netkobietyWszystkie działy
Psychologia

Życie po odrzuceniu - jak reagować na eks-oprawcę?

4 odpowiedzi2 596 wyświetleńzałożony przez June36, 02.04.2015

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Życie po odrzuceniu - jak reagować na eks-oprawcę?

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 5 ]

1 Ostatnio edytowany przez June36 (2015-04-02 18:31:37)

Temat: Życie po odrzuceniu - jak reagować na eks-oprawcę?

Bycie odrzucanym to część życia. Ba, można nawet powiedzieć, że wszyscy bywamy odrzucani i to dość regularnie. Wystarczy pomyśleć o tych wszystkich klientach, którzy nie wybrali naszych towarów lub usług, o wszystkich mężczyznach, którzy nie poprosili do tańca, koleżankach, które nie zaprosiły na swoje wesele. Większości z nas zdarzyło się także oblać jakiś egzamin albo stracić kumpla czy psiapsiółkę.

Większość ludzi nieźle sobie jednak z takim codziennym doświadczeniem bycia odrzuconym radzi - mają też oparcie w innych relacjach. Nie skupiają się na odrzuceniu i idą dalej.

Gorzej bywa, kiedy odrzuci jakaś ważna, bliska osoba, partner, rodzic, pracodawca. To boli. Tutaj już trudniej olać sprawę i tak po prostu iść dalej. Ale można i warto przeżyć taką stratę, zrozumieć, wylizać rany, zmądrzeć i iść dalej wtedy.

Niestety, nie każdy posiada powyżej wymienione umiejętności. Istnieje wiele osób (takich jak ja), które z różnych powodów odrzucane bywają często i nie potrafią sobie z tym poradzić. Myślę, że najczęstsze powody mogą być następujące:

- nieprzyjemna osobowość czy zachowania, które powodują, że ludzie odsuwają się (np. ktoś nie umie słuchać, potrafi tylko brać, zanudza rozmówców ciągłym mieleniem o tym samym itp.)
- powtarzanie zachowań, które doprowadziły do zniszczenia poprzednich relacji z ludźmi (np. zakochiwanie się w alkoholikach, pchanie się w przyjaźnie z osobami o zupełnie odmiennym systemie wartości, albo robienie z siebie "wycieraczki" w pracy czy dla znajomych)

Czeka mnie bardzo bolesna konfrontacja z osobami, które potraktowały mnie jak papier toaletowy. Bardzo się tego boję, dlatego ryzykuję kolejne odrzucenie, wyciągając rękę do Was, przez komputer. Moje życie to cały szereg takich historii i dlatego nie ufam sobie w kwestii tego, jak powinnam postąpić i wolę oprzeć się na mądrości osób, które lepiej radzą sobie w tych sprawach. Stąd mój post.

Oczywiście, jeśli ktoś nas zranił, najlepiej jest nie musieć go już nigdy więcej zobaczyć. I tak starałam się robić - po prostu paliłam wszystkie mosty dzielące mnie od ludzi, którzy sprawili mi ból. Niestety, świat jest mały, a tych "odciętych" ludzi coraz więcej, bo nie mam już 20 czy 30 lat, a wciąż pakuję się w bezsensowne relacje. I zaczynają wychodzić z kątów te "upiory" i jeśli nie chcę ich spotykać, muszę unikać mnóstwa miejsc, wydarzeń, osób.

Powiem w ogromnym skrócie: jestem typem wolontariuszki. Organizuję jakąś inicjatywę -> inicjatywa rozwija się -> poświęcam dni i noce dla inicjatywy, wykonuję pracę innych osób, angażuję się wręcz maniakalnie, ludzie przyzwyczajają się, że ich tak wyręczam. Jednocześnie nie chcę być szefem, wierzę w demokrację, robię z siebie pokorną myszkę. -> pojawia się ktoś ambitny, kto chce rządzić i być najważniejszy -> buntuję się -> ambitna osoba/osoby atakuje/-ą mnie werbalnie, obgaduje/-ą mnie, wykluczają mnie z czegoś fajnego -> oczekuję, że grupa stanie w mojej obronie, ale grupa biernie się przygląda (w końcu chodzą sobie razem na piwo, a ja tylko ciągle haruję i izoluję się towarzysko) -> odchodzę cała we łzach, nie jem, nie śpię, czuję się jak śmieć, miesiącami mam objawy depresji i stanów lękowych, obiecuję sobie, że nigdy więcej żadnej działalności społecznej/kulturalnej, ale tak bardzo chcę być komuś potrzebna, że -> powrót do punktu wyjścia. I tak w kółko.

Tak bardzo boję się odrzucenia, że nie mam żadnych koleżanek. Po prostu nie podtrzymuję znajomości. Jeśli ktoś chce się do mnie zbliżyć, blokuję się, nie odpisuję, nie dzwonię, osoba się wycofuje.

Ale ja nie o tym chciałam.

Ostatnim razem spróbowałam złamać cykl. Nie "odeszłam cała we łzach" tylko powiedziałam twardo, że grupa jest moja, ja ją zbudowałam i że ją niniejszym rozwiązuję. Tyle wygrać, prawda? Nie, niestety nieprawda. Przez chwilę wydawało mi się, że jestem taka fajna, bo tym razem poradziłam sobie lepiej. Ba, nawet nie było okresu totalnego załamania się, byłam dzielna, chociaż ciągle mam koszmarne sny. Ale guzik - po paru miesiącach dowiaduję się, że grupa zmieniła po prostu nazwę (na zaczerpniętą z jednego z moich projektów...) i nadal sobie działa (wykorzystując cały czas moje pomysły, lansując się moim kosztem, bezczelnie mówiąc mi w oczy, że wcale tego nie robią itd.). Chciałabym móc zniknąć i nigdy więcej nie musieć widzieć tych ludzi, nie musieć słyszeć o ich istnieniu.

Niestety, nie da się. Mamy dziesiątki wspólnych znajomych. Jeden z nich powiedział mi, że nie powinnam unikać ich obecności, bo w ten sposób pokazuję swoją słabość i strach. Może i tak, ale kurczę, nie zależy mi na tym, żeby im coś udowadniać - dlaczego miałoby mnie obchodzić, co ktoś taki o mnie myśli?

Przez swoją głupotę wmanewrowałam się w obecność w miejscu, gdzie one będą i nie wiem, czy uda mi się z tego wykręcić. Nie wiem, jak się zachowywać, jak sobie radzić z poczuciem upokorzenia, ze złymi snami. Wiem, że mogę spodziewać się wielkiego udawania, że wszystko jest OK, grzecznego mówienia "Dzień dobry". Nie wiem, czy powinnam stanąć na rzęsach, aby nie pójść tam (czyli zrezygnować ze spotkania z ważnymi dla mnie osobami, które proponują spotkanie tam - wybrać jedną lub dwie i zaproponować kawę w innym miejscu tego samego dnia?), czy starać się nie pamiętać o tym, co mnie spotkało (np. groźba pobicia) i grzecznie mówić "Dzień dobry", czy na przykład odwrócić się bez słowa i udawać, że ludzi nie znam? I jak opanować emocje, które się wtedy pojawią? Ból, żałobę, poczucie krzywdy?

Co zrobilibyście na moim miejscu?

Zdaję sobie sprawę, że sama na siebie ten los sprowadziłam. Byłam głupia. Obecnie staram się funkcjonować diametralnie inaczej w obecnie istniejących w moim życiu relacjach, choć robię to po omacku, bo zwyczajnie tego nie potrafię, usiłuję się dopiero uczyć. Wiem, że to może się wydawać dziwne, że dorosła kobieta nie ogarnia takich umiejętności społecznych - ale pomyślcie, istnieją np. dorośli ludzie, którzy nie potrafią czytać! wink To się zdarza. Np. nie widzę niczego złego w sytuacjach, w których ktoś obcy mówi mi, że pozwalam się źle traktować i powinnam uciekać, ile sił w nogach...

Bardzo przepraszam za długą pisaninę.

2 Ostatnio edytowany przez czlowiek_znikad (2015-04-02 18:51:56)

Odp: Życie po odrzuceniu - jak reagować na eks-oprawcę?

Bardzo ciekawa introspekcja.

June36 napisał/a:

Tak bardzo boję się odrzucenia, że nie mam żadnych koleżanek. Po prostu nie podtrzymuję znajomości. Jeśli ktoś chce się do mnie zbliżyć, blokuję się, nie odpisuję, nie dzwonię, osoba się wycofuje.

Jak myslisz, skad to sie moglo wziac?

I to:

June36 napisał/a:

Bardzo przepraszam za długą pisaninę.

Dlaczego przepraszasz ze piszesz na forum? Czytelnicy sa tu dobrowolnie, nikomu nie zrobilas krzywdy.

3

Odp: Życie po odrzuceniu - jak reagować na eks-oprawcę?
June36 napisał/a:

Bycie odrzucanym to część życia. Ba, można nawet powiedzieć, że wszyscy bywamy odrzucani i to dość regularnie. Wystarczy pomyśleć o tych wszystkich klientach, którzy nie wybrali naszych towarów lub usług, o wszystkich mężczyznach, którzy nie poprosili do tańca, koleżankach, które nie zaprosiły na swoje wesele. Większości z nas zdarzyło się także oblać jakiś egzamin albo stracić kumpla czy psiapsiółkę.

Większość ludzi nieźle sobie jednak z takim codziennym doświadczeniem bycia odrzuconym radzi - mają też oparcie w innych relacjach. Nie skupiają się na odrzuceniu i idą dalej.

Gorzej bywa, kiedy odrzuci jakaś ważna, bliska osoba, partner, rodzic, pracodawca. To boli. Tutaj już trudniej olać sprawę i tak po prostu iść dalej. Ale można i warto przeżyć taką stratę, zrozumieć, wylizać rany, zmądrzeć i iść dalej wtedy.

Niestety, nie każdy posiada powyżej wymienione umiejętności. Istnieje wiele osób (takich jak ja), które z różnych powodów odrzucane bywają często i nie potrafią sobie z tym poradzić. Myślę, że najczęstsze powody mogą być następujące:

- nieprzyjemna osobowość czy zachowania, które powodują, że ludzie odsuwają się (np. ktoś nie umie słuchać, potrafi tylko brać, zanudza rozmówców ciągłym mieleniem o tym samym itp.)
- powtarzanie zachowań, które doprowadziły do zniszczenia poprzednich relacji z ludźmi (np. zakochiwanie się w alkoholikach, pchanie się w przyjaźnie z osobami o zupełnie odmiennym systemie wartości, albo robienie z siebie "wycieraczki" w pracy czy dla znajomych)

Czeka mnie bardzo bolesna konfrontacja z osobami, które potraktowały mnie jak papier toaletowy. Bardzo się tego boję, dlatego ryzykuję kolejne odrzucenie, wyciągając rękę do Was, przez komputer. Moje życie to cały szereg takich historii i dlatego nie ufam sobie w kwestii tego, jak powinnam postąpić i wolę oprzeć się na mądrości osób, które lepiej radzą sobie w tych sprawach. Stąd mój post.

Oczywiście, jeśli ktoś nas zranił, najlepiej jest nie musieć go już nigdy więcej zobaczyć. I tak starałam się robić - po prostu paliłam wszystkie mosty dzielące mnie od ludzi, którzy sprawili mi ból. Niestety, świat jest mały, a tych "odciętych" ludzi coraz więcej, bo nie mam już 20 czy 30 lat, a wciąż pakuję się w bezsensowne relacje. I zaczynają wychodzić z kątów te "upiory" i jeśli nie chcę ich spotykać, muszę unikać mnóstwa miejsc, wydarzeń, osób.

Powiem w ogromnym skrócie: jestem typem wolontariuszki. Organizuję jakąś inicjatywę -> inicjatywa rozwija się -> poświęcam dni i noce dla inicjatywy, wykonuję pracę innych osób, angażuję się wręcz maniakalnie, ludzie przyzwyczajają się, że ich tak wyręczam. Jednocześnie nie chcę być szefem, wierzę w demokrację, robię z siebie pokorną myszkę. -> pojawia się ktoś ambitny, kto chce rządzić i być najważniejszy -> buntuję się -> ambitna osoba/osoby atakuje/-ą mnie werbalnie, obgaduje/-ą mnie, wykluczają mnie z czegoś fajnego -> oczekuję, że grupa stanie w mojej obronie, ale grupa biernie się przygląda (w końcu chodzą sobie razem na piwo, a ja tylko ciągle haruję i izoluję się towarzysko) -> odchodzę cała we łzach, nie jem, nie śpię, czuję się jak śmieć, miesiącami mam objawy depresji i stanów lękowych, obiecuję sobie, że nigdy więcej żadnej działalności społecznej/kulturalnej, ale tak bardzo chcę być komuś potrzebna, że -> powrót do punktu wyjścia. I tak w kółko.

Tak bardzo boję się odrzucenia, że nie mam żadnych koleżanek. Po prostu nie podtrzymuję znajomości. Jeśli ktoś chce się do mnie zbliżyć, blokuję się, nie odpisuję, nie dzwonię, osoba się wycofuje.

Ale ja nie o tym chciałam.

Ostatnim razem spróbowałam złamać cykl. Nie "odeszłam cała we łzach" tylko powiedziałam twardo, że grupa jest moja, ja ją zbudowałam i że ją niniejszym rozwiązuję. Tyle wygrać, prawda? Nie, niestety nieprawda. Przez chwilę wydawało mi się, że jestem taka fajna, bo tym razem poradziłam sobie lepiej. Ba, nawet nie było okresu totalnego załamania się, byłam dzielna, chociaż ciągle mam koszmarne sny. Ale guzik - po paru miesiącach dowiaduję się, że grupa zmieniła po prostu nazwę (na zaczerpniętą z jednego z moich projektów...) i nadal sobie działa (wykorzystując cały czas moje pomysły, lansując się moim kosztem, bezczelnie mówiąc mi w oczy, że wcale tego nie robią itd.). Chciałabym móc zniknąć i nigdy więcej nie musieć widzieć tych ludzi, nie musieć słyszeć o ich istnieniu.

Niestety, nie da się. Mamy dziesiątki wspólnych znajomych. Jeden z nich powiedział mi, że nie powinnam unikać ich obecności, bo w ten sposób pokazuję swoją słabość i strach. Może i tak, ale kurczę, nie zależy mi na tym, żeby im coś udowadniać - dlaczego miałoby mnie obchodzić, co ktoś taki o mnie myśli?

Przez swoją głupotę wmanewrowałam się w obecność w miejscu, gdzie one będą i nie wiem, czy uda mi się z tego wykręcić. Nie wiem, jak się zachowywać, jak sobie radzić z poczuciem upokorzenia, ze złymi snami. Wiem, że mogę spodziewać się wielkiego udawania, że wszystko jest OK, grzecznego mówienia "Dzień dobry". Nie wiem, czy powinnam stanąć na rzęsach, aby nie pójść tam (czyli zrezygnować ze spotkania z ważnymi dla mnie osobami, które proponują spotkanie tam - wybrać jedną lub dwie i zaproponować kawę w innym miejscu tego samego dnia?), czy starać się nie pamiętać o tym, co mnie spotkało (np. groźba pobicia) i grzecznie mówić "Dzień dobry", czy na przykład odwrócić się bez słowa i udawać, że ludzi nie znam? I jak opanować emocje, które się wtedy pojawią? Ból, żałobę, poczucie krzywdy?

Co zrobilibyście na moim miejscu?

Zdaję sobie sprawę, że sama na siebie ten los sprowadziłam. Byłam głupia. Obecnie staram się funkcjonować diametralnie inaczej w obecnie istniejących w moim życiu relacjach, choć robię to po omacku, bo zwyczajnie tego nie potrafię, usiłuję się dopiero uczyć. Wiem, że to może się wydawać dziwne, że dorosła kobieta nie ogarnia takich umiejętności społecznych - ale pomyślcie, istnieją np. dorośli ludzie, którzy nie potrafią czytać! ;) To się zdarza. Np. nie widzę niczego złego w sytuacjach, w których ktoś obcy mówi mi, że pozwalam się źle traktować i powinnam uciekać, ile sił w nogach...

Bardzo przepraszam za długą pisaninę.

Witaj,
ludzi którzy  są tzw. społeczniowcami i chcą dawać swój czas i prace dla innych bardzo szanuję. Wiem też że trzeba mieć bardzo dużo siły by pozyskać ludzi, kasę i zaangażowanie by to co robisz szło na przód.
Nie chcę Cię obrazić , ale z Twojego wpisu uderzyło mnie to, iż Twój wolontariat zobaczyłam że traktujesz jako coś co powinno dać Ci podziw i uznanie od innych ludzi za to że taka jesteś. A czy sam fakt pomagania innym nie jest tu najważniejszy ??
Piszesz że nie jesteś typem wodza ...jak on się wyłania to Ty jednak się buntujesz- ponownie mam wrażenie że oczekiwałaś iż grupa sama  z siebie zrobi Cię wodzem, czyli oczekiwałaś podziwu i uznania .
Tam gdzie tworzy się zespół , choć Ty używasz określenia grupa , zawsze wyłania się jakiś lider..i to jest naturalne. Im więcej ludzi w coś zaangażowanych tym bardziej potrzebny jest koordynator, szef.. czy zarządzający- rzadko grupa jest sprawna bez podziału na role...a żeby grupa szła w kierunku który planuje... musi stać się zespołem..
CZy grupa działa źle bez Ciebie ? ten wpis o pobiciu nie bardzo rozumiem... dlaczego chcieli Cię pobić?

Twoje symptomy natomiast są mocno niepokojące , pomyśl o udaniu się do psychologa.

Co do spotkania - a może pomyśl w ten sposób- tak to Ty stworzyłaś cel i zespół , jak Twoje dziecko... gdy zespół stał się samodzielny, poszłaś dalej ... oni wiedzą co maja robić - Ty jesteś  kreatywnym elementem, siłą na początku, póki wszystko nie wejdzie na właściwy tor... Gdy dziecko staje się dorosłe rodzice są potrzebni coraz mniej...aż dziecko idzie w świat .. z tym co mu rodzice namaścili.


June- czerp radość z tego co tak naprawdę Ci ją daje - pomaganie innym. .. albo znajdź tą siłę w sobie , którą tak naprawdę masz i sama bierz ster w dłonie .

4

Odp: Życie po odrzuceniu - jak reagować na eks-oprawcę?

czlowiek_znikad - dziękuję smile

No cóż, wzięło się mało oryginalnie, z dzieciństwa. Byłam nadwrażliwym dzieckiem, które wszystkiego się bało i płakało z byle powodu, dlatego inne dzieci mi dokuczały (a ja to brałam przesadnie poważnie).

chceuciekacstad - no cóż, fakt, że zrobiło mi się przykro. Już się wytłumaczę. Moja działalność wynika z kompetencji, które posiadam. Są one trochę niszowe, więc nie chcę pisać, co to jest, bo boję się, żeby ktoś mnie tu nie rozpoznał. Jest to działalność na rzecz kultury, więc nie stanowi typowego pomagania. Może dlatego jest to dla mnie bardziej sposób na radzenie sobie z życiem, a nie tylko czysta radość tworzenia.

Swój instynkt pomagania realizuję prywatnie, wspierając chorych rodziców oraz lecząc i socjalizując porzucone psy, koty, ranne jeże i gołębie - i to mi faktycznie sprawia frajdę, chociaż one nie mówią "Dziękuję". Po prostu ciepło mi na duszy, jak zaczynają brykać i cieszyć się życiem. Oceniłaś mnie dość surowo, ale mam nadzieję, że dasz mi jednak szansę i nie będziesz myśleć o mnie źle smile

Ciekawe spojrzenie na zdrowy egoizm "pomagaczy" zawarty jest w pogadance bloggerki Zorki pod tytułem "How to be a selfish volunteer | Agnieszka Kaluga | TEDxToruń" na YouTubie (nie mogę dodawać tu linków). Gorąco polecam!

Ta dziewczyna zaczęła pomagać innym, kiedy straciła córeczkę. A ja straciłam siebie, albo właściwie nigdy siebie nie miałam. W lustrze widzę najbrzydszą na świecie, niesympatyczną kobietę, która nie zasługuje na akceptację. Jeśli zaś widzę, że udało mi się zrobić coś fajnego, coś zorganizować, stworzyć i to coś bangla, wówczas bardziej akceptuję siebie i mam więcej nadziei, że ktoś zaakceptuje mnie (bo myślę sobie np: "wprawdzie mam wielki nos i kiepskie poczucie humoru, ale za to zrobiłam to i to"). Niestety często robię to nieumiejętnie i często nie osiągam tego, co chciałam.

To nie jest tak, że nie akceptuję "wodzów". Po prostu ciężko mi, kiedy organizuję jakąś inicjatywę, która ma robić A, a potem pojawia się ktoś i zmusza mnie do robienia B, "bo on jest silniejszy i od tej pory to będzie jego piaskownica". Np. z niezależnej inicjatywy artystycznej robi komercyjny cukierek. No, płakać mi się wtedy chce - ja też mam swoje granice hmm (choć nie potrafię ich pilnować przed naruszaniem). Kiedy dołączam do jakiejś grupy ludzi, którzy już robią owo B, to z radością się w angażuję i niczego nie próbuję niszczyć ani odbierać komuś jego "dzieła". Koordynatorem i szefem zawsze byłam, załatwiałam dosłownie wszystko i rozdzielałam role - ale byłam po prostu za miękka. Jeśli ktoś się ociągał, odbierałam to jako chęć zranienia mnie. Teraz już tak nie robię. Zawsze pytałam "Co sądzicie?", "Jak się z tym czujecie?", "Czy chciałabyś to przygotować?" itd. - potem usłyszałam, że jestem emocjonalnymi ciepłymi kluchami, które chciałyby się z każdym trzymać za rączki i rozmawiać o emocjach. W tym sensie nie jestem typem przywódczym. Ale nie o tym chciałam smile

Aha, pobiciem zagroziła mi dziewczyna, której odmówiłam powierzenia ważnej i odpowiedzialnej roli, ponieważ wielokrotnie wcześniej wystawiła nas do wiatru. Czyli: zawsze pozwalałam sobie skakać po głowie, a kiedy powiedziałam "Nie", ona wybuchła złością, jak małe dziecko, które nie dostało cukierka sad To się powtarzało, aż w końcu sytuacja stała się nie do zniesienia: musiałam odejść. Czyli stawiam granice, ale zbyt późno. Ludzie uczą się, że można mnie okłamywać, ignorować, a kiedy nagle robię woltę i oświadczam, że nie, nie można, to wtedy jest złość i agresja hmm No bo jak to? Przecież zawsze kompot za darmo był, a teraz nagle nie ma? O, ty wstrętna, już ja ci dam!

Do psychologa chodzę od lat. Nigdy nie dawałam się żadnym symptomom, zawsze ciężko pracowałam, nie opuszczałam szkoły, uczelni ani nie zawalałam pracy, mieszkanie miałam na błysk, kwiatki podlane, zwierzaki zadbane, odrosty ufarbowane, samobójstwa nie planuję - mam dla kogo żyć smile Akurat z rodziną mam fajne relacje, masakra jest tylko ze znajomymi. Teraz postępuję już mądrzej, ale osoby z moich dawnych, wstydliwych "dramatów osobistych" pozostały, dlatego prosiłam Was o jakieś wskazówki.

Co do Twojej refleksji: "Co do spotkania - a może pomyśl w ten sposób- tak to Ty stworzyłaś cel i zespół , jak Twoje dziecko... gdy zespół stał się samodzielny, poszłaś dalej ... oni wiedzą co maja robić - Ty jesteś  kreatywnym elementem, siłą na początku, póki wszystko nie wejdzie na właściwy tor... Gdy dziecko staje się dorosłe rodzice są potrzebni coraz mniej...aż dziecko idzie w świat .. z tym co mu rodzice namaścili." - masz rację, tak właśnie funkcjonuję. Mój mózg płodzi kolejne dzieci, które potem wypędzają mnie kijem z domu i niektóre wprawdzie zostają wybitnymi lekarzami, prawnikami czy artystami, a inne kończą na ławeczce pod blokiem wink A ja zostaję sama. Ale może uda mi się to trochę zmienić w następnych relacjach smile No, ale nie o tym chciałam.

Ad meritum: Czy lodowate "Cześć" i unikanie innego rodzaju kontaktu to dobry pomysł? A w stosunku do osoby, która mnie zwyzywała od najgorszych (bo wytknęłam jej kłamstwo) po prostu milczenie i udawanie, że jej nie widzę? Chciałabym po prostu zachować resztki godności i boli mnie, że sama nie wiem, czy ją posiadam, choć wydaje mi się ogromnie ważna i zawsze mocno pragnęłam nie stracić twarzy, być w porządku, postępować etycznie itd.

5

Odp: Życie po odrzuceniu - jak reagować na eks-oprawcę?
June36 napisał/a:

Bycie odrzucanym to część życia. Ba, można nawet powiedzieć, że wszyscy bywamy odrzucani i to dość regularnie. Wystarczy pomyśleć o tych wszystkich klientach, którzy nie wybrali naszych towarów lub usług, o wszystkich mężczyznach, którzy nie poprosili do tańca, koleżankach, które nie zaprosiły na swoje wesele. Większości z nas zdarzyło się także oblać jakiś egzamin albo stracić kumpla czy psiapsiółkę.

Większość ludzi nieźle sobie jednak z takim codziennym doświadczeniem bycia odrzuconym radzi - mają też oparcie w innych relacjach. Nie skupiają się na odrzuceniu i idą dalej.

Gorzej bywa, kiedy odrzuci jakaś ważna, bliska osoba, partner, rodzic, pracodawca. To boli. Tutaj już trudniej olać sprawę i tak po prostu iść dalej. Ale można i warto przeżyć taką stratę, zrozumieć, wylizać rany, zmądrzeć i iść dalej wtedy.

Niestety, nie każdy posiada powyżej wymienione umiejętności. Istnieje wiele osób (takich jak ja), które z różnych powodów odrzucane bywają często i nie potrafią sobie z tym poradzić. Myślę, że najczęstsze powody mogą być następujące:

- nieprzyjemna osobowość czy zachowania, które powodują, że ludzie odsuwają się (np. ktoś nie umie słuchać, potrafi tylko brać, zanudza rozmówców ciągłym mieleniem o tym samym itp.)
- powtarzanie zachowań, które doprowadziły do zniszczenia poprzednich relacji z ludźmi (np. zakochiwanie się w alkoholikach, pchanie się w przyjaźnie z osobami o zupełnie odmiennym systemie wartości, albo robienie z siebie "wycieraczki" w pracy czy dla znajomych)

Czeka mnie bardzo bolesna konfrontacja z osobami, które potraktowały mnie jak papier toaletowy. Bardzo się tego boję, dlatego ryzykuję kolejne odrzucenie, wyciągając rękę do Was, przez komputer. Moje życie to cały szereg takich historii i dlatego nie ufam sobie w kwestii tego, jak powinnam postąpić i wolę oprzeć się na mądrości osób, które lepiej radzą sobie w tych sprawach. Stąd mój post.

Oczywiście, jeśli ktoś nas zranił, najlepiej jest nie musieć go już nigdy więcej zobaczyć. I tak starałam się robić - po prostu paliłam wszystkie mosty dzielące mnie od ludzi, którzy sprawili mi ból. Niestety, świat jest mały, a tych "odciętych" ludzi coraz więcej, bo nie mam już 20 czy 30 lat, a wciąż pakuję się w bezsensowne relacje. I zaczynają wychodzić z kątów te "upiory" i jeśli nie chcę ich spotykać, muszę unikać mnóstwa miejsc, wydarzeń, osób.

Powiem w ogromnym skrócie: jestem typem wolontariuszki. Organizuję jakąś inicjatywę -> inicjatywa rozwija się -> poświęcam dni i noce dla inicjatywy, wykonuję pracę innych osób, angażuję się wręcz maniakalnie, ludzie przyzwyczajają się, że ich tak wyręczam. Jednocześnie nie chcę być szefem, wierzę w demokrację, robię z siebie pokorną myszkę. -> pojawia się ktoś ambitny, kto chce rządzić i być najważniejszy -> buntuję się -> ambitna osoba/osoby atakuje/-ą mnie werbalnie, obgaduje/-ą mnie, wykluczają mnie z czegoś fajnego -> oczekuję, że grupa stanie w mojej obronie, ale grupa biernie się przygląda (w końcu chodzą sobie razem na piwo, a ja tylko ciągle haruję i izoluję się towarzysko) -> odchodzę cała we łzach, nie jem, nie śpię, czuję się jak śmieć, miesiącami mam objawy depresji i stanów lękowych, obiecuję sobie, że nigdy więcej żadnej działalności społecznej/kulturalnej, ale tak bardzo chcę być komuś potrzebna, że -> powrót do punktu wyjścia. I tak w kółko.

Tak bardzo boję się odrzucenia, że nie mam żadnych koleżanek. Po prostu nie podtrzymuję znajomości. Jeśli ktoś chce się do mnie zbliżyć, blokuję się, nie odpisuję, nie dzwonię, osoba się wycofuje.

Ale ja nie o tym chciałam.

Ostatnim razem spróbowałam złamać cykl. Nie "odeszłam cała we łzach" tylko powiedziałam twardo, że grupa jest moja, ja ją zbudowałam i że ją niniejszym rozwiązuję. Tyle wygrać, prawda? Nie, niestety nieprawda. Przez chwilę wydawało mi się, że jestem taka fajna, bo tym razem poradziłam sobie lepiej. Ba, nawet nie było okresu totalnego załamania się, byłam dzielna, chociaż ciągle mam koszmarne sny. Ale guzik - po paru miesiącach dowiaduję się, że grupa zmieniła po prostu nazwę (na zaczerpniętą z jednego z moich projektów...) i nadal sobie działa (wykorzystując cały czas moje pomysły, lansując się moim kosztem, bezczelnie mówiąc mi w oczy, że wcale tego nie robią itd.). Chciałabym móc zniknąć i nigdy więcej nie musieć widzieć tych ludzi, nie musieć słyszeć o ich istnieniu.

Niestety, nie da się. Mamy dziesiątki wspólnych znajomych. Jeden z nich powiedział mi, że nie powinnam unikać ich obecności, bo w ten sposób pokazuję swoją słabość i strach. Może i tak, ale kurczę, nie zależy mi na tym, żeby im coś udowadniać - dlaczego miałoby mnie obchodzić, co ktoś taki o mnie myśli?

Przez swoją głupotę wmanewrowałam się w obecność w miejscu, gdzie one będą i nie wiem, czy uda mi się z tego wykręcić. Nie wiem, jak się zachowywać, jak sobie radzić z poczuciem upokorzenia, ze złymi snami. Wiem, że mogę spodziewać się wielkiego udawania, że wszystko jest OK, grzecznego mówienia "Dzień dobry". Nie wiem, czy powinnam stanąć na rzęsach, aby nie pójść tam (czyli zrezygnować ze spotkania z ważnymi dla mnie osobami, które proponują spotkanie tam - wybrać jedną lub dwie i zaproponować kawę w innym miejscu tego samego dnia?), czy starać się nie pamiętać o tym, co mnie spotkało (np. groźba pobicia) i grzecznie mówić "Dzień dobry", czy na przykład odwrócić się bez słowa i udawać, że ludzi nie znam? I jak opanować emocje, które się wtedy pojawią? Ból, żałobę, poczucie krzywdy?

Co zrobilibyście na moim miejscu?

Zdaję sobie sprawę, że sama na siebie ten los sprowadziłam. Byłam głupia. Obecnie staram się funkcjonować diametralnie inaczej w obecnie istniejących w moim życiu relacjach, choć robię to po omacku, bo zwyczajnie tego nie potrafię, usiłuję się dopiero uczyć. Wiem, że to może się wydawać dziwne, że dorosła kobieta nie ogarnia takich umiejętności społecznych - ale pomyślcie, istnieją np. dorośli ludzie, którzy nie potrafią czytać! wink To się zdarza. Np. nie widzę niczego złego w sytuacjach, w których ktoś obcy mówi mi, że pozwalam się źle traktować i powinnam uciekać, ile sił w nogach...

Bardzo przepraszam za długą pisaninę.

Sprawa jest prosta. Nie wchodzić w te relacje. A ze wymaga to zajecia nietypowej postawy czy brak kontaktu. Naszym stosunkiem wyrazamy siebie samych. A jeśli wykazujemy postawe tolerancji czegos to nie tylko nasz glos ginie ale również nie powinnismy mieć pretensji do tych zachowan. Przeciez sami je tolerujemy wyrazajac milczaca zgode na cos.

Posty [ 5 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Życie po odrzuceniu - jak reagować na eks-oprawcę?

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026