Nie byłam pewna, do którego działu dać ten post, ale zwyciężyły "Związki", choć...
...mój przypadek nie ma raczej nic wspólnego ze związkiem.
Nic - przynajmniej fizycznie - mnie nie łączy z tym facetem, nic między nami nie ma.
Poznaliśmy się około pół roku przypadkowo u znajomych. Od tej pory bezustannie ze sobą piszemy na FB - taka nastoletnia znajomość, heh...
Od czasu do czasu się spotykamy (mieszkamy niemal na dwóch końcach Polski), zazwyczaj pomysł wychodzi od niego - ale nigdy, przenigdy do niczego między nami nie doszło. Dogadujemy się bezbłędnie też na żywo, w formie "pisanej" jest dużo podtekstów, ale w realu... Ja ze swojej strony fizycznie bardzo się dystansuję - chyba dlatego, że on sprawia wrażenie bardzo pewnego siebie, co mnie strasznie onieśmiela.
Choć starałam się do tego nie dopuścić - i nigdy nie nadużywam tego słowa! - zakochałam się w nim. Z jego strony jednak nie było żadnej inicjatywy (a na pewno takiej, którą bym jednoznacznie odebrała). Myślałam, czy nie mam się przemóc i powiedzieć mu, że zaczęło mi na nim jeszcze bardziej zależeć, ale stchórzyłam. Ale teraz i tak już za późno, bo on z kimś się spotyka. Nie czuję się już uprawniona do mówienia mu o swoich uczuciach, skoro jest szczęśliwy, to nie mogę mu na siłę włazić w życie.
Ale on wciąż, wciąż mnie zaczepia, codziennie, jakby nic się nie zmieniło. To mi uświadamia, że traktuje mnie tylko (tak! w innym przypadku może by to było "aż", ale nie w tym...) jako przyjaciółkę. Staram się odsunąć, nie pisać, ale i wtedy mnie zaczepia...
A ja już tak nie mogę. Od paru miesięcy mam permanentną chandrę, dołuję się i bezustannie o nim myślę...
Od razu wyjaśniam - nie jestem nastolatką, mam 35 lat, do życia podchodzę bardzo rozsądnie. Niestety gorzkie doświadczenia nie pozwalają mi być zupełnie otwartą na facetów, stąd zdystanowanie w "realnych" stosunkach i próby zwalczenia uczuć.
W naszą znajomość za bardzo się zaangażowałam i pomimo, że ją uwielbiam, czuję, że muszę ją skończyć.
I tu pytanie - jak? Prawdy mu nie powiem, nie mam chyba tyle odwagi. Zniknąć ot tak z jego życia nie chcę, skoro jest między nami coś a'la przyjaźń, nie chcę być nie fair... A trwać w tym nie mogę, bo się zamęczę... Czy istnieje jakieś rozsądne i mało bolesne rozwiązanie?