A wiec z moim już prawie byłym jestem prawie 3 lata.
Związek nigdy nie był łatwy- facet wybuchowy, kłócił się o każdą pierdołę, pije 2-3 piwa dziennie, często koledzy ważniejsi ode mnie, kiedy zamieszkałam u niego w ogóle się popsuło, a do tego mamisynek...
Ja osoba spokojna, nie nawidzę się kłócić, zawsze byłam duszą towarzystwa- dla niego poświęciłam wszystko, jest moją pierwszą miłością... Kochałam go tak bardzo że przestałam myśleć wogóle o sobie, o swoich potrzebach, płakałam w poduszkę praktycznie co noc, a on mając to w dupie obracał się na drugą stronę i śmiał się ze mnie że znowu beczę i że jestem nienormalna...
Ostatnie 2 miesiące były koszmarem, miał problemy w firmie, przychodził do domu, wyżywał się na mnie, próbowałam na spokojnie z nim rozmawiać- kończyło się moim płaczem, jego obrazą na jakieś 2 dni i krzykiem ;(
Miarka goryczy przelała się przed świętami, gdy przyszedł nawalony z knajpyi mi znowu nawrzucał, jaka to ja jestem zła...
Pojechałam do domu, siędze zresztą cały czas, napisałam mu że nie chcę z nim być, na początku to zaakceptował ale teraz jest masakra ![]()
Pisze że kocha, że jak mogę go opuścić, że nie mam serca, że nikogo lepszego od niego nie spotkam...
Ja już nie chcę z nim być, kocham go bardzo ale już nie mogę tak dalej, tylko boję się że jak przyjedzie to znowu wciśnie mi kity typu: kocham cię ipt. i ja się złamię...
Co o tym myślicie? Chyba jednak najwyższy czas zerwać, ale jest mi tak potwornie ciężko, wiem że mam dopiero 21 lat, całe życie przede mną, ale na razie ciężko to widzę bez niego...
Dlaczego tak jest że osoby, które kochamy tak bardzo nas ranią? ;(