgodną co do kontynuowania swojej szczególnej działalności.
W Lasku lubiłam przysłuchiwać się rozmowom -niezbyt częstym w tych okolicznościach - i obserwować, jak czyjeś gesty lub zwyczajne zachowanie łagodzą albo uwypuklają niezwykłość spotkań. Pewnego wieczoru, gdy przy Porte Dauphine było niemal pusto, w światłach samochodu zobaczyliśmy dwóch bardzo wysokich, czarnoskórych mężczyzn, którzy stali na skraju chodnika. Wyglądali na zagubionych albo jakby na jakimś beznadziejnym przedmieściu czekali na nieprawdopodobny przyjazd autobusu. Zabrali nas do służbówki, która znajdowała się nieopodal. Pokój i łóżko były wąskie. Wzięli mnie jeden po drugim. Gdy pierwszy był na mnie, drugi siedział na brzegu łóżka i nie próbował się wtrącać. Po prostu się przyglądał. Ruchy mieli dość powolne, długie - nigdy dotąd takich nie widziałam - niezbyt grube członki wchodziły głęboko i nie musiałam szeroko rozwierać nóg. Byli jak bliźniacy. To były dwa zbliżenia następujące posobie przy niespiesznych pieszczotach. Dotykali mnie celnie i cudowne było to, że w zamian mogłam korzystać z ogromnej powierzchni skóry, jaką mi oferowali. Tym razem pieprzyłam się spokojnie i cierpliwie. Gdy się ubierałam, gawędzili sobie z Erikiem o zwyczajach panujących w Lasku Bulońskim i o swojej pracy kucharzy. Potem, gdy się rozstawaliśmy, podziękowali mi uprzejmie, jak przystało na szczerych gospodarzy, a wspomnienie, które o nich zachowałam, naznaczone jest czułością.
Osoby odwiedzające lokal u Aimé nie okazywały sobie takiej uprzejmości. Był to znany klub dla amatorów seksu grupowego. Ludzie przyjeżdżali tu czasami z bardzo daleka, nawet z zagranicy, zatrzymując się na pewien czas. Wiele lat po jego zamknięciu wciąż z tak samo naiwnym zdziwieniem przyjmowałam wyliczane przez Erica nazwiska znanych osób, gwiazd filmowych, postaci ze świata piosenki, sportu czy biznesu, które mogłabym tam zobaczyć, gdybym tylko nieco szerzej otworzyła oczy. W czasach kiedy jeszcze odwiedzaliśmy to miejsce, ukazał się film, który parodiował pewne aspekty wyzwolenia seksualnego. Jedna ze scen rozgrywała się w klubie przypominającym ?Chez Aimé"; przedstawiała grupkę mężczyzn cisnących się wokół stołu, na którym leżała jakaś kobieta. Widać było tylko jej nogi w sięgających za kolano butach, którymi komicznie wymachiwała ponad głowami panów. Właśnie wtedy modne były takie wysokie botki -sama też je nosiłam i nie zwykłam zdejmować, nawetjeżeli niczego innego już na sobie nie miałam, bo ciężko się je ściągało. Zapewne ja również musiałam nieraz, leżąc na stole, podobnie nimi wymachiwać. Tak więc nie bez próżności pomyślałam, że to może właśnie owo moje minimalne odzienie i znaki kreślone w powietrzu nogami zafrapowały wyobraźnię reżysera.
Rozkosz, którą odczuwałam podczas owych długich seansów u Aimé, kiedy leżałam z pupą rozpłaszczoną na brzegu wielkiego drewnianego stołu, a wiszący nade mną żyrandol oświetlał mój tułów, można porównać jedynie z odrazą, którą mnie napawała droga prowadząca do tego miejsca. Znajdowało się ono daleko od Paryża; aby w końcu zobaczyć ten usytuowany w głębi parku dom, który przypominał podmiejskie domostwa z czasów mojego dzieciństwa, trzeba było przebić się przez upiorne mroki lasu Fausses-Reposes okalającego Ville-Avray. Eric nigdy nie zdradzał, jaki będzie programu wieczoru. Zapewne był dumny z wymyślonych przez siebie niespodzianek. W ten sposób starał się zapewnić spotkaniu ?romantyczny" nastrój. Nie utrudniałam mu tego, nie zadając żadnych pytań. Niemniej, kiedy już uświadomiłam sobie, że jedziemy tą drogą, z pewną obawą myślałam zarówno o tych nieznajomych mężczyznach, którzy wkrótce mieli się ze mną kochać, jak i - zawczasu - o wielkim wydatku energii, na jaki będę musiała się zdobyć. Podobnych emocji doświadczam zawsze przed wygłoszeniem wykładu, kiedy wiem, że trzeba będzie skoncentrować całą uwagę na tym, co się mówi, i być do dyspozycji audytorium. Tymczasem ani mężczyźni spotykani w takich okolicznościach, ani też ginący w mroku audytoriumnie mają twarzy i - jakby działała tu jakaś magia -początkowej obawy i następującego po niej stanu zmęczenia nie dzieli żadna świadomość własnego wyczerpania.
Wchodziło się tam od strony baru. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek uprawiała tu seks, chociaż to, że czułam pod cipą moleskin taboretu, a pośladki miałam na nim rozpłaszczone, co zachęcało do przelotnych pieszczot, należało do rejestru moich najdawniejszych fantazji erotycznych. Nie jestem nawet pewna, czy zwracałam jakąkolwiek uwagę na to, co się wokół mnie działo, na te parę kobiet, które siedziały na wysokich stołkach przy kontuarze i którym właśnie odsłonięto cipkę czy obnażono krągłe pośladki. Moje miejsce znajdowało się w jednej z sal usytuowanych głębiej, gdzie - jak to już mówiłam - rozkładałam się na stole. Ściany były gołe, nie było krzeseł ani ławek, nic oprócz tych rustykalnych stołów i zwisających z sufitu lamp. Spędzałam tam zwykle parę godzin. Wszystko odbywało się tak jak zawsze: ktoś wodził palcami po moim ciele, brałam do ręki wzwiedzione członki, potem, przekręcając głowę raz na prawo, raz na lewo, brałam je do ust, podczas gdy inne wpychano mi do pochwy. W czasie jednego wieczoru mogłam obsłużyć w ten sposób dwudziestu mężczyzn. Pozycja, w której kobieta leży na plecach, jej łono zaś znajduje się na wysokości podbrzusza stojącego w lekkim rozkroku mężczyzny, jest jedną z najwygodniejszych, jakie znam. Srom jest należycie rozwarty, penis - wprowadzony poziomo i bez kłopotu - dobija regularnie do dna pochwy. Facet rżnie z wigorem i precyzją. Czasamikochano się ze mną w ten sposób tak gwałtownie, że musiałam oburącz trzymać się brzegów stołu i przez długi czas byłam podrapana tuż nad kością ogonową, w miejscu gdzie szorowałam krzyżem po chropawym drewnie.
Aimé w końcu zwinął interes. Kiedy pojechaliśmy tam po raz ostatni, nie było już nikogo, a Aimé, ciężko pochylony nad kontuarem, przytłumionym głosem rugał żonę. Napomknął coś o wezwaniu na policję. Miał do niej pretensje, że każe nam się wynosić, gdy zaproponowaliśmy, że może wpadniemy później. Tego wieczoru wylądowaliśmy w ?Aux Glycines". Znalazłam się tu po raz pierwszy, choć cała nasza trójka - Claude, jeden z przyjaciół imieniem Henri i ja - od dawna miała na to wielką ochotę. Henri zajmował maleńkie mieszkanko przy ulicy Chazel, na wprost wysokiego, okalającego park i pokrytego jasnym tynkiem muru, który przesłaniał jakiś pałacyk. Jako że było nam po drodze, Claude i ja mieliśmy zwyczaj wpadać do Henri, kiedy wracaliśmy z niedzielnych odwiedzin u rodziców. Kochaliśmy się we trójkę, obaj rżnęli mnie jednocześnie, jeden w usta, drugi w pupę lub cipę, pod wesołym i pięknym obrazem Martina Barrégo, zwanego ?spaghetti", podarowanym Henri przez artystę. Potem wyglądaliśmy przez okno i odprowadzaliśmy wzrokiem ludzi wchodzących do ?Aux Glycines" i stamtąd wychodzących. Henri słyszał gdzieś, że miejsce to odwiedzali aktorzy filmowi, i czasami zdawało nam się, że któregoś z nich widzieliśmy. Byliśmy jeszcze szczeniakami, najlepszym ma- teriałem na gapiów. Zafascynowani i rozbawieni tajem-ną działalnością, której nie próbowaliśmy nawet sobie wyobrażać, podniecaliśmy się pozorami nieosiągalnej dla nas rzeczywistości: fascynowały nas luksusowe limuzyny zatrzymujące się przed wejściem i dostojne ruchy wysiadających z samochodów osób. Kiedy, kilka lat później, przekroczyłam próg tego lokalu, od razu wiedziałam, że wolę surowy styl ?Chez Aimé".
Z wyjątkiem Lasku nie dochodziło na ogół do zbliżeń, zanim się człowiek przywitał; konieczny był jakiś okres przejściowy, wymiana paru słów, pewien dystans, dopóki nie wypiło się razem kieliszka czy nie podało komuś popielniczki. Zawsze chciałam wyeliminować ów moment niepewności, chociaż te rytuały znosiłam lepiej od innych. Za dziwaka uważałam Armanda, który - podczas gdy wszyscy jeszcze ze sobą gawędzili - miał w zwyczaju rozbierać się do naga i składać swoje rzeczy z pieczołowitością kamerdynera. Z jakim niesmakiem przyjmowano tę jego parominutową antycypację! Ja sama również ulegałam niezbyt mądrym zwyczajom panującym w grupie, która nie zaczynała zabawy bez kolacji, spożywanej za każdym razem w tej samej restauracji, jakby tu chodziło o spotkanie klubu byłych absolwentów, i która zawsze z równą radością przywodziła jedną z obecnych kobiet do tego, by zdjęła majtki lub rajstopy, w czasie gdy kelner krzątał się przy stole. Jednakże opowiadanie sprośnych kawałów w miejscu, gdzie odbywały się baleciki, wydawało mi się obleśne. Czyżby dlatego, że instynktownie odróżniałam preludia poprzedzające prawdziwą komedię, by lepiej do niej widza przygotować, od tanich wido-wisk, które ją raczej odwlekają? Akty rozgrywane w tym pierwszym przypadku nie pojawiają się w drugim i są rzeczywiście ?nieprzyzwoite".
Jakkolwiek do dzisiaj zdarzają mi się odruchy praktykującej katoliczki (żegnam się ukradkiem w obawie, że za chwilę coś mi się przytrafi; czuję się, jakbym była obserwowana, kiedy mam świadomość, że coś przeskrobałam czy też zrobiłam źle...), nie mogę przecież powiedzieć, że wierzę w Boga. Możliwe zresztą, że wiara opuściła mnie, kiedy zaczęłam miewać stosunki seksualne. Nie mając więc już misji do spełnienia, wolna, wiodłam życie raczej pasywne, bez wytyczonego celu, z wyjątkiem tych, które określali mi inni. W realizacji owych celów byłam więcej niż wytrwała - gdyby życie nie miało kresu, dążyłabym do nich bez końca, jako że sama ich nie definiowałam. Będąc w takiej właśnie dyspozycji umysłowej, nie uchybiłam zadaniu, jakie mi kiedyś powierzono, kierowania redakcją artpress. Uczestniczyłam w tworzeniu tego przeglądu i oddawałam się pracy z wystarczającym poświęceniem, ażeby być z nią utożsamiana. Jednakże czułam się raczej maszynistą, który musi uważać, żeby nie wypaść z szyn, aniżeli pilotem, który wie, jak wpłynąć do portu. W podobny sposób się pieprzyłam. Jako że byłam panią swojego czasu i ani w miłości, ani w życiu zawodowym nie miałam wytyczonego celu, który musiałam osiągnąć, okrzyknięto mnie osobą nieprzestrzegającą żadnych zakazów i pozbawioną jakichkolwiek zahamowań. Zresztą nie miałam żad-nego powodu po temu, żeby za taką nie uchodzić. Moje wspomnienia z różowych balecików, z wieczorów spędzanych w Lasku czy też w towarzystwie jednego z moich kumpli-kochanków łączą się ze sobą jak pokoje w japońskim pałacu. Wydaje nam się, że znajdujemy się w zamkniętym pomieszczeniu, dopóki któraś ze ścianek nie zostanie przesunięta i nie odkryjemy całej amfilady innych pokoi. Wystarczy posunąć się do przodu, by ścianki zaczęły się otwierać i zamykać, co sprawia, że jeżeli pomieszczeń jest dużo, sposobów przechodzenia z jednego do drugiego nie da się zliczyć. W moich wspomnieniach wizyty składane w klubach, gdzie praktykowano miłość grupową, zajmują niewiele miejsca. W przypadku lokalu Aimé chodziło o coś innego: była to wręcz kolebka rżnięcia.