Bycie odrzucanym to część życia. Ba, można nawet powiedzieć, że wszyscy bywamy odrzucani i to dość regularnie. Wystarczy pomyśleć o tych wszystkich klientach, którzy nie wybrali naszych towarów lub usług, o wszystkich mężczyznach, którzy nie poprosili do tańca, koleżankach, które nie zaprosiły na swoje wesele. Większości z nas zdarzyło się także oblać jakiś egzamin albo stracić kumpla czy psiapsiółkę.
Większość ludzi nieźle sobie jednak z takim codziennym doświadczeniem bycia odrzuconym radzi - mają też oparcie w innych relacjach. Nie skupiają się na odrzuceniu i idą dalej.
Gorzej bywa, kiedy odrzuci jakaś ważna, bliska osoba, partner, rodzic, pracodawca. To boli. Tutaj już trudniej olać sprawę i tak po prostu iść dalej. Ale można i warto przeżyć taką stratę, zrozumieć, wylizać rany, zmądrzeć i iść dalej wtedy.
Niestety, nie każdy posiada powyżej wymienione umiejętności. Istnieje wiele osób (takich jak ja), które z różnych powodów odrzucane bywają często i nie potrafią sobie z tym poradzić. Myślę, że najczęstsze powody mogą być następujące:
- nieprzyjemna osobowość czy zachowania, które powodują, że ludzie odsuwają się (np. ktoś nie umie słuchać, potrafi tylko brać, zanudza rozmówców ciągłym mieleniem o tym samym itp.)
- powtarzanie zachowań, które doprowadziły do zniszczenia poprzednich relacji z ludźmi (np. zakochiwanie się w alkoholikach, pchanie się w przyjaźnie z osobami o zupełnie odmiennym systemie wartości, albo robienie z siebie "wycieraczki" w pracy czy dla znajomych)
Czeka mnie bardzo bolesna konfrontacja z osobami, które potraktowały mnie jak papier toaletowy. Bardzo się tego boję, dlatego ryzykuję kolejne odrzucenie, wyciągając rękę do Was, przez komputer. Moje życie to cały szereg takich historii i dlatego nie ufam sobie w kwestii tego, jak powinnam postąpić i wolę oprzeć się na mądrości osób, które lepiej radzą sobie w tych sprawach. Stąd mój post.
Oczywiście, jeśli ktoś nas zranił, najlepiej jest nie musieć go już nigdy więcej zobaczyć. I tak starałam się robić - po prostu paliłam wszystkie mosty dzielące mnie od ludzi, którzy sprawili mi ból. Niestety, świat jest mały, a tych "odciętych" ludzi coraz więcej, bo nie mam już 20 czy 30 lat, a wciąż pakuję się w bezsensowne relacje. I zaczynają wychodzić z kątów te "upiory" i jeśli nie chcę ich spotykać, muszę unikać mnóstwa miejsc, wydarzeń, osób.
Powiem w ogromnym skrócie: jestem typem wolontariuszki. Organizuję jakąś inicjatywę -> inicjatywa rozwija się -> poświęcam dni i noce dla inicjatywy, wykonuję pracę innych osób, angażuję się wręcz maniakalnie, ludzie przyzwyczajają się, że ich tak wyręczam. Jednocześnie nie chcę być szefem, wierzę w demokrację, robię z siebie pokorną myszkę. -> pojawia się ktoś ambitny, kto chce rządzić i być najważniejszy -> buntuję się -> ambitna osoba/osoby atakuje/-ą mnie werbalnie, obgaduje/-ą mnie, wykluczają mnie z czegoś fajnego -> oczekuję, że grupa stanie w mojej obronie, ale grupa biernie się przygląda (w końcu chodzą sobie razem na piwo, a ja tylko ciągle haruję i izoluję się towarzysko) -> odchodzę cała we łzach, nie jem, nie śpię, czuję się jak śmieć, miesiącami mam objawy depresji i stanów lękowych, obiecuję sobie, że nigdy więcej żadnej działalności społecznej/kulturalnej, ale tak bardzo chcę być komuś potrzebna, że -> powrót do punktu wyjścia. I tak w kółko.
Tak bardzo boję się odrzucenia, że nie mam żadnych koleżanek. Po prostu nie podtrzymuję znajomości. Jeśli ktoś chce się do mnie zbliżyć, blokuję się, nie odpisuję, nie dzwonię, osoba się wycofuje.
Ale ja nie o tym chciałam.
Ostatnim razem spróbowałam złamać cykl. Nie "odeszłam cała we łzach" tylko powiedziałam twardo, że grupa jest moja, ja ją zbudowałam i że ją niniejszym rozwiązuję. Tyle wygrać, prawda? Nie, niestety nieprawda. Przez chwilę wydawało mi się, że jestem taka fajna, bo tym razem poradziłam sobie lepiej. Ba, nawet nie było okresu totalnego załamania się, byłam dzielna, chociaż ciągle mam koszmarne sny. Ale guzik - po paru miesiącach dowiaduję się, że grupa zmieniła po prostu nazwę (na zaczerpniętą z jednego z moich projektów...) i nadal sobie działa (wykorzystując cały czas moje pomysły, lansując się moim kosztem, bezczelnie mówiąc mi w oczy, że wcale tego nie robią itd.). Chciałabym móc zniknąć i nigdy więcej nie musieć widzieć tych ludzi, nie musieć słyszeć o ich istnieniu.
Niestety, nie da się. Mamy dziesiątki wspólnych znajomych. Jeden z nich powiedział mi, że nie powinnam unikać ich obecności, bo w ten sposób pokazuję swoją słabość i strach. Może i tak, ale kurczę, nie zależy mi na tym, żeby im coś udowadniać - dlaczego miałoby mnie obchodzić, co ktoś taki o mnie myśli?
Przez swoją głupotę wmanewrowałam się w obecność w miejscu, gdzie one będą i nie wiem, czy uda mi się z tego wykręcić. Nie wiem, jak się zachowywać, jak sobie radzić z poczuciem upokorzenia, ze złymi snami. Wiem, że mogę spodziewać się wielkiego udawania, że wszystko jest OK, grzecznego mówienia "Dzień dobry". Nie wiem, czy powinnam stanąć na rzęsach, aby nie pójść tam (czyli zrezygnować ze spotkania z ważnymi dla mnie osobami, które proponują spotkanie tam - wybrać jedną lub dwie i zaproponować kawę w innym miejscu tego samego dnia?), czy starać się nie pamiętać o tym, co mnie spotkało (np. groźba pobicia) i grzecznie mówić "Dzień dobry", czy na przykład odwrócić się bez słowa i udawać, że ludzi nie znam? I jak opanować emocje, które się wtedy pojawią? Ból, żałobę, poczucie krzywdy?
Co zrobilibyście na moim miejscu?
Zdaję sobie sprawę, że sama na siebie ten los sprowadziłam. Byłam głupia. Obecnie staram się funkcjonować diametralnie inaczej w obecnie istniejących w moim życiu relacjach, choć robię to po omacku, bo zwyczajnie tego nie potrafię, usiłuję się dopiero uczyć. Wiem, że to może się wydawać dziwne, że dorosła kobieta nie ogarnia takich umiejętności społecznych - ale pomyślcie, istnieją np. dorośli ludzie, którzy nie potrafią czytać!
To się zdarza. Np. nie widzę niczego złego w sytuacjach, w których ktoś obcy mówi mi, że pozwalam się źle traktować i powinnam uciekać, ile sił w nogach...
Bardzo przepraszam za długą pisaninę.