Witam. Szukam jakiegoś głosu rozsądku, wskazówki jak ugryźć temat.
Bez zbędnych ceregieli; staż związku poniżej roku, miejscowość ta sama, nie mieszkamy razem- pomieszkujemy (zabieramy się/ pracujemy nad remontem mieszkania).
Ogólna komunikację mamy dobrą, możemy godzinami gadać o pierdołach typu- fronty do kuchni, przebudowa ogródka, plany wyjazdu na weekend. Dosłownie pogaduchy ''wpływ zorzy polarnej na miesiączkowanie pingwinów'' opanowany do perfekcji- jedno drugiego wysłucha, skoryguje swoje poglądy i wychodzi jakiś konsensus. Jestem osobą, która lubi rozmawiać, nienawidzę gry w pół słówka. Temat wyczerpany- nie wracamy do niego, dopóki nie wyskoczy jakieś ''ale''. Partner ogólnie też nie ma problemu w tej kwestii.
Opis problemu- nie umiem z nim rozmawiać jak się zaprze w kwestii ( trochę przekoloryzuje) '' ja wiem swoje i koniec tematu''. Banalny przykład - piwo. Rodzina partnera jest piwoszami, wręcz miłośnicy tego trunku. Nigdy publicznie mu nie wyliczam/wykrzykuje, wszystko załatwiamy w domu. Jakieś 2 m-ce temu odbyła się rozmowa, że mógł by zlekka przystopować z tym piwem na rzecz jego zdrowia ( ma lekka nadwagę, plus wadę serca). Rozmowa odbyła się na początku burzliwie, potem ochłonęliśmy i OBOJE ( co ważne) doszliśmy do wniosku - ok zmiana. Wczoraj jakoś tak wyszło, że syknęłam ''jezu znowu piwo" (tak wiem MÓJ problem, że mam opory w zrozumieniu, jak się lubi można pić piwo co dziennie w małych ilościach). NO I SIĘ zaczęło moje ulubione argumentowanie (a raczej ich brak);
- każdy ma swój rozum,
-on nielubi zniewolenia,
-(niby) go ograniczam,
-po co w ogóle zaczynam to jak już o tym rozmawialiśmy .... i takie tam.
Uściślenie problemu- nie wiem jak już mam rozmawiać z tym człowiekiem, żeby go w myślach nie zabijać. Dochodzi do absurdalnej sytuacji, że ja zaczynam sypać sarkazmem na jego 'argumenty' i chłop się zacina. Unosi się jakże męską dumą (moja ocena) i woli przerwać batalie z obawy, że sypnie jedno słowo za dużo. Po prostu nie nienawidzę jak mówi się ''moja prawda jest mojsza'' rozumiem argument na argument, ale nie ''ja wiem swoje'' i koniec tematu.
Profil partnera- zbiegło się w czasie jego wyprowadzka z rodzinnego domu ze śmiercią ojca, co daje nam prawie 10lat wychowania bez ojca. Jego mama jest dość zaborczą osobą ( co i jego doprowadza do nerwicy) mile by było widziane jak by się meldował co dziennie telefonicznie a najlepiej 3 razy w tyg. osobiście -co robi i nawet sama muszę go czasami wyganiać. Złego słowa na nią nie powiem, tylko no czasami ma syndrom ''opuszczonego gniazda'' i się lekko narzuca.
Nie mam zamiaru bawić się w zmianę partnera, czy też beznadziejnie bronić jego osoby. Jednak opis jaki podałam jest tylko mój, ktoś inny by to widział inaczej czy on sam by to opisał inaczej.
Szukam jakieś wskazówki jak pociągnąć te rozmowy gdy on stanie ''okoniem''. Nie jestem osobą która łatwo przeprasza i wchodzi w zad bez masła, ale nie chce też ten chmury toksyczności między nami.
ktoś ma jakiś pomysł??